Najlepsza lekcja etyki


Pochodzą z Filipin, Wietnamu, Ukrainy, Indii, Gruzji… Są w Polsce, bo ich rodzice dostali tu pracę, ale też dlatego, że musieli uciekać ze swoich ojczyzn. Jednak łączy ich jeszcze coś: szkoła, która dwa lata temu otworzyła pierwsze w Warszawie klasy dla cudzoziemców

Stoi sama przy oknie. Wzrok przyciągają do niej wyraźne azjatyckie rysy. To Anh, Wietnamka, nazywana tu Anią. Po polsku jeszcze nie mówi. Zagadnięta, peszy się i spuszcza wzrok. – Pojawiła się tu niedawno, a ma już prawie 14 lat. Najpierw trafiła do odpowiedniej wiekowo klasy przygotowawczej dla uczniów cudzoziemskich (OPC) ze starszymi dziećmi, ale nie była w stanie wydusić z siebie słowa. Kiedy dołączyła do nas, coś chyba pękło i zaczęła się powolutku otwierać. Chyba się dogadamy, co? – mówi, patrząc na dziewczynkę, Agnieszka Czekalska, nauczycielka ze Szkoły Podstawowej nr 221 z Oddziałami Integracyjnymi im. Barbary Bronisławy Czarnowskiej na warszawskiej Woli.

Klasa na rozbieg

Klasy przygotowawcze dla uczniów cudzoziemskich to novum na polskim gruncie. Pierwsze z nich ruszyły we wrześniu 2017 r. Do oddziałów tych mają trafiać dzieci niemówiące po polsku, którym trudno zaadaptować się w nowej szkole. Ale nie tylko o język tu chodzi, bo grupy są tworzone przez dzieci z kultur skrajnie odmiennych od polskiej, również te, które do naszego kraju trafiły na skutek kryzysowej sytuacji w ich ojczyznach. Trauma tych uczniów może się objawiać zaburzeniami zachowania, które utrudniają odnalezienie się w klasie ogólnodostępnej. Do niej dzieci z OPC trafią dopiero po roku na oddziale – lub wcześniej, jeśli wystarczająco dobrze będą radzić sobie z językiem. Dotyczy to także małych Polaków, urodzonych na emigracji, których rodzice zdecydowali się powrócić do ojczyzny, z punktu widzenia dziecka będącej po prostu obcojęzycznym terytorium. Aby nie rzucać ich na głęboką wodę, a także by oswoić pozostałych uczniów z odmiennością migrujących rówieśników i zminimalizować potencjalne konflikty, dyrektor szkoły może otworzyć OPC. Decyzję taką może podjąć w dowolnym momencie roku szkolnego, wystarczy zgoda organu prowadzącego.

Mała grupa, duża praca

Niby to proste, ale niewiele szkół korzysta z tej możliwości. W Warszawie klasy przygotowawcze prowadzą tylko dwie placówki, od dwóch lat – jedynie szkoła na Woli. – Przepis jest ciągle nowy, a dokument, który o tym mówi, to potężne tomiszcze. Myślę, że dyrektorzy, którzy dostają ucznia cudzoziemskiego, wolą włączyć go do klasy ogólnodostępnej, gdzie trzeba mu tylko zapewnić dwie godziny języka polskiego i trzy godziny zajęć wyrównawczych – ocenia Beata Urbanek-Żywica, dyrektor SP 221.

Nic w tym zresztą dziwnego. Zorganizowanie OPC wymaga wielu logistycznych zabiegów: ujęcia go w planie lekcji, zapewnienia sal, odpowiednio przygotowanych nauczycieli i dostosowanych programów nauczania, materiałów… które dopiero powstają. Grupa nie może przekraczać 15 osób, więc przy większej liczbie dzieci cudzoziemskich to kolejna klasa na głowie dyrektora.

