Podróże weryfikują sztukę


Jego prace krzyczą ze ścian budynków na całym świecie. Są tak charakterystyczne, że już dawno przestał je podpisywać. O mobilności, blokowiskach oraz przygodzie z Erasmusem+ rozmawiamy z dr. hab. Mariuszem Warasem z Akademii Sztuki w Szczecinie

Przyglądając się twoim pracom – monochromatycznym, kontrastowym, w których dominuje motyw zniszczenia – zastanawiam się, co w twej duszy gra?
Pełen skład orkiestrowy. Każdy artysta operuje własnym kodem, ma swój własny świat. Od wrażliwości, wykształcenia i gotowości poznawczej odbiorcy zależy, ile potrafi z tego przekazu odczytać.

Jesteś mężczyzną po czterdziestce, autorytetem wśród studentów, ze znanym nazwiskiem w branży, z sukcesami na koncie i muralami rozsianymi po całym świecie. Cofnijmy się o trzydzieści kilka lat do małego osiedla w Gdyni, gdzie dorastałeś. Kiedy zrozumiałeś, że twoje rysunki wyglądają lepiej niż obrazki rówieśników?

Od dziecka słyszałem, że mam talent plastyczny. Odziedziczyłem go po tacie. Pracował w stoczni i robił rysunki techniczne. Ja jestem
bardziej roztrzepany.

W twoich pracach dostrzegam rys techniczny, więc może jednak…
Wiem, do czego zmierzasz. Zauważasz w nich pewien system i schemat, ale musisz mi uwierzyć − mają zupełnie inną energię niż prace taty.

Tata pracował w gdyńskiej stoczni. Twoja gdańska pracownia mieści się na dawnych terenach stoczniowych w budynku WL4. Niedaleko pada jabłko od jabłoni. A jak wspominasz swoje dzieciństwo?Bardzo dobrze. Mieszkaliśmy na osiedlu dla stoczniowców. Życie toczyło się na blokowiskach. Bawiliśmy się wśród kontenerów, wokół były duże kominy, tory z wagonami, place budowy, lotnisko i port. Patrzyliśmy na przypływające i odpływające statki.

Życie wśród blokowisk ukształtowało cię jako artystę?
Baza wizualna na pewno ma swoje źródło w dzieciństwie, ale bodźce, jakie otrzymałem w życiu dorosłym, zwłaszcza podczas podróży – ukształtowały mnie na nowo. Dzisiaj tworzę na innym poziomie. Mniej lokalnym, bardziej globalnym.

Twoja praca wymaga ciągłego podróżowania. Świat zawsze cię pociągał?
Kiedyś nie. Oczy otworzyły mi się dopiero wtedy, gdy poszedłem do liceum plastycznego. Zrozumiałem, że poza moim podwórkiem istnieje coś większego.

Zachowałeś obrazki z dzieciństwa?
Jeden na pewno znajduje się pod stołem rodzinnym. Pomalowałem go kredkami. Moje „dzieło” po latach nabrało wartości sentymentalnej.

Co zmalowałeś?
Czerwono-zieloną ciężarówkę. To były czasy, gdy ilość kolorowych kredek była bardzo ograniczona. Miałem raptem sześć kolorów i wszystkie były takie mgliste, wyblakłe.

W twoich dzisiejszych pracach wciąż jest mało kolorów.
Kolor nie jest w kręgu moich zainteresowań. Zdecydowanie bliżej mi do grafika niż malarza. Lubię biel i czerń, bo dają największy kontrast.
Przez pewien czas − sam nie wiem dlaczego − używałem dużo turkusu. Czasami kolor wynika z myślenia użytkowego, bo np. pasuje do elewacji.

Tworzysz prace wielkoformatowe, korzystając z szablonów. Dlaczego postawiłeś na mural?
Lubię działać dużo i szybko. Siedzenie tygodniami przy jednej pracy nie wchodzi w grę. Duża ściana zajmuje mi maksymalnie trzy dni. Z obrazkami jest podobnie. Niektóre dzieła powstają miesiącami, ale nie jest to porównywalne do malowania np. martwej natury. Mam bazę obiektów, bibliotekę własnych prac i cały czas z niej korzystam, tworząc nowe.

