Holender, a może Erasmus w Polsce?


O tym, jak to jest być Polakiem na Erasmusie w Polsce, miłości do antropologii i zainteresowaniu tematyką miast rozmawiamy z Kacprem Pobłockim*

Słyszałem, że świetnie pan mówi po polsku…

Jak byłem studentem Erasmusa na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie, to rzeczywiście wiele osób, w tym profesorowie, bardzo mnie za to chwalili. Nie ma w tym jednak nic dziwnego, w końcu urodziłem się w Polsce i jestem Polakiem.

To jak to się stało, że trafił pan na Erasmusa do Krakowa?

To trochę efekt wcześniejszych wyborów, doświadczeń i zbiegów okoliczności związanych z moją edukacją. Opowiedzieć?

Bardzo proszę.

Kiedy jako zbuntowany nastolatek dorastałem w Bydgoszczy, byłem bardzo rozczarowany szkołą średnią i panującym stylem pt. „zakuj, zdaj, zapomnij”. Wylądowałem jednak w ruchu działającym na rzecz demokratyzacji życia w szkole, którego celem było, by uczniowie mieli coś do powiedzenia.  To o tyle trudne, że polska szkoła w latach 90. ubiegłego wieku wciąż przypominała szkołę PRL–owską, czyli autorytarną. Powstał jednak – jako inicjatywa trochę odgórna, trochę oddolna – parlament młodzieży. Trafiłem do niego z samorządu uczniowskiego, zostałem wybrany posłem. Jedną z rzeczy, o które walczyliśmy, była kwestia opiniowania nauczycieli, bo w życie weszło prawo zakładające, że dyrektor przy ocenie pedagogów powinien zasięgnąć opinii samorządu uczniowskiego. Ale staraliśmy się też o różne inny formy upodmiotowienia uczniów. Dzięki działalności w parlamencie młodzieży poznałem Kanadyjkę, która przyjechała do Bydgoszczy na roczną wymianę. Opowiedziała mi o Szkole Zjednoczonego Świata, czyli sieci międzynarodowych liceów, w których można dostać stypendium. W Polsce akurat ruszała rekrutacja, więc zadzwoniłem, gdzie trzeba, złożyłem papiery i dostałem stypendium. W 1997 roku wyjechałem więc uczyć się do Wielkiej Brytanii i tak zaczęła się moja międzynarodowa przygoda.

Co było dalej?

Po dwóch latach wróciłem do Polski i zacząłem studiować na Międzywydziałowych Interdyscyplinarnych Studiach Humanistycznych na Uniwersytecie Warszawskim. Byłem jednak sam, nie miałem wsparcia rodziców, musiałem więc pracować. Każda osoba, która godzi ze sobą naukę z pracą zawodową wie, że jest to trudne. Zacząłem więc szukać innych możliwości. Przyjaciel powiedział mi, że w Holandii rusza reforma edukacji, powstają colleges, w których studiowanie przypomina właśnie MISH, można wybierać między kilkoma kierunkami. Okazało się, że też zapewniają stypendia. No i znowu udało się wygrać, więc pojechałem. Stypendium gwarantowało minimum, więc nadal musiałem pracować, ale już tylko dwa dni w tygodniu. W którymś momencie pojawił się temat wyjazdu na Erasmusa.

Trafił pan do Polski, trochę dziwnie…

No cóż, nie stać mnie było, by pojechać do Stanów Zjednoczonych albo wrócić do Wielkiej Brytanii. Nie za bardzo widział mi się też wyjazd do Niemiec czy Francji, bo mówię tylko po angielsku. Już w Holandii miałem poczucie dyskomfortu, że nie mówię biegle w języku kraju, w którym mieszkam. De facto została mi więc Polska. Pomyślałem więc, że czemu nie, będę przynajmniej miał wreszcie możliwość zaznać życia studenckiego bez konieczności pracowania. Dodatkowym argumentem było to, że miał to być krótki, kilkumiesięczny wyjazd. A z doświadczenia wiedziałem, że zwykle pierwsze trzy miesiące w nowym miejscu trzeba poświęcić na zorganizowanie sobie życia. I potem zaraz trzeba wyjeżdżać. W Krakowie zaś miałem dużo przyjaciół, wszystko było łatwiejsze. Do tego w znacznym stopniu był to dla mnie wyjazd towarzyski, a nie stricte edukacyjny, a w Krakowie, mieście studentów, działo się wtedy o wiele więcej ciekawych rzeczy niż w Warszawie. Wylądowałem więc na UJ jako holenderski student Erasmusa.

