Edukacja przez symulację


W pierwszej rundzie poszło mi nieźle. Zdobyłem 16 punktów na 27 możliwych i w rankingu zajmowałem 18.-23. miejsce (na 130 grających). Drugi etap był jednak totalną porażką. Skoncentrowałem się nie na tym, co trzeba – na właściwą strategię wpadłem… pięć minut po zakończeniu rundy. Trzecia część też bez spektakularnych osiągnięć indywidualnych, ale za to z sukcesem grupowym: wioskę udało się uratować!

Gra Smile Urbo rozpaliła nie tylko moje emocje. Konsultanci regionalni i lokalni Eurodesk Polska, którzy uczestniczyli w zabawie podczas szkolenia rocznego, żywo dyskutowali o niej w czasie przerw, a nawet lunchu. Tak działają gry symulacyjne. Oczywiście, gdy są opracowane na wysokim poziomie. A gra Smile Urbo to produkt niemal w pełni profesjonalny. Szkoda, że… praktycznie niedostępny. Powstał ze środków programu Erasmus+ w ramach partnerskiego projektu polsko-hiszpańskiego. Polskim partnerem była Fundacja Innowatorium. Początkowo licencja na grę kosztowała ok. 400 zł dla organizacji pozarządowych i dwa razy tyle na użytek komercyjny. Po zakończeniu projektu Hiszpanie postanowili grę skomercjalizować. Teraz, żeby w nią zagrać, trzeba wyłożyć 5000 zł. Stać więc na nią w zasadzie tylko biznes. A przecież gra miała być narzędziem edukacyjnym dla młodzieży…

Takie gry, jak Smile Urbo, powinny być integralnym elementem programu nauczania. Pomagają w nauczaniu m.in. historii czy WOS-u, łącząc teorię z praktyką, zdobywanie doświadczenia z wyciąganiem wniosków. – W szkole musi się znaleźć miejsce na kreatywność, eksperymentowanie i błądzenie – przekonuje Teodor Sobczak, jeden z twórców gry. Smile Urbo to wszystko ma. Czy to naprawdę takie trudne wprowadzić ją do szkół?

Na szczęście w odwodzie pozostaje edukacja pozaformalna. Tu nie ma ograniczeń. W ramach projektu finansowanego z programu Erasmus+ Wspólny głos – wspólna sprawa stowarzyszenie Anawoj z Białegostoku organizowało sesje Smile Urbo dla członków tworzonych w ramach projektu Rad Młodzieżowych na Podlasiu. Dzięki grze na własnej skórze poczuli, na czym polegają: praca takiej rady, występujące w niej konflikty interesów, zawieranie kompromisów, dbałość o dobro wspólne.

Co ciekawe, młodym graczom znacznie częściej udaje się uratować wioskę (taki jest nadrzędny cel gry) niż dorosłym uczestnikom – a w Smile Urbo grali i urzędnicy, i biznesmeni, i pracownicy organizacji pozarządowych. Zdecydowanie najgorzej wypadali… urzędnicy. Im najczęściej zdarza się nie uratować wioski. – Najgorzej wydają pieniądze, mają problemy komunikacyjne, nie korzystają z ekspertyz – wyjaśnia Teodor Sobczak.

Szkoda, że Smile Urbo nie może być wykorzystywana na szeroką skalę zgodnie z jej pierwotnym przeznaczeniem. A gdyby tak… znalazł się sponsor, który sfinansowałby koszty prowadzenia gry w szkołach? Podobno Hiszpanie są gotowi do negocjacji stawek za grę.