Integracja to za mało


Włączenie społeczne uczniów ze specjalnymi potrzebami nie polega na równym traktowaniu. Wręcz przeciwnie – do każdego dziecka w szkole należy podchodzić inaczej, podobnie jak do roślin w ogrodzie. eTwinning może w tym pomóc.

Do Babington Academy w Leicester uczęszcza ponad 1110 uczniów, pochodzących z 38 krajów. Dla ponad połowy z nich angielski nie jest pierwszym językiem. Kilkunastu jeszcze niedawno żyło w „dżungli” pod Calais. Ponad 40 proc. ma kłopoty z komunikacją, kilka kolejnych procent – zaburzenia ze spektrum autyzmu lub jest niepełnosprawnych. Gdy władze szkoły zaczęły przy drzwiach wejściowych wieszać flagi krajów pochodzenia wychowanków, w ciągu 14 lat uzbierało się ich 98. A mimo to Mark Penfold z Babington Academy mówi jasno: – To szkoła ma się przystosować do uczniów, a nie uczniowie do szkoły. Nieważne, jakim kosztem.

Mark Penfold był gościem corocznego spotkania programu eTwinning, zorganizowanego na Malcie pod koniec października 2017 r. Przyjechał, by opowiedzieć, jak może – i powinno wyglądać w praktyce włączenie społeczne uczniów. – Tu nie chodzi o dostęp do budynku czy klasy. Chodzi o zapewnienie wszystkim pełnego udziału w realizowanych zajęciach. I proszę nie mylić tego z równym traktowaniem. Włączenie społeczne wymaga zupełnie czegoś innego: zakłada inne, indywidualne traktowanie. Do każdego ucznia trzeba podejść inaczej, dokładnie jak do roślin w ogrodzie. Każda z nich lubi co innego – jedna słońce, druga cień – przekonywał Penfold.

Ekspert z Leicester zwrócił też uwagę na postawę nauczycieli – ich otwartość i gotowość do pracy. Poprosił trzy osoby z sali, by zmierzyły kartkę, korzystając z wręczonych im linijek. Zadanie wydawało się proste, ale… każdy z uczestników uzyskał inny wynik. Penfold pocieszył skonsternowanych. – Wiecie, dlaczego uzyskaliście złe wyniki? Bo mierzycie złą miarą, dałem wam linijki dłuższe od normalnych – powiedział. – Dokładnie tak samo będzie z pracą w szkole. Niczego nie osiągnięcie, jeśli wasze podejście będzie błędne – na przykład pełne uprzedzeń wobec koloru skóry.

Włączenie czy segregacja

Wykład M. Penfolda nie był przypadkowy – włączenie społeczne było głównym tematem październikowego spotkania. Organizatorzy chcieli zwrócić uwagę, że projekty realizowane w programie eTwinning, polegające na zdalnej współpracy szkół w Europie, są idealnym narzędziem włączenia społecznego. Dowodów nie zabrakło – podczas spotkania przedstawiono całą serię projektów, w których osoby o mniejszych szansach były w centrum uwagi. Prezentowała je m.in. Marina Screpanti, włoska nauczycielka i ambasadorka eTwinning. – We włączeniu chodzi o to, by uczniowie o specjalnych potrzebach wspólnie uczestniczyli we wszystkich działaniach organizowanych w szkole, bo przynosi to doskonałe rezultaty – tłumaczyła. – Właśnie dlatego dla głuchych dzieci w mojej placówce zorganizowaliśmy projekt poświęcony językowi migowemu, a dla dyslektyków – przedsięwzięcie bez książek – mówiła.

Źródło: So he cares, Mark Penfold, Babington Academy Leicester

 

Czy takie indywidualne podejście, jest możliwe w szkołach nad Wisłą? Polscy nauczyciele przyznają z ulgą, że wyzwania przed nimi stojące są nieco mniejsze. Nie ma u nas tej skali zróżnicowania etnicznego uczniów, co w Wielkiej Brytanii, choć zdarzają się lokalne wyzwania – z mniejszością romską w Małopolsce czy ukraińską

na Podlasiu. – Mamy za to – jak wszędzie na świecie – uczniów różniących się możliwościami, mamy też mniej lubianych, którzy ze względu na brak akceptacji nie angażują się w działania podczas lekcji – przyznaje Sławomir Hajnas z Liceum Ogólnokształcącego im. Mikołaja Kopernika w Tarnobrzegu. – Szczególne, zróżnicowane traktowanie uczniów, o którym mówił Mark Penfold, jest więc konieczne. Nie można stawiać im jednakowych wymagań, tak jak nie oczekujemy tego samego od żaby i kota. Ta pierwsza nie wespnie się przecież na drzewo – tłumaczy.

