Bezinteresowna radość podróżowania


Zaczynała od wędrówek, które przerodziły się w pasję odkrywania świata. Dziś Magdalena Żelazowska mieszka w Nowym Jorku, pracuje dla Polskiej Organizacji Turystycznej, pisze. Erasmus pomógł jej rozwinąć skrzydła

Są osoby, dla których podróże to męcząca konieczność. Dla pani podróżowanie jest pasją. Z czego ona się rodzi? Czy jest to coś, co nosi się w sobie od dziecka, czy też inspiracja przyszła później?
Myślę, że jedno i drugie. W moim życiu na pewno pojawiły się osoby, które zachęciły mnie do podróży, ale taka inspiracja musi paść na podatny grunt. Znam wielu ludzi, którzy mają duże możliwości wyjazdów, ale z nich nie korzystają, co dla mnie, pasjonatki podróży, jest niezrozumiałe.
Jedną z osób, które wpłynęły na mnie już we wczesnym dzieciństwie, była moja mama. Tuż po okresie transformacji i otwarciu polskich granic zaczęła jeździć na wycieczki, bo chciała zobaczyć wreszcie Europę. Przywoziła pamiątki i pocztówki, które budowały we mnie chęć poznania świata.
Ważną rolę odegrała też moja wychowawczyni w szkole podstawowej, która organizowała dla nas mnóstwo wycieczek, często pieszych, po okolicznych miejscowościach. To pokazało mi, że podróżować można zawsze, niezależnie od sytuacji.

Kiedy przestała pani jedynie myśleć o podróżach, a zaczęła po prostu wyjeżdżać?
Gdy dostałam się na studia do Warszawy, otworzyły się przede mną nowe możliwości. Studiowałam lingwistykę stosowaną na Uniwersytecie Warszawskim. Uczyłam się angielskiego i niemieckiego. Od początku studiów sama też nauczałam języków obcych w szkołach językowych, a wszystko, co zarobiłam, wydawałam na wakacyjne podróże. Były to często wyjazdy z biurami studenckimi – organizowane małym kosztem, z noclegami w różnych dziwnych, skromnych miejscach. Uznałam wówczas, że to jest czas, być może jedyny w życiu, kiedy mam długie wakacje. Postanowiłam wykorzystać go najlepiej, jak potrafię.

Na studiach pojawił się temat Erasmusa…
W tamtych czasach popularny był film „Smak życia”, opowiadający o studentach Erasmusa w Barcelonie. Na tyle urzekł mnie ten obraz, że też chciałam wyjechać do Hiszpanii, ale ponieważ nasz instytut nie miał odpowiednich umów, próbowałam załatwić sobie miejsce na uczelni w Barcelonie za pośrednictwem innych wydziałów. To natomiast wiązało się z koniecznością opłacenia sobie wyjazdu samemu. Urzeczona wizją przygód w słonecznej Hiszpanii byłam gotowa to zrobić. Wtedy jednak przyszła odpowiedź z mojego instytutu, że dostałam się na stypendium do Niemiec. Uznałam, że spróbuję – i ostatecznie byłam bardzo zadowolona, choć zupełnie inaczej wyobrażałam sobie ten kraj. Niemcy mnie pozytywnie zaskoczyły. W Hildesheim, w Dolnej Saksonii, studiowałam językoznawstwo. W ramach programu mogłam wybrać dowolne, interesujące mnie przedmioty. Zdecydowałam się na zajęcia, które zahaczały o medioznawstwo i kreatywne pisanie, co później bardzo mi się przydało w życiu zawodowym.

W jaki sposób?
Udało mi się połączyć zamiłowanie do podróżowania z pasją do pisania o podróżach. Wcześniej myślałam, że zawodowo będę tłumaczem, a ostatecznie trafiłam do świata mediów i marketingu.
Na piątym roku zaczęłam pracę w wydawnictwie Bauer i coś, co początkowo miało być bezpłatnym stażem, przerodziło się w kilkuletnią przygodę, a później już właściwie nadało kierunek mojemu zawodowemu życiu. Po Bauerze zaczęłam pracę w grupie portali Interia.pl i tam usłyszałam historię dziewczyny, która pracowała w tej samej firmie. Postanowiła wraz z mężem, że chcą zamieszkać w jakimś innym miejscu. Wybrali wyspę Bali w Indonezji i tam ułożyli sobie życie od nowa. Zrobili to pod wpływem impulsu. Wydawało mi się, że jest to odważna decyzja, i zastanawiałam się, jak to jest, że niektórzy z nas decydują się porzucić schemat, w którym żyją. Schemat, który przecież wcale nie musi być zły, może być bardzo wygodny i uporządkowany. Nawiązałam z tą dziewczyną kontakt. Przeprowadziłam z nią rozmowę i zamieściłam na swoim blogu. Wywiad ten cieszył się sporym zainteresowaniem czytelników. Okazało się też, że moja rozmówczyni ma przyjaciółkę zajmującą się prowadzeniem hoteli na Malediwach. Ta zaś miała siostrę, która mieszka w Pekinie. Od słowa do słowa sieć kontaktów poszerzała się. Rozmowy czytały się dobrze, zaczęłam więc pisać dla różnych portali i magazynów, a potem opublikowałam książkę „Rzuć to i jedź”, która była pokłosiem przeprowadzonych wcześniej wywiadów. Całość została wydana przez National Geographic.

