Francuz, który zajada się mielonym


Możesz Erasmusa potraktować jak jedną wielką imprezę. Ale możesz też poznawać innych, poszerzać swoje horyzonty, myśleć o przyszłości – mówi David Gaboriaud, pół Francuz, pół Polak, który przyjechał do Warszawy na wymianę studencką i tu został

Wchodzę do księgarni, widzę Davida. Włączam telewizor, widzę Davida. Otwieram lodówkę, na wieczku serka widzę Davida. Skąd jeszcze wyskoczysz?

Na billboardach mnie jeszcze nie widać.

Ale pracujesz nad tym?

Cieszę się, że moja kariera nabrała tempa i jestem dziś w tym miejscu. W maju minęło 10 lat od mojego przyjazdu do Polski.

Ludzie zaczepiają Cię na ulicy i mówią: „O! To ten, który gotuje w telewizji, jeździ po Europie i reklamuje np. serki”?

Czasem podchodzą, żeby podziękować mi za program i pogratulować. Zawsze z nimi rozmawiam, daję autograf, robimy wspólne zdjęcie.

Nigdy nie odmawiasz?

No co ty. Nie tędy droga. Nie chcę gwiazdorzyć.

Czy we Francji, gdzie się urodziłeś i wychowałeś, też Cię rozpoznają?

Pochodzę z małej miejscowości w Alpach, gdzie mieszka ok. 350 osób. Moi znajomi wiedzą, że żyję w Polsce i tam robię karierę. Pytają, co się u mnie dzieje, ale bez przesady. Zresztą, gdy opuszczałem Francję jako student z dyplomem, to jeszcze w ogóle nie myślałem o gotowaniu.

To zatrzymajmy się w tamtym czasie. Studiowałeś marketing w Paryżu. Co się stało, że wpadłeś na pomysł, by ruszyć na wymianę studencką? I czemu wybrałeś Warszawę?

Jak powiedziałem znajomym, że tam jadę, to pukali się w głowę. Słyszałem: „Masz takie możliwości w innych, atrakcyjnych krajach, co ty będziesz robił w tej Polsce?”. Byłem na czwartym roku studiów. Działał program Erasmus, więc mogłem jechać do dowolnego kraju w Europie, na przykład do ciepłej Hiszpanii czy Portugalii, a ja wybrałem Polskę.

Jako nastolatek trochę świata zjechałeś – byłeś w Kanadzie i w Stanach Zjednoczonych. Dlaczego postawiłeś na Polskę?

Wtedy nie wiedziałem jeszcze, że tu zostanę. Ale kraj nie był mi obcy. Moja mama jest Polką, w Polsce mieszkali moi dziadkowie. Chciałem z nimi pobyć dłużej. Pomyślałem: leć, spróbuj, zobacz. Pojechałem, zakochałem się i to była dobra decyzja.

Zakochałeś się w Polsce?

I to po raz drugi – po ośmiu latach, bo tyle minęło od ostatniej wizyty u dziadków. Gdy byłem dzieckiem, odwiedzałem ich co roku z mamą i braćmi w wakacje. Jak wróciłem nad Wisłę, miałem 23 lata. Jechałem z lotniska do centrum Warszawy i nie mogłem uwierzyć, jak dużo tu się zmieniło: dookoła budowy, na ulicach nowoczesne auta, ludzie inaczej ubrani. Przyjechałem w najlepszym momencie.

Spotkałeś tu Francuzów?

Przyjechałem na Erasmusa na SGH z dwoma kolegami z mojej uczelni we Francji, więc nie byłem sam. Ale zależało mi na kontakcie przede wszystkim z Polakami. Chciałem wiedzieć, co się u was dzieje, jak ludzie tu myślą, jakie jest ich podejście do życia, jak widzą przyszłość Polski i – ze względu na kierunek studiów – jak zapatrują się na gospodarkę. I tak zaprzyjaźniłem się z Polakami w kole studenckim. Pewnie było mi łatwiej, bo już trochę znałem język. Mama ze mną od małego rozmawiała po polsku. Mimo że wynajmowałem kawalerkę i nie mieszkałem w akademiku, jak wielu moich znajomych z Erasmusa, to trzymaliśmy się razem. Wspólnie spędzaliśmy czas między zajęciami, robiliśmy imprezy, gotowaliśmy.

Mama wysłała Ci książkę kucharską.

Dostałem ją rok wcześniej, gdy z Paryża ruszałem na studia do Normandii. Miała tytuł: Książka kulinarna dla facetów, którzy chcą imponować dziewczynom.

Czyli nie chodziło tylko o gotowanie?

Mówi się: „Przez żołądek do serca”…

Mówi się, czy tak jest?

Gotowanie to świetny sposób na podryw, serio. Ale wracając do książki, miała fajne przepisy na studenckie czasy. Podano tam nawet listę sprzętów niezbędnych w kuchni do przygotowania tych potraw: patelnia, garnek, łyżka drewniana, nóż, widelec…

Brzmi zabawnie.