Problem zaczyna się jednak, gdy słuszne idee włączenia społecznego trzeba zastosować w praktyce. – Czy każdy polski nauczyciel będzie w stanie podołać temu zadaniu – mam wątpliwości – przyznaje Sławomir Hajnas. – Są tacy, którzy mają swoje przyzwyczajenia i nie odejdą od nich nawet wtedy, gdy przedstawi się im konkretne argumenty – dodaje. Przyznaje jednak, że istnieją też problemy obiektywne. – Czy podczas lekcji jestem w stanie indywidualnie traktować 20 uczniów? Nie, nie jestem – mówi szczerze. – Zamiast tego w mojej szkole podzieliliśmy klasy na grupy, według wiedzy uczniów i ich możliwości. Każda jest traktowana inaczej. Ale czy to jest włączenie, czy raczej segregacja? – pyta sam siebie.

Skalę wyzwania dostrzega również Celina Świebocka ze Szkoły Podstawowej w Jazowsku (nagrodzona na Malcie za projekt Spielend Neues Lernen). – Na klasę na ogół przypada dwóch-trzech uczniów z tzw. opinią – czyli zaświadczeniem o różnego rodaju dysfunkcjach, np. dysleksji. Podczas lekcji zajmują miejsca blisko mnie i poświęcam im nieco więcej czasu. Ale 45 minut lekcji nie zawsze wystarcza, by do każdego ucznia dopasować konkretne ćwiczenia i materiał. A gdyby jeszcze dzieci ze specjalnymi potrzebami było więcej? To byłby olbrzymi problem. Do pracy z nimi trzeba się przecież dodatkowo przygotowywać, opracowywać specjalny materiał, myśleć o tym – mówi.

Dodatkowym problemem jest to, jak na wyjątkowe traktowanie uczniów ze specjalnymi potrzebami zareagują pozostałe dzieci i ich rodzice. Czy zrozumieją, że porównywanie świadectw na koniec roku nie ma sensu? – Rodzice kształcili się 20-30 lat temu, czasem więc trudno im zrozumieć, dlaczego dwóch uczniów dostaje piątki, choć de facto jeden umie więcej od drugiego – przyznaje Sławomir Hajnas. – Nie ma wyboru, trzeba to cierpliwie tłumaczyć – dodaje Celina Świebocka. – Na szczęście, już sami uczniowie zauważają, że niektórym jest trudniej, więc nauczyciele dostosowują im wymagania – dodaje.

Nadzieja w eTwinningu

Nauczyciele nie mają wątpliwości, że przynajmniej z częścią z tych problemów są w stanie poradzić sobie dzięki eTwinningowi – programowi, w którym tematy przedsięwzięcia można idealnie dopasować do uczniów, w którym nie ma ocen i limitu czasu. Potwierdza to Celina Świebocka. – Organizujemy projekty właśnie po to, by nadrobić to, czego nie uda się utrwalić w trakcie lekcji– czyli lepiej zaopiekować się tymi, którzy radzą sobie gorzej lub z innych względów mogą poczuć się odtrąceni – mówi.

I podaje przykład: – W jednym z moich projektów wziął udział uczeń, który oprócz problemów w nauce miał bardzo trudną sytuację rodzinną – i ocenę niedostateczną na półrocze. Ale co tydzień przychodził do nas na dodatkowe zajęcia, by rozwiązywać quizy. I na koniec znalazł się w pierwszej dziesiątce, choć inni uczniowie byli zdolniejsi. Do pracy z takimi dziećmi eTwinning naprawdę nadaje się znakomicie – dodaje.

Sławomir Hajnas podsumowuje: – Nie osiągniemy celu, o którym mówił M. Penfold z dnia na dzień. I chyba nawet nie o to chodzi. Ważne jest to, by stale robić postępy. I projekty programu eTwinning doskonale w tym pomagają.

Fot. Monika Regulska