Erasmusi i zderzenie kultur


Na moją salę wykładową trafiła kiedyś studentka z Iranu, która powiedziała mi, że za swój sposób życia tutaj, w kraju, z którego pochodzi zostałaby zabita – mówi dr Tomasz Kozłowski, trener, szkoleniowiec i wykładowca akademicki na Uniwersytecie SWPS

Pamiętasz swoje pierwsze spotkanie z zagranicznymi studentami na sali wykładowej?

Po raz pierwszy miałem okazję pracować z zagranicznymi studentami w poznańskim Collegium Da Vinci. Wykładałem tam kwestie związane z marketingiem internetowym i miałem sporą liczbę żaków z Ukrainy. Natomiast jakieś dwa lata temu na Uniwersytecie SWPS po raz pierwszy trafiłem na grupę, która w całości składała się ze studentów erasmusowców. Były to osoby uczące się na wydziale wzornictwa.

Z jakich krajów pochodzili twoi studenci?

Przekrój kulturowy był całkiem spory. Tak jak wcześniej wspominałem, byli studenci z Ukrainy, ale też Rosji, Wielkiej Brytanii, Turcji, Iranu, a nawet z Kolumbii.

Ukraina i Rosja wydają się być kulturowo dość bliskie Polsce. Czy miało to jakiś wpływ na współpracę ze studentami z tych krajów? Może na jej łatwość?

Z jednej strony mogę powiedzieć, że np. Ukraińcy są ludźmi, którzy wykazują się dużą dozą pokory do nauki. W porównaniu do polskich studentów są bardziej pilni i zmotywowani, a prace wykonują z większym zaangażowaniem. Z drugiej strony widać było, że na studentach pochodzący ze spornych regionów Rosji z Ukrainą odbija się wojna. To były osoby, które nieco trzymały się z boku i hamowały się na gruncie kulturowym. W praktyce jednak trudno zagranicznych studentów przyjeżdżających do Polski na Erasmusa dzielić na narodowości. Oni, niezależnie od tego skąd pochodzą, zawsze trzymają się razem. I chociaż reprezentują różne kraje i mówią różnymi językami, to generalnie są bardzo otwarci i chętnie do kontaktu. Wszyscy studenci zagraniczni, bez wyjątku, robili na mnie wrażenie mocno tolerancyjnych optymistów. Myślę, że z wolna wkraczamy w erę, w której mobilność społeczna jest na tyle duża, że też ludzie, którzy mają okazje z niej korzystać, dość szybko adaptują się do takiego sposobu funkcjonowania.

Czy mimo otwartości coś ich w Polsce zaskakiwało? Czy zdarzały im się jakieś problemy na styku różnych kultur?  

Nie spotkałem się z czymś takim. Erasmusi mają częściej styczność z odmiennością i przez to są bardzo otwarci, chętni do kontaktu. Odnoszę wrażenie, że to Polacy w ich odczuciu wydają się osobami dość cichymi i zamkniętymi. To natomiast co erasmusowców zaskakuje dziś bardzo mocno w Polsce, to niedziele wolne od handlu. Kojarzyło im się to z jakimś rodzajem fundamentalizmu i im doskwierało. Gdy pytałem ich jednak o rzeczy nieprzyjemne, np. agresję czy homofobię, okazywało się, że były to sytuacje marginalne.

A w drugą stronę, czy ciebie coś zaskoczyło w zachowaniu zagranicznych studentów?

Studenci, którzy pochodzą z Bliskiego Wschodu, czyli np. muzułmanie, mieli dość liberalny stosunek do czasu. W ich mniemaniu przyjść na zajęcia pół godziny później, to jeszcze nie jest spóźnienie. Oni jednak tak mają i z ich punktu widzenia nie jest to nic osobistego. Musiałem nauczyć się z tym żyć.

