Francja dla każdego


Od czasów szkoły średniej fascynował się Francją i marzył o studiach w tym kraju. Właśnie wrócił z Erasmusa+ na Uniwersytecie w Caen w Normandii i podkreśla, że spędził tam najlepsze pół roku swojego życia

Z Jakubem Ziułkowskim, studentem prawa na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, rozmawia Justyna Tylczyńska-Seliga (Czwórka Polskie Radio).

Caen to miasto biznesu, wystaw, uczelni, sklepów i zabytków. Większość osób jadących do Francji na Erasmusa wybiera jednak Paryż czy Tuluzę. Dlaczego zdecydowałeś się akurat na to miasto?

Jest mniejsze niż Tuluza czy Paryż, ma tylko 200 tys. mieszkańców, żyje się tam o wiele spokojniej niż w Paryżu.

I na pewno taniej.

Tak, zdecydowanie taniej. Poleciła mi je studentka z roku wyżej, która spędziła tam pół roku. Po wysłuchaniu jej relacji zdecydowałem, że Caen to miejsce, gdzie chciałbym pojechać.

Trudno było się dostać?

Z koleżanką, z którą pojechałem do Caen, śmialiśmy się, że wykosiliśmy konkurencję. Ale prawda jest taka, że nie mieliśmy żadnej konkurencji. Była nas tylko dwójka i akurat dwa miejsca na uniwersytecie w Normandii. Trochę mnie dziwi, że ludzie boją się jeździć na wymianę do Francji.

Może dlatego, że trzeba znać język francuski. Czy to jest podstawowy wymóg?

To jest wymóg formalny, ale praktyka wygląda trochę inaczej. Ja nie zostałem przeegzaminowany z języka francuskiego w Polsce, musiałem tylko zdać egzamin z języka angielskiego.

Ale znałeś język francuski przed wyjazdem?

Tak, uczyłem się francuskiego sześć lat. Moje umiejętności sprawdzono jednak dopiero na miejscu – ale nie w celu dyskwalifikacji czy wysłania mnie z powrotem do Polski. Chodziło o dopasowanie do odpowiedniej grupy tzw. soutien linguistique, czyli pomocy językowej, kursu nauki języka francuskiego. To fantastyczna opcja dla studentów przyjeżdzających do Caen, bo kosztuje tylko 50 euro. Osoby spoza uniwersytetu muszą za taki kurs zapłacić 300 euro.

Czy miałeś na miejscu buddy’ego – osobę, która pomagała ci z biurokracją? Mówi się, że ta francuska jest bardziej przerażająca od polskiej.

To prawda, francuska biurokracja może przysporzyć wiele problemów. Moja koleżanka miała buddy’ego, ale ja o to nie wnioskowałem. Erasmus ma to do siebie, że studenci bardzo sobie pomagają. Informacje rozchodzą się bardzo szybko i z formalnościami można sobie bez problemu poradzić, załatwiając je wspólnie z nowo poznanymi przyjaciółmi.

Organizacje studenckie też pomagają?

Tak, ESN – Erasmus Student Network, bardzo intensywnie działa w Caen, organizują różne wyjazdy oraz pomagają się zaaklimatyzować na tej uczelni.

Jak wyglądają studia na uniwersytecie francuskim?

Nie ma co się bać poziomu tych studiów, bo nie różni się on tak znacznie od tego w Polsce. Wykładowcy są bardzo wyrozumiali dla studentów, poświęcają im dużo czasu. Oceny zdobywa się analogicznie jak w Polsce. Studia licencjackie trwają trzy lata, magisterskie kolejne dwa, a studia doktoranckie kolejne trzy lata. Na studiach magisterskich dostępne są dwie ścieżki – naukowa i zawodowa. Oprócz uniwersytetów we Francji funkcjonują też szkoły biznesu oraz szkoły inżynierskie. Ja studiowałem prawo francuskie. Miałem zajęcia w języku angielskim z elementami prawniczego języka francuskiego. Poznawaliśmy nazwy poszczególnych instytucji, żeby wiedzieć, jak się poruszać później w prawie francuskim. We Francji nie można studiować prawa polskiego, jednak prawo francuskie jest historycznie związane z polskim. Weźmy tu na przykład Kodeks Napoleona, na podstawie którego ukształtował się polski Kodeks cywilny. Dużo podobieństw występuje również w terminologii prawniczej prawa konstytucyjnego.

Czy w Polsce zaliczono ci tę francuską sesję? Miałeś zupełnie inne przedmioty…

Niestety, to jest jeden z minusów Erasmusa. Sesja nie została mi zaliczona, bo w Polsce nie ma przedmiotów odpowiadających tym we Francji. Będę musiał ten semestr nadrobić. Ale nie należy się zniechęcać – wykładowcy w Polsce również przychylnie podchodzą do erasmusowców, dają np. kilka terminów na zaliczenie.

Podczas wyjazdów problemem bywają również pieniądze. Tobie wystarczyło?

Tak, choć byłem w komfortowej sytuacji. Przed wyjazdem pracowałem przez dwa miesiące w Niemczech i miałem trochę więcej pieniędzy. Te dodatkowe środki bywają bardzo potrzebne. Francuzi mają np. to do siebie, że lubią strajkować i tzw. grève, czyli strajki, mogą mocno zaburzyć plany studentów Erasmusa. Mojemu koledze z Gwatemali, który studiuje w Wiedniu, odwołali lot. Musiał kupić kolejny bilet do Brukseli i dopiero z Brukseli dostał się do Wiednia. Oszczędności dają komfort psychiczny.

