Erasmus+ wychodzi na zdrowie


To nie jest tak, że jak się nie widzi, to nie ma po co wyjeżdżać. Każde miejsce ma swoje fluidy. Wysiadasz z samolotu czy samochodu i już wiesz, czy jest super. Po przyjeździe do Sewilli pierwsze, co poczułam to zapach kwitnących pomarańczy

Monika: – W Warszawie miałam mnóstwo bliskich znajomych. Zawsze mogłam się do nich zwrócić, by pomogli mi się gdzieś dostać czy zrobić zakupy. W Barcelonie miałam jedną koleżankę z Polski, która w dodatku była dość zajęta. Nie mogłam zadzwonić w środku nocy i poprosić o pomoc. I dobrze, bo dzięki temu jeszcze bardziej się usamodzielniłam.

Agnieszka: – Nie byłam w pełni przygotowana do samodzielnego życia za granicą, ani do komunikowania się po angielsku ze słyszącymi. Tuż przed wylotem chciałam się wycofać. Ale nie zrezygnowałam.

Łukasz: – Jak wyjeżdżałem z domu, to myślałem tylko o tym, żeby nic się nie stało, żeby szczęśliwie wrócić. Wróciłem i jakbym zaczął drugie życie. Wcześniej bałem się jeździć pociągami. Po wyjeździe na Litwę żadnych ograniczeń już sobie nie wprowadzam. Pociągiem dojeżdżam codziennie na uczelnię.

Anna: – Właściwie znam tylko jeden przypadek studenta, którego stan zdrowia pogorszył się po powrocie z wyjazdu. Ale zadowolona, wręcz oczarowana. I bardzo poleca innym wyjazdy na Erasmusa.

Po co niewidomym podróże Mama Moniki Dubiel sama wypychała ją z Lublina na studia do Warszawy. Bo „uczelnia lepsza i poziom wyższy”. To też – ale przede wszystkim dlatego, że w domu ciągle się o nią martwiła i najchętniej wciąż odprowadzałaby ją do szkoły. Może jak nie będzie jej widzieć, to nie będzie się tak bać?

Dla Moniki – niewidzącej od urodzenia – wyjazd do Warszawy był pierwszym etapem usamodzielniania się. W domu – wiadomo – obiad zawsze jest, posprzątane jest, uprane jest, a zakupy robią się same. W uczelnianym akademiku wszystko działa inaczej. – Oczywiście, dostałam pomoc z biura ds. osób niepełnosprawnych, bo zupełnie nie znałam miasta. Pani z biura uczyła mnie orientacji przestrzennej, trasy z akademika na wydział, wolontariusze zrobić zakupy. Ale na co dzień musiałam radzić sobie sama – opowiada.

Dziś Warszawę zna już bardzo dobrze. Na nasze spotkanie na kampusie UW przy Krakowskim Przedmieściu z biura Fundacji Kultury Bez Barier, gdzie pracuje, dotarła sama – pomagając sobie składaną białą laską („Co za wygoda!”). Nieźle zna też Barcelonę, gdzie spędziła 10 miesięcy, Lizbonę (10 miesięcy) i Sienę (4 miesiące). Do tego rok w Tomsku, w samym środku Syberii i kilka miesięcy w Greensboro w Stanach Zjednoczonych. W podróżach Moniki właściwie trudno się połapać, bo w czasie pięcioletnich studiów na iberystyce wykorzystała do maksimum liczbę miesięcy, które student może spędzić na wymianie w ramach programu Erasmus+. Na drugim kierunku – rusycystyce – skorzystała z umów partnerskich z uniwersytetami w Rosji i Stanach.

– Zaczęło się od wniosku o wyjazd na Universitad de Barcelona. Nasze biuro wymiany musiało zgłosić, że jestem osobą z niepełnosprawnością wzroku, a tamtejsza uczelnia ocenić, czy ma warunki, by mnie przyjąć. Powiedzieli,

że nie ma przeciwwskazań. Na miejscu okazało się, że żadnych ułatwień też nie ma – wspomina. I wyjaśnia, że na hiszpańskich uniwersytetach nie ma wydzielonych jednostek do pomocy niewidomym. Odpowiada za to Hiszpański Związek Niewidomych, który jednak wspiera tylko swoich obywateli. – W końcu udało mi się wyprosić parę godzin orientacji przestrzennej, nie udało się jednak załatwić adaptacji materiałów. Wszystko zależy od uniwersytetu, bo w Lizbonie bez problemu zeskanowano mi materiały – mówi.

