Apetyt na życie!


Przyjaźnie, projekty, miliony zbiegów okoliczności i mnóstwo szczęścia przy wychodzeniu z opresji. O najbardziej niespodziewanych wydarzeniach podczas studiowania w stolicy Portugalii opowiada Natalia Brandys

Kiedy wróciłaś z Lizbony?
27 stycznia.

Czyli na szczęście przed pandemią i izolacją. Czy dotknęła cię depresja poerasmusowa?
Była i jest. Szczególnie teraz, gdy siedzę w domu, mam więcej czasu na rozmyś­lanie i wspominanie cudownych chwil spędzonych w Lizbonie. Aż łezka się w oku kręci. Mam chęć powrotu.

A jak u ciebie było z chęcią wyjazdu? Niektórzy idą na studia i od razu wiedzą, że pojadą na Erasmusa+. Wiele osób zgłasza jednak wnioski spontanicznie.
Kiedy poszłam na studia, dołączyłam do Erasmus Student Network, czyli organizacji zajmującej się erasmusowcami, ale nigdy nie planowałam sama skorzystać z programu. Tak naprawdę trochę współczułam tym studentom, że są daleko od domu, skazani na siebie. Dopiero później zaczęłam się do tego przekonywać, słyszałam tyle niesamowitych historii, i spontanicznie wysłałam zgłoszenie. Za pierwszym razem się nie dostałam, ponieważ mój opiekun roku nie wypełnił opinii i proces aplikacji przerwano. Postanowiłam aplikować w następnym semestrze, razem z Mateuszem i Anią, moimi znajomymi z dziennikarstwa. W efekcie razem pojechaliśmy do Lizbony. To była świetna decyzja!

Mówiłaś, że współczułaś erasmusowcom, a czy współczułaś sobie biurokracji, która czeka każdego, kto chce wyjechać na Erasmusa+? To największe wyzwanie dla stypendysty tego programu. Czy miałaś trudności z Learning Agreement, czyli porozumieniem o programie studiów?
Biurokracja jest straszna, na szczęście mieliśmy fajną koordynatorkę, która nami pokierowała, ale oczywiście nie obeszło się bez poprawek
w Learning Agreement. Mieliśmy nowy program nauczania, rocznik wyżej uczył się zupełnie innych przedmiotów niż my. Publiczne szkolnictwo wyższe w Portugalii obejmuje 13 uniwersytetów oraz 20 szkół zawodowych. Na jakiej uczelni studiowałaś i jaki to był kierunek?
Studiowałam Communication na Instituto Politécnico de Lisboa.

Zajęcia miałaś w języku angielskim?
Tak. Pod względem nauki angielskiego i wymiany kulturowej było świetnie, ponieważ we wszystkich zajęciach uczestniczyliśmy wspólnie z innymi eras­musowcami. Mieliś­my dużo przedmiotów do wyboru, a dodatkowo można było wybrać grupę z danego przedmiotu, na którą chce się uczęszczać. Zmieniłam na przykład poniedziałkową grupę z Video post-production na wtorkową. Dzięki temu miałam wolny poniedziałek i więcej czasu na podróże.

Czy korzystałaś z pomocy organizacji studenckich, do których sama należysz?
W Lizbonie jest ESN i ELL (Erasmus Life Lisboa). ESN to po prostu wolontariat dla studentów, a ELL to organizacja zatrudniająca pracowników. Wydarzenia, które organizowali, były na wysokim poziomie. I było ich bardzo dużo.

A jak oceniasz poziom nauczania dziennikarstwa na swojej lizbońskiej uczelni? Było więcej praktyki czy jednak teorii?
Było widać, że uczelnia przykłada dużą wagę do zajęć. Pracowaliśmy na najlepszych programach i mieliśmy dostęp do różnych sprzętów. Na przykład podczas zajęć z fotografii mogliśmy wypożyczyć aparaty, statywy, reflektory. Było studio fotograficzne, telewizyjne, mogliśmy pracować na green screenie [zielone tło wykorzystywane przy produkcjach filmowych – przyp. red.], a wykładowcy bardzo chętnie tłumaczyli nam nowe zagadnienia.

Studenckie życie, zwłaszcza za granicą, jest bogate w niespodziewane sytuacje. Czy spotkało cię coś nieprzyjemnego?
Ukruszył mi się ząb, przez co dostałam zapalenia, spuchła mi połowa twarzy, miałam wysoką gorączkę, więc wizyta u dentysty była nieunikniona. Na szczęście mój chłopak miał w Lizbonie koleżankę, która miała ciocię dentystkę, a ta znała angielski. Ale i tak na wszelki wypadek przed wizytą odpaliłam słowniczek i rozmówki „U dentysty”, żeby wiedzieć, jak po portugalsku jest leczenie kanałowe, plomba itd. Wizyta u dentysty bywa nieprzyjemna w Polsce,a co dopiero za granicą.