A skoro mowa o lataniu – Erasmus to także podróże. Co udało wam się zwiedzić i jak podróżowaliście?

Z kolegą Belgiem, dwiema Austriaczkami, koleżanką z Polski Agnieszką oraz Czeszką podróżowaliśmy pociągiem, autobusem, wszystkimi dostępnymi środkami. Mieliśmy dużą zniżkę studencką na komunikację, więc nie było to dla nas duże obciążenie finansowe. Do tego też służy Erasmus – nie tylko by się uczyć, ale też zwiedzać kraj, do którego się jedzie.

Co was najbardziej zachwyciło?

Zachwyciła nas sama Normandia – to jest region bardzo ciekawy historycznie. Krajobrazy też są bardzo piękne. Zwiedziliśmy urocze miasteczka, np. Honfleur ze starymi kamieniczkami i kościołami zbudowanymi ze starych łodzi rybackich. Widzieliśmy również klify w Étretat, które są inspiracją dla wielu malarzy, oraz miejscowość Falaise, pod którą walczyła 1. Dywizja Pancerna gen. Maczka. Były tam tablice upamiętniające polskich żołnierzy, którzy polegli pod Falaise. Poza Normandią zwiedziliśmy zachód Francji: Bordeaux, Nantes, Arcachon – tam znajduje się najwyższa wydma w Europie, ma około 120 metrów. Ryzykując mandat turlaliśmy się w dół tej wydmy, ale będziemy mieli wspomnienia do końca życia. Nie udało się jednak odwiedzić plaż lądowania w Normandii. Bardzo żałuję, ale myślę, że w przyszłości na pewno odwiedzę te miejsca.

A po tym wszystkim wracaliście do akademika czy na stancje?

Dowiedziałem się od koleżanki, która była wcześniej w Caen, że mieszkania w centrum miasta są bardzo drogie i nie opłaca się ich wynajmować. Dlatego jeszcze dwa miesiące przed wyjazdem zaaplikowałem o akademik i jestem bardzo szczęśliwy z tego powodu. Mieliśmy 9-metrowe, jednoosobowe pokoje, ale było w nich wszystko, co potrzeba: łóżko, łazienka i wielkie biurko do nauki. Poznałem tam wielu ciekawych ludzi i myślę, że te przyjaźnie będą trwały bardzo długo.

Ile kosztowało życie w akademiku?

Około tysiąca euro za semestr. Myślę, że to jest dobra cena w porównaniu z kosztami wynajmu mieszkania.

A wspólne gotowanie było?

Nie opłacało się za bardzo gotować, ponieważ była niedaleko restauracja uniwersytecka, która w bardzo przystępnych cenach serwowała obiady. Korzystali z niej studenci z Uniwersytetu w Caen – był tam wybór od tradycyjnych dań francuskich po fast foody.

Jakie tradycyjne dania można było zjeść w stołówce uniwersyteckiej?

Często pojawiała się zupa cebulowa zapiekana z grzankami i startym serem. Żabich udek i ślimaków nie było, bo to w końcu stołówka uniwersytecka. Często też jedliśmy quiche lorraine, czyli placek lotaryński. To francuska tarta nadziewana śmietaną, boczkiem i cebulą.

A co najlepszego zjadłeś podczas całego pobytu we Francji?

Uwielbiam makaroniki! Jadłem je często, można je kupić na każdym rogu. To są takie malutkie, dwuwarstwowe ciasteczka przypominające bezę. Mają miliard kalorii, są okropnie słodkie, ale pyszne.

Niektórzy przeżywają tzw. depresję poerasmusową. Czy ciebie też dotknęła?

Ja miałem odwrotnie – w depresję wpadłem po przyjeździe. Trudno jest się odnaleźć w rzeczywistości, jeśli nie było się wcześniej we Francji i uczyło się francuskiego tylko na zajęciach w szkole. Po powrocie do Polski problemów nie miałem, bo wiem, że jeszcze do Francji wrócę. Planuję poszukać pracy w kancelarii francusko-polskiej, bo bardzo mnie to prawo francuskie zainteresowało. Chciałbym rozwijać się zawodowo po skończeniu studiów w tym kierunku i jeszcze skorzystać z programu Erasmus+.

Jak zmienił cię udział w programie?

Przełamałem barierę językową. Wcześniej bardzo dużo rozumiałem, ale bałem się odezwać po francusku do drugiego człowieka, a teraz nie mam z tym żadnego problemu. Językowo jest o wiele lepiej niż przed wyjazdem.

Jakie masz rady dla tych, którzy się boją i wahają? Jak ich przekonać do udziału w tym programie?

Myślę, że nie warto w ogóle się martwić tym, czy sobie poradzimy, czy nie. Nie jestem jakoś superambitną osobą, a świetnie sobie poradziłem. Każdy odnajdzie się na takiej wymianie. Daje ona pozytywnego kopa do dalszej nauki po powrocie i poszerza mocno horyzonty. n

Tekst powstał na podstawie rozmowy Justyny Tylczyńskiej-Seligi w audycji „Dajesz radę”, emitowanej w Czwórce Polskiego Radia. Audycji można słuchać od pon. do pt. o godz. 14.05. Justyna, od lat związana z Polskim Radiem, to była stypendystka Erasmus+, laureatka konkursu EDUinspiracje Media 2016.

Zdjęcie: Szymon Łaszewski