Potrzeba jednak jest. W skali Polski małych cudzoziemców jest garstka, ale dane statystyczne z europejskich i krajowych źródeł pokazują, że mapa migracji dynamicznie się zmienia. W Warszawie do państwowych szkół i przedszkoli chodzi obecnie ok. 4,5 tys. uczniów cudzoziemskich. W 2012 r. było ich zaledwie tysiąc. Według oficjalnych danych samych Ukraińców mających zezwolenie na pobyt stały lub czasowy w stolicy jest prawie 14 tys. Nie wszyscy swoje dzieci zostawiają w kraju z babciami. Wielu do Polski zabiera całe rodziny, bo chce tu rozpocząć nowe życie.

Nie ma wątpliwości – im wcześniej (i na mniejszej próbie) szkoły przygotują się na przyjęcie uczniów cudzoziemskich i ich integrację, tym mniej trudności napotkają w razie większego ich napływu. – Wystartowaliśmy jako pionierzy z trzema oddziałami, bo od razu byli chętni, by je zapełnić. Może dlatego, że od dekady działa u nas Międzyszkolny Zespół Nauczania Mniejszości Ukraińskiej – opowiada Beata Urbanek-Żywica. – Nowo przybyłe rodziny ukraińskie chciały dołączyć do tej grupy. Służy ona jednak raczej tym członkom ukraińskiej mniejszości, którzy są zakorzenieni na naszych ziemiach od lat. Świeży migranci potrzebowali w szkole innego, nowego miejsca. Klasy przygotowawcze były najprostszą odpowiedzią. Do dzieci ukraińskich szybko dołączyły inne: z Mongolii, Brazylii, Tadżykistanu, Wietnamu, Indii, Gruzji, Białorusi, Rosji, Filipin… Dojeżdżają z całej Warszawy. W sumie jest ich około setki, to mniej więcej jedna szósta wszystkich uczniów szkoły – podlicza dyrektor.

Wnioski z Zachodu

Początki były jednak trudne. – Gdyby nie nasze wyjazdy do Niemiec, nie wiedzielibyśmy, jak ugryźć tę nową sytuację – wspomina Agnieszka Czekalska, która prowadzi najmłodszy oddział. Zanim w szkole utworzono OPC, grupa nauczycieli wzięła udział w projekcie finansowanym z Akcji 2. w ramach Erasmusa+ pod nazwą „Kompetencje międzykulturowe nauczycieli w wielokulturowych miastach Warszawa-Berlin”. Jeździli na wizyty studyjne za zachodnią granicę, by na miejscu uchwycić sedno niemieckich klas powitalnych, pierwowzoru polskich oddziałów przygotowawczych. W Berlinie okazało się, że takich oddziałów mają niemal 800. A więcej niż połowę każdej klasy ogólnodostępnej stanowią cudzoziemcy.

– Niemieccy nauczyciele skarżyli się nam, że integracja wcale nie wygląda różowo – zwierza się Agnieszka Czekalska. – Zrozumiałam tam jedno: jeśli u nas ma się to udać, to dzieci muszą od razu poznać język, by móc na równych zasadach uczestniczyć w życiu społeczno-kulturalnym. Bo wyobcowanie nie doprowadzi do niczego dobrego. Potwierdzili to nasi koledzy z Niemiec: uczniowie, których nie wciągnięto w system na samym początku, tworzą hermetyczne grupy, do których nie da się już dotrzeć. Dlatego my w naszym kameralnym gronie robimy, co możemy.

Mam na imię Ivan

Nauczycielka spogląda z uśmiechem po twarzach swoich podopiecznych, którzy wyraźnie do niej lgną. Siedząc wokół zasypanego kolorowymi papierami stołu, śmieją się niemal bez przerwy i rzucają porozumiewawcze spojrzenia. – Może byście się przedstawili? – prosi Czekalska. Natychmiast pojawiają się chętni. „Dzień dobry, mam na imię Timothy, moja kraj Filipiny. Ja w Polsce jest jeden rok”. „A ja jestem Ivan, mam lat 10 i jestem z Ukrainy. Mieszkam tu już rok”. Wschodni akcent nie przeszkadza mu w pochwaleniu się pewną już polszczyzną. „Ja mam na imię Nunuka i przyjechałam z rodzicami z Gruzji”. „Ja jestem Dhruva i mam 10 lat. Jestem w Polsce jeden rok i przyjechałem z Indii”.