Mówisz o studentach Erasmusa jako osobach otwartych i tolerancyjnych. Wspominałeś też jednak o tym, że miałeś kontakt ze studentami z krajów muzułmańskich, kulturowo odległych od Polski. Czy i oni wykazywali się otwartością?

Tak. Na przykład ludzie z Iranu byli nie tylko otwarci, ale też doskonale współpracowali w grupie. I co może zaskakiwać, mieli dość liberalny stosunek do wielu spraw. Była na przykład dziewczyna, która mieszkała ze swoim chłopakiem, też muzułmaninem i żyli razem bez ślubu. Gdy z nią o tym rozmawiałem, powiedziała, że w Iranie za swój sposób życia tutaj zostałaby zabita. Co ciekawe, studenci Erasmusa potrafili mocno dystansować się względem swojej kultury.

Czyli Erasmus mógł być też dla takich osób formą ucieczki, wyrwania się z własnego kraju.

Pod pewnymi względami na pewno i to nie tylko w kontekście osób z Iranu, ale też np. studenta z Kolumbii. Nie wiem oczywiście jakie były ich wcześniejsze doświadczenia, ale studenci podkreślali czasami to, iż są skonfliktowani ze swoją rodziną na gruncie na przykład tradycji. Więc oni też myślą nieco inaczej niż ludzie z krajów, które opuszczają. Musimy jednak pamiętać, że to były osoby zajmujące się wzornictwem, przyszli designerzy, czyli jednak nieco artystyczne dusze. Może więc ta grupa osób nie do końca pasuje do opisu tzw. statystycznego studenta. Oni generalnie mają nieco inne spojrzenie na rzeczywistość, również Polacy studiujący wzornictwo. Mają liberalne podejście do różnych tematów. Trudno znaleźć wśród nich zamknięte umysły.

Zastanawiam się jednak nad tym czy mimo wspólnego funkcjonowania studentów zagranicznych nie pojawiały się kulturowe animozje między nimi samymi?

Wydawać by się mogło, że takie różnice kulturowe, polityczne czy nawet historyczne najlepiej będzie  można zaobserwować przy okazji pracy z Turkami i Ormianami. Gdy spotkali się w jednej grupie, to ze względu na ich wspólną, trudną historię, zastanawiałem się co może się wydarzyć. I ponownie okazało się, że erasmusi potrafią dość mocno zdystansować się względem polityki prowadzonej przez własny kraj. Obie grupy potrafiły sobie dużo wyjaśnić. Funkcjonowali z sobą na równych prawach i dobrze się razem czuli.

Z tego co opowiadasz wyłania się obraz specyficznej grupy społecznej jaką są studenci Erasmusa. Ludzi, którzy niezależnie od różnic kulturowych czy politycznych potrafią z sobą funkcjonować bez tarć i problemów.

I tak faktycznie jest. Program Erasmus jest pod tym względem nieoceniony. Uczy zdrowego dystansu do różnych spraw, co jest bardzo potrzebne. Gdy rozmawiałem ze wspomnianymi wcześniej studentami z Turcji i Armenii, byłem świadkiem bardzo zaangażowanych dyskusji. Widać było, że ich historia jest tematem kontrowersyjnym, z którym związane są pewne emocje, ale nigdy nie byłem świadkiem sytuacji, w której mógłbym powiedzieć, że oni nie potrafią z sobą rozmawiać. Erasmusi potrafią to robić świetnie, a mam wrażenie, że dziś tego bardzo brakuje. Wydaje mi się, że ci studenci byliby fantastycznymi ambasadorami, dyplomatami. Uważam, że każdy student powinien albo pojechać na Erasmusa, albo w ramach jakiejś praktyki zapisać się do organizacji pożytku publicznego, choćby na jeden semestr i popracować nieco na gruncie innej kultury. Zderzenie się z multikulturowym środowiskiem bardzo otwiera. Tego czego studenci uczą się na Erasmusie w interakcjach między innymi młodymi ludźmi, tego nie nauczą ich żadne studia.

Zdjęcie: archiwum prywatne