Podróż za jeden projekt


– Dzięki wyjazdom na Erasmusa oraz Wolontariat Europejski moje życie wygląda zupełnie inaczej. To podczas tych podróży nauczyłam się kultury dyskusji – mówi Natalia Skoczylas, aktywistka, dziennikarka i podróżniczka.

Podobno jesteś nadpobudliwa ruchowo i intelektualnie…

Tak mówią (śmiech). Skończyłam politologię na Uniwersytecie Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie. Studiowałam też filologię niderlandzką na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim i socjologię na Uniwersytecie Śląskim, ale żadnego z tych kierunków nie ukończyłam, bo wyjechałam.

Na Erasmusa?

Tak. To było na trzecim roku studiów. Pamiętam dzień, w którym szłam uczelnianym korytarzem i zobaczyłam na tablicy ogłoszenie o naborze. Spojrzałam na listę dostępnych krajów: Hiszpania, Czechy, Francja, Włochy, Niemcy i Islandia. Ten ostatni szczególnie mnie zainteresował, bo od 18. roku życia jestem dziennikarką muzyczną, a Islandia to jedno z tych państw, w których funkcjonuje fantastyczna scena muzyczna. Wiele zespołów stamtąd uwielbiam i słucham ich od lat. Poszłam na rozmowę kwalifikacyjną. Były dwa miejsca na wyjazd do Islandii i dwie chętne osoby, więc żadnej konkurencji. Reszta chciała jechać do Pragi albo gdzieś do Hiszpanii. Zupełnie nie wiem, dlaczego.

Jak przygotowywałaś się do wyjazdu?

Islandia to kraj, którego nie znał prawie nikt z moich znajomych, więc trudno było zasięgnąć wiedzy (śmiech). Miałam jednak szczęście, bo na wyspie mieszkała siostra koleżanki, z którą w tamtym czasie pracowałam w radiu. Podpytałam ją tylko o podstawowe rzeczy, a później spakowałam walizkę i pojechałam.

Jakie były Twoje pierwsze wrażenia po przyjeździe?

Reykjavik jest pięknym, ale malutkim miastem. Myślę, że gdybym teraz tam wyjechała, to miałabym inne odczucia niż wtedy. To było pierwsze miejsce za granicą, w którym mieszkałam. Nie miałam jeszcze wtedy porównania. Islandia była dla mnie egzotyczna. Niesamowite morze, zupełnie inna przyroda, płaski krajobraz ze skałami, żadnych drzew, tylko gejzery, wodospady, lodowce. To wszystko było magiczne i zupełnie inne niż to, co się widzi w Europie.

Tamtejszy uniwersytet okazał się naprawdę świetny. Miałam wolną rękę przy wyborze przedmiotów. Mogłam studiować rzeczy trochę mniej związane z programem, który miałabym w tym samym czasie na UMCS w Lublinie. Wybrałam socjologię, a konkretnie teorię i praktykę ruchów społecznych. W mojej grupie było wielu Niemców. Wtedy po raz pierwszy zobaczyłam na własne oczy, jak wygląda kultura rozmowy. Na zajęcia mieliśmy zadane konkretne lektury do przeczytania i całe półtorej godziny dyskutowaliśmy. Niemcy są bardzo zaangażowani: potrafią protestować, mają dobrze rozwinięte i świadome społeczeństwo obywatelskie. To było doświadczenie, które mnie uformowało.

Czułaś, że rozwijasz się naukowo?

Bardzo. Miałam zajęcia o metropoliach z kanadyjskim profesorem, który zaraził mnie pasją do tego zagadnienia. Postanowiłam napisać pracę magisterską o Berlinie. Nie pamiętam, dlaczego wybrałam akurat to miasto. Gdy po powrocie powiedziałam o tym mojemu promotorowi z UMCS – który jest jedną z najbardziej otwartych i ciekawych osób, jakie znam – stwierdził, że skoro chcę pisać o stolicy Niemiec, to powinnam tam pomieszkać. Pojechałam autostopem. Miał być tydzień, a skończyło się na miesięcznym pobycie. Mieszkałam kątem u znajomych, jeździłam na rowerze, eksplorowałam miasto i pisałam.

Wyjazdy do Islandii i Niemiec obudziły w Tobie podróżniczkę?