Jak zostało to przyjęte i jak pan wspomina ten okres?

Na uniwersytecie w Utrechcie początkowo odradzali mi Polskę, mówiąc, że nie ma tam zajęć po angielsku. Dopiero, jak poinformowałem, że mówię po polsku, to się uspokoili. Na UJ nie bardzo za to wiedzieli, co ze mną zrobić. Wysyłali ludzi zagranicę, ale do nich nikt nie przyjeżdżał. Teraz to się oczywiście zmieniło, ale byłem chyba jednym z pierwszych studentów Erasmusa na UJ. Generalnie spotykałem się więc ze sporym zainteresowaniem. Jak już wspomniałem, gratulowano mi świetnej znajomości języka. W którymś momencie jeden z profesorów podszedł do mnie i powiedział, że nigdy nie był zagranicą, więc bardzo chciałby się dowiedzieć, jak – jako przybysz z innego kraju – oceniam poziom Uniwersytetu. Powiedziałem mu więc, że widzę bardzo dużo nierówności.

To znaczy?

Jako że byłem zobligowany programem holenderskiego uniwersytetu, chodziłem na najróżniejsze zajęcia: filozofię, religioznawstwo, filmoznawstwo, historię sztuki. Widziałem więc, że dużo zależało od konkretnych instytutów. Niektóre były nowoczesne, na poziomie międzynarodowym, ale były i takie, których poziom był o wiele, wiele gorszy.

Z tego, co słyszę, interdyscyplinarność zawsze była dla pana ważna, ale jednak najbardziej pokochał pan antropologię. Dlaczego?

Antropologia wzięła się z… wrażliwości. Studiując w Holandii, chodziłem na przeróżne zajęcia, od geografii, przez socjologię, aż po ekonomię. Ta ostatnia nie podobała mi się z tego względu, że tam kierunek rozwoju i myślenia jest przeciwstawny temu, który mnie interesuje. W ekonomii im prostszy model, tym lepszy (chociaż obecnie się to trochę zmieniło). W antropologii natomiast jest dokładnie na odwrót. Tu dominuje przekonanie, że ludzie mają uproszczoną perspektywę, a rzeczywistość jest o wiele bardziej skomplikowana. Chodzi więc o pokazanie złożoności i niuansów, a nie o stworzenie modelu, który sprowadzi wszystko do prostego mechanizmu lub prawidła. Sam miałem poczucie, że nie rozumiem, jak działa świat, chciałem lepiej pojąć jego skomplikowanie. Dodatkowo zawsze interesowałem się tym, co poza Europą. W Holandii jednak wszyscy automatycznie zakładali, że jestem naturalnym ekspertem od Polski. Wykładowcom nie przychodziło do głowy, by zlecić mi zrobienie badań w Afryce albo chociaż w innym kraju wschodnioeuropejskim. Chciałem się z tego wyrwać, a to też jest wpisane w DNA antropologii. No i jest jeszcze pisanie. Dobrzy antropolodzy to, ci którzy umieją dobrze pisać. Sam zresztą uważam, że literatura naukowa to wciąż gatunek pisarski i należy to robić w taki sposób, by było to przystępne dla odbiorcy.

Ostatecznie wylądował pan też w tematyce miast.

