Tęsknię za plażami w Walencji


Justyna Milka (26 lat), studentka drugiego roku studiów magisterskich na kierunku management (studia w języku angielskim) na Politechnice Łódzkiej

Pakuję w walizkę zimowe ciuchy: grube kurtki, swetry, czapki, rękawiczki… Zostawię je u rodziców w Polsce, do których planuję pojechać na tydzień w odwiedziny. W Hiszpanii, gdzie teraz przebywam, zaczęła się wiosna. Przede mną drugi semestr w ramach Erasmusa+ na Politechnice w Walencji (UPV). Jestem tu na rocznej wymianie. Marzec to szczytowy moment Erasmusa+: już wszyscy się znamy i jest nam ze sobą dobrze. Wiemy, czego oczekują od nas na uczelni, za oknem piękna pogoda, więc można planować kolejne weekendy, bawić się i zwiedzać. W Hiszpanii mówią, że to początek sezonu letniego. Jeszcze w sobotę, 7 marca, świętuję ze znajomymi swoje 26. urodziny.

Następnego dnia pojawia się coraz więcej niepokojących wieści. Szybka decyzja. Kupuję bilet na najbliższy lot do Polski. W Hiszpanii są pierwsze ofiary koronawirusa, w szybkim tempie przybywa zakażonych. Myślę sobie: nie ma co panikować, sytuacja zaraz wróci do normy, ale lepiej najbliższy czas spędzić z rodzicami.

Idealnie się składa, bo akurat uczelnia daje wszystkim wolne z powodu festiwalu Fallas. To największe święto Walencji, które odbywa się tu od kilkuset lat. Zaczyna się pod koniec lutego i trwa do połowy marca. Najciekawsze atrakcje dzieją się w ostatnim tygodniu. Na Fallas ściągają turyści z całej Europy.

Na ulicach jest głośno i kolorowo, w knajpkach i na placach ludzie bawią się razem do rana. Jeszcze przed wyjazdem do Polski, pod koniec lutego, biorę udział w wyborach królowej fiesty, tzw. fallery. Zabawa jest świetna, tańcuję z innymi dziewczynami ubrana w regionalny strój. Chcę poznać tę kulturę, bo drugiej szansy mogę nie dostać.

Do Polski docieram dwa dni przed zamknięciem granic. Mam więcej szczęścia niż znajomi, którzy przylatują do kraju kilka dni później i muszą odbyć 14-dniową kwarantannę. Od razu zdaję sobie sprawę, że dla mnie przygoda w Hiszpanii się skończyła. Ten bardziej słoneczny semestr spędzę w Polsce. Mam sygnały od znajomych, że odwołują finał festiwalu Fallas. Z uczelni w Walencji dostaję informację, że zamykają UPV, a zajęcia do końca roku akademickiego mają odbywać się zdalnie. Wykładowcy zasługują na pochwałę: są wyrozumiali, kontaktują się z nami bez problemu i mają przygotowane dla nas materiały w formie elektronicznej. Egzaminy końcowe też będą online. No i obrona magisterki. Jakoś się tym nie stresuję. Co za różnica, czy będę prezentować swoją pracę w sali wykładowej, czy przed monitorem komputera.

Teraz muszę pomyśleć o odzyskaniu rzeczy, które zostały w Walencji. 80-metrowe mieszkanie w dzielnicy studenckiej wynajmuję z trójką Hiszpanów. Klucze wysyłam do nich kurierem. Oni w zamian pakują moje rzeczy do plecaka i trzech wielkich toreb. Znajduję firmę przewozową z Polski. Kierowca jedzie z Hiszpanii przez pół Europy do wsi Dobrzelin pod Kutnem. Torby i plecak dostaję pod drzwi.

Jakiś czas później dowiaduję się, że linie lotnicze mogą nie wznowić lotów do Hiszpanii aż do października. Tymczasem koleżanka z Walencji dzwoni, że mają 30 stopni i wreszcie pozwolono im wyjść z domu. Zaczynam tęsknić za stylem życia Hiszpanów: beztroska, gwar w knajpach, imprezy, nasze weekendowe wypady pociągiem w góry, by podziwiać panoramę, oglądać zamki, słuchać szumu wodospadu… Cały czas mam zaznaczonych na mapie wiele punktów, które ze znajomymi z Erasmusa chcemy zobaczyć. Bo w Walencji prawie nie rozmawialiśmy o koronawirusie. Naszą przyjemnością było planowanie. Chcieliśmy wynająć samochód, żeby zrobić objazdówkę po Alicante, mieliśmy ustalić, kiedy polecimy na Majorkę, a kiedy do Portugalii.

Jestem pewna, że kiedyś tam wrócę.
Wysłuchał Michał Radkowski – korespondent FRSE

Bez lęku o edukację. Warszawa
Przed dylematem „co dalej?”stanęło kilkuset studentów warszawskich uniwersytetów, którzy w momencie wybuchu pandemii brali udział w zajęciach na zagranicznych uczelniach w ramach programu Erasmus+.

Decyzja „zostać czy wrócić” nie była łatwa – jest się w obcym kraju, medialne doniesienia pełne są alarmistycznych komunikatów, rodzina i przyjaciele się martwią, przyszłość jest niepewna, sytuacja napięta. Z tym wszystkim musiało się zmierzyć prawie 850 osób, z których znaczna część przebywała w Hiszpanii i Włoszech. Do Polski zdecydowała się wrócić niewiele ponad jedna czwarta.
To efekt wsparcia, jakie uczestnicy programu Erasmus+ dostali od polskich uczelni i ich zagranicznych partnerów. I nie chodzi tylko o szybkie uruchomienie zajęć online czy przekazywanie informacji na temat obostrzeń i zaleceń związanych z decyzjami poszczególnych rządów. Każda z uczelni wspierała studentów w ich decyzjach i pozostawała z nimi w stałym kontakcie. Uniwersytet SWPS utworzył Zespół ds. reagowania na zagrożenia epidemiologiczne, którego zadaniem było zapewnienie bezpieczeństwa studentom, także tym przebywającym za granicą. – Mogli oni też w każdej chwili skorzystać z pomocy psychologicznej online – dodaje Katarzyna Tulkis-Błesnowska, koordynatorka programu

Erasmus+ na Uniwersytecie SWPS.
Studenci, którzy zdecydowali się na powrót do Polski, w większości uczestniczą w zajęciach przez internet i planują wrócić na wymianę. Zaledwie kilkanaście osób przerwało udział w programie. – Mam nadzieję, że jego popularność po pandemii nie spadnie, bo nie znikną przecież ludzkie potrzeby poznawania innych krajów, kultur i języków – mówi Katarzyna Tulkis-Błesnowska. Większość koordynatorek programu podkreśla, że nie obserwuje wyraźnego spadku zainteresowania wyjazdem na zagraniczną uczelnię. Niekiedy wręcz, jak w przypadku Uniwersytetu Warszawskiego, deklaracji jest nawet więcej. Wygląda na to, że chęć zdobywania wiedzy i poszerzania horyzontów są bardziej zaraźliwe niż koronawirus.
Jędrzej Dudkiewicz – korespondent FRSE

Zdjęcie: archiwum prywatne JM