Po obronie pracy magisterskiej pojawiło się pytanie, co robić dalej. Pomyślałam: „Skończyłaś politologię na UMCS-ie, będzie ciekawie” (śmiech). Pojechałam na koncert do Krakowa i spotkałam kolegę, który podsunął mi broszurę na temat Wolontariatu Europejskiego (EVS) i poradził: „Jak nie wiesz, co zrobić z życiem, to tutaj masz podpowiedź”. Rzuciłam więc drugie studia i pojechałam na wolontariat do Włoch. Mieszkałam tam dziewięć miesięcy. W międzyczasie dostałam się na doktorat na UMCS. Zapytałam mojego profesora, czy chce, żebym została jego doktorantką. Odpowiedział, że tak, ale jednocześnie wie o moim intelektualnym ADHD i daje głowę, że za rok zadzwonię do niego z informacją, że jestem w Brazylii. I co on wtedy ze mną zrobi? I tak się stało, ale nie była to Brazylia. Doktorat rzucałam z Paryża.

Ale zanim to zrobiłaś, był jeszcze staż, czyli Erasmus Internship…

…w Słowenii. Mieszkałam tam sześć miesięcy i pracowałam dla Muzeum Architektury i Designu. Później był kolejny projekt – w ramach programu „Młodzież w działaniu”, który umożliwiał wyjazdy młodym ludziom pracującym w organizacjach pozarządowych. Właśnie wtedy wyjechałam do Paryża. Pracowałam tam zdalnie dla brukselskiej organizacji EdgeRyders, z którą związałam się jeszcze podczas mojego EVS-u we Włoszech. Dzięki niej w 2015 r. wyjechałam do Nepalu, gdzie przez kilka miesięcy byłam konsultantką ONZ.

I gdzie przeżyłaś trzęsienie ziemi.

Drobny incydent (śmiech). Po powrocie pojechałam na tygodniowy trening na Cypr z programu Erasmus+. Poznałam tam mojego chłopaka i zamieszkałam razem z nim po tureckiej stronie wyspy. Cały czas pracowałam zdalnie dla EdgeRyders: opisywałam historie aktywistów, pomagałam organizować wydarzenia, pisałam wnioski o kolejne projekty. Kilka miesięcy temu dostałam stypendium w Indonezji i teraz wykładam na uniwersytecie we wschodniej Jawie. Uczę tam urban politics i wprowadzenia do nauki o rządzeniu. To prywatna uczelnia muzułmańska, więc większy nacisk położony jest np. na ubiór niż na uczenie. Indonezyjczycy są kolektywni, nie ma tam indywidualizmu i krytycznego myślenia. Jest za to dużo patriotyzmu i jawajskocentryzmu, co na archipelagu składającym się z 17 tys. wysp, tysięcy języków i setek kultur jest problematyczne.

Wróćmy więc do Polski – jak myślisz, dlaczego wielu naszych studentów nie chce wyjeżdżać na Erasmusa?

Trudno mi oceniać, bo większość osób, które ja poznaję, to podróżujący, stypendyści, aktywiści… Może ludzie, zupełnie niesłusznie, nie widzą wartości w takich wyjazdach? Nie rozumieją, co mogłyby im dać. W ciągu pięciu lat moich studiów tylko dwie osoby – ja i jeden z kolegów – wyjechały na Erasmusa. Ze 150 osób tylko dwie skorzystały z tego programu. Powodem mogą być stosunkowo niskie stypendia i bariera językowa. Młodzi nie chcą podejmować ryzyka.

Dlaczego warto wyjechać?

Mnie wyjazdy otworzyły na mnóstwo nowych rzeczy. To był przełom. Moje życie wygląda dziś zupełnie inaczej właśnie dlatego, że wyjechałam na pierwszego Erasmusa do Islandii. Wtedy uformowały się moje naukowe zainteresowania. Znalazłam coś nowego, świeżego, bardzo ciekawego. Nauczyłam się kultury dyskusji, o czym już mówiłam. Zobaczyłam, w jak odmienny sposób ludzie są edukowani w innych krajach.

W którym z nich najwięcej się nauczyłaś?

Nie da się tego ocenić. Mieszkanie w Azji jest ciekawe, zupełnie inne od życia w Europie. Podczas pobytu w sześciu krajach Starego Kontynentu wiedziałam, czego się spodziewać, jak się przemieszczać, było dużo łatwiej niż tutaj. W Azji widzisz biedę, której nie potrafiłabyś sobie wyobrazić. To odciska piętno, zmienia sposób myślenia o świecie. Poznajesz zupełnie inną kulturę: nieznane religie, tradycje. To poszerza horyzonty. Pozwala wyjść z własnych ograniczeń małego świata, w którym często żyjemy.

