Nauka, ludzie, widoki, czyli Erasmus w Mediolanie


Włochy kojarzyły się jej z leniuchowaniem – tymczasem studia w Mediolanie okazały się bardzo wymagające. Zdążyła jednak znaleźć czas, by zjeździć Półwysep Apeniński wzdłuż i wszerz

Rozmowa z Natalią Kondratiuk-Świerubską, podróżniczką, dziennikarką „Podróże.pl”

Włochy to był twój wybór numer jeden? Tam chciałaś studiować?
Zdecydowanie! Przed Erasmusem byłam w Rzymie i Trieście – i wizyta w tych dwóch miastach uświadomiła mi, że to jest mój kraj marzeń. Wiedziałam, że żadne inne miejsce w Europie nie będzie mnie tak satysfakcjonowało.

Co zachwyciło cię w tym kraju?
Ktoś kiedyś powiedział, że „przy tworzeniu świata Włosi dostali najpiękniejszy skrawek Ziemi”. Uważam, że to jest prawda – i te względy zadecydowały o wyborze Włoch. Wiedziałam jednak od początku, że otrzymanie stypendium nie będzie łatwe ze względu na sporą liczbę chętnych.

Statystyki mówią, że Włochy i Niemcy to bardzo popularne kraje wśród polskich studentów.
Tak, i w ogóle mnie to nie dziwi. U mnie na Uniwersytecie Warszawskim było bardzo trudno dostać się na Erasmusa do Włoch, zwykle na jedno miejsce jest kilku chętnych. I ja naprawdę byłam w szoku, że się dostałam. To był przypadek, bo to był chyba pierwszy albo drugi rok, w którym można było składać podania na uczelnie z wykładowym angielskim – czyli nie trzeba było perfekcyjnie znać włoskiego.

Gdzie mieszkałaś podczas pobytu w Mediolanie?
Oczywiście w akademiku! Najważniejsi byli dla mnie ludzie. A od znajomych, którzy byli wcześniej na Erasmusie+, usłyszałam, że to w akademiku mamy najlepszą okazję, by poznać innych studentów. Moja znajoma z wydziału namawiała mnie, byśmy wynajęły razem mieszkanie, ale wówczas nie poznałabym tylu osób!

Jak wyglądają studia we Włoszech? Na czym polega system punktowy CFU?
Włosi nie mają ocen takich jak w Polsce, czyli w skali od 1 do 6. Tam za każdy przedmiot na koniec semestru dostaje się punkty. Najwyższa ocena to 30 punktów, 28, 29 czy 30 punktów to są takie najlepsze piątki, 27 – właściwie też. Od 23 do 26 to czwórka, a od 18 do 22 to trójka. Poniżej 18 się nie zdaje.

Aby zdać, trzeba mieć więcej niż połowę punktów?
Tak – i było to dla mnie spore zaskoczenie. Choć początkowo bałam się, że nie zdam, miałam całkiem dobre oceny. Realizowałam cztery przedmioty i z każdego z nich miałam tyle nauki, co w trakcie całej sesji na Uniwersytecie Warszawskim. Według mnie te studia we Włoszech są bardzo wymagające i jeżeli ktoś się na nie decyduje, musi liczyć się z tym, że nie pracuje, tylko się bardzo dużo uczy. Ludzie, którzy traktowali naukę poważnie, siedzieli codziennie po południu w bibliotekach i salach do nauki w akademiku. Powiem szczerze – spodziewałam się czegoś innego. Włochy kojarzyły mi się bardziej z leniuchowaniem, zabawą… To taki stereotypowy sposób postrzegania tego kraju. Ale okazało się, że północ Włoch jest bardzo pracowita. Mnie motywacji nie brakowało, bo uczyłam się w języku angielskim. Wszystko, co czytałam, to był angielski oksfordzki, więc wiedziałam, że w ten sposób szlifuję swój język.

W Warszawie studiowałaś dziennikarstwo, a w Mediolanie?
We Włoszech studiowałam na Wydziale Nauk Politycznych, Społecznych i Ekonomicznych – trudno znaleźć odpowiednik tych studiów na Uniwersytecie Warszawskim. Mogłam uczęszczać na wszystkie zajęcia, które były oferowane na wydziale, wybrałam te związane z polityką. Dodam, że spotkała mnie w związku z tym miła niespodzianka. Wcześniej pisałam licencjat o populizmie we Włoszech i sporo korzystałam z publikacji naukowych profesora Mazzoleniego. W Mediolanie okazało się, że to jest mój wykładowca!

Dałaś mu tę pracę do przeczytania?
Nie, bo nie miałam jej w wersji angielskiej, ale oczywiście o wszystkim mu opowiedziałam. To było naprawdę miłe zaskoczenie.

