Nie zostawiajmy innych w tyle


Dyskryminacja obniża poczucie wartości, wybija z funkcjonowania społecznego, wpływa na psychikę. Każdy z nas może się znaleźć w prześladowanej grupie – mówi Anna Urbańczyk, kulturoznawczyni i trenerka, prowadząca warsztaty równościowe m.in. w ramach projektów Erasmus+

O dyskryminacji mówi się coraz głośniej. Czy to znaczy, że ten problem jest ostatnio częstszy?
Problem zawsze istniał, ale teraz częściej przenika do opinii publicznej. Jednocześnie mam wrażenie, że wiele osób wciąż boi się sygnalizować czy zgłaszać dyskryminację. Pracuję z migrantami i słyszę np., że są zatrudniani na miesięczny okres próbny. Pracują przez miesiąc, a później dostają komunikat, że źle pracowali, więc wypłaty nie będzie. To nie tylko dyskryminacja, ale także oszustwo.

Z jakimi jeszcze problemami spotykają się osoby zagrożone wykluczeniem?
Słyszałam o tym, że dziecko nie zostało przyjęte do szkoły, bo nie jest Polakiem, mimo powszechnego obowiązku edukacji. Pojawiają się problemy przy wynajmie mieszkania, panuje bowiem stereotyp, że mężczyzna ze Wschodu będzie je demolować, więc musi np. zapłacić większą kaucję. Powszechne są również mowa nienawiści czy przemoc na tle narodowym. Moja koleżanka została ostatnio popchnięta w autobusie, ponieważ mówi ze wschodnim akcentem.

Osoby dyskryminowane dostrzegają ten problem?
Często zaczynają analizować, dlaczego mają np. gorszą sytuację w pracy, i łączą to ze swoim pochodzeniem, ze swoją tożsamością. Problem w tym, że dyskryminacja obniża poczucie wartości, wybija z funkcjonowania społecznego, oddziałuje na psychikę. Osoby te często po prostu nie mają siły, by coś z tym zrobić. Jako edukatorka nie chcę jednak pokazywać im, jakie są „biedne”, ale staram się skupiać na tzw. zasobach. Pracujemy nad wzmocnieniem, patrzymy, w czym innym dany człowiek może się realizować, albo jak wesprzeć tę część tożsamości, która nie jest dyskryminowana.

A szukanie pomocy na drodze prawnej?
Używanie narzędzi prawnych, każde zgłoszenie i zajęcie się problemem, wpływa na świadomość społeczną, pozwala niwelować stereotypy. Niestety, w naszym systemie zgłaszanie tego problemu wymaga dużej siły i uporu, znajomości procedur, a czasem nawet wydania pieniędzy. I nasłuchania się. Jak kobieta przychodzi zgłosić seksistowskie zachowanie, to zdarza się, że słyszy na przykład „to przecież przyjemne”. Albo że mogła się inaczej ubrać. Dlatego zawsze namawiam do zgłaszania, staram się wspierać w przejściu tego procesu, ale i mówię o kosztach.

Kogo może dotyczyć dyskryminacja?
Każdego, bo każdy z nas może się znaleźć w grupie z jakiegoś powodu dyskryminowanej. Dyskryminacja w sensie prawnym to nierówne traktowanie, wynikające z tego, że ktoś należy do takiej, a nie innej grupy społecznej. W szerszym wymiarze to wszelkie relacje władzy w danej społeczności. Dlatego wszyscy jesteśmy odpowiedzialni za to, by sprawdzać, czy ktoś nie jest w społeczeństwie zostawiony w tyle, wykluczony. Warsztaty, które prowadzę, pokazują, jak łatwo to przeoczyć.

W jaki sposób pani to robi?
Empatyzując. W bezpiecznych, wręcz laboratoryjnych warunkach próbujemy zrozumieć, jak czuje się osoba wykluczona. To nauczanie przez emocje. Może następnym razem zareagujemy wcześniej, bo będziemy wiedzieć, jak nieprzyjemnie jest być w takiej sytuacji.

Jak to wygląda w praktyce?
Dzielimy grupę na mniejszościową i większościową, czy też na grupę z zasobami i bez zasobów. Zamieniamy się rolami, więc na własnej skórze możemy dostrzec, jak to jest być po każdej ze stron. To program symulacji. Następnie zajmujemy się przeciwdziałaniem, czyli szukaniem zasobów osobistych czy procedur, które pomagają nam w dyskryminacji. Pokazujemy dobre praktyki. Jeśli na przykład jedziemy autobusem, to kierujący nim ma obowiązek reagować na niewłaściwe zachowanie. Warto to wiedzieć. W czasie warsztatów używamy metod dramowych lub zbliżonych do dramy, czyli odgrywamy różne sytuacje. Podajemy sposoby reagowania. Jak w sztukach walki: uczymy się nawyków, komunikatów. Ćwiczymy, jak się chronić i stanowczo reagować.