Jak szukać projektów umożliwiających wyjazd za granicę?

Najlepiej zacząć od wolontariatu. Przed 30. rokiem życia praktycznie każdy może wyjechać i spotkać innych młodych ludzi, którzy podpowiedzą, co innego jest jeszcze „do zdobycia”. Warto zaglądać też na grupy na Facebooku, strony Eduactive, Youth i programu Erasmus+.

Co po powrocie z Indonezji? Jakie są Twoje plany?

Jeszcze nie wiem (śmiech). Na pewno dalej będę współpracować z moją organizacją z Brukseli. Zahaczę się w Berlinie, gdzie obecnie mieszka mój chłopak. Poza tym już rozglądam się, gdzie by pojechać. Jest kilka opcji. Muszę zmienić kontynent. Czas na Afrykę albo Amerykę Południową. Jest szansa na wyjazd do Etiopii i pracę w parku narodowym.

Czy kiedyś w ogóle osiądziesz w jednym kraju?

Po cichu mam nadzieję, że nigdy nie będzie to konieczne. Zbieram pieniądze, żeby kupić dom, swoje miejsce gdzieś nad morzem, w ciepłym regionie, np. w Ameryce Południowej. Będę mogła surfować i prowadzić hostel. Najlepiej w kooperatywie – z kilkorgiem znajomych, żebyśmy nie musieli być tam cały czas. Podzielimy się dyżurami. Przez resztę roku będę mogła podróżować.

Rozmawiała Martyna Słowik
Fot. archiwum prywatne

Wycisnąć cytrynę do końca


– Do wyjazdu namawiała mnie mama, mówiąc, że taka okazja może się już nie powtórzyć. Myliła się! – wspomina Mateusz Rybarczyk, student Politechniki Koszalińskiej, laureat konkursu na plakat z okazji 30-lecia programu Erasmus.

Mateuszu, gratuluję sukcesu.

Bardzo dziękuję! To dla mnie ogromne wyróżnienie i pierwsza tak prestiżowa wygrana.

Skąd wziął się pomysł na udział w konkursie?

O konkursie dowiedziałem się z internetu. Profesor Monika Zawierowska-Łozińska, wykładająca komunikację wizualną w Instytucie Wzornictwa Politechniki Koszalińskiej, zamieściła informację o tym na Facebooku. A ponieważ jestem stypendystą Erasmusa, idea konkursu była mi bardziej niż bliska.

A jak to się stało, że wyjechałeś na Erasmusa?

O możliwości wzięcia udziału w programie po raz pierwszy usłyszałem, gdy miałem 19 lat i byłem na pierwszym roku studiów. Przyznam, że nie sądziłem, abym miał duże szanse na wyjazd. Bałem się, że to starsi koledzy kończący studia mogą mieć pierwszeństwo. Wybór miejsca, do którego chciałem wyjechać na pół roku, był szybki. Zakładałem, że ma być inaczej niż w Polsce, abym mógł zakosztować innej rzeczywistości. Zdecydowałem się więc na Lizbonę. Kiedy okazało się, że zostałem zakwalifikowany, byłem szczęśliwy. Później przyszedł moment zwątpienia – czy to aby na pewno dla mnie, ale wtedy mocno wsparła mnie moja mama. Namawiała do wyjazdu, tłumacząc, że druga taka szansa może się nie powtórzyć. Myliła się.

?

Nie miała racji, że taka okazja się nie powtórzy. Właśnie wróciłem z czwartego wyjazdu w ramach programu Erasmus+ (śmiech).

Którego?

Czwartego! (śmiech). Czasem sam nie wierzę w to, ile przeżyłem dzięki udziałowi w programie, w to, jakim stałem się człowiekiem. Kiedyś byłem chłopakiem, który usiadłby i się rozpłakał, gdyby zginęła mu walizka na lotnisku. Dzisiaj jestem o wiele dojrzalszy, bogatszy o wiele doświadczeń – zarówno tych dobrych, jak i gorszych, które jednak pozwoliły mi się rozwinąć. Potrafię doskonale poradzić sobie z większymi problemami niż zagubiona walizka (śmiech).

