Od Erasmusa do Eurowizji


Wyjeżdżając, zawsze staram się poznawać ludzi, kulturę i dużo, dużo muzyki – mówi Salvador Sobral, portugalski muzyk, który podczas wymiany w ramach programu Erasmus odkrył i pokochał jazz. W 2017 r. wygrał Konkurs Piosenki Eurowizji, a wiosnę tego roku spędził na podróżach, promując swoją płytę m.in. w Krakowie

 

Kilka lat temu wziąłeś udział w programie Erasmus. Spędziłeś ten czas w Palma de Mallorca. Czy był to twój pierwszy tego typu wyjazd?

Nie. Wcześniej skorzystałem z wymiany – pojechałem do Kalifornii. I później już ciągle chciałem wyjeżdżać, cały czas mnie gdzieś ciągnęło. Stąd właśnie wziął się pomysł, by wyjechać w ramach Erasmusa.

Jak wspominasz ten czas?

Studiowałem psychologię, chciałem wyspecjalizować się w psychologii sportu. To było chyba w 2011 r. Erasmus jest zawsze zwariowanym czasem. Najlepiej wspominam zajęcia z psychologii sztuki.

I już podczas tego pobytu na Majorce śpiewałeś publicznie?

Tak, w hotelach, barach, restauracjach…

Można więc powiedzieć, że Erasmus miał wpływ na twoją karierę?

Tak, bo wtedy dużo ćwiczyłem. Poszerzyłem swój repertuar, nauczyłem się wielu jazzowych melodii. To była dla mnie bardzo dobra lekcja. Najlepszą szkołą dla muzyka są właśnie bary i restauracje. Kiedy występujesz, a ludzie cię lekceważą i po prostu nie słuchają, uczysz się pokory i skromności.

A dlaczego wybrałeś Majorkę?

Ponieważ polecono mi tamtejszą uczelnię jako dobre miejsce do studiowania psychologii sportu, czym byłem w tamtym czasie bardzo mocno zainteresowany. Jednak później zacząłem występować, w rezultacie coraz rzadziej pojawiałem się na zajęciach i ostatecznie porzuciłem te studia.

Czego nauczył cię pobyt na Erasmusie?

Nauczyłem się wiele o ludziach. Wyjeżdżając, zawsze staram się poznawać mieszkańców, kulturę i dużo, dużo muzyki. A jeśli chodzi o Erasmusa, to Majorka była miejscem, w którym odkryłem jazz. Z tego najbardziej się cieszę.

Teraz podróżujesz po świecie ze swoją muzyką. Promujesz nową płytę „Paris, Lisboa”. To prawda, że inspiracją do stworzenia albumu był dla ciebie film Wima Wendersa?

To nie do końca była inspiracja. Zaczerpnąłem nazwę oraz okładkę. Muzyka właściwie nie ma nic wspólnego z filmem. A w Paryżu i Lizbonie przebywałem, nagrywając album, ponieważ moja żona jest z Paryża, więc podróżowałem tam i z powrotem. Zależało mi, by umieścić nazwy tych dwóch miast w tytule płyty, a dopiero później pomyślałem o swoim ulubionym filmie – „Paryż, Teksas”.

Filmy są dla ciebie inspiracją do tworzenia? W jednym z wywiadów przyznałeś,  że z sympatii do twórczości Ingmara Bergmana zacząłeś uczyć się szwedzkiego.

Kocham i literaturę, i kino. Nie znam teorii kinematografii ani kwestii technicznych, ale dla mnie i mojej muzyki filmy są bardzo inspirujące. W „Paryżu, Teksasie” jest wiele kolorów – bardzo zależało mi, by uzyskać te same barwy w muzyce.

Jak proces tworzenia słów czy muzyki wygląda u ciebie? Zaczynasz od tekstu, a później dołącza muzyka?

Mam dwa różne sposoby. Czasami piszę tekst i ktoś inny dodaje do tego muzykę, a innym razem dostaję gotową muzykę i tworzę do niej słowa. Bardzo lubię tę drugą opcję.

Teraz jesteś bardzo zajętym człowiekiem, dużo podróżujesz, dużo pracujesz. A jeszcze dwa lata temu miałeś poważne problemy zdrowotne. Jak troszczysz się o siebie?

Przeszedłem bardzo ciężki czas. Teraz, kiedy wyszedłem ze szpitala i mogę grać, jestem szczęśliwy. I zakochany. Śpię dużo, osiem godzin dziennie, nie piję alkoholu. Jeśli jestem zdrowy, to jestem szczęśliwy. Ludzie, którzy nie chorują, nie myślą o tym, nie są za to wdzięczni. A ja myślę o tym codziennie, jestem szalenie wdzięczny za to, że jestem zdrowy i mam kolejny dzień przed sobą.