Cały ten jazz


Kuba Więcek – saksofonista, kompozytor jazzowy, producent muzyczny. Ma 25 lat i za sobą projekty z artystami z całej Europy, nagrodę Fryderyka oraz ambitne plany na przyszłość. Studia muzyczne odbył w Danii, ale na Erasmusa przyjechał… do Krakowa

W 2017 roku wydałeś debiutancki album „Another Raindrop”, za który otrzymałeś Fryderyka w kategorii „Debiut roku”. Co oprócz pracy i talentu doprowadziło cię do tej nagrody?
Dla mnie najważniejsze w muzyce są relacje międzyludzkie. To one poszerzają horyzonty, pozwalają tworzyć nowe rzeczy. Wszystko,
co mam, zawdzięczam innym ludziom. Gdyby nie oni, nigdy nie otrzymałbym żadnej nagrody, nie dostawałbym zaproszeń na festiwale.

Czyli dzisiaj nie wystarczy po prostu być dobrym muzykiem i czekać, aż zostanie się zauważonym?
Nie, trzeba tworzyć relacje z innymi twórcami. Wszystko, czego pragniemy, możemy osiągnąć tylko wtedy, gdy damy sobie ku temu okazję. Nie można siedzieć i czekać. W muzyce stwarzanie okazji polega na wychodzeniu z inicjatywą, by grać
z wieloma artystami.

Po liceum wyjechałeś na studia muzyczne do Rhythmic Music Conservatory w Kopenhadze. Czy tam właśnie poznałeś artystów, którzy cię zainspirowali?
Zaraz po liceum pojechałem na studia do Amsterdamu, z których jednak po roku zrezygnowałem. Następnie dostałem się do szkoły w Kopenhadze. Jeśli chodzi o studia muzyczne – Dania zdecydowanie się wybija. Studiowanie muzyki w Polsce, Holandii czy USA wygląda podobnie. Dania ma na to oryginalny sposób. Chodzi o wolność. Od początku kładzie się nacisk na to, by pozostać sobą. Gdzie indziej zazwyczaj najpierw trzeba solidnie nauczyć się podstaw, a dopiero potem można iść we własnym kierunku. W Danii można było od razu zmierzać w swoją stronę. W całej szkole było mniej więcej 300 osób, z czego około 20–30 muzyków grało jazz. Miałem kontakt z producentami muzycznymi i songwriterami. Ludzie byli niesamowicie zróżnicowani, dzięki czemu nauczyłem się wielu nowych rzeczy. Co więcej – na początkowych zajęciach zespołowych były osoby, które nie umiały czytać nut! Gdy się o tym dowiedziałem, zastanawiałem się, czy nie tracę czasu na granie z ludźmi, którzy nie mają podstaw. Dopiero potem zrozumiałem, że mimo braku znajomości nut muzycznie robią oni dużo ciekawsze rzeczy niż ja. Bardzo mnie to otworzyło.

Ty miałeś solidne podstawy – byłeś po szkole muzycznej.
Tak. Chociaż moje początki też nie były różowe. Moja mama jest pianistką i uczy w szkole muzycznej. Gdy byłem dzieckiem, zaproponowała mi, żebym zaczął na czymś grać. Wybór padł na wiolonczelę. To był jednak czas, kiedy bardziej interesowały mnie gry komputerowe. Po pięciu latach w szkole muzycznej chciałem zrezygnować, ale mama zasugerowała zmianę instrumentu. Zacząłem zatem grać na saksofonie, ale dalej nie sprawiało mi to szczególnej radości. Aż do momentu, gdy cztery lata później spotkałem w moim mieście – Rybniku – ekipę, z którą stworzyłem pierwszy zespół.

I to był przełom?
Zaczęliśmy razem grać. Raz na próbie koledzy powiedzieli, żebym coś zaimprowizował. A ja w zasadzie nigdy w życiu nie improwizowałem muzycznie! I w tym momencie poczułem, że to jest to. Uzależniłem się od bycia tu i teraz, które daje improwizacja. Od tego momentu muzyka stała się dla mnie ważna. Dzięki niej wciąż poznaję też nowych ludzi i sporo podróżuję.

Studiując już w Danii, wziąłeś udział w programie Erasmus+ i… przyjechałeś do Polski.
W Danii pracowałem z wieloma muzykami nad najróżniejszymi projektami. Wyjazd na Erasmusa do Akademii Muzycznej w Krakowie dał mi możliwość powrotu do tworzenia z polskimi artystami. Mogłem dokończyć projekty, nawiązać nowe współprace, zadbać o to, by pewne relacje nie wygasły.

W jakie projekty jesteś obecnie zaangażowany?
Ostatnie trzy lata były dla mnie bardzo intensywne. Brałem udział w nagraniach ponad 20 płyt z różnymi zespołami. Z większości
projektów jednak zrezygnowałem i obecnie skupiam się na własnych planach. Pół roku temu postanowiłem poświęcić się produkcji i teraz zajmuję się głównie muzyką elektroniczną.
Jazz nie zniknął z mojego życia, korzystam ze wszystkiego, co mi dał, ale idę dalej. Wciąż współpracuję z różnymi muzykami, ale jestem bardziej otwarty na wokalistów i raperów. Poza tym większość kawałków nagrywam sam w domowym studio.

Wywodzisz się jednak z jazzu. Wydawało mi się zawsze, że to muzyka dla koneserów. Czy coś się w tej kwestii zmienia?
Na pewno zmienia się sposób, w jaki młodzi muzycy jazzowi się promują. Nie da się ukryć, że jazz zawsze był dosyć ascetyczny. Muzycy stali na scenie ze swoimi instrumentami, stateczni… Brakowało show. Dzisiaj artyści stają się odważniejsi. Rozumieją, że to, jak muzyk zachowuje się podczas koncertu czy jak wygląda, jest istotne. Kluczowa zmiana jest widoczna także w podejściu jazzmanów do samej muzyki. Zauważyli, że popularna współcześnie muzyka elektroniczna sporo z tego jazzu czerpie. I że oni w takim razie też mogą inspirować się elektroniką. Dzisiejszy świat muzyki pełen jest wzajemnych wpływów i nawiązań. I to jest świeże. Czysty jazz w pewnym momencie stał się dla mnie zbyt przewidywalny. Muzyka elektroniczna natomiast otwiera szersze spektrum możliwości, jest bardziej różnorodna, i to bywa niesłychanie atrakcyjne.

Jakie masz zatem plany na najbliższą przyszłość?
Chcę współpracować z raperami, a także nagrać płytę z moim trio. Razem z Piotrem Orzechowskim planujemy również nagrać coś w duecie. Zamierzam skupić się na tworzeniu muzyki elektronicznej. Myślę, że nie chciałbym za 10 lat tyle koncertować, ile grałem przez ostatnie lata, czuję się tym trochę zmęczony. Teraz zdecydowanie skupiam się na komponowaniu.

Rozmawiała Katarzyna Rodacka – korespondentka FRSE
Zdjęcie: Marcin Giba