Miło to słyszeć, szczególnie że dokładnie takie są założenia programu. Pozwól, że zapytam więc, gdzie byłeś i co robiłeś?

Po raz pierwszy wyjechałem do Lizbony, na wymianę studencką. Po powrocie pomyślałem, że jeśli tylko się uda, to będę aplikował o kolejną szansę. I właściwie głównym powodem, dla którego rozpocząłem uzupełniające studia magisterskie była chęć ponownego wyjazdu na studia za granicę. Tym razem udało mi się odbyć ich część na partnerskiej uczelni w Palermo. Po powrocie okazało się, że w ramach Erasmusa studenci mogą ubiegać się o stypendium na realizację praktyk zagranicznych. Tak więc mój trzeci i czwarty wyjazd – do Malagi, z którego wróciłem w sierpniu – poświęciłem na zdobywanie doświadczenia w biurze projektowym.

Erasmus to spory kawałek Twojego życia.

Program pozwolił mi rozwinąć skrzydła, dał szansę na lepsze poznanie siebie, nie wspominając już o samej możliwości nauki na zagranicznych uczelniach czy zdobyciu doświadczenia zawodowego. I właśnie dlatego, że Erasmus jest dla mnie tak ważny, wziąłem udział w konkursie na plakat. A że dla mnie jednym z najważniejszych momentów każdego wyjazdu jest czas spędzony na lotnisku, na plakacie są walizki. I skoro to trzydzieste urodziny programu, nie mogło zabraknąć urodzinowego tortu (śmiech).

Jakie masz plany na przyszłość?

Erasmus 5.0 (śmiech). Planuję kolejny, ale ostatni już staż w ramach programu Erasmus+. Skoro mam możliwość, to chcę tę cytrynę wycisnąć do końca!

Rozmawiała Marzena Indra

Fot. Augustyna Grzybowska

Zwycięski plakat Mateusza Rybarczyka w konkursie z okazji 30-lecia programu Erasmus

Podróżnik przy tablicy


Rozmowa z Rafałem Mazurem, Ambasadorem programu Erasmus+, 35-letnim doktorem literaturoznawstwa z Rzeszowa. Pasjonuje go poznawanie innych kultur i nauka języków obcych. W tym roku postanowił sięgnąć dna…

Panie Rafale, dna?

Tak! Postanowiłem, by raz w roku zwiedzić stolicę jakiegoś państwa. W tym roku będzie to Nikozja, a tam można spróbować chodzenia po dnie morza. Więc sięgnę dna, w dodatku wyglądając jak pszczelarz, z racji kombinezonu, który trzeba przy tej okazji założyć. Uwielbiam poznawać obce kultury, innych ludzi. Gdybym nie był nauczycielem, zostałbym podróżnikiem!

Doskonale wpisuje się to w ideę programu Erasmus+.

Erasmus łączy wszystko to, co lubię: możliwość uczenia się, podróżowania, posługiwania się obcym językiem, poznawania innych ludzi… A przede wszystkim pozwala realizować się zawodowo. Kiedy go odkryłem, uznałem, że to inicjatywa dla mnie.

Dokąd Pan dotarł w ramach Erasmusa?

Za pierwszym razem wyjechałem do Lizbony, gdzie prowadziłem zajęcia z kultury Polski, miałem wykłady z poezji Szymborskiej oraz zajęcia z języka polskiego dla początkujących. Za drugim razem miałem szansę prowadzić zajęcia w szkole o profilu turystycznym w Saragossie, również z języka polskiego i z kultury polskiej. Obydwa wyjazdy były niesamowite.

Stąd pomysł na udział w konkursie na Ambasadora?

Jestem typem człowieka, który potrzebuje zmiany, aby co jakiś czas nowy projekt wyrzucił mnie z bieżących torów myślowych. Więc kiedy znalazłem ogłoszenie w internecie, pomyślałem: czemu nie, najwyżej nic się nie wydarzy.

I wygrał Pan!

Tak, przyznam, że się tego nie spodziewałem. I teraz już wiem, że tym bardziej Erasmusa+ nigdy nie opuszczę… (śmiech).

Fot. archiwum autora

Od Erasmusa do reportażu


Dziwię się, że tylko 10 proc. studentów w Polsce wyjeżdża na Erasmusa. To przecież doskonała okazja, by nawiązywać przyjaźnie – mówi Kamil Bałuk, jeden z najzdolniejszych młodych reportażystów, były stypendysta Erasmusa.