Dolce vita, czyli Erasmus po włosku


Erasmus to był jeden z najlepszych wyborów w życiu. Wykorzystałem ten wyjazd w stu procentach – mówi Jarek Wist, wokalista, autor muzyki i tekstów, który 10 lat temu wyjechał na wymianę studencką do Wenecji

Opisałbyś swoje życie jako dolce vita?

Czasem bywa słodkie, gdy udzielam wywiadów, mam sesje zdjęciowe, jestem na scenie i robię ciekawe projekty muzyczne. Ale są takie momenty, gdy bardziej pasuje określenie vita amara, czyli gorzkie życie, bo nie zawsze wszystko układa się tak, jak bym chciał. Nauczyłem się jednak, by mimo potknięć i upadków, iść dalej. Ważne, by w życiu robić to, czego naprawdę pragniemy, i nie żałować później, że się z czegoś zrezygnowało.

I niemal wszystko, co się u ciebie dzieje, ma wspólny mianownik. To Włochy.

One pojawiły się w czwartej klasie liceum, kiedy pojechałem na wycieczkę szkolną do Wenecji, Padwy i Rzymu. Wróciłem zachwycony. Wcześniej Włochy kojarzyły mi się tylko z Janem Pawłem II, pizzą i palmami. Tamta kultura, ludzie, ich sposób myślenia tak mnie zauroczyły, że wiedziałem, że muszę tam wrócić i nauczyć się języka włoskiego.

I zrobiłeś to dość szybko.

Po liceum zacząłem pracę w biurze podatkowym, ale błyskawicznie zorientowałem się, że to nie moja bajka, i wyjechałem na pół roku do Włoch. Zamieszkałem na wsi, blisko morza, w trzynastowiecznej willi, gdzie podlewałem pomarańcze i malowałem właścicielom okna. Miałem z tego kieszonkowe i darmowe lekcje włoskiego.

Już wtedy wiedziałeś, że będziesz śpiewać?

Piosenkarzem chciałem być już jako czterolatek. Później co roku oglądałem występy polskich artystów na festiwalach w Opolu i Sopocie. I od razu sobie wyobrażałem, że ja też tak chcę. Jestem naturszczykiem. Uczyłem się śpiewać, naśladując moich ulubionych wokalistów.

Włoskich?

Jeszcze nie. Jako dziecko zachwycałem się piosenką Chłopcy radarowcy Andrzeja Rosiewicza. Niedoścignionym ideałem był dla mnie zawsze Zbigniew Wodecki, artysta świadomy każdego dźwięku, który wiedział, czym jest melodia. Ja także chciałem wykonywać typowo festiwalowe piosenki, bo kochałem, jak coś się w tych utworach dzieje. Podobało mi się, jak śpiewają Mietek Szcześniak, Frank Sinatra, Paul Anka czy Michael Bublé. Kręciła mnie także czarna muzyka z mocnym, potężnym wokalem. Też tak chciałem śpiewać. Ale dość szybko zdałem sobie sprawę, że jestem blondynem z Polski, mam swój styl i głos, i muszę znaleźć dla siebie miejsce. I tak wylądowałem w Szansie na sukces.

Bo – cytując piosenkę Roberta Jansona, którą tam zaśpiewałeś – „warto żyć, warto śnić”.

Wtedy naprawdę wierzyłem, że wygram ten program. No i się udało. Zaczął się dla mnie bardzo intensywny czas muzyczny. Nagrałem pierwszego singla, wystąpiłem na Fryderykach, zagrałem na festiwalu Top Trendy. Jednocześnie zacząłem studiować filologię włoską na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu.

I znowu Włochy. Na trzecim roku wyjechałeś na Erasmusa do… Wenecji.