Nie kusiło pani, żeby zrobić tak jak jedna z bohaterek książki? Żeby na stałe znaleźć sobie nowe miejsce w świecie?
Nigdy o tym nie myślałam, nie interesowało mnie to. Ostatecznie jednak tak się właśnie stało, przynajmniej czasowo. Dosłownie na tydzień przed ukazaniem się książki, w marcu 2018 roku, pojawiła się możliwość wyjazdu na kontrakt zagraniczny i pracy w Nowym Jorku dla Polskiej Organizacji Turystycznej. Umowa kończy się w sierpniu przyszłego roku i zobaczymy, co będzie dalej. Nie ukrywam, że przede mną trudna decyzja, bo trafiłam do wspaniałego miejsca i sama praca też bardzo mi się podoba.

Czyli może kiedyś zmieni pani zdanie i znajdzie swoje miejsce z dala od Polski?
Moim miejscem na świecie jest Polska. Bardzo lubię nasz kraj i nigdy nie odczuwałam potrzeby opuszczania go. Wyjechałam do Nowego Jorku, bo taka propozycja nie zdarza się często. I z takich szans się korzysta. Nie szukam jednak miejsca, które Polskę miałoby zastąpić. Wyjazd do USA, tak jak wszystkie inne moje podróże, wynikał z chęci cieszenia się światem, poznawania nowych miejsc i ludzi. Sprawia mi przyjemność podziwianie, jak ten świat jest różnorodny i piękny.

A gdy wraca pani ostatecznie do domu, co pani czuje?
Myślę, że to wrażenie powrotu bywa inne w zależności od tego, skąd się wraca i jak długo się w domu nie było. Ale znaczenie ma też najbliższa perspektywa. Jeśli wracamy z urlopu i wiemy, że teraz czeka nas np. pół roku siedzenia w biurze, to czasami pojawia się żal, że wakacje już się skończyły. Jeżeli natomiast wyjazdów było dużo, to czuje się czasem ulgę, że można pomieszkać w domu. Teraz, kiedy żyję pod presją czasu i końca kontraktu, bywa, że wracam i już planuję kolejny wyjazd, bo chcę zobaczyć jak najwięcej. Szybko rodzą mi się też pomysły dotyczące kolejnych miejsc do odwiedzenia.

Prowadzi pani jakąś ich ewidencję? Jakiś notes ze spisanymi wyprawami?
Im częściej pisałam o podróżach, tym więcej dostawałam zaproszeń na wyjazdy prasowe.
Gdy podpisałam kontrakt, spirala wyjazdów i podróży zaczęła się sama nakręcać. I muszę przyznać, że nieco zaniedbałam ewidencjonowanie moich wypraw, bo nie mam na to czasu. Ostatecznie chyba już wyrosłam z tego etapu, gdy wszystko spisywałam i zawsze przywoziłam pamiątkę.

Istnieje długofalowy plan kolejnych wyjazdów?
Lista krajów, które chciałabym odwiedzić, oczywiście jest. Teraz, będąc w USA, staram się poznać jak najlepiej ten kraj. Marzę o tym, żeby przed powrotem do Polski wybrać się na Alaskę i Hawaje, zobaczyć słynne południe Ameryki. Te bardziej długofalowe cele, odłożone w szufladzie, czekają na swoją kolej.

Czy aktualna sytuacja na świecie, związana z koronawirusem, zmieni coś w naszym stylu podróżowania?
Myślę, że tak. Wyjazdy stały się trudniejsze. I zapewne trochę będziemy musieli zmienić podejście do podróży. Zawodowo zajmuję się turystyką i mogę powiedzieć, że wspólnie z organizacjami turystycznymi z innych krajów ustaliliśmy, że teraz skupiamy się na promowaniu wyjazdów indywidualnych. Wypraw blisko domu, na łono natury. Czyli raczej nie do dużych skupisk ludzi, a z dala od miast. To sprzyja prostocie podróżowania. Przez ostatnie kilkanaście lat przyzwyczailiśmy się do stawiania dużych wymagań co do kierunku, jakości podróży i tego, co otrzymujemy w zamian za wydane pieniądze. Gdzieś chyba zagubiliśmy bezinteresowną radość podróżowania. Myślę, że obecna sytuacja zmusi nas do tego, żeby sobie przypomnieć, jak to jest rozpalić ognisko na rodzinnym biwaku albo pomoczyć nogi w jeziorze i złowić rybę. I na takie wyjazdy nie trzeba dużych pieniędzy. Warto pamiętać o tym, że nie musimy wyjeżdżać daleko, żeby przeżyć coś nowego, poznać i odkryć ciekawe miejsca.

Rozmawiał Jacek Łosak – korespondent FRSE
Zdjęcia: archiwum prywatne