Tęsknię za ludźmi na ulicach Rzymu


Wojciech Skrzypek, 21 lat, student stosunków międzynarodowych na Uniwersytecie Warszawskim, uczestnik Erasmusa, opowiada, gdzie zastał go początek pandemii

Z Rzymu wyjeżdżam zadowolony. Potwierdza się to, co mówili znajomi, którzy „zaliczyli” Erasmusa. To świetna okazja, żeby poznać ludzi, szlifować angielski, dobrze się bawić i studiować na najlepszych uczelniach w Europie. Nie znam osoby, która wróciłaby z wymiany niezadowolona. U mnie zajęcia i sesja egzaminacyjna na Uniwersytecie Rzymskim „La Sapienza” zakończone. Zimowy semestr zaliczony. Mój Erasmus w stolicy Włoch dobiegł końca. Kolejny semestr studiów zaliczę już w Warszawie. Jest końcówka stycznia. Do Rzymu jeszcze wrócę, by m.in. załatwić formalności w urzędach, odebrać dokumenty z uczelni i rozliczyć się z operatorem komórkowym. Dwa tygodnie później myślę sobie, że mam dużo szczęścia, że zdążyłem wrócić do kraju, zanim cały świat usłyszał, że koronawirus dotarł do Włoch. Pierwsza myśl: nie ma się czym ekscytować. Co prawda gdzieś daleko w Azji wirus zabił sporo ludzi, ale głównie w Chinach. A już Korea Południowa i Tajwan skutecznie ochroniły się przed wirusem. Trochę jakbym zapomniał, że przecież Chińczycy jeżdżą wszędzie i ryzyko zakażenia rośnie z każdym dniem.

Smutek Wiecznego Miasta

Do Rzymu przylatuję w połowie lutego. Już wiem, że nie będzie tak jak wcześniej. Jeszcze na lotnisku mierzą każdemu temperaturę. Kto nie ma gorączki, może jechać do miasta. Na ulicach pustki. Podobnie w metrze. Trudno uwierzyć, że tak wygląda Wieczne Miasto, bo przecież tu zawsze są tłumy. Przy Kapitolu pojedyncze osoby, jak nigdy, przed muzeami brak kolejek, jak nigdy. Czy Rzymianie zamknęli się w domach? Przecież w Polsce mówią, że Włosi nie traktują poważnie zagrożenia koronawirusem. A tu spotykam się ze znajomymi z Erasmusa, którzy wciąż są we Włoszech. Opowiadają o wycieczce do Wenecji, gdzie spędzili kilka dni. Jeden z kolegów mówi, że w drodze powrotnej dostał SMS-a od współlokatora z prośbą, by nie wracał do mieszkania, bo boi się o swoje zdrowie. I ma propozycję: chce spakować kumpla, a walizkę z jego rzeczami zostawić pod drzwiami. Sugeruje, że opłaci mu nocleg w hotelu. Brzmi jak żart, ale propozycja była na serio. Na szczęście panowie się dogadali.

Idzie najgorsze

Zaczęła się panika, bo z północy Włoch dochodziły coraz tragiczniejsze informacje o nowych ofiarach koronawirusa. Nikt się nie spodziewał, że Italia stanie się drugim na świecie ogniskiem wirusa z Wuhan. Razem z moimi znajomymi pilnujemy, żeby zachować odpowiedni dystans między nami, zwracamy sobie uwagę, żeby niczego nie dotykać w autobusie, sklepie czy na ulicy. Wzajemnie przypominamy sobie o myciu rąk. Każde z nas ma żel antybakteryjny. Ale maseczki? Nie, to za dużo. Aż do czasu. Kupujemy jednorazówki. Wpadamy do baru na piwo. Tu knajpy są otwarte, mimo że Lombardia jest na ustach całego świata, a w Rzymie nie ma jeszcze ani jednego przypadku COVID-19. Ktoś rzuca pomysł: na trzy cztery zakładamy maseczki i robimy grupowe selfie. Fotka strzelona, maseczki od razu zdjęte. Nie przypuszczamy, że już niedługo będziemy je musieli nosić. Nie spotykamy się często, ale być może widzimy się po raz ostatni, bo Erasmus zbliża nas teraz, a jak będzie za kilka miesięcy, nikt nie wie. Jeszcze przed powrotem do Warszawy dzwonią z Biura Wymiany Zagranicznej. Proszą, by w Polsce poddać się dwutygodniowej kwarantannie. Ok, odpuszczam zajęcia na Uniwersytecie Warszawskim. Mają też informację dla studiujących w ramach Erasmusa cały rok: mogą skrócić swój pobyt bez konsekwencji, co oznacza zwrot stypendium. Czuję się zaopiekowany, bo często przypominają mi o środkach ostrożności.

Rozmawiam z Olgą. To koleżanka z Mołdawii, z którą studiowałem w Rzymie. Po jej powrocie do domu cała rodzina zostaje zakażona koronawirusem. Umiera jej mama. Nie wiemy, czy Olga zaraziła się wirusem w Rzymie, ale to pokazuje, że ta choroba łapie wszystkich. Najgorsze dla wielu znajomych było czekanie, czy zdążą wrócić do domu, zanim zamkną granice. Szybko zrozumieliśmy, że to nie są żarty, a najbardziej pamiętam, jak wróciliśmy do domu i w telewizji leciało półgodzinne przemówienie premiera Contego. Pomyślałem sobie, że skoro prywatna stacja także emituje orędzie, to sytuacja naprawdę jest bardzo poważna.

Jak długo to jeszcze potrwa?

W maju mieliśmy spotkać się na urodzinach kolegi w Rzymie, który został na Erasmusie jeszcze jeden semestr. Teraz on jest u siebie w Pradze. Planowaliśmy wypad do Berlina do znajomych, którzy mieli nas potem odwiedzić w Warszawie. Wszystko odwołane. Nikt nie wie, jak długo to jeszcze potrwa. Strasznie brakuje mi Rzymu. Uwielbiam otwartość Włochów i to, że nie traktują wszystkiego na serio. Spóźnienie się na uczelnię nie jest wyrokiem dla ciebie, bo często wykładowcy przychodzą na zajęcia 30 minut po czasie. Szkoda mi tego gwaru płynącego z ulic i barów w Rzymie. Teraz pracuję w TVN24 i ostatnio montowałem krótki materiał ze zdjęć Reutersa pokazujący, jak wyglądają Włochy w czasie epidemii. Smutno mi się zrobiło, gdy zobaczyłem puste ulice Rzymu i plac św. Piotra bez turystów. Nigdy wcześniej nie widziałem tych miejsc bez ludzi.

Zdjęcie: archiwum prywatne