Odwagi!


On – wykładowca akademicki, ona – jego studentka. On w jej wieku wyjechać nie miał śmiałości, dla niej zagraniczne stypendium było czymś naturalnym. Dziś oboje mówią stanowczo: warto jechać!

Erasmus+ kojarzy się przede wszystkim z przygodą studencką. Tymczasem wyjechać mogą zarówno studenci, jak i pracownicy naukowi. Co was przyciągnęło do programu?

dr Kamil Ławniczak z Wydziału Nauk Politycznych i Studiów Międzynarodowych Uniwersytetu Warszawskiego: Pierwszą funkcją, jaką przydzielono mi po zatrudnieniu na uczelni, było właśnie stanowisko koordynatora ds. programu Erasmus w Instytucie Europeistyki. Czułem się więc zobowiązany, by samemu wziąć udział w programie. Poza tym byłem ciekaw, jak to jest prowadzić zajęcia dla studentów z zagranicy, z inną perspektywą, doświadczeniem. I w języku angielskim. Chciałem zobaczyć, jak wygląda system nauczania w innych krajach.
Klaudia Durma, studentka V roku europeistyki na UW: Mnie też zastanawiało, jak studiuje się na uniwersytetach w innych krajach. Poza tym bardzo nas namawiano, by korzystać z programu. Wykładowcy wspominali, że za ich czasów nie było takich możliwości.

Gdy pan studiował, Erasmus jeszcze nie był tak popularny?
KŁ: Niektórzy korzystali z niego, ale ja nie miałem w sobie tej śmiałości, żeby wyjechać aż na pół roku. Studia doktoranckie, praca i udział w konferencjach międzynarodowych otworzyły mnie na to doświadczenie.
KD: Ja od dziecka wyjeżdżałam do Szwecji, komunikowanie się po angielsku było dla mnie naturalne. Na Erasmusa+ wybrałam jednak Bergen w Norwegii, w której nigdy nie byłam. Największy stres: dzień przyjazdu, lotnisko, obce miasto, w którym nie mam nikogo bliskiego. I perspektywa, że spędzę tam najbliższe pół roku. Ale na miejscu okazało się, że wszyscy inni erasmusowcy czują się dokładnie tak samo, i jakoś to poszło.

To zasadnicza różnica między waszymi wyjazdami, bo ten dla pracowników naukowych trwa niewiele ponad tydzień.
KŁ: Finansowanie wystarcza na mniej więcej siedem − dziewięć dni pobytu. Nie ma gotowego programu, wyjazd trzeba zaplanować samodzielnie. Podstawą jest oczywiście poprowadzenie zajęć dla studentów uniwersytetu, do którego się jedzie. Ja byłem w Kluż-Napoce w Rumunii. Nasze kraje leżą w zbliżonym regionie i są niemal równie długo w Unii Europejskiej. Dzięki rozmowom ze studentami mogłem więc porównać te dwie perspektywy. Ważną częścią wyjazdu są też spotkania naukowe, nawiązywanie kontaktów, wymiana doświadczeń. Na UW jestem zaangażowany w wydawanie czasopisma naukowego, więc w Rumunii spotkałem się m.in. z osobą, która tam zajmuje się taką publikacją.

Klaudio, co ciebie przyciągnęło do Norwegii?
KD: Jako studentkę prawa europejskiego, bo wówczas robiłam licencjat na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu, interesowało mnie to, że Norwegia w Unii Europejskiej nie jest, choć obowiązuje ją część prawodawstwa unijnego. Ciekawym doświadczeniem było też poznanie zupełnie innego systemu studiowania. Na przykład przedmioty są tam realizowane trzy razy w tygodniu przez miesiąc, potem jest egzamin, a następnie kolejne dwa przedmioty i znów egzamin. W Polsce mamy po prostu jedną sesję egzaminacyjną na semestr.

Jak oceniasz te różnice?
KD: Mam wrażenie, że więcej wiedzy przekazuje się na studiach w Polsce, ale w Norwegii robi się to w bardziej przystępny sposób. Tam jest więcej praktyki niż teorii. Przedmiot o prawach człowieka polegał na symulacji sprawy w trybunale, która odbywała się w prawdziwej sali sądowej w Bergen. Jeśli chodzi o egzaminy, wolę jednak formułę polską. W Norwegii na napisanie jednego eseju mieliśmy cztery godziny. W tym czasie studenci mogą się zrelaksować, pomyśleć, zrobić plan czy coś zjeść. To bardzo wygodne, ale lata nauki w Polsce przyzwyczaiły mnie już do szybkiej pracy w pełnym skupieniu. Potrzebuję motywacji w postaci upływającego czasu. Podoba mi się jednak, że w Norwegii studenci prawa mogą korzystać z kodeksów w trakcie egzaminu, co u nas zdarza się rzadko.

Co pan wyniósł z pobytu w Rumunii?
KŁ: To był mój pierwszy taki wyjazd, więc gdybym organizował go po raz drugi, pewnie umówiłbym więcej spotkań, ale te kluczowe odbyłem. Oprócz nowych doświadczeń dydaktycznych, o których mówiłem, dowiedziałem się, jak tam rozwiązuje się problemy czasopisma naukowego, wydawanego jednak – jak u nas – na peryferiach świata nauki, a nie w jego centrum na Zachodzie. Interesowało mnie, jak pozyskuje się recenzje, szuka autorów spoza kraju. Żałuję, że nie udało mi się nawiązać kontaktów z osobami, które prowadzą badania podobne do moich, ale na przeszkodzie stanęły kwestie organizacyjne. Jako jednostka uniwersytetu mamy kontrakt z innymi konkretnymi jednostkami i czasem trudno wyjść poza ten zasób.