Wybrałeś nietypową drogę zawodową. Nigdy nie miałeś momentów zwątpienia?
Moja mama długo twierdziła, że zajmuję się głupotami, które nie przynoszą zysku. I miała rację, bo w młodości głównie wyjeżdżałem na partyzanckie plenery, po których finansowo byłem w plecy. Rodzice liczyli, że skupię się na fotografii, która przynosiła
mi dochód. Bo do sztuki street artu trzeba było zawsze dokładać.

A jednak nie poddałeś się! Jesteś przykładem, że nie zawsze trzeba iść za głosem rozsądku. Czasami warto posłuchać intuicji. Wiele zmieniło się w twojej pracy na przestrzeni lat?
Kiedyś wszystkim zajmowałem się sam. Później street art zaczął się profesjonalizować. Zapraszano mnie na festiwale i oferowano zlecenia, gdzie przyjeżdżałem na gotowe i mogłem tworzyć. Dzisiaj jestem na trzecim etapie, czyli działam jak firma. Zatrudniam ludzi, mam więcej czasu na spotkania, rozmowy. Wciąż tworzę, ale wspomagam się również cudzymi rękoma.

W twojej profesji bardziej liczy się młodość i świeże spojrzenie czy doświadczenie?
Konieczny jest balans warsztatu − wynikający z talentu, doświadczenia oraz pewnej iskry. W mojej pracy nie boję się odkrywać procesu poszukiwań, co podkreśla unikatowość dzieła. Zużycie szablonu, przelanie farby i drobne błędy to smaczki, dzięki którym tworzy się nieplanowane i atrakcyjne napięcie. Po wielu latach w branży na pewno jestem bardziej świadomy. Potrafię ocenić, czy jestem z mojej pracy naprawdę zadowolony. Spójrz, za twoimi plecami są dwa obrazy. Najpierw powstał ten po lewej. Po tygodniu zrobiłem drugi.

Na pierwszy rzut oka niewiele się różnią.
Ten pierwszy był bardziej „ściśnięty”. Czułem, że muszę go poprawić.

Świadomość, która przychodzi z wiekiem, jest zatem twoją siłą. Co symbolizuje ta praca?
Destrukcję w przestrzeni. Znajduje się w jednej z paryskich galerii sztuki. Przedstawia katedrę Notre-Dame w płomieniach.

To autorska koncepcja czy ktoś narzucił schemat?
Narzucanie schematu to polska domena. Za granicą jest większa swoboda i ufa się artystom.

Są prace, których żałujesz?
Nie, bo zrobiłem ich tak dużo, że tych, których żałuję, po prostu nie pamiętam.

Skuteczna metoda – wymazać z pamięci.
Są prace, z których nie jestem dumny, ale wiem o nich tylko ja. Nie lubię niektórych obrazów. Bo obrazy to atrapa wielkich ścian. Bardzo trudno przełożyć energię muralu do małego formatu.

Rozwinąłeś się przez ostatnie lata. Część pracy manualnej zastąpiłeś maszyną i jak wspomniałeś – zatrudniasz ludzi. Czy magia tworzenia gdzieś nie uleciała?
Bynajmniej. Operuję technikami raczej graficznymi niż stricte malarskimi. Powtarzalność i maszynowość są po prostu wpisane w to medium. I chociaż inaczej rozkładają się akcenty, pozostaję odpowiedzialny za swoją twórczość. Ostatecznie i tak trzymam pieczę nad wszystkim. A to, że nie muszę ręcznie wycinać wzorów, tylko robi to za mnie maszyna, nad którą stoi zatrudniony przeze mnie pracownik, nie ma wpływu na ostateczny kształt dzieła

Dużo podróżujesz. W ramach programu Erasmus+ Szkolnictwo wyższe odwiedziłeś Hiszpanię. Jak było?
Skorzystałem z zaproszenia Uniwersytetu w Walencji. W ramach dwutygodniowego wyjazdu zrealizowałem cykl wykładów i warsztaty dla
20 studentów. Trwałym śladem tej podróży został mural na terenie kampusu.

Erasmus+ rozwija?
Bardzo! Poznałem wielu studentów i całą kadrę dydaktyczną. Do tego doszedł specyficzny klimat kampusu. Bo Erasmus+ to również intensywne życie towarzyskie.

