Dwie strony medalu


Marzę o pracy przy igrzyskach olimpijskich, na które nie udało mi się dostać, trenując gimnastykę artystyczną – mówi Aleksandra Szutenberg, dziennikarka sportowa Polsatu. Wyjazd na Erasmusa do Niemiec, choć wiązał się z końcem jej sportowej kariery, okazał się punktem zwrotnym w życiu 

Przez kilkanaście lat uprawiała pani wyczynowo gimnastykę artystyczną. Teraz żyje pani sportem z perspektywy redakcji telewizyjnej. Pomiędzy tymi dwoma światami pojawiły się jednak finanse międzynarodowe i bankowość. Skąd taki daleki od sportu temat? 

Zawsze lubiłam matematykę i byłam w niej dobra. Wybierając kierunek studiów, wiedziałam, że nie chcę iść na AWF. Wówczas jeszcze wyczynowo uprawiałam sport na wysokim poziomie i znałam realia niszowych dyscyplin. Szukałam więc czegoś, co może mi zapewnić spokojne życie. Myślałam już wówczas o dziennikarstwie, ale wiele osób odradzało mi ten kierunek jako pierwszy. Dodatkowo dziennikarstwo wiązałoby się z wyprowadzką z Gdyni do Warszawy, bo ta oferuje większe możliwości pracy w zawodzie. Szukałam więc kierunku, który z jednej strony umożliwiłby mi kontynuowanie uprawiania sportu, a z drugiej zapewnił duże pole manewru – mam tu na myśli zarówno wykształcenie, jak i wyjazd na Erasmusa, bo już wtedy planowałam taki ruch w trakcie studiów. Ostatecznie padło więc na ekonomię na Uniwersytecie Gdańskim, a później specjalizację z finansów międzynarodowych i bankowości.

Erasmus, o którym pani wspomniała, był przełomowym momentem. Zakończyła pani karierę jako zawodniczka kadry narodowej w gimnastyce…

Tak, wszystko miałam dobrze zaplanowane. Na podjęcie decyzji o zakończeniu kariery wpłynęło kilka czynników, głównym było jednak zdrowie. Zresztą gimnastyka artystyczna jest sportem, który się uprawia mniej więcej do takiego wieku. Wiedząc, że będę żegnać się z karierą sportową, odpowiednio wcześnie wszystko przemyślałam, tak żeby po jej zakończeniu mieć już zorganizowany wyjazd na Erasmusa.

Jaki kraj pani wybrała?

Wyjechałam do Niemiec na Uniwersytet w Mannheim, który wówczas był jedną z najlepszych biznesowych uczelni w Europie. Dodatkowo moim drugim językiem jest niemiecki. Liczyłam więc, że uda mi się go podszlifować.

I tak się stało?

Wśród erasmusowców rozmawialiśmy głównie po angielsku i w tym zakresie moje umiejętności bardzo się rozwinęły. Niemiecki też podszkoliłam. Oczywiście języki są bardzo przydatne w pracy dziennikarskiej. Swoboda w rozmowie z zagranicznymi sportowcami jest ważna. Nie ma jednak co ukrywać, że to tylko jeden z plusów erasmusowych wyjazdów. Ważne było też zdobywanie doświadczeń w aspekcie społecznym i nawiązywanie znajomości z całego świata. Wymiana studencka daje możliwość sprawdzenia się w zupełnie nowym otoczeniu. Wszystko to przydaje mi się dziś w pracy.

Zanim trafiła pani do świata mediów, musiała jednak zawrócić z drogi finansów i bankowości?

Intensywność mojego życia przed wyjazdem na Erasmusa była bardzo duża. Wstawałam wcześnie rano. O 7.30 miałam pierwszy trening, potem studia, kolejny trening, a do tego wyjazdy na zawody. Gdy wróciłam z Niemiec, gdzie również dużo się działo, nagle okazało się, że mam wakacje i nie muszę robić zupełnie nic. To była dla mnie bardzo dziwna, nowa sytuacja. Potrzebowałam aktywności. Rozpoczęłam płatny staż w korporacji finansowej, a po trzech tygodniach zaproponowano mi pracę na pełen etat i na piątym roku studiów łączyłam naukę z pracą. Kiedy się obroniłam, została tylko praca i znowu poczułam, że mało się dzieje. Siedzenie za biurkiem przez osiem godzin dziennie nie do końca mi odpowiadało. Stwierdziłam, że spróbuję wrócić do planu związanego z dziennikarstwem. Rzuciłam pracę i wyjechałam do Warszawy. W stolicy rozpoczęłam podyplomowe dziennikarstwo. Dałam sobie rok, żeby dostać się do wymarzonej stacji, i tak się stało. Dziś mija już osiem lat, od kiedy zaczęłam pracę w Polsacie Sport.

Zawodowi sportowcy często mówią o tym, że po zakończeniu kariery brakuje im ekscytacji związanej z występami. Czy w pani przypadku dziennikarstwo sportowe miało być taką odtrutką na nudę, dać zastrzyk adrenaliny, którego zabrakło po zakończeniu kariery sportowej?