Pierwsze dni w Barcelonie spędziła z mamą. – Poruszając się z dużym bagażem, nie jestem w stanie używać laski – mówi Monika. Później jednak już samodzielnie dwukrotnie zmieniała stancję. Raz, bo akademik był za drogi, drugi raz z powodu problemów z właścicielką mieszkania. – Barcelona była przełomowym momentem w moim życiu. Nauczyłam się porządnie hiszpańskiego, poznałam ludzi z całego globu, z krajów, o istnieniu których nie

miałam nawet pojęcia. Ale przede wszystkim otworzyłam się na świat – mówi Monika. – Niektórzy zastanawiają się, po co niewidomym podróże. A mnie się wydaje, że są im bardziej potrzebne niż widzącym,

bo przecież oni nie wygooglują sobie zdjęć. Poza oglądaniem można jeszcze słuchać, wąchać, dotykać. Domy Gaudiego mają niesamowitą bryłę!

Studenci sobie radzą Anna Rutz, pełnomocniczka rektora ds. studentów z niepełnosprawnościami na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu przyznaje, że takich studentów

wyjeżdżających na Erasmusa+ nie jest wielu, ale ich liczba z roku na rok rośnie. W roku akademickim 2015/16 z uczelni w Poznaniu wyjechało dwoje studentów z niepełnosprawnością, rok później – czworo. W tym roku są trzy takie osoby, ale liczba jeszcze się zwiększy ze względu na praktyki wakacyjne.

– Ubieganie się o stypendium wygląda dokładnie tak samo, jak w przypadku sprawnych studentów. Trzeba złożyć wniosek i wziąć udział w rekrutacji. Jedyna różnica polega na możliwości wnioskowania o dodatkowy grant z tytułu niepełnosprawności. Ma on pokryć koszty wsparcia, z którego student korzysta na co dzień w kraju i przyznawany jest na podstawie wywiadu. Po powrocie grant trzeba rozliczyć – wyjaśnia Anna Rutz.

Student może wnioskować o pieniądze chociażby na rehabilitację, leki, transport specjalistyczny, dodatkowe ubezpieczenie czy wyjazd i pobyt asystenta bądź jednorazowe przyjazdy osób, które pomogą mu w obcym mieście. – Niestety, nie zawsze wystarcza środków. Mieliśmy przypadek studentki niesłyszącej, która posługuje się językiem migowym i wysokość grantu pozwoliła jedynie na pokrycie kosztów asystenta sporządzającego dla niej notatki – wspomina A. Rutz.  Najtrudniejszym momentem dla Erasmusów z niepełnosprawnością jest zderzenie z obcą uczelnią. – Wciąż widać pewne dysproporcje między krajami w systemach wsparcia. Słabo widzący student wyjechał do Niemiec, gdzie pomoc takim osobom zapewniana jest przez państwo, a nie uczelnię. Musiał więc jechać z własnym lub wypożyczonym od nas sprzętem, bo niemiecka uczelnia go nie miała – mówi A. Rutz. Innej studentce przed wyjazdem przyznano akademik, ale na miejscu jednak go nie dostała. – Z dnia na dzień musiała sama szukać mieszkania. My tu w kraju mogliśmy jej pomóc w bardzo ograniczonym zakresie – mówi Rutz. – Studenci często nie wiedzą, co ich czeka na miejscu, muszą więc przełamywać psychiczne blokady. Ale mimo tych trudności radzą sobie. Patrząc na bilans plusów i minusów, zdecydowanie zwyciężają plusy – dodaje.

Jeszcze Polska nie zginęła Łukasza Pawlika na uczelni w Kłajpedzie przywitał kierownik wydziału jazzowego, który bywał w Polsce na koncertach. Wypalił z uśmiechem: „Jeszcze Polska nie zginęła!”. – No to chyba jednak nie zginiemy – pomyślał Łukasz. Chociaż kilka miesięcy wcześniej myślał zupełnie inaczej.

O Erasmusie usłyszał na zajęciach z edukacji muzycznej, którą studiuje na oddziale UAM w Kaliszu. Pierwsza myśl: „To nierealne, jako osoba od sześciu lat niewidząca sam nie dam sobie rady”. Ale potem z tym samym pomysłem zgłosił się do niego kolega. A we dwóch to już mogło się udać.