Odczułeś różnice kulturowe?
Hiszpanie czasu nie liczą. W Polsce, gdy masz spóźnić się pięć minut, od razu dzwonisz. W Hiszpanii półtorej godziny spóźnienia to nic nadzwyczajnego. Gdy umówisz się w restauracji na obiad, najpierw czekasz 45 minut na kogoś, kto po tym czasie pisze, że się spóźni. Na koniec czekacie na kelnera, a później na rachunek. Obiad trwa trzy godziny i polega głównie na czekaniu.

Byłeś podirytowany czy się dostosowałeś?
Zaakceptowałem i cierpliwie swoje odczekiwałem. Pewnego razu, na krótko przed zajęciami, podjechałem do profesora, który miał za chwilę prowadzić zajęcia ze studentami. Zaproponował kawę. Kiedy dotarliśmy spóźnieni na zajęcia, na które czekało około 30 osób, profesor stwierdził, że chętnie napiłby się drugiej kawy. Powiesił kartkę na drzwiach, że zajęcia przesuwa na inną godzinę. Pełen luz − wszyscy uśmiechnięci rozeszli się po kampusie.

Bardzo pozytywnie – jeżeli nie możesz zmienić sytuacji, zmień nastawienie. Co ci dał Erasmus+?
Fantastyczne relacje! Z większością osób wciąż mam kontakt. W tej robocie, jak w każdej innej, mobilność jest najważniejsza. Można siedzieć latami w jednej pracowni, ale dopiero zmiana otoczenia daje energię do pracy. Podróże, poznawanie kultur, zawieranie przyjaźni − to poszerza horyzonty. Możesz spędzić pięć lat na uczelni i być głaskanym za swoją twórczość. Potem kończysz edukację, wychodzisz do ludzi i okazuje się, że świat wygląda inaczej. Podróże weryfikują sztukę w oczach innych.

Na czyich oczach zależy ci bardziej? Odbiorców czy środowiska artystycznego?
Na własnych. Ostatnio w Sankt Petersburgu pewien artysta przeszedł się po bloku, aby zapytać mieszkańców, co chcieliby zobaczyć na ścianie swojego budynku. Po tych rozmowach namalował dzban. Z kwiatami.

Ludzie lubią ładne obrazki. Twoje murale mówią o wiele więcej niż dzban z kwiatami, ale są zaprzeczeniem przyjemnej i kolorowej rzeczywistości.
Nie ma chyba nic złego w barwnym rzemiośle, chociaż ten trend, również w Polsce, powoli się przejada.

Nigdy nie zobaczymy eksplozji kolorów u Mariusza Warasa?
W projektach komercyjnych zawsze się trochę naginam, ale staram się robić to z głową.

Złe prace ciągną się za artystami przez lata?
Po wpisaniu nazwiska w wyszukiwarkę Google najczęściej wyskakują jako pierwsze.

Zawodowo odwiedziłeś już całą Europę i większość globu. Zdradź nam, gdzie pracuje się najlepiej na świecie?
Najlepiej czuję się w Kolumbii. Kolumbijczycy są bardzo podobni do Polaków.

A gdzie jeszcze nie byłeś, a bardzo chciałbyś polecieć?
Japonia i Afryka. W lipcu miałem jechać na badania naukowe do Kenii.

Ty to masz fajne życie!
Są też minusy. Kiedy wyjeżdżam, moja dziewczyna na mnie czeka, ale jakoś sobie radzimy.

Czujesz się człowiekiem sukcesu?
Jestem szczęśliwy, nabrałem dystansu. Kiedyś uczestniczyłem we wszystkich branżowych imprezach. Teraz podchodzę do nich selektywnie. Jestem bardziej świadomy jako człowiek i jako artysta. Nie mam potrzeby ścigania się ze światem. Dzisiaj nie zajmuję się wyłącznie własną pracą artystyczną. Jako wykładowca, animator i kurator dzielę się wiedzą, poszerzając jednocześnie pola własnego doświadczenia i sprawczości.

Rozmawiała Justyna Michalkiewicz-Waloszek – korespondentka FRSE
Zdjęcie: archiwum prywatne