A jak wspominasz sesje?
Przez cały rok pracowaliśmy, robiliśmy dużo różnych projektów, na każde zajęcia trzeba było coś przygotować. Byliśmy oceniani w systemie punktowym od 0 do 20 (wcześniej nie spotkałam się z takim systemem oceniania) i dzięki temu na koniec semestru nie mieliśmy egzaminów, musieliśmy jedynie oddać projekty. Tylko z jednego przedmiotu zdawaliśmy test. Gdy moi koledzy z Polski uczyli się do sesji, ja miałam już wakacje. Ale z drugiej strony: ja przez cały rok pracowałam, a oni wtedy nie mieli zaliczeń.

Mieszkałaś w akademiku politechniki?
W Lizbonie jest bardzo trudno o akademik dla erasmusowców. Szukaliśmy mieszkania na włas­ną rękę i znaleźliśmy superlokum w dobrej lokalizacji. Byłam w pokoju razem z koleżanką z uczelni i płaciłyśmy po 250 euro, więc jak na Lizbonę to naprawdę dobra cena. Przeważnie płaci się od 300 do 400 euro za pokój.

Są zniżki studenckie na komunikację, jedzenie, kulturę?
Jeżeli doniesie się zaświadczenie,­ że jest się studentem, wyrobienie karty na komunikację miejską jest tańsze o połowę. Do muzeów też są zniżki, a z kartą ESN obowiązują ulgi na loty samolotami. Niestety, w Portugalii nie ma tak dużo ulg dla studentów jak w Polsce, przez co stypendium na pewno nie wystarczy na swobodne życie. W ostatnim tygodniu pobytu wszyscy mieli mało pieniędzy na koncie (mnie zostało 5 euro), więc kupowaliśmy puszki pomidorów w Pingo Doce za 80 eurocentów plus makaron i przez cały ten czas jedliśmy tylko to. Ostatniego dnia dostaliśmy od właściciela zwrot kaucji za mieszkanie i od razu poszliśmy do najdroższej restauracji na owoce morza.

Jednym z najpiękniejszych aspektów Erasmusa+ są podróże. Jakie ty masz wspomnienia z wyjazdów?
Nie korzystaliśmy z wycieczek organizowanych przez ESN i ELL, wszędzie jeździliśmy sami. Często mieliśmy tanie bilety na samolot. Dużą ekipą polecieliśmy do Malagi, ponieważ kupiliśmy bilety za 9 euro. Na miejscu wynajęliśmy samochód, pojechaliśmy na Gibraltar, przez Marbellę, i tam też się zatrzymaliśmy. A potem wylądowaliśmy w Grenadzie. Zamiast benzyny podczas tankowania wlaliśmy ropę i baliśmy się, że ten samochód nam się popsuje, po czym wjechaliśmy pod prąd i dostaliśmy mandat. Chcieliśmy podwieźć koleżankę pod hostel i wjechaliśmy na rynek, po którym nie mogą jeździć samochody, i nie mogliśmy z niego wyjechać. Okazało się też, że pomyliliśmy iberyjską Grenadę (hiszp. Granada) z karaibską i zamiast wynająć hostel w tej pierwszej, wylądowaliśmy w tej drugiej. Wycieczka, która miała być na studencką kieszeń, okazała się bardzo droga.

Czy teraz, z perspektywy czasu, polecasz wyjazd na Eras­musa+ właśnie do Lizbony? Co ci dały zagraniczne studia?
Na Erasmusa+ zawsze warto wyjechać. Choć wiadomo, że zdarzają się różne sytuacje. W Portugalii czasem trudno załatwia się różne formalności. Dla przykładu, gdy mój kolega zgubił kartę miejską, musiał stać w trzech różnych kolejkach, około godziny w każdej. Ale pobyt na Erasmusie+ wiele rekompensuje. To wyjazd, który pomaga odkryć siebie, na którym uczymy się stawiać czoła niespodziewanym sytuacjom, z czego nieraz wychodzimy silniejsi, odmienieni, dojrzalsi.

A ty jak się zmieniłaś?
Dojrzałam, już nie panikuję, gdy mam podjąć jakąś decyzję. Na miejscu trzeba było podejmować ich bardzo dużo, bez możliwości konsultacji z rodziną. Dla mnie to był naprawdę start w dorosłe życie. Musiałam zacząć brać odpowiedzialność za samą siebie.

*Tekst powstał na podstawie rozmowy Justyny Tylczyńskiej-Seligi zarejestrowanej podczas audycji z cyklu „Dajesz radę”, emitowanego od pon. do pt. o godz. 14.05 w Czwórce Polskiego Radia. Justyna, od lat związana z Polskim Radiem, to była stypendystka Erasmusa+, laureatka konkursu EDUinspiracje-Media 2016.

Zdjęcie: Szymon Łaszewski