Przyszłość będzie inna


Podważać stereotypy związane z architekturą i zmieniać związane z nią przyzwyczajenia – to motto Macieja Siudy, architekta i byłego stypendysty programu Erasmus+, który na całym świecie projektuje między innymi… szkoły

Jesteś architektem, choć tata jest lekarzem. Czy oznacza to, że jabłko od jabłoni tym razem padło daleko?

Nie tak daleko, mój dziadek był architektem (śmiech). Na jednej z uczelni uczył między innymi rysunku. Odkąd miałem pięć-sześć lat, zabierał mnie do różnych miejsc, siadaliśmy i rysowaliśmy to, co było wokół nas – widoki, przestrzenie, architekturę. Druga kwestia to moje umiłowanie komiksów. Umiejętność uważnej obserwacji przestrzeni połączyła się więc z pasją rysowania.

A potem z pasją do podróży. W ramach studiów na Politechnice Wrocławskiej wybrałeś się do Walencji.

Tak, dość szybko, bo już po trzecim roku. Przez całe studia byłem aktywny, robiłem dużo rzeczy poza standardową ścieżką edukacji – brałem udział w konkursach, tworzyłem projekty. Szukałem architektonicznych inspiracji poza Polską. Hiszpania wydała mi się bardzo ciekawa, bo myślenie architektów ukierunkowane jest tam na człowieka i przestrzeń. W ten sposób trafiłem do Walencji w ramach programu Erasmus+. Ucząc się tam, a potem pracując, poznałem inny sposób myślenia o architekturze. To było w pewnym sensie podważenie tego, czego uczono mnie w Polsce.

Zrozumiałem, że na rzeczywistość można patrzeć inaczej, że jest ona względna i powiązana z lokalnym kolorytem. Nic dziwnego więc, że doświadczenia z Hiszpanii stały się bodźcem do dalszych poszukiwań: stąd Japonia, a potem USA.

Jest możliwość podsumowania tego, czego nauczyłeś się w każdej z kultur?

Nie ma jednej definicji kontekstu – za każdym razem trzeba go definiować na nowo. W Japonii, Hiszpanii czy USA lokalną architekturę kształtują inne zjawiska społeczne i kulturowe. W Polsce na przykład znaczącym czynnikiem jest historia. W Hiszpanii z całą pewnością warunki atmosferyczne. Z kolei w Japonii – znaczenie kontemplacji, rozważania rzeczy w próżni bez porównywania z innymi.

W ostatnich latach projektowałeś wraz z zespołem nowoczesne szkoły m.in. na warszawskich Kabatach, na Haiti, teraz w Kenii. Jak się to robi?

Każdą szkołę projektujemy inaczej. Na Haiti dostrzegliśmy potencjał w warunkach klimatycznych, umożliwiających projektowanie półotwartej architektury. W kolektywie architektów (K. Dąbkowska, J. Mazurkiewicz, Ł. Piasta, M. Niedbalec, K. Rusinek) stworzyliśmy budynek pełen zakamarków, w którym co chwilę odkrywa się nowy krajobraz. Z kolei na Ursynowie układ pomieszczeń lekcyjnych jest klasyczny, za to inaczej rozwiązujemy przestrzeń rekreacyjną dla uczniów i nauczycieli. Ta szkoła będzie bardziej jak podwórko. Wprowadzamy tam naturalną zieleń – będą domki dla kotów, jeże, motyle, budki dla ptaków…. Ostatecznie architektura zawsze powstaje w pewnym ekosystemie. Zabieramy roślinom i zwierzętom fragment ich przestrzeni, więc im też musimy zapewnić warunki do życia. W przypadku szkoły w Nairobii pracujemy z cieniem i za jego pomocą kształtujemy miejsce do nauki.

Masz jeszcze jakieś marzenia związane z projektowaniem?

Mam trochę pragmatycznych: abym nie był zaangażowany w zarządzanie pracownią i mógł skupić się na projektowaniu. Głównie dlatego, że w zarządzaniu nie jestem dobry (śmiech). A z abstrakcyjnych – są pewne dziedziny w architekturze, z którymi chciałbym się zmierzyć. Na przykład biblioteki. To typowy temat do zredefiniowania. Drukowane książki stają się mniej popularne, a mnie wydaje się interesujące wymyślenie biblioteki na nowo, aby książki znów stały się kuszące.

Rozmawiała Marzena Indra