Erasmus rozbudził w tobie pasję podróżowania. Pociągiem z Mediolanu można się dostać do właściwie każdego miasta we Włoszech. Co zwiedziłaś?
Gdy zdałam sobie sprawę z tego, jak blisko znanych miejsc mieszkam, to wiedziałam, że trzeba to wykorzystać. Zwiedziłam w sumie 20 włoskich miast, m.in. Turyn, Weronę, Wenecję, Bolonię, Florencję, San Gimignano, Lukkę, Pizę, Sienę, Neapol…

Jeździłaś głównie pociągami?
Pociągami i autobusami, ponieważ loty krajowe we Włoszech są dosyć drogie, poza tym lepiej z nich rezygnować, by być bardziej ekologicznym. Komunikacja miejska we Włoszech jest bardzo łaskawa dla studentów, bo płaciłam tam mniej za bilet miesięczny niż w Warszawie. Za 20 euro mogłam jeździć metrem po Mediolanie i autobusami.

Widziałaś jeden z najsłynniejszych obrazów na świecie – Ostatnią wieczerzę Leonarda da Vinci. Jak wrażenia?
Byłam w muzeum w środku tygodnia i to było fajne, bo uniknęłam tłoku. To było znacznie przyjemniejsze niż oglądanie np. Mony Lisy w Luwrze. Tam obrazu nie można zobaczyć z bliska, bo przed nim jest zwykle mnóstwo turystów, zazwyczaj z Azji, którzy robią filmy, selfie…

Czy wejścia do muzeów są darmowe do 26. roku życia?
Nie, studenci muszą płacić. Ale warto zwiedzać w ostatnią niedzielę miesiąca – wtedy wejście do muzeów i oglądanie innych atrakcji są bezpłatne dla wszystkich. W Weronie załapałam się na ten dzień – i weszłam na przykład na wystawę Picassa.

Pół roku mieszkałaś w Mediolanie i nie wierzę, że wszystko ci się podobało. Co cię irytowało?
Już w pierwszym tygodniu zostałam okradziona na 150 euro i to było bardzo nieprzyjemne – na studencką kieszeń 600 zł to jest sporo. Wcześniej słyszałam historie na temat złodziei w Mediolanie, ale myślałam, że mi się złego nic nie może przydarzyć. Trochę się tym załamałam, ale pomogli mi znajomi z akademika, m.in. Włosi, którzy tego samego dnia zabrali mnie na aperitivo i zapłacili za mnie. Powiedzieli, że zostałam okradziona, więc oni chcą mi jakoś umilić życie. To zdarzenie nauczyło mnie, że nawet jeśli coś złego się stanie, nie można się załamać, to nie koniec świata.

Zintegrowałaś się z Włochami?
Włosi są różni. Na pewno są głośni, to się rzuca w oczy, to jest taka kultura bycia… Na pewno nie wstydzą się rzucać komplementów kobietom. Na północy to może nie jest tak bardzo odczuwalne, jak na południu, ale to jest zaskoczenie dla kogoś, kto przyjeżdża z Polski. U nas ludzie nie mówią tak do siebie na ulicy, nie komplementują siebie nawzajem, a tam to jest na porządku dziennym i raczej nikogo nie dziwi.

Co dał ci Erasmus w takim codziennym życiu?
Przede wszystkim dzięki niemu nauczyłam się tak zdrowo dzielić obowiązki, bo musiałam w tym czasie bardzo dużo się uczyć, dużo imprezować i podróżować. Musiałam sobie wszystko dobrze zaplanować – to była bardzo ważna lekcja. Poza tym dał mi wielu wspaniałych znajomych – mogę nawet powiedzieć, że dzięki Erasmusowi mam jedną przyjaciółkę z Krakowa. Mam też wielu znajomych z Niemiec, Portugalii i Rumunii, z którymi się spotykam, odwiedzamy się nawzajem, i myślę, że te międzynarodowe znajomości, które wtedy nawiązałam, to jest chyba największy plus.

Chciałabyś raz jeszcze wyjechać na Erasmusa?
Pewnie, ja w ogóle rok po studiach tak ciągle myślałam, dlaczego dopiero na magisterce, przecież mogłam pojechać na licencjacie, a potem jeszcze raz na magisterce, ale czasu nie cofnę, dlatego radzę każdej osobie, która zaczyna studia lub jest dopiero na ich początku, żeby pojechała na Erasmusa dwa razy, bo to jest najlepsza rzecz, którą możecie zrobić w trakcie studiów.

Rozmawiała Justyna Tylczyńska
Czwórka Polskiego Radia