Ласкаво просимо!


Gdyby notowania polskich uczelni rosły tak szybko, jak liczba studiujących na nich Ukraińców, w ciągu kilku lat Polska byłaby światowym liderem.

To już nie jest strumień, a szeroka rzeka. Liczba Ukraińców bije w ostatnich latach wszelkie rekordy. W 2014 r. studiowało u nas 22,8 tys. przybyszów zza Buga, w roku 2016 – 34 tys. To wzrost aż o 49 proc.! W efekcie Ukraińcy stanowią już ponad połowę zagranicznych słuchaczy polskich szkół wyższych, można więc powiedzieć, że internacjonalizacja naszych uczelni ma żółto-niebieskie barwy. Inne narody są daleko w tyle – Białorusinów studiuje w Polsce ok. 4,6 tys., Norwegów ok. 1,6 tys., Hiszpanów 1,4 tys., a Szwedów 1,3 tys. Wciąż powoli rośnie liczba przybyszów z Azji (łącznie ok. 6,9 tys.), umiarkowane sukcesy mamy też w przyciąganiu studentów z Ameryki Południowej (mniej niż 200).

Dlaczego Ukraińcy zdominowali statystyki? Najważniejsze powody to bliskość geograficzna, podobieństwo języków i kultur oraz członkostwo Polski w UE. – Dyplom, który można uzyskać na polskiej uczelni, jest respektowany w całej Unii Europejskiej, a to działa na wyobraźnię – podkreśla ambasador RP w Kijowie Jan Piekło. Nie bez znaczenia jest też rozwijająca się współpraca akademicka, np. programy podwójnych dyplomów. Dzięki nim Ukraińcy kończący studia magisterskie zyskują dwa dokumenty – ukraiński i europejski, mogą więc kontynuować naukę na studiach doktoranckich w Polsce i innych krajach Unii.

Napływ Ukraińców do Polski jest tak duży, że – jak półżartem przyznaje ambasador J. Piekło – nie ma specjalnej potrzeby, by za naszą wschodnią granicą organizować wydarzenia promocyjne. – Zainteresowanie Polską jest spontaniczne – zauważa. Mimo to imprezy promujące współpracę akademicką nie wypadły z kalendarza. W kwietniu w Kijowie odbyły się m.in. Polsko-Ukraińskie Dni Edukacji, Nauki i Innowacyjności, współorganizowane przez Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego oraz Fundację Rozwoju Systemu Edukacji (FRSE). – Celem było nie tylko zacieśnienie współpracy między uczelniami polskimi i ukraińskimi, ale też pokazanie naszym ukraińskim partnerom oferty uczelni z Unii Europejskiej. Wiele unijnych programów, których jesteśmy operatorami w Polsce, dotyczy krajów niebędących we Wspólnocie. Ukraina mogłaby z nich skorzystać – mówi dyrektor generalny FRSE dr Paweł Poszytek.

W trakcie kijowskiego wydarzenia odbyły się m.in. targi Osvita ta kar’era, w trakcie których swą ofertę prezentowały 34 polskie uczelnie, oraz II Forum Rektorów Uczelni Technicznych Polski i Ukrainy. W sumie w sesjach plenarnych i okrągłych stołach udział wzięło ponad 400 osób.

Co ciekawe, polskie uczelnie promowali też… sami Ukraińcy, m.in. robiąca doktorat na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu Valeriya Fadyeyeva. – Przyjechaliśmy do Kijowa nie tylko po to, by zachęcać. W lipcu organizujemy tu normalną rekrutację. Sytuacja finansowa na Ukrainie pogorszyła się na tyle, że wielu osób nie stać na to, by jechać do Poznania dla załatwienia formalności. Uciążliwe jest również staranie się o wizę. To my wybieramy się więc na Ukrainę, robimy egzaminy z języka polskiego i zbieramy dokumenty. Ułatwiamy w ten sposób dostanie się na wszystkie wydziały i wszystkie poziomy studiów – mówi.

Jak potwierdza V. Fadyeyeva, promować polskich uczelni na Ukrainie nie trzeba – o studiach u nas marzy mnóstwo młodych ludzi. – Wielu z nich zupełnie nie wie jednak, co chciałoby robić i jaki kierunek wybrać. Błąkają się zagubieni między stoiskami, najczęściej z rodzicami, którzy chcieliby im pomóc, ale sami nie wiedzą, jak. Dlatego takie wydarzenia, jak Dni w Kijowie są bardzo ważne – możemy doradzić młodym i przekonać starszych, że wysłanie dzieci do Polski to dobry wybór – dodaje Ukrainka.

Napływ Ukraińców do Polski to nie tylko szansa dla polskich uczelni. To także zbliżające się wyzwanie dla polskiej edukacji… szkolnej. – Podczas targów w Kijowie bardzo wiele osób pytało nas o to, jak wyglądają polskie podstawówki – mówi jedna z wysłanniczek FRSE na konferencję. – Zainteresowani byli nie tylko studenci, z których wielu chce w naszym kraju zostać i założyć rodziny, ale też pracownicy naukowi czy administracyjni – dodaje.

Wygląda na to, że po internacjonalizacji szkół wyższych czeka nas umiędzynarodowienie… przedszkoli i podstawówek.