Już nie biorą nas za ekoświrów


Systemy ekologiczne pozwalają chronić środowisko, by służyło też przyszłym pokoleniom. To w kontrze do upraw GMO rodem z USA, gdzie na pustynie soi wjeżdża kombajn, ale nie ma żadnego życia. Chcę, by nasi studenci dostrzegli tę różnicę – mówi dr Dominika Średnicka-Tober z SGGW, koordynatorka projektów Erasmus+

 

Ekomarchewka rzeczywiście różni się czymś od zwykłej? Czy to tylko marketing?

Nie patrzę bezkrytycznie na rolnictwo ekologiczne ani nie próbuję udowodnić, że coś jest lepsze czy gorsze. Raczej badam mechanizmy, które za tym stoją. I okazuje się, że w produktach pochodzących z ekologicznych systemów upraw rzadziej wykrywamy pozostałości środków chemicznych, np. pestycydów. To zaleta dla konsumentów, zwłaszcza kobiet w ciąży czy matek karmiących. Tu chodzi o jakość i bezpieczeństwo. Oczywiście o ile system jest szczelny, a certyfikowani rolnicy nie przekłamują i rzeczywiście nie stosują szkodliwej chemii.

I to właśnie bada Zakład Żywności Ekologicznej Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego, w którym pani pracuje?

Sprawdzamy, czy produkty z ekologicznych upraw rzeczywiście są lepszej jakości niż żywność konwencjonalna. Cztery i pół roku spędziłam w Newcastle, gdzie podsumowaliśmy wyniki wszystkich badań, które wykonano na świecie w tym zakresie. Wyszło nam, że 75 proc. owoców z produkcji konwencjonalnej zawierało wykrywalne pozostałości związków chemicznych, z produkcji eko – tylko 10 proc. Ekologiczne warzywa i owoce zawierają też średnio od 40 do 60 proc. więcej polifenoli, czyli antyoksydantów, które mają działanie prozdrowotne. Czyli wniosek jest taki: system jest szczelny.

Ale też dużo bardziej kosztowny.

Nakład siły roboczej w takich gospodarstwach jest dużo większy. Jeśli nie stosuje się chemicznych pestycydów, to konieczne jest przecież mechaniczne odchwaszczanie. Poza tym plony wciąż są niższe, więc ich wielkość trzeba rekompensować ceną produktu. Ona musi być więc wyższa, ale nie aż tak, jak widzimy to na sklepowej półce. Niestety wywindowana cena jest często narzucana przez system dystrybucji. Nadwyżkę dostaje nie rolnik, ale pośrednicy.

 To zawsze będzie raczej elitarna nisza? Czy jest szansa, by cała gospodarka przestawiła się na produkcję ekologiczną?

Patrząc na naturalność tego systemu, chciałabym, żeby przestał być niszowy. Ale biorąc pod uwagę obecny model konsumpcji, obawiam się, że to niemożliwe. Zwierzę hodowane w systemie ekologicznym żyje dłużej i lepiej. Przy dzisiejszym globalnym apetycie na mięso po prostu zabrakłoby miejsca na taką hodowlę. Ale gdybyśmy wszyscy poszli w kierunku ograniczenia spożycia produktów zwierzęcych, powszechny model eko byłby realny do wprowadzenia.

Czy produkcja żywności ma swój aspekt etyczny?

To właśnie mnie w niej zainteresowało, bo studiowałam też ochronę środowiska. Systemy ekologiczne pozwalają zachować bioróżnorodność, ograniczyć emisję gazów cieplarnianych, chronić zasoby naturalne, jakość gleby, by służyła również przyszłym pokoleniom, nie tylko nam. To wszystko w kontrze do upraw genetycznie modyfikowanych, rodem ze Stanów Zjednoczonych, gdzie ciągną się ogromne pustynie soi czy kukurydzy, na które wjeżdża kombajn, ale na których nie ma żadnego ptaka, owada, żadnego życia. To bardziej inkubator niż przyroda. Chciałabym, by nasi studenci dostrzegli tę różnicę.

 Na zajęciach się o tym nie mówi?

Nie znam programów wszystkich obecnych wykładów, ale pamiętam, że podczas moich studiów tych tematów mi brakowało. Dziś, gdy prowadzę przedmiot ekologia i ochrona środowiska, widzę, że studenci nie są świadomi tego, jak bardzo masowa hodowla zwierząt degraduje środowisko. W Zakładzie Technologii Mięsa młodzi ludzie uczą się, jak ulepszyć kotlet, by był smaczniejszy czy lepiej wyglądał, a jego produkcja była tańsza. Ale czy ktoś powie im, z jakimi stratami dla środowiska wiąże się taka wygoda? Temu właśnie służy projekt „Transformacja systemu żywnościowego w Europie poprzez międzynarodowe innowacyjne nauczanie”, realizowany przez dziewięć europejskich uczelni, w tym SGGW, dzięki programowi Erasmus+.

