Pasja kontra rzeczywistość


Chcesz być szczęśliwy – wybierz zawód związany z twoją pasją. Niech płacą ci za to, co lubisz robić. To jedna z dobrych rad, udzielanych młodym ludziom. Jak każda piękna idea – prędzej czy później zderza się z rzeczywistością. A tę projektują dorośli. W rozpoczętym niedawno dialogu na temat kształtu i oferty szkolnictwa zawodowego w Polsce biorą udział eksperci MEN, dyrektorzy szkół i przedstawiciele biznesu. Młodzieży przy stole rozmów nie ma – nie powie więc, co ją kręci i czego chce się uczyć.

Zwolennicy tego stanu rzeczy mają swoje argumenty. Przekonują, że spora część młodych ludzi nie ma żadnych pasji, inni podchodzą do życia bezrefleksyjnie, wielu 15-latków – mimo szczerych chęci – nie ma też wiedzy, by dokonać świadomego wyboru ścieżki zawodowej. Podażą usług edukacyjnych muszą więc sterować eksperci, pedagodzy i przedsiębiorcy. To oni mają uchronić młodych przed bezrobociem, wycinając z rynku szkoły i klasy, po których trudno o zatrudnienie. Ostatni kryzys pokazał brutalnie, że edukacja musi przede wszystkim zagwarantować utrzymanie się na rynku pracy. W efekcie faktycznym klientem szkół zawodowych (branżowych) stali się nie uczniowie, ale pracodawcy. To do ich potrzeb musi być dostosowany program, egzaminy, metodyka. Zainteresowania młodych ludzi są na dalszym planie, choć – żeby być zupełnie szczerym – nigdy nie miały decydującego znaczenia.

Być może jednak – na wszelki wypadek – warto pamiętać o tych, dla których wachlarz usług edukacyjnych okaże się za mały. Czy wielkim ryzykiem byłoby stworzenie klas uczących po prostu realizowania pasji – np. poprzez samodzielną działalność gospodarczą? W takich inkubatorach biznesu mniej liczyłyby się konkretne kwalifikacje zawodowe, a bardziej umiejętności, które nigdy się nie przeterminują: badania rynku, kreowania popytu czy oceny ryzyka. Dzięki nim młodzi ludzie będą mogli samodzielnie wybrać miejsce na rynku pracy – dokładnie takie, o jakim sami marzą.