Od Erasmusa do reportażu


Dziwię się, że tylko 10 proc. studentów w Polsce wyjeżdża na Erasmusa. To przecież doskonała okazja, by nawiązywać przyjaźnie – mówi Kamil Bałuk, jeden z najzdolniejszych młodych reportażystów, były stypendysta Erasmusa.

Kiedy obudziło się w Tobie pragnienie podróżowania?

Urodziłem się w Hanowerze, moja siostra w Stuttgarcie. Moi rodzice byli sportowcami – matka siatkarką, ojciec trenerem. Dużo jeździliśmy po Europie samochodem, więc dla mnie siedem godzin w podróży to nigdy nie był problem. Podróż kojarzyła mi się z czymś dobrym – inne kraje nie były abstrakcją z mapy.

Wyjazd na Erasmusa planowałem już w liceum. Słuchałem dużo szwedzkiej muzyki i bardzo idealizowałem ten kraj. Miałem nawet taką wizję, że być może w nim zamieszkam, bo społeczeństwo szwedzkie na pewno pod wszystkimi względami jest lepsze od polskiego.

Długo czekałeś na możliwość konfrontacji wyobrażeń z rzeczywistością?

Wyjechałem na drugim roku studiów. To była prawdziwa szkoła życia, bo musiałem zmierzyć się z moimi wszystkimi wyobrażeniami o Szwedach i wszystkim, co szwedzkie. Podobała mi się moda na jeżdżenie w zimie na rowerze, sauna w akademiku, kultura wchodzenia do autobusu przednimi drzwiami i mówienia „Dzień dobry” do kierowcy.

Zadbałem o to, by jak najczęściej otaczać się samymi Szwedami. Nawet w akademiku byli tylko Szwedzi. Nikt nie dzielił tam przestrzeni – wszyscy byli w pokojach jednoosobowych. I to było pierwsze moje wielkie zderzenie – na własne oczy zobaczyłem, że ci ludzie są wielkimi introwertykami. Śmiałem się, że nawiązanie prawdziwej przyjaźni musi im zajmować kilka lat. No i prawdziwym ciosem była kradzież roweru. Nie mieściło mi się w głowie, że w Szwecji ktoś może mi ukraść rower!

Erasmus był pierwszym krokiem w dorosłość?

Dla mnie Erasmus nie zakończył się zdobyciem setki nowych znajomych. Wiedziałem, że jest to moja wina, bo tak się zafiksowałem na punkcie środowiska szwedzkiego, że to nastawienie odcięło mnie zupełnie od przedstawicieli innych narodowości przebywających w tym samym czasie na Erasmusie. No, ale zafundowałem sobie lekcję dorosłości. Zrozumiałem, że wyjechałem z kraju z głową wypełnioną stereotypami i wyobrażeniami nastolatka, który kiedyś zakochał się w szwedzkiej muzyce. Konfrontacja z rzeczywistością musiała mnie zaboleć, ale dzięki temu dowiedziałem się czegoś o sobie.

Brak przyjaciół i uczucie rozczarowania nie wpędziły Cię jednak w depresję…

Częściowo Szwecji zawdzięczam to, że zajmuję się teraz reportażem. Nie miałem wielu znajomych na miejscu, którzy zajęliby moją uwagę, więc zacząłem dostrzegać inne, ciekawe zjawiska. Pojechałem na wycieczkę do Laponii. W miasteczku Kiruna widziałem, jak małe, drewniane domki przenosi się na duże lawety tylko po to, by przesunąć je o kilka metrów. Głównym środkiem transportu były skutery śnieżne, a transport miejski ograniczał się do dwóch kursów szkolnych busów. Nikt nie zamykał domu na klucz, bo wszyscy się znali i sobie ufali.

Trzy lata później wysłałem notkę z bloga o Kirunie do Polskiej Szkoły Reportażu.

Ale przedtem postanowiłeś, że zrobisz powtórkę z Erasmusa.

Moja dziewczyna, Magda, też wyjechała na Erasmusa. Studiowała hiszpański, więc naturalnym wyborem była Hiszpania. Wtedy dotarło do mnie, że mam ochotę wyjechać na Erasmusa jeszcze raz, ale tym razem z innym nastawieniem – otwarciem się na całe środowisko Erasmusowców.

Wymyśliliśmy sobie z Magdą, że razem pojedziemy na Erasmusa do Czech. Ona wtedy studiowała hiszpański i francuski, a ja oprócz dziennikarstwa niderlandzki. W Czechach był taki akademik tylko dla Erasmusowców. I to był strzał w dziesiątkę. Poznaliśmy mnóstwo ciekawych osób – jakiś Amerykanin wybrał Czechy tylko dlatego, że przeczytał eseje Havla i chciał poznać bliżej ten kraj.

Czym różnił się pierwszy wyjazd od drugiego?

Ten drugi Erasmus pomógł mi złapać dystans. Miałem już 24 lata i pamiętałem siebie na pierwszym Erasmusie, kiedy tak bardzo wszystkim się przejmowałem, nawet tym, że ktoś zwraca mi uwagę na błędy językowe. Po powrocie sam opiekowałem się grupą Erasmusowców we Wrocławiu i wtedy też poznałem Szwedów, którzy przyjechali do Polski. Okazało się, że tym razem nie było problemu z nawiązaniem przyjaźni, bo przecież jak ci ludzie ruszyli się już ze Szwecji, to w naturalny sposób byli bardziej otwarci na nawiązywanie nowych znajomości.