 Na czym polega?

Z jednej strony na tym, by właśnie przejrzeć programy przedmiotów akademickich i sprawdzić, jakie metody dydaktyczne stosują wykładowcy i czy liczy się dla nich aspekt zrównoważonego systemu produkcji żywności. Czy mają na ten temat wystarczającą wiedzę i czy z niej korzystają. W kwietniu wybrani nauczyciele z dziewięciu uczelni pojechali do Kopenhagi, gdzie wzięli udział w szkoleniu na temat agroekologii, slow food, różnych rodzajów diet i ich zalet dla środowiska. Zależy nam, by te wątki pojawiały się później na zajęciach, które prowadzą.

 Czy wykładowcy są tym zainteresowani?

Po przeprowadzeniu ankiet o programach zajęć widzimy duży odzew. Dotyczy on nie tylko zdobywania wiedzy o zrównoważonych systemach żywnościowych, ale przede wszystkim poznania innowacyjnych metod, jakimi można tę wiedzę przekazać. To drugi ważny aspekt naszego projektu.

Na czym te innowacyjne metody polegają?

Chodzi o sposób, w jaki prowadzimy wykłady. Czy robimy to, wyświetlając prezentację, czytając slajdy i biernie czekając, aż studenci przepiszą je do zeszytów, właściwie nic nie zapamiętując, czy próbujemy ich zaktywizować. Sylabus przedmiotu tego nie reguluje, mamy więc pełną dowolność. Mogę w trakcie wykładu wykorzystać tzw. clicker system i zrobić quiz, w którym cała aula, tak jak w „Milionerach”, odpowiada na pytania za pomocą swoich telefonów. Albo zachęcić studentów, by sami wyguglali jakieś pojęcie, byśmy później mogli wspólnie zweryfikować, czy to wartościowa wiedza, czy głupota. Czasem rzucam  też pytanie i otwieram dyskusję. I nagle temat zmiany klimatu czy bezpieczeństwa żywnościowego wywołuje żywe dysputy.

Taki projekt może zmienić uczelnie?

Nie liczymy, że nagle rektor wprowadzi nowoczesne metody nauczania, ale przecież uczelnię tworzą ludzie. Niestety większość wykładowców nie ma przygotowania pedagogicznego, a ich wykłady sprowadzają się do czytania slajdów. Jeśli jednak uda nam się zainspirować przynajmniej grupę, to te dobre praktyki mogą pójść dalej.

Dwa poprzednie projekty z programu Erasmus+, które pani koordynowała, czyli „Innowacyjna edukacja dla potrzeb sektora żywności ekologicznej” i „Innowacyjna edukacja dla zrównoważonego systemu żywnościowego”, były skierowane do studentów.

Wykładowcy też brali w nich udział, ale grupą docelową rzeczywiście byli studenci. Chcieliśmy dostarczyć im wiedzę i kompetencje, by lepiej odnaleźli się na rynku pracy. Sprawdziliśmy więc, czego ten rynek oczekuje. Przeprowadziliśmy ankietę wśród przedsiębiorców z sektora ekologicznego, pytając, czego oczekują od absolwentów uczelni, a więc potencjalnych pracowników.

Był więc nacisk na praktykę?

Każdy student dostał case study, w którym musiał zanalizować konkretną sytuację. Przedsiębiorca wskazywał, jaki ma problem czy jaką widzi możliwość rozwoju, a studenci proponowali mu rozwiązania. Jedna grupa studentek współpracowała z bistro, które chciało jeszcze bardziej nastawić się na ochronę środowiska. W rezultacie właścicielka tego bistro wdrożyła pomysły studentek, wprowadziła m.in. biodegradowalne sztućce i talerze czy menu z odpadków kuchennych, takich jak głąby kalafiorów czy obierki z warzyw.

Z kolei w drugim projekcie studenci stali się nauczycielami w szkole.

Tak, przygotowali wykłady związane z jakimś aspektem zrównoważonego systemu żywnościowego oraz przeprowadzali lekcje i warsztaty dla uczniów. Po pierwsze więc zwiększyli świadomość w tym względzie, a po drugie zdobyli pierwsze doświadczenie w nauczaniu. W obecnym projekcie skupiamy się jednak na wykładowcach, bo dzięki temu jego zasięg będzie dużo większy.

 Czyli jak zawsze wszystko zależy do ludzi?

Widzimy, że zainteresowanie przedmiotami dotyczącymi żywności ekologicznej na uczelni rośnie i coraz więcej studentów chce uczestniczyć w takich zajęciach. W każdej grupie znajdzie się ktoś, kto jest entuzjastą tego tematu i rezygnuje z mięsa bądź zmniejsza jego spożycie. Jednocześnie interesuje się też ograniczeniem marnotrawstwa żywności, produkcji plastiku i jednorazowych opakowań. To wciąż pojedyncze osoby, ale widać, że grupa uważa ich postawę za potrzebną. Już nie biorą ich za ekoświrów.