Traktowałem ją jak źródło inspiracji. Więc np. ciasto na tartę robiłem z tego, co miałem akurat w kuchni. Tu dodałem krem według własnego pomysłu, tam truskawki zamieniłem na maliny. Było kolorowo oraz smacznie. I o to chodziło.

Gotowałeś też dla znajomych ze studiów?

Jak mieliśmy przerwy, to jedliśmy w SGH albo w okolicy. A wieczorami czasem gotowaliśmy sobie w akademiku, bo były tam otwarte kuchenki. Odkrywaliśmy kuchnie z całego świata. Student z Indii przygotowywał hinduskie potrawy, kolega z Niemiec robił currywursta. Mieszały się smaki, zapachy, siedzieliśmy przy piwie, rozmawialiśmy, co chwila ktoś dochodził. I nagle zrobiła się impreza w kuchni. Później zapraszałem ich także do siebie.

Czas szybko leciał.

Erasmus się kończył, a my dostaliśmy informację, że musimy odbyć staż. To był warunek zakończenia naszych studiów. Miałem wtedy ogromny dylemat: wracać do Francji, czy zostać w Polsce, gdzie bardzo mi się podobało. Dla mnie Erasmus to był powrót do korzeni, zacząłem lepiej mówić po polsku, poznałem ciekawych ludzi z całego świata. Rozglądałem się więc za pierwszą pracą w Polsce. I tak trafiłem na Dni Kariery na SGH. Rozmawiałem z dziewczyną z Carrefour Polska. Musiałem wypaść dobrze, bo dostałem tam staż w dziale komunikacji. Cieszyłem się, że udało mi się przedłużyć pobyt w Polsce. Ale potem wróciłem do Francji i w Paryżu zacząłem szukać pracy. I pożałowałem wyjazdu do Warszawy.

Erasmus źle wygląda w CV?

Często w oczach rekrutujących Erasmus nie do końca pozytywnie się kojarzy. Postrzegają to jak imprezownię, bo tak też mówią o nym sami studenci. Bądźmy szczerzy, mnóstwo znajomych z Erasmusa rzeczywiście nie chodziło na wykłady albo zaliczało przedmiot na ostatnich zajęciach, bo profesor nie chciał robić problemu. Ale twoja przyszłość jest w twoich rękach i to, co zrobisz w ramach wymiany, zależy tylko od ciebie. Możesz Erasmusa potraktować jak jedną wielką imprezę, ale możesz też poznawać innych, otworzyć oczy na świat, poszerzać swoje horyzonty, myśleć o swojej przyszłości. Dla mnie powrót do Francji okazał się bardzo trudny, bo przez kilka miesięcy nie mogłem znaleźć pracy. Żałowałem wyjazdu tym bardziej, że moi znajomi ze studiów w Paryżu, którzy zostali w kraju, złapali świetne posady. Miałem doła. Nie poddałem się jednak. Zapisałem się w bazie danych, która umożliwiała studentom z Francji wyjazd za granicę do pracy w korporacji. Wylądowałem znów w Polsce.

Planowałeś to?

Nie, bo były tam zgłoszenia firm z całego świata. Myślałem o Singapurze, Australii, USA. Ale w moim CV była Polska: staż w Polsce, Erasmus w Polsce i jeszcze mówię po polsku.

Polska była Ci pisana.

A ja sobie myślałem: nie teraz, Polska dopiero za kilka lat. A jednak po ośmiu miesiącach znowu pojawiłem się w Warszawie i zacząłem pracę w wymarzonej korporacji. Byłem konsultantem, umawiałem się na spotkania, konferencje, duża odpowiedzialność, tempo pracy, ciągły pęd. Aż nagle

po dwóch latach zdałem sobie sprawę, że to nie dla mnie.

I w całej tej historii nie ma ani słowa o gotowaniu, którym się teraz zajmujesz i z którego jesteś znany w Polsce.

Bo wtedy gotowałem dla siebie i jeszcze nie wiedziałem, że to będzie moja przyszłość. Wiedziałem już, że nie chcę żyć w świecie korpoludków. I załatwiłem sobie wizę Work&Holiday do Australii. Znowu coś mnie pchało poza Europę, chciałem odkrywać świat. Miałem wyjechać na pół roku do pracy, a potem przez kolejne sześć miesięcy podróżować po całym świecie z plecakiem.

Pamiętam, jak mi to wtedy opowiadałeś. Z jednej strony Ci zazdrościłem, a z drugiej – patrzyłem na Ciebie jak na dziwoląga.

Moi rodzice się przestraszyli, że nagle porzucam stabilne życie w korporacji i chcę ruszyć w nieznane. Ale zdania nie zmieniłem.

Ostatecznie nie wyjechałeś. Zamiast tego przyszła fascynacja gotowaniem.

Pewnego czerwcowego wieczora wybrałem się w Warszawie na otwartą dla wszystkich kolację. Dwóch Włochów – Alfredo i Leonardo – gotowało włoskie potrawy dla gości, czytało Dantego, wygłupiało się. Zobaczyłem, że świetnie się ze sobą dogadują, zabawiają zebranych, pokazują, że można się śmiać z jedzenia, a przy okazji udowadniają, że można jeść w fajnym towarzystwie.

