Gdy krew wrze


Gotowanie to ciężka praca. Wymaga dyscypliny i śledzenia trendów, przyglądania się mistrzom. Nie można wypaść z obiegu – mówi Maciej Pisarek, srebrny medalista w kategorii gotowanie

Twoim pierwszym zadaniem w kategorii gotowanie podczas mistrzostw w Kazaniu było… kupienie butów.
Tak (śmiech). Profesjonalne, zakrywające całą stopę polskie buty antypoślizgowe dla kucharzy nie spełniły wymogów stawianych przez zagranicznych jurorów.

Upadek to tylko jedna z sytuacji kryzysowych, jakie mogą wystąpić podczas gotowania. Jak sobie radzić w opałach? Zwłaszcza gdy patrzą ci na ręce.
To zależy od tego, jak tę niespodziewaną trudność przyjmiesz. Bywa, że podczas zawodów jedna część dania kompletnie nie wychodzi. Łatwo wtedy spanikować, ale można też starać się zachować zimną krew i dalej wykonywać swoje zadanie. Ja dążę do tego drugiego i zazwyczaj podśpiewuję pod nosem, by oczyścić głowę i na nowo zorganizować pracę.

A jeśli kryzys wstrzymuje dalsze działanie?
Jeśli wiemy, że przerwanie pracy będzie oznaczać dla nas negatywny wynik, będziemy szukać wyjścia z impasu. Zawsze się jakieś znajdzie. Zresztą każdy ma na to swój sposób, np. techniki rozluźniające.

Co ci pomagało podczas przygotowań do tegorocznych mistrzostw w Kazaniu?
Spotykałem się m.in. z psychologiem sportowym, który przygotowywał mnie na to, co tu zastanę. Brałem już wcześniej udział w konkursach, ale skala WorldSkills, ściągającego najlepszych z całego świata, jest nieporównywalnie większa, a poziom najwyższy z możliwych.

Rozmowa z psychologiem nie zastąpi jednak treningów.
Treningi przede wszystkim. Ostatnie dwa miesiące ćwiczyłem intensywnie pięć dni w tygodniu. Ale tak naprawdę przygotowywałem się – pod kierunkiem moich trenerów, znakomitych kucharzy, Iwony Niemczewskiej i Pawła Salamona – od bardzo dawna przed wyjazdami szkoleniowymi do Szkocji, Francji czy Finlandii i konkursem EuroSkills 2018 w Budapeszcie. Poza tym jestem kucharzem i pracuję zawodowo, więc naukę, siłą rzeczy, mam na co dzień.

Na Węgrzech też osiągnąłeś sukces. Czy dzięki tamtym doświadczeniom podczas WorldSkills mogłeś sobie pozwolić na pewną nonszalancję?
W obliczu tak wysoko postawionej poprzeczki chyba każdy pokornieje. Trzeba skupić się na zadaniu, a nie rozglądać się za błyskiem fleszy.

Co zatem daje wygrana w takich konkursach?
Po Budapeszcie miałem kilka propozycji pracy, jednak kiedy dowiedziałem się, że jadę do Kazania, całą uwagę poświęciłem na przygotowania do tych mistrzostw. Takie konkursy to przede wszystkim droga do tego, by być coraz lepszym kucharzem.

Tym bardziej że kucharzenie jest teraz bardzo modne. Cały świat gotuje na szklanym ekranie.

Tak, media karmią nas kolorowymi obrazkami o kuchennych rewolucjach. W prawdziwej kuchni wygląda to jednak trochę inaczej. To ciężka, fizyczna praca, wymagająca dużej dyscypliny oraz ciągłego doskonalenia zawodowego, śledzenia trendów, przypatrywania się czołowym szefom kuchni i nowym technikom przez nich wprowadzanym. Wszystko po to, by nie wypaść z obiegu.

Bo konkurencja, również podczas zawodów, jest duża?
Tak, w czasie konkursu wszyscy dążymy do wygranej, bo każdy ciężko na to pracował, ale jednocześnie jesteśmy kolegami po fachu i – dzięki temu, że pochodzimy z różnych stron świata – możemy wiele się od siebie nawzajem nauczyć.

Dzisiaj konkurowanie, jutro wspólna restauracja?
Tak. Bo nawet po najbardziej intensywnej rozgrywce nikt nie chowa urazy, a możliwości kucharskiego świata są nieograniczone.

Rozmawiała w Kazaniu Beata Maluchnik