Poza programem naukowym jest jeszcze czas wolny, życie towarzyskie?
KŁ: To dodatkowa atrakcja wyjazdów erasmusowych. Nie mówię, że jest to wycieczka turystyczna, ale ta nieformalna część też jest ważnym elementem. Jest sporo czasu na poznanie miasta, kultury, umówienie się z kimś nie tylko służbowo, ale i towarzysko.
KD: Do tej pory mam kontakt ze swoją współlokatorką, Australijką. Po zakończeniu Erasmusa+ byłam jeszcze przez dwa lata z chłopakiem, którego tam poznałam. Wielu moich znajomych z różnych krajów, którzy poznali się w Norwegii, odwiedza się do dziś. W czasie programu organizowaliśmy wypady do krajów sąsiednich i nie tylko. Na Erasmusa+ każdy przyjeżdża sam, więc łatwo nawiązać relacje i stworzyć grupę. Tak było w Bergen, a ta sieć kontaktów procentuje do dziś.

A kwestie formalne?
KŁ: W przypadku pracowników naukowych nie są skomplikowane. Problem w tym, że między ogłoszeniem rekrutacji a terminem składania dokumentów jest mało czasu na zorganizowanie wszystkiego. Mail napisany do koordynatora na innej uczelni przez wiele dni może pozostać bez odpowiedzi i szansa przepada. Tak było ze mną w tym roku – nie dostałem odpowiedzi na czas. Dlatego o wyjeździe warto pomyśleć jeszcze przed wakacjami, by jesienią, w momencie rekrutacji, mieć już wszystko załatwione. Jest jeszcze jedna kwestia: jeśli wyjeżdżamy w trakcie semestru, to musimy zadbać o to, co stanie się z naszymi zajęciami podczas naszej nieobecności. Trzeba znaleźć zastępstwo albo je odrobić.
KD: A studenci nie lubią odrabiania zajęć [śmiech]. W moim przypadku kwestie formalne okazały się dużo trudniejsze. Każdy wyjazd na Erasmusa+ wymaga podpisania tzw. Learning Agreement, porozumienia o programie studiów. Przed wyjazdem na uczelni powiedziano mi, że najważniejsze, by zgadzały się punkty ECTS. Miało być ich 30 i tyle zdobyłam. Zapewniano mnie, że nie będzie żadnego problemu, ale po powrocie okazało się, że punkty się zgadzają, ale nie zgadza się tematyka wszystkich zajęć. Musiałam nadrobić cały semestr i zdać w sumie 12 egzaminów.

Jakbyś pojechała na wakacje, a nie na studia…
KD: W pewnym sensie tak, choć nie jest to wina samego programu Erasmus+, tylko jego realizacji na konkretnym uniwersytecie. W Norwegii semestr letni zaczynał się 11 stycznia, czyli w momencie, gdy u nas trwał jeszcze semestr zimowy. Chcąc wyjechać na Erasmusa+,
egzaminy, które cały mój rok zdawał w lutym, musiałam zaliczyć przed świętami Bożego Narodzenia, samodzielnie poznając nieprzerobiony jeszcze na zajęciach materiał. Nikt z pozostałych erasmusowców czegoś takiego nie doświadczył. Podobnie jak problemów po powrocie. Na mojej uczelni, niestety, panował chaos organizacyjny, który spowodował sporo stresu.
KŁ: To nie powinno tak wyglądać. Student musi przede wszystkim zdobyć wymagane punkty ECTS i wybrać przedmioty, które nie będą z zupełnie innych dziedzin naukowych. Nie ma wymogu, by w stu procentach pokrywały się z programem polskich studiów, bo jest to właściwie niemożliwe. Zakładamy, że to wyjazd, który ma własne cele i osoba wracająca z niego na pewno nie powinna przeżywać z tego powodu stresu.

Dla wielu studentów problematyczna jest też wysokość stypendium.
KD: Dzięki dofinansowaniu z Funduszy Norweskich dostawałam 800 zamiast 500 euro miesięcznie. W połączeniu ze stypendium rektora, które wtedy miałam, pozwalało mi to żyć na dużo wyższym poziomie niż większości erasmusowców. Pokój w akademiku w Norwegii kosztował 3200 koron, czyli ok. 1800 zł. Łatwo policzyć, że z 500 euro stypendium na życie zostałoby niewiele. Od początku tłumaczono nam jednak, że pieniądze z Erasmusa+ mają tylko wyrównać różnice w kosztach utrzymania pomiędzy krajem, do którego wyjechaliśmy, a Polską.

To rozsądny argument.
KŁ: Ja nie musiałem niczego dokładać, cały wyjazd sfinansowałem z puli od uniwersytetu, łącznie z kosztami dojazdu, noclegu, wyżywienia. To działa na zasadzie ryczałtu, sami dysponujemy kwotą. W przeliczeniu było to jakieś 4 tys. zł.

Pojechalibyście znów?
KŁ: W każdym roku akademickim pracownik naukowy może odbyć nawet dwa takie wyjazdy. Ja już planuję kolejny.
KD: Też myślałam o ponownym wyjeździe na studiach magisterskich, w międzyczasie znalazłam jednak pracę, poszłam na praktyki.
Mimo wszystkich niedogodności po powrocie z Erasmusa+, uważam, że to było najlepsze, co mnie spotkało na studiach. Głupotą jest nie korzystać z możliwości, jakie daje program.

Rozmawiała Martyna Śmigiel – korespondentka FRSE
Zdjęcie: Szymon Łaszewski