Angielski? Jakoś przemykał…


„Języki Obce w Szkole” skończyły 60 lat. O historii i roli kwartalnika rozmawiamy z prof. Hanną Komorowską, przewodniczącą Rady Programowej JOwS.

Trafiła Pani do „Języków Obcych w Szkole” pod koniec lat 60. i poświęciła im pół wieku. Jak to się wszystko zaczęło?

Połączył mnie z pismem ciąg przypadków. Jeszcze w czasie studiów trafiłam do Pracowni Języków Obcych w kierowanym przez prof. Wincentego Okonia Instytucie Pedagogiki i, nie mając jeszcze magisterium, rozpoczęłam na jego polecenie szukanie materiałów do pracy doktorskiej. Już na początku poszukiwań trafiłam na „Języki Obce w Szkole”. Zainteresowałam się nimi, ale nie miałam zielonego pojęcia, że nie minie kilka miesięcy i będę musiała się tymi „Językami…” zajmować. A to dlatego, że dydaktycy z IP musieli uczestniczyć w pracach komisji do spraw programów i podręczników.

Kim byli ci, którzy tworzyli wówczas pismo?

Znalazłam się w kręgu takich osób, jak Smólska, Zawadzka, Prejbisz, Rosiński, Sabiłło – oni wtedy mieli po 50, 60 lat. To byli ludzie, którzy uzyskali wykształcenie uniwersyteckie jeszcze przed wojną, i, co tu dużo mówić, pochodzili z tego jednego procenta ocalałej inteligencji. W związku z tym osoby te miały przedwojenny sznyt. W sposobie mówienia narzucały pewną logikę i systematyczność wywodu, ponieważ uważały, że jest to element starannego wykształcenia.

Jak to środowisko językowe było traktowane przez władzę? Przecież to byli ludzie, którzy zajmowali się językami zza żelaznej kurtyny.

JOwS miały w sobie jeszcze rosyjski, który był przecież – z punktu widzenia władzy – bardzo w porządku. Dużo było łaciny. Proszę pamiętać, że niemiecki nie był zachodni, tylko enerdowski. Francuski był też w porządku, bo wielcy Francuzi byli wtedy w większości komunistami, niestety. „L’Humanité” było gazetą, której wolno było leżeć w ówczesnych klubach MPiK, bo to był organ Francuskiej Partii Komunistycznej. No i angielski w tym wszystkim jakoś się przemykał.

Na początku pismo musiało zawalczyć w ogóle o istnienie języków w edukacji, a także o scalenie środowiska.

Tak, to prawda. Gdy JOwS powstały, służyły upewnieniu się, że my, filolodzy, w ogóle jesteśmy. I że jest nas więcej niż jeden. W pierwszym okresie ważne było również przekazywanie tych wartości, o których jeszcze pamiętano sprzed wojny. Stąd w piśmie było sporo literatury i kultury, i stąd taka kolosalna rola łaciny. Mogła ona bezpiecznie tę kulturę, wartości, moralność i etykę krzewić.

Z czasem jednak rola czasopisma się zmieniała…

W końcówce lat 60. to było przede wszystkim chłonięcie wszystkiego, co można było dostać z Zachodu. Pamiętam, że kupowałam na Nowym Świecie albumy z ikonami rosyjskimi i posyłałam je do Stanów, a w zamian dostawałam książki. Później, w latach 80. kładziono duży nacisk na naturalną komunikację. Skoro dotyczyła sytuacji codziennych, nikomu nie zagrażała.

I przyszły lata 90., kiedy JOwS zaczęły drukować niemal wyłącznie scenariusze zajęć. Ale nie trwało to długo, bo pojawił się m.in. internet. Czy dzisiaj jeszcze jest potrzebne takie czasopismo?

Myślę, że ono teraz jest bardzo potrzebne, tylko rola jego powinna być zupełnie inna niż była w przeszłości. Ludzie, którzy piszą artykuły teoretyczne nie publikują w „Językach…”. Z kolei rzeczy praktyczne są w internecie. Natomiast artykuły teoretyczne, które jednocześnie niosą coś, co przyda się w klasie – nie mają dla siebie platformy. I tu widzę rolę dla „Języków…”.

Czyli popularyzacja wiedzy naukowej?

To jest popularyzacja, ale bardzo specjalistycznej wiedzy i na wysokim poziomie. To się już dzieje – i to jest na pewno dobry kierunek.

Rozmawiała Małgorzata Janaszek-Bazanek

Na zdjęciu: Prof. dr hab. Hanna Komorowska, kierownik Zakładu Językoznawstwa Stosowanego Uniwersytetu SWPS, wybitny naukowiec, autorka licznych publikacji z zakresu dydaktyki języków obcych, fot. K. Pacholak