Ktoś mi powiedział na początku studiów, że jest taki program. Z jednej strony strasznie się bałem, że sobie nie poradzę, że nie będę rozumiał dobrze i zajęć, i innych ludzi, bo nie mówiłem wtedy jeszcze tak dobrze po włosku. Ale z drugiej strony nie mogłem się doczekać wyjazdu. Na drugim roku robiłem wszystko, żeby się zakwalifikować na Erasmusa. Chciałem mieć jak najlepsze stopnie, bo konkurencja była duża. Wiedziałem, że postawię na jedno z miast na północy Włoch, są tam bowiem bardzo dobre uniwersytety, na których można świetnie podszkolić język. Ostatecznie wybrałem Ca’ Foscari w Wenecji, także dlatego, że miałem tam znajomych, a region jest przepiękny. Nieopodal są Padwa, Vicenza, Werona i przedgórze alpejskie. To taka część Włoch raczej nieodkryta przez Polaków.

Obawy były uzasadnione?

Od dziecka nie bardzo wierzyłem w siebie, stąd ten strach. Nie jestem też stuprocentowym humanistą, więc mniej mnie interesowały podstawy wiedzy o literaturze, a bardziej zależało mi, by poznać i zrozumieć mentalność Włochów i perfekcyjnie nauczyć się ich języka. Ale Erasmus to był jeden z najlepszych wyborów w życiu. Wyjazd wykorzystałem w stu procentach. Miałem kontakt z rówieśnikami z Włoch. Poznałem wspaniałych profesorów, często w moim wieku lub ciut starszych, którzy prowadzili zajęcia z niezwykłą pasją. Najmilej wspominam zajęcia w grudniu. W radiu ogłosili alarm: acqua alta, czyli wysoka woda. Kompletnie nie wiedziałem, o co chodzi. Przychodzę na zajęcia, które tego dnia odbywały się na parterze pięknego uniwersyteckiego budynku. W sali wszyscy studenci w kaloszach, a profesor siedzi po turecku na biurku i opowiada na zajęciach z literatury współczesnej o swoich znajomych pisarzach. Pod nami było pół metra wody.

Powódź w Wenecji?

Woda szybko opadła, ale to też magia tego miasta. Przy okazji nauczyłem się od znajomych, że mam zawsze słuchać radia. Polecam zwiedzanie Wenecji szczególnie w październiku i listopadzie, kiedy miasto pustoszeje, dzięki czemu staje się niezwykle romantyczne i magiczne. Jest przepięknie.

Wenecja to miasto kanałów, gondolierów i zakochanych. Coś byś dorzucił do tej triady skojarzeń?

Za dnia to miasto turystów, a wieczorami Wenecję przejmują studenci. Nagle duży plac Santa Margherita z rynku ze świeżymi rybami zamienia się w największą imprezownię pod gołym niebem. Jest wesoło, ludzie jedzą pizzę, piją najpopularniejszy włoski drink, czyli aperol spritz, i się wzajemnie przekrzykują. To jest też miejsce spotkań studentów z całego świata.

Studiowałeś z innymi erasmusowcami?

Właśnie nie. Trafiłem do grupy, w której wszystkie zajęcia były prowadzone w języku włoskim, a nie angielskim. Oprócz mnie była tam tylko jedna osoba na Erasmusie. Zaprzyjaźniłem się z Włochami. Często chodziliśmy do kina, teatru, jeździliśmy do innych miast. Pokazali mi mnóstwo zakątków, nieznanych mostków, o których wiedzą tylko lokalsi. Nagle Wenecja stała się moim miastem. Czułem się tam coraz pewniej i mogłem ciągle szlifować język. Czasami używałem słów włoskich, których nie rozumieli sami Włosi. Tłumaczyłem im, że na studiach w Polsce czytaliśmy oryginalne wydanie Boskiej komedii. Śmiali się, że używam archaizmów, ale byli też pełni uznania dla naszych uniwersytetów.

Koledzy wiedzieli, że śpiewasz?

O tak! Niektórzy wyszukali mnie w internecie. Ale też sporo młodych wykładowców kojarzyło moją wersję hitu Kool and the Gang.

Kazali ci śpiewać na imprezach Fresh?