Byłem też zaskoczony, jak zmieniają się moje nawyki dzięki wyjazdom na Erasmusa. Po powrocie ze Szwecji segregowałem śmieci, choć w Polsce jeszcze nie było takiego nakazu. Gdy widziałem moich sąsiadów, którzy tego nie robią, łapał mnie leń i też mi się nie chciało. Poczułem, że tamten nawyk przywiozłem z innej kultury.

Już nie chciałeś zostać Szwedem?

Ja swoją polskość odkryłem dopiero za granicą. Dopiero konfrontując się z tym, jak się zachowuję, jakie mam nawyki, jak widzę świat, dlaczego coś sprawia mi radość albo zawód, zrozumiałem, że wpływa na to fakt, iż wychowałem się nie gdzie indziej, tylko w Polsce. Zrozumienie tego mechanizmu pomogło mi podróżować dalej i czuć się dobrze ze świadomością, że jestem Polakiem. Nie chciałem już być Szwedem.

Dlaczego warto wyjechać?

Bo to pozwoli zobaczyć na własne oczy, że świat się bardzo skurczył i powinniśmy się czuć nie tylko jak Europejczycy, ale obywatele świata. Jeśli spojrzymy na każdy kraj jako element większej układanki, będziemy w stanie rozwiązać wspólnie wiele ważnych problemów.

A jak to się przełożyło na reportaż?

Potrafię patrzeć na zjawiska oczami innych ludzi, z uwzględnieniem ich różnic kulturowych. Przyjechał do mnie kiedyś kolega ze Stanów, poszliśmy na pl. Zbawiciela. On bardzo chciał zobaczyć tęczę, ale, niestety, już jej tam nie było. Spojrzał na kościół i jakiś protest w pobliżu i powiedział do mnie, że nie rozumie, dlaczego o tym miejscu mówi się, że jest hipsterskie. On nie widział hipsterów tam, gdzie my ich widzimy.

To nie koniec Twojej przygody z Erasmusem. Postanowiłeś jeszcze przetestować praktyki.

Wyjechałem do Antwerpii. Dostałem się do flamandzkiej redakcji prasowej dla ludzi w wieku 16-26 lat, działającej na zasadzie organizacji pozarządowej. Tam dostrzegłem znaczenie różnic kulturowych – zauważałem rzeczy, których nie widzieli lokalesi i na odwrót. To pomagało mi w wyszukiwaniu ciekawych tematów do artykułów.

Jak ten o polskich sprzątaczkach?

Dokładnie. Podczas spaceru po Antwerpii dotarłem do polskiej dzielnicy, gdzie natrafiłem na ciekawy temat. Wróciłem do redakcji i opowiedziałem historię Polek przyjeżdżających w latach 80. do Antwerpii. Pracowały na czarno jako sprzątaczki w domach żydowskich, bo tylko Żydzi nie bali się konsekwencji prawnych takiego zatrudniania. W pierwszym odruchu moi szefowie – Belgowie, nie widzieli w tym ciekawego tematu. Dopiero kiedy powiedziałem im, że sprzątaczki za swoje pensje kupowały mercedesy – symbole statusu w Polsce, okazało się, że połowa mojej redakcji zatrudnia do sprzątania Polki – i każdy myśli, że są biedne. Nikt nie wiedział, że parkują samochody daleko od pracy, żeby pracodawca nie widział, na co je stać.

To mi uświadomiło, że nie ma znaczenia, z jakiego kraju pochodzimy, bo w wielu kwestiach zachowujemy się podobnie. Wielu Polaków zatrudniających Ukrainki też nie interesuje to, jak im się w Polsce żyje, czy są wykorzystywane.

Holandia staje się Twoją specjalnością. Właśnie ukazała się Twoja książka Wszystkie dzieci Louisa o dawcy nasienia, który prawdopodobnie jest ojcem 200 dzieci w całej Holandii, a ma zespół Aspergera. Chcesz, żeby to była książka przeciwko in vitro?

Chcę, żeby czytelnik dowiedział się czegoś nowego, ale nie mógł wydać czarno-białych sądów. Ja sam miałem momenty wahania podczas pisania tej książki – raz uświadamiałem sobie, że chyba jest we mnie więcej konserwatyzmu niż mi się wydawało, innym razem myślałem wręcz odwrotnie, bo akurat skończyłem rozmowę z innym bohaterem. Czułem się jak wahadło. I tak chyba powinno być, bo świat nie jest czarno-biały.

Rozmawiała Urszula Kaczorowska

Kamil Bałuk
Dziennikarz, reportażysta, laureat V edycji Stypendium im. Ryszarda Kapuścińskiego, które otrzymał za zbiór reportaży o współczesnej Holandii. Ukończył: Międzywydziałowe Indywidualne Studia Humanistyczne na UWr, socjologię, dziennikarstwo i niderlandystykę. Reportaże publikował w: „Dużym Formacie”, „Przekroju” i NaTemat.pl oraz w zbiorach książkowych „Grzech jest kobietą” i „Tutaj drzwi trzeba otwierać powoli”. Jego teksty były kilkukrotnie nominowane do Nagrody Newsweeka im T. Torańskiej w kategorii Młody Talent.

fot. Krzysztof Kuczyk