To bardzo francuskie.

A nawet łacińskie, bo Włosi, Francuzi, Hiszpanie uwielbiają biesiadować.

A Ty zawsze podkreślasz, że we Francji celebruje się posiłki, bardzo ważna jest rozmowa przy stole, niespieszne jedzenie, rozsmakowywanie się nie tylko w potrawach, ale też w czasie, który spędza się razem.

Tak jest. I nagle pomyślałem: „Czemu i ja nie miałbym spróbować?”. Gotowałem dla siebie, rodzice wszczepili we mnie i w braci kulturę jedzenia, biesiadowania, szukania dobrych lokalnych i sezonowych produktów. Po pokazie podszedłem nieśmiało do jednego z tych Włochów, który mówił po francusku. Pogratulowałem pomysłu i zapytałem, czy jest szansa, żebym zrobił taką mini-francuską rewolucję w Warszawie z nim w duecie. Usłyszałem: „Śmiało, spróbujmy”. Umówiliśmy się na pierwsze spotkanie po wakacjach.

I tak powstał cykl spotkań After Work.

Choć pierwsze nazwaliśmy Francuska rewolucja we włoskiej kuchni. Przyszło 35 osób. Byłem bardzo zestresowany, bo pierwszy raz gotowałem dla tylu ludzi. Wygłupialiśmy się z Alfredo, a gościom to się podobało. On robił makarony, sosy, polentę, a ja francuskie tarty, dipy, sałaty. To były dwie godziny świetnej zabawy dla nas i gości.

Mimo że – zgodnie z nazwą – przychodziliście tam po pracy. Tak jak Wasi smakosze.

Ludziom podobało się to, że byliśmy jak oni. Też po ośmiu godzinach harówki. O 17 biegłem do domu, zrzucałem krawat i marynarkę i pędziłem gotować dla innych. Ale to nie mogło trwać długo. W końcu opuściłem korporację.

Jesteś ryzykantem.

Poczułem, że pasja jest najważniejsza. Na początku bardzo się bałem. Miałem taki moment, kiedy finansowo nie było dobrze, ale gdy pojawiło się pierwsze zlecenie i podpisałem umowę, wszystko zaczęło się układać.

No i teraz zarażasz nas swoją pasją, optymizmem, uśmiechem i miłością do smakowania. Masz wrażenie, że nauczyłeś Polaków trochę inaczej patrzeć na jedzenie i zmieniłeś nasze przyzwyczajenia kulinarne?

Nie tylko ja. Jest wielu kucharzy w Polsce, którzy uczą nas, jak zmieniać styl życia i zdrowo się odżywiać. Mam wrażenie, że jesteśmy bardziej świadomi, a nasze podejście do jedzenia bardzo się zmieniło w ciągu ostatnich 10 lat. Teraz nadganiamy stracony w PRL-u czas. Wydaje mi się jednak, że nadal się „naszego” trochę wstydzimy.

A co jest naszym popisowym, smacznym daniem, którego nie powinniśmy się wstydzić?

Nawet jeśli twoja dieta jest zdrowsza i mniej tłusta, to jak dostaniesz mielonego, schabowego albo pierogi, to zjesz je z apetytem, bo na tym talerzu od razu pojawiają się wszystkie wspomnienia z dzieciństwa. Znajomi śmieją się z tego, że Francuz zajada się mielonym z ziemniakami i mizerią. A dla mnie to jest wspomnienie przepysznych kotletów robionych przez moją babcię i mizerii, którą jadłem u cioci. Ziemniaki z koperkiem zawsze kojarzą mi się z Polską, mój dziadek jadł je z kefirem. Uwielbiam szarlotkę. Bardzo polskie są jeszcze kiszonki i fermentacja. Tego nie powinniśmy się wstydzić, bo to jest zdrowe i smaczne. Uwielbiam pierogi, nie tylko z serem, mięsem czy ruskie, ale także z kurkami, kaczką, gęsią, dziczyzną czy na słodko. Kocham twaróg. Mamy coraz lepsze sery. Jak podróżuję po Polsce i rozmawiam z ludźmi, to chwalę nasz doskonały cydr, świetny ser kozi albo smaczną dziczyznę, a oni nie dowierzają, że coś takiego powstaje tutaj.

To rodzice zarazili Cię pasją do gotowania. Tęsknisz za domem?

Właśnie uświadamiam sobie: kurczę, teraz moja kolej. Muszę przekazać dalej to, co dostałem od rodziców, powtórzyć to dobro, tę tradycję biesiadowania, celebrowania posiłków, wspólnego gotowania z dziećmi. Jak wracam do Francji, to siadamy, rozmawiamy, jemy. Rodzice nadal mają tyle zapału. Tata zamawia często wino, bo buduje sobie piwnicę z winami. Mama czasem dzwoni do mnie i radzi się, jak np. ugotować bób, żeby był odpowiednio zielony. Kiedyś to ja dzwoniłem z podobnymi pytaniami. To piękne, że utrzymujemy tę relację. •

Rozmawiał Michał Radkowski

Autor jest uczestnikiem projektu

Mobilni dziennikarze programu Erasmus+