Dla kogo są te warsztaty?
Oczywiście możemy je kierować do osób, które doznały dyskryminacji lub należą do grup na nią narażonych. Ale tu najważniejsze jest, że nie chcemy stygmatyzować i osobom, które doświadczają dyskryminacji, dodatkowo przypinać łatki. Lepiej jest pozwolić im wyjść poza etykietę i spojrzeć na nią z dystansu. To, niestety, wciąż wielkie pole do pracy. Weźmy określenie „obóz dla uchodźców”. Już sama nazwa dołuje.

Jeden z warsztatów antydyskryminacyjnych prowadziła pani dla organizatorów Festiwalu Pięciu Smaków w ramach projektu „Festiwal jako forma edukacji”, finansowanego z programu Erasmus+. Na czym skupiał się ten warsztat?
Starałam się pokazać, jak wydarzenia kulturalne mogą wpływać na zmianę nastawienia do grup dyskryminowanych. Organizatorom Festiwalu Pięciu Smaków bardzo zależało, by to wydarzenie jeszcze bardziej otworzyć na migrantów, członków mniejszości azjatyckiej w Europie. Rzadko spotykam tak duży poziom świadomości wśród organizatorów wydarzeń kulturalnych. Oni nie tylko chcieli, by migranci byli publicznością festiwalu, ale również, by odgrywali role zarządcze, byli wolontariuszami, członkami rady programowej, kuratorami. Dzięki temu nie jest to tylko festiwal fanów kultury azjatyckiej z Europy, ale autentyczna kultura.

Jak takie działania pomagają w walce z dyskryminacją?
Są oparte na wspólnej pracy, współtworzeniu, integracji. W ogóle wszelka wymiana doświadczeń między różnymi grupami to dobry sposób walki ze stygmatyzacją. Kultura pomaga nam przecież zrozumieć innych, choć może też wykluczyć. Gdy przyjeżdżamy do innego kraju i nie wiemy, jak zachować się w określonych miejscach czy sytuacjach, to trafiamy poza nawias. Ale kultura może także integrować, pomóc odnaleźć się i zaistnieć w danej społeczności. Migranci czy osoby na co dzień wykluczane też mają czas wolny, więc mogą kupić bilet i przyjść na wydarzenie kulturalne.
Nieformalną edukację, prowadzoną w trakcie Festiwalu Pięciu Smaków, doceniam szczególnie. W takich wydarzeniach, oprócz oferty typowo kulturalnej, możemy też wprowadzić wątki dotyczące praw człowieka, mniejszości czy w ogóle funkcjonowania ze sobą osób z różnych kultur. I kształtować świadomość społeczną.

A może te wątki powinny wręcz stać się częścią edukacji formalnej? Są kluczowe dla funkcjonowania społeczeństwa.
To coś, nad czym od lat pracujemy. Mam dobre doświadczenia z warsztatów zarówno dla uczniów, jak i dla nauczycieli. Takie zajęcia, oprócz praw człowieka, uczą też empatii, komunikacji, które przydają się w każdej sferze życia i w każdym wieku.
Poza tym w trakcie różnych projektów czy działań równościowych często pracuję z policjantami, strażnikami miejskimi, urzędnikami. To osoby, które na co dzień stykają się z grupami dyskryminowanymi, i warto, by zrozumiały ich perspektywę.

Nasze społeczeństwo staje się coraz bardziej różnorodne. Budowanie jedności będzie tematem przyszłości?
Zmieniamy się jako społeczeństwo, dlatego musimy nauczyć się żyć razem. Wystarczy prosty przykład: miejskie przedsiębiorstwa oczyszczania w większych miastach opisują sposób segregacji śmieci po polsku, angielsku i ukraińsku czy rosyjsku. Nikomu przecież nie przeszkadza, że są trzy wersje językowe, a możemy dzięki temu osiągnąć wspólny cel, czyli mieć odpowiednio posegregowane śmieci. Inne przykłady: katolicy nie muszą pracować w Wigilię, bo nasi ukraińscy koledzy poproszą o wolne dopiero dwa tygodnie później. Badania pokazują, że jeśli atmosfera jest dobra, ludzie dobrze się ze sobą czują i nie wstydzą się mówić o swoich korzeniach, wtedy wszystkim lepiej się pracuje. I wyniki pracy wzrastają. Ale przede wszystkim osoby dotknięte dyskryminacją nabierają pewności siebie, zaczynają w pełni korzystać ze swoich zasobów.

Rozmawiała Martyna Śmigiel
mobilna korespondentka Erasmus+