Prócz standardowego stypendium na wyjazd przyznano mu również dodatkowe pieniądze z programu PO WER, który wspiera m.in. mobilność osób z niepełnosprawnością. Dostał też pieniądze na dojazd na Litwę prywatnym samochodem i wspólnie z kolegą ruszył w drogę.

Pierwszym wyzwaniem był akademik –nowe miejsce, nowi ludzie. Ale już po miesiącu Łukasz poruszał się po nim samodzielnie, mimo że budynek wybudowano w latach 50., gdy o udogodnieniach dla osób z niepełnosprawnościami nikt nawet nie myślał. – Erasmusi mieli swojego mentora, który im pomagał w codziennych sprawach. Najbardziej pomocni okazali się jednak koledzy i koleżanki z uczelni. Jak wychodziłem z pokoju, proponowali, że gdzieś mnie zaprowadzą. To piękne, ale czasem jednak trzeba odmawiać takiej pomocy – mówi Łukasz.

Potraktował Erasmusa+ jak szkołę przetrwania i poradził sobie. – Wykorzystałem sto procent możliwości uczelni, na którą pojechałem. Uczyłem się, rozwijałem, nawiązałem nowe znajomości, korzystałem z życia studenckiego. O to właśnie chodziło – podkreśla.

Angielski czytam z ust Studenci z Maynooth University w Irlandii mówili do Agnieszki spokojnie i wyraźnie. A jeśli coś umknęło, to pisali jej na ekranie komórki. – Na początku miałam trudności z wejściem w irlandzkie środowisko studenckie. Wsparcie od rodziców i najbliższych znajomych dało mi siły, by zrobić pierwszy krok i nawiązać kontakt. Zaprzyjaźniłam się ze świetnymi ludźmi – z Belgii, Holandii, Niemiec, Hiszpanii, USA czy Chin. Do dziś mamy kontakt przez Facebooka czy WhatsAppa – wspomina Agnieszka Maria Turek.

Nie słyszy od urodzenia, prawdopodobnie z powodu niedotlenienia w czasie porodu. Gdy była dzieckiem, dostała aparat słuchowy i całe dnie spędzała na intensywnych ćwiczeniach artykulacyjnych z mamą. W wieku 18 lat zdecydowała się na wszczepienie implantu ślimakowego, w którym sygnał elektryczny imituje słuch. – Nadal czytam z ust, ale implant pomaga mi w tym dużo bardziej niż aparat słuchowy – wyjaśnia Agnieszka.

Formularz wyjazdu na Erasmusa+ wypełniła – jak mówi – nieświadomie, a potem nacisnęła enter. Tak ze studiów historycznych na UAM w Poznaniu trafiła do Irlandii. Za pieniądze ze stypendium kupiła podręczniki i opłaciła pracę osoby, która sporządzała dla niej notatki. – Cieszę się, że się nie wycofałam, ale to wymagało odwagi – mówi Agnieszka. – Dzięki temu wyjazdowi stałam się bardziej samodzielna, w podróż mogę teraz jechać bez rodziców czy biura podróży. Niesamowite jest też to, jak udało mi się poprawić angielską wymowę, słuchając i odczytując słowa z ust innych. Przede wszystkim jednak uwierzyłam w siebie – dodaje.

Z akademika na Erasmusa+ Łukasz w Kłajpedzie poznał dziewczynę. Też niewidomą, Litwinkę. Studiowała wokal i mieszkała w akademiku. – Panie z portierni powiedziały mi, że właściwie nie wychodzi ze swojego pokoju. Odwiedziłem ją. Zaczęliśmy rozmawiać i spotykać się częściej. Chciałem jej jakoś przekazać, że jednak można, że warto spróbować. Ta znajomość obojgu nam dobrze zrobiła, bo miałem szansę pogadać z osobą, która jest w takiej sytuacji jak ja. A ona? Cóż, ja nie zauważyłem zmiany, ale wykładowcy mówili mi później, że zrobiłem na niej bardzo dobre wrażenie. Podobno nabrała pewności siebie i też myśli o wyjeździe na Erasmusa+… •

 

Autorka jest uczestniczką projektu

Mobilni dziennikarze programu Erasmus+