Czy to już wszyscy? Nie. Nieśmiało, wygładzając swoją sukienkę, po chwili odzywa się Anh: – Mam 14 lat. Jestem z Wietnamu. – Brawo, Aniu! – wykrzykuje ze wzruszeniem nauczycielka. – Pierwszy raz jej się to udało. Pierwszy raz!

Dzwonek, lekcja skończona. Dzieci biegną do świetlicy. Do drzwi puka jedna z mam. – Wyjechaliśmy z Indii, bo mąż dostał tu trzyletni kontrakt. Ja posługuję się tylko językiem telugu, ale dzieci nieźle mówią po polsku. To dzięki przemiłej pani Agnieszce. Wszystko jest świetnie – opowiada łamaną angielszczyzną. Po chwili dodaje nieco ciszej: – Choć… córka się żaliła, że starsi chłopcy ją zaczepiali i popychali. Nie skarżyła się nauczycielce, bo się boi, że się zemszczą. Dyrektor Urbanek-Żywica zdaje sobie sprawę, że konflikty się zdarzają: – Tego nie da się uniknąć, a ludzie w złości uderzają tam, gdzie najbardziej boli. Jednemu oberwie się za to, że ma ciemniejszą skórę, innemu – bo jest gruby, a jeszcze innego nie wezmą do paczki, bo się ubiera w lumpeksie. Na szczęście mamy młodych wolontariuszy z klasy matematycznej, którzy z własnej inicjatywy pomagają wietnamskim uczniom. To nasze pomieszanie kultur jest jedną wielką lekcją etyki. Laboratorium kulturowym. Wiem… patrzę na to przez różowe okulary, ale od wielu lat obserwuję, że to naprawdę działa – podsumowuje z entuzjazmem dyrektorka.

Nauczycielski akompaniament

Łączenie dzieci z różnych środowisk i kultur powoduje, że mechanizmy ich współżycia stopniowo wypracowują się same, bo wielu zachowań można ich jeszcze nauczyć. Wymaga to jednak od nauczycieli dużo pracy, zwłaszcza że muszą samodzielnie dostosowywać  program nauczania i zdobywać materiały dydaktyczne. – Realizuję z nimi wybiórczo program klasy czwartej, choć nie do końca wiadomo, na czym się skupić, bo dzieci są w różnym wieku. Niektóre nie mówią po polsku – komentuje Katarzyna Jędrzejczak, nauczycielka muzyki w piątego OPC. – Dziś poznały nasze symbole narodowe. Dużo śpiewamy, o Polsce, o naszych zwyczajach. Moi drodzy, zanucimy coś? W klasie rozlega się harcerskie „Lubię podróże…”.

Trudności w doborze programu nauczania i materiałów potwierdza Agnieszka Czekalska. – Dla nas to też jest nauka, bo nie mamy gotowych zestawów, dużo więc improwizujemy, wyszukujemy w internecie, kserujemy, drukujemy, wycinamy, sklejamy… – wymienia.

Na zajęciach dzieci korzystają z „normalnych”, polskojęzycznych podręczników, odpowiednich do ich wieku i umiejętności, choć mogą po nie sięgnąć dopiero, gdy osiągną podstawowy poziom znajomości języka. Co wydaje im się najtrudniejsze? – Matematyka! Biologia! Geografia! – przekrzykują się nastolatki z piątej klasy OPC. A jednak nie język – to chyba dobry znak. Są też tacy, którym trudność sprawia wszystko, bo daleko od domu nie mają motywacji do nauki. Nauczycielki z SP 221 tłumaczą im, że warto się uczyć, aby spełniać swoje marzenia. – Ja chcę zostać archeologiem i szukać kości dinozaurów – mówi 11-letnia Walerija z Ukrainy. – Ja wyjadę do New York! Teraz mieszkam w Polska, ale nie będę tu mieszkał potem – podskakując, woła Filipińczyk Timmy. Nunuka po chwili zadumy decyduje: – A ja chciałabym mieć rower. Kiedyś miałam, ale mi go kuzynka zepsuła i został tam, w Gruzji. Ale teraz jestem tutaj i zostanę tu na długo, więc rower będzie mi bardzo potrzebny.