Od Erasmusa do Oscara


Chcieliśmy wiernie oddać styl van Gogha, charakterystyczne barwy, pociągnięcia pędzlem. To była przygoda, dzięki której w końcu uwierzyłam, że twórca może żyć z tego, co robi – tak o pracy nad filmem Twój Vincent mówi malarka Anna Waluś

Twój Vincent, w reżyserii Doroty Kobieli i Hugh Welchmana, jest pierwszą na świecie animacją malarską, powstawał siedem lat, pracowało nad nim ponad stu artystów. W 2018 roku film został nominowany do Oscara. Jak to się stało, że wzięłaś udział w tym projekcie?

Pracowałam w tym czasie jako projektant wnętrz, ale malowanie zawsze było dla mnie najważniejsze. W 2013 roku wpisałam w wyszukiwarkę internetową hasło „praca dla artystów” i wyskoczyło mi ogłoszenie o filmie. Mimo że wydawało się już nieaktualne, zaryzykowałam i wysłałam swoje portfolio z obrazami. Wkrótce zostałam zaproszona na testy do Gdańska.

Jakie czekały cię zadania?

Dostałam zdjęcie mężczyzny i obraz Vincenta van Gogha. Z fotografii należało stworzyć pracę w stylu malarza. Te same barwy, te same pociągnięcia pędzlem. Dalszym krokiem była animacja obrazu. Nigdy wcześniej tego nie robiłam, ale znów się udało i wraz z innymi malarzami wzięłam udział w pięciotygodniowym szkoleniu, podczas którego uczyliśmy się animować.  Po kilku miesiącach było już wiadomo, kto dostał się do produkcji i może rozpocząć pracę. Film był nagrywany dwa razy. Najpierw z udziałem aktorów, by mieć referencje [prawdziwy film pomaga odwzorować w późniejszej animacji subtelności i realizm ruchów postaci – przyp. red.]. Następnie te ujęcia wyświetlaliśmy z rzutnika na tzw. podobraziu, czyli podłożu malarskim, i malowaliśmy sceny w stylu van Gogha, tak by wyglądały jak jego obrazy.

Ile obrazów namalowałaś?

To zależało od konkretnej sceny, ale bardzo dużo. Niektóre powstawały szybko, inne znacznie dłużej. W standardowym filmie są 24 klatki na sekundę, w animacji malowaliśmy 12 obrazów na sekundę. Namalowałam około minuty filmu. Wszystkich przemalowań jest około 65 tysięcy.

Teraz rozumiem, skąd tak duża liczba artystów przy pracy nad filmem. Jak wspominasz wspólny czas?

W studiu w Gdańsku, gdzie pracowałam, byli ludzie z całego świata. Dużo rozmawialiśmy. Odbyliśmy wiele inspirujących spotkań. Mamy cały czas kontakt, współpracujemy, wyjeżdżamy na plenery, wspieramy się. Nawiązały się fajne przyjaźnie.

Nie miałaś czasem dość van Gogha?

Chodziło o kopiowanie, o to, żeby dobrze oddać sposób pracy artysty, pokazać postać, uchwycić ten gest Vincenta. Mieliśmy superwizorów, którzy czuwali, kiedy było za mało van Gogha, a wkradało się zbyt dużo własnego stylu. Tworzyliśmy różne sceny. Kiedy pracowałam nad twarzą Margaret, malowałam to, jak mówi. Pociągnięciami pędzla typowymi dla stylu van Gogha zaznaczałam grymas, ruch ust, mruganie oczami. Później, patrząc na ludzi w czasie rozmowy, widziałam ich przez pryzmat tych pociągnięć pędzlem.

Co poczułaś, gdy pierwszy raz zobaczyłaś całość?

Gdy zobaczyłam film z tłumaczeniem i muzyką – zrobił na mnie wrażenie. Oglądaliśmy go w grupie, wspólne świętowanie naszego dzieła było wspaniałe.

Porozmawiajmy o twojej drodze artystycznej i czasach „przedfilmowych”. Studiowałaś w Akademii Sztuk Pięknych w Palermo…

Oprócz malarstwa zawsze chciałam studiować języki obce. Podróżować i poznawać świat. Stąd pomysł, by wyjechać na Sycylię. Mój włoski nie był bardzo dobry, ale wystarczający, by podjąć studia. Stwierdziłam, że najlepiej nauczę się języka na miejscu. Sycylijczycy mają specyficzny styl bycia i temperament. Na zajęciach panował duży luz, każdy organizował sobie studia, jak chciał. Samemu wybierało się profesorów i układało grafik. W czasie studiów malowałam, rzeźbiłam, rysowałam, tworzyłam grafiki technikami tradycyjnymi, takimi jak linoryt, drzeworyt, wklęsłodruk i inne.

Po powrocie z Włoch wyjechałaś do Hiszpanii, tym razem w ramach Erasmusa. Czy program pomógł ci w rozwoju talentu?

Nad wyjazdem do Murcji nie zastanawiałam się ani chwili. Miasto okazało się przepiękne. W Hiszpanii studiowało się trochę inaczej niż we Włoszech. Mieliśmy więcej dyscypliny. Pamiętam, że malowaliśmy sporo aktów, były zajęcia z grafiki komputerowej, dużo się nauczyłam. Poza tym zauroczyłam się Hiszpanią. Mogłam dokładnie zobaczyć, jak się tam żyje i myśli. Podczas takich podróży najlepiej poznaje się język i kulturę. W Hiszpanii byłam na najdłuższym Erasmusie, na jakim się dało, czyli cały rok. Później wróciłam na chwilę do Palermo, żeby obronić pracę licencjacką. Wreszcie przyjechałam do Polski i zaczęłam studiować w Poznaniu projektowanie wnętrz. Nie bardzo potrafiłam się jednak odnaleźć i  już po pierwszym miesiącu studiów znów udało mi się wyjechać z Erasmusa do Hiszpanii, tym razem była to Grenada.

Co dał ci ten staż?

Współpracowałam z architektem przy projektowaniu wnętrz. Braliśmy udział w konkursie, zostaliśmy nagrodzeni. Zdobyłam tam duże doświadczenie, nawiązałam relacje, niektóre przyjaźnie trwają do dziś.

Czym się zajmujesz teraz? Jak wygląda twoje życie po pracy nad filmem?

Nigdy nie  przypuszczałam, że będę tworzyła ilustracje. Zaczęłam rysować najpierw czarno-białe, potem kolorowe. Skupiłam się na tym, jest to dla mnie przygoda i odkrywanie siebie. Jeżdżę z ilustracjami na targi. Współtworzę grupę Wow Wall Studio, która zajmuje się malowaniem murali. Robię to, co lubię najbardziej.

*Anna Waluś ukończyła Akademię Sztuk Pięknych w Palermo we Włoszech. W ramach stypendium Erasmus wyjechała dwa razy do Hiszpanii. Rok studiowała w Murcji, później odbyła staż w Grenadzie. W Polsce obroniła tytuł magistra w Wyższej Szkole Umiejętności Społecznych w Poznaniu. Pracowała przy filmie Twój Vincent jako malarz animator. Obecnie zajmuje się tworzeniem murali z grupą Wow Wall Studio, której jest współzałożycielką, i pracuje też jako ilustratorka.

Zdjęcie: Szymon Łaszewski