Kaffi


Zaraz po ukończeniu studiów przez pewien czas mieszkałam w Islandii – uczyłam tam w jednej ze szkół muzycznych. Epizod islandzki miał poprzedzić egzaminy wstępne na moje studia podyplomowe w Paryżu, zaplanowałam więc, że połączę pracę z ćwiczeniem, a wyspę będę zwiedzać, gdy wygospodaruję nieco czasu wolnego. Stąd ogromnie się ucieszyłam, kiedy dostałam plan zajęć. Zgodnie z nim od poniedziałku do piątku od 14.00 do 15.00 przypadała „Kaffi”. To była obiecująca zapowiedź: jeszcze jedna godzina, którą mogłam przeznaczyć na ćwiczenie na flecie!

Nie poszłam na spotkanie pierwszego dnia, odpuściłam sobie „Kaffi” również dnia drugiego i trzeciego, zyskany czas przeznaczając na intensywne ćwiczenie. Czwartego dnia o 14.05, kiedy właśnie się rozkręcałam, rozległo się pukanie do drzwi – stał w nich dyrektor szkoły. Niskim i spokojnym, ale zdecydowanie mało entuzjastycznym tonem oznajmił mi, że przychodzi w imieniu wszystkich nauczycieli. I prosi mnie do pokoju nauczycielskiego. Czekali tam już wszyscy nauczyciele i dyrektor przemówił w ich imieniu. Okazało się, że „Kaffi” to nie czas wolny: to godzina specjalnie wydzielona dla nauczycieli – czas na wspólne rozmowy przy kawie i krakersach.

I już do końca mojej pracy w tej islandzkiej szkole chodziłam na „Kaffi”, bo przecież i ja byłam częścią małej, zaledwie pięcioosobowej, szkolnej społeczności. Choć moja obecność na tych kawowych spotkaniach była intelektualnie więcej niż skromna (podczas rozmów ograniczałam się do kiwania głową i rzucania raz po raz Jæ, jæ, co oznacza mniej więcej: „Właśnie tak”, „No cóż…”, „Ach!”, „Ojej!”, „Racja!”), zrozumiałam, że wspólna codzienna kawa jest po to, by pielęgnować więzi łączące to grono.

Oczywiście można by dyskutować, że – owszem – islandzcy nauczyciele mogą spotykać się na codziennej „Kaffi”, bo mają czas. Bo lepiej zarabiają i nie muszą pracować na kilku etatach jednocześnie, bo – wreszcie – ich pokój nauczycielski wygląda nie jak popegeerowska świetlica, ale raczej jak ekskluzywny salon, na dodatek z pełnym wyposażeniem AGD.

Ale można też inaczej: spotykają się, bo chcą, bo szanują się nawzajem, bo nie widzą nic nieodpowiedniego w tym, że popołudniową kawę piją razem dyrektor, pracownik i stażysta. A w końcu: wspólnie spędzają czas po to, żeby pracować efektywniej. Zbyt idealistyczne jak na warunki polskiej edukacji? To spróbujmy nie codziennie, nie raz na tydzień, ale na przykład raz na semestr. Albo chociaż w okresie przedświątecznym. I w zasadzie byłoby to idealne zakończenie felietonu w grudniu, miesiącu co do zasady nieco innym niż pozostałe w roku, prawda? Jest jednak pewien myk: sceptykom „Kaffi” w polskich realiach edukacyjnych mocnego argumentu dostarcza islandzkie prawo, które zakłada, że przy ośmiogodzinnym dniu pracy pracownikowi należy się 35-minutowa, oczywiście płatna, przerwa na „Kaffi”.

Prof. dr hab. Ewa Murawska – wykładowca Akademii Muzycznej im. I.J. Paderewskiego w Poznaniu, prezes Fundacji Eve&Culture, dyrektor Polsko-Norweskiego Centrum Kultury w Poznaniu. Tytuł profesora
zwyczajnego odebrała od prezydenta RP w maju 2019 r., przed skończeniem 40 lat.