Na świętach uniwersyteckich też, ale broniłem się przed tym, jak mogłem.

Twój projekt muzyczny, tworzony z Krzysztofem Herdzinem „Swinging with Sinatra”, też ociera się o Włochy, bo przecież Frank Sinatra ma włoskie korzenie.

Wtedy nawet nie zdawałem sobie sprawy, że jego rodzice pochodzą z tamtych stron. Pod koniec Erasmusa chodził mi po głowie pomysł, by odezwać się do Krzysztofa, bo wcześniej napisał dla mnie piosenkę. Zaproponowałem mu, że może coś wspólnie stworzymy. Odezwał się na drugi dzień. Byłem przeszczęśliwy. Dla mnie to wielka postać: zdobywca wielu Fryderyków, wspaniały pianista, kompozytor, producent, jazzman z ogromną wiedzą i kulturą muzyczną. Spotkaliśmy się w jego domu i ustaliliśmy, że nagramy utwory Sinatry w aranżacji Krzysztofa z moim wokalem. I wtedy mi powiedział: „czekałem na to 10 lat”. Te słowa dały mi ogromną siłę i chęć do pracy.

Szukał odpowiedniego wokalisty?

Powiedział, że czuję swing, potrafię oddać ducha tej muzyki na scenie, nie jestem typowym wokalistą jazzowym, ale piosenkarzem estradowym, który łączy śpiew z aktorstwem. Nagraliśmy płytę, a potem ruszyliśmy w trasę koncertową.
18 osób na scenie, wspaniale grający big-band.

Później wydałeś dwie solowe płyty, właśnie pojawiła się kolejna – Dolce VitaM, tym razem z przebojami muzyki włoskiej z lat 60.

Wybrałem sobie najważniejsze utwory z epoki dolce vita, kiedy Włochy przeżywały boom ekonomiczny. Liczyła się moda, design, włoskość. Oni nazywają to epoką kawy, bo konsumpcja rosła, ludzie masowo pili kawę, chodzili do knajpek na cappuccino. Ale lata 60. to też wspaniały okres dla włoskiej muzyki z pięknymi melodiami. I dlatego chcę przypomnieć swoje wersje takich przebojów jak: Piove, Volare czy Azzurro.

Polacy kochają chyba bardziej lata 80. i italo disco.

To najgorszy okres dla włoskiej muzyki.

Gwiazdy italo disco ciągle występują na festiwalach w naszym kraju.

I to jest fenomen, bo Włosi nie znoszą italo disco. Pozapominali tamte utwory. Jak im mówię, że Polskę odwiedzają Al Bano czy Adriano Celentano, to łapią się za głowę. Nikt ich nie chce grać w radiu we Włoszech. Dla nich to jest okropna muzyka. Prosta melodia i durny tekst. Włosi wstydzą się tej epoki. Nie mógłbym tego śpiewać, bo nie czuję tej muzyki.

Gdyby nie pobyt w Wenecji, to tej płyty by dziś nie było?

Na pewno Erasmus pomógł w jej wydaniu. W wolnym czasie odwiedzałem we Włoszech sklepy muzyczne i rozmawiałem z ludźmi, którzy świetnie się znali na muzyce z lat 60. Polecili mi wiele wspaniałych płyt i artystów, których wcześniej nie znałem. Pobyt na Erasmusie to był dla mnie czas, by zdecydować, co chcę robić w życiu. Można oczywiście wyjechać, fajnie się bawić i wybłagać profesora, żeby zaliczył wszystkie egzaminy, ale stypendium to jest też ogromna szansa, żeby nauczyć się języka i poszerzyć horyzonty. Można też zostać w Polsce, tu skończyć studia i nawet nie próbować przekonać się, jak żyje się gdzie indziej. Erasmus pozwala ci przekroczyć te granice. Teraz za każdym razem, gdy jestem we Włoszech, czuję się jak u siebie w domu.

Zdjęcie: Szymon Łaszewski