W sumie z takich samych powodów. Kiedy w 2004 roku pisałem doktorat o Łodzi, trwała dyskusja o PRL-u oraz transformacji. Miałem hipotezę, że wiele rzeczy w tej rozmowie nam umyka, więc chciałem znaleźć inny sposób mówienia o polskości, o tym, co dzieje się kraju. A jeśli spojrzy się na różne sprawy przez pryzmat miast, lokalności, to można powiedzieć coś innego, nowego o transformacji. Kilka lat później wróciłem do Polski i włączyłem się w budowę ruchów miejskich oraz tego, co nazywa się miastopoglądem. Oprócz wymiaru aktywistycznego chodziło mi też – na poziomie intelektualnym – o to, by znaleźć inny język opisu tego co za oknem.

A teraz jest pan kierownikiem nowego kierunku na UW – Studia miejskie.

Tak potoczyła się ścieżka mojego rozwoju naukowego. Dopiero zaczęliśmy, ale wrażenia są dobre, udało się zebrać kompetentną i różnorodną grupę, która ma swoje doświadczenia i zdania na wiele tematów. Wspólnie uczymy się i rozmawiamy o złożoności miast – mniejszych, większych, polskich, zagranicznych. Myślimy o nich w najróżniejszych aspektach, od politycznego, przez społeczne i ekonomiczne, po środowiskowe. Chodzi o to, by przygotować ludzi do tego, by byli w stanie odpowiadać na wyzwania, przed którymi stoją miasta, by umieli podejmować decyzje prowadzące do tego, że miasta będą lepsze dla wszystkich mieszkańców. Nie powiem, że wymyślimy miasto przyszłości, ale nasi studenci z pewnością będą potrafili lepiej radzić sobie z najróżniejszymi problemami.

Jak na człowieka renesansu przystało, dopiero co skończył pan pisać kolejną książkę, „Chamstwo. Ludowa historia polski”.

Akurat opowiada ona o wsi. To zresztą najbardziej antropologiczna rzecz, jaką zrobiłem. Pokazuję, że wyprawa do wsi pańszczyźnianej to niemal podróż na Marsa. Chodzi mi o pokazanie tamtej rzeczywistości w nieco inny sposób, niż to się do tej pory robiło. Bo każda rodzina arystokratyczna, każdy pałacyk czy dworek są świetnie opisane. A o wiele mniej jest o dołach społecznych. Oczywiście są materiały na ten temat, ale są one porozrzucane jak samotne wyspy, zapomniane. Obecne pokolenie badaczy postanowiło się za to wziąć, stąd wkrótce pojawi się nie tylko moja książka, ale też „Ludowa historia Polski” Adama Leszczyńskiego czy odwołująca się do tych kwestii, nagrodzona NIKE, powieść Radka Raka „Baśń o wężowym sercu albo wtóre słowo o Jakóbie Szeli”. Mnie chodziło nie tylko o obalenie różnych mitów i skupienie się na tym, jak naprawdę wyglądało życie chłopów oraz w jaki sposób przekłada się to na dzisiejszą rzeczywistość. Moja książka przy okazji jest o pańszczyźnianych korzeniach patriarchatu oraz wielowymiarowości konfliktu, przeróżnych liniach podziału i sojuszy. Nie ograniczam się tylko do opozycji państwo – chamstwo albo elity – lud, bo to bardziej skomplikowane.

Kiedy premiera?

Miała być w styczniu, ale niestety została przesunięta na kwiecień. Trochę więc jeszcze trzeba poczekać.

*Kacper Pobłocki – dr hab. nauk humanistycznych, kierownik studiów miejskich na UW. Kształcił się w Wielkiej Brytanii, Holandii i USA, m.in. w Center for Place, Culture and Politics przy nowojorskim CUNY, prowadzonym przez prof. Davida Harveya. Współautor książki „Anty–bezradnik przestrzenny: prawo do miasta w działaniu” (2017), za którą otrzymał nagrodę im. Jerzego Regulskiego, oraz „Kapitalizm. Historia krótkiego trwania” (2017) uznaną przez kapitułę konkursu Economicus za najlepszą ekonomiczną książkę roku. W kwietniu 2021 premierę będzie mieć „Chamstwo. Ludowa historia Polski”.

Zdjęcie: archiwum prywatne