Oczywiście. To był dla mnie bardzo ważny element. Wcześniej mówiłam o tym, że się nudziłam, ale pewnie bardziej właściwym określeniem byłoby, że brakowało mi adrenaliny, która wiąże się ze sportowymi zawodami. Ponownie odnalazłam ją w występach na żywo przed kamerą. Każda taka sytuacja oraz podejmowanie nowych wyzwań z obszaru dziennikarstwa to są właśnie zastrzyki emocji, które wcześniej dawał mi sport.

Ten zastrzyk dziennikarskiej adrenaliny pojawił się chyba bardzo szybko, bo też szybko zaczęła pani prowadzić na żywo serwis informacyjny w programie Cafe Euro. Wykonała więc pani skok na głęboką wodę.

Dyrektor do spraw sportu telewizji Polsat, pan Marian Kmita, bardzo szybko dostrzegł we mnie potencjał i stwierdził, że warto mnie sprawdzić. Już po dwóch miesiącach stażu dostałam szansę występu na żywo. To nie był skok na głęboką wodę. Zostałam do niej po prostu wrzucona. Miałam wówczas sporo wątpliwości. Docierały do mnie głosy od doświadczonych dziennikarzy, że nie jestem jeszcze na to gotowa. Poszłam nawet do dyrektora i powiedziałam, że nie czuję się jeszcze gotowa. Usłyszałam wówczas: pani Olu, da pani radę. I faktycznie dałam.

Czy rzeczywiście stres, jaki towarzyszy przed kamerą, jest podobny do tego podczas zawodów sportowych, które odbywają się przed publicznością?

Myślę, że emocje są zbliżone. Początkowo, gdy stałam w studiu za stolikiem, czułam np., że trzęsie mi się jedna noga. To są reakcje organizmu podobne do tych, które przeżywałam w momencie występów sportowych. Gdy miałam poprowadzić studio gali mistrzów sportu, czułam się dokładnie jak przed zawodami. Te emocje uzależniają. Sprawiają ogromną frajdę, dają przyjemność i satysfakcję.

Czy to, że była pani sportowcem i rozumie sportowe życie, powoduje, że w jakimś stopniu patrzy pani inaczej na kolegów z sali treningowej?

Czuję, że dzięki mojemu doświadczeniu potrafię być bardziej obiektywna. Na samym początku pracy w telewizji bywałam wręcz oburzona, gdy moi koledzy dziennikarze krytykowali sportowca, który zajął np. czwarte miejsce na igrzyskach. Toczyłam wtedy z nimi zażarte dyskusje. Dla człowieka, który siedząc na kanapie, ogląda rywalizację, czwarte miejsce jest porażką, ale są setki tysięcy sportowców, którzy nawet nie mają możliwości wyjazdu na igrzyska, bo są w ich kraju jedna lub dwie osoby lepsze. Sama kwalifikacja olimpijska jest już naprawdę dużym sukcesem. A sportowcy, którzy dostaną się na igrzyska, to wybitne jednostki, naprawdę poświęcające kawał swojego życia, żeby znaleźć się w tym miejscu. Wiedząc, jak sportowy świat wygląda od środka, zdecydowanie więcej czuję, widzę i rozumiem. Z drugiej strony sprawia to, że jest mi łatwiej rozmawiać ze sportowcami. Oni też czują, że ja wiem, o co chodzi, wiem, o czym mówimy, i przez to są w stanie bardziej się otworzyć. Sportowiec z drugim sportowcem rozmawia inaczej niż z dziennikarzem. Bywa też, że spotykam w swojej pracy zawodników, których znam jeszcze np. z czasów zgrupowań w Wałczu czy Cetniewie. Relacja między nami jest więc jeszcze bliższa.

Spotyka też pani w swojej pracy osoby reprezentujące gimnastykę artystyczną? Dyscyplinę, którą uprawiała pani przez lata.

Tak. Moja dyscyplina jest sportem niszowym, który potrzebuje uwagi i zainteresowania ze względu na to, ile życia i zdrowia trzeba mu poświęcić. Uważam, że gimnastyka artystyczna jest niedoceniana. Staram się więc, na tyle, na ile jest to możliwe, wyłapywać różne historie związane z tą dziedziną, by pokazywać je szerszej publiczności. Chcę tym dziewczynom, które poświęcają życie gimnastyce, w jakiś sposób pomóc.

Zaczynając pracę w branży dziennikarskiej, spełniła pani jedno ze swoich marzeń. Jakie jednak jest pani największe marzenie już w zawodzie?

Marzę o pracy przy igrzyskach olimpijskich, na które nie udało mi się pojechać jako sportowiec. Było blisko, ale akurat w momencie jednych kwalifikacji byłam po operacji i wychodziłam z poważnej kontuzji, a kolejnych kwalifikacji już nie doczekałam. Igrzyska też były jednym z powodów, dla którego po zakończeniu kariery sportowej udałam się w stronę dziennikarstwa sportowego. Wierzę, że kiedyś pojadę na nie jako dziennikarka. Chciałabym znaleźć się tam w samym środku wydarzeń. Wyjazd na igrzyska byłby moim spełnieniem.

Rozmawiał Jacek Łosak – korespondent FRSE
Zdjęcie: Szymon Łaszewski