Uczyć zdalnie i z uśmiechem – rozmowa z Panem Belfrem


Technologia nie jest aż tak istotna. Uczniowie chcą sympatycznych, uśmiechniętych lekcji, na których będą się dobrze czuć – mówi Dawid Łasiński, nauczyciel chemii z Bolechowa, znany uczniom jako Pan Belfer. Opowiada, jak ciekawie prowadzić zdalne lekcje, czemu swoje zaczyna od śpiewania piosenki Elektrycznych Gitar i dlaczego na początku pandemii wystawił wszystkim uczniom piątki.

Koronawirus nie odpuszcza. Co, jeśli od września lekcje znów będą zdalne? Jak skutecznie uczyć w takich warunkach?

Dawid Łasiński*: Trzeba działać zespołowo. Namawiam wszystkich nauczycieli, by opracowali z dyrekcją jeden system, w którym będą wspólnie działać. Wiosną było tak, że np. pani od matematyki wysyłała zadania mailowo, lekcje historii odbywały się za pomocą aplikacji głosowej, a ćwiczenia z innego przedmiotu nauczyciel przekazywał przez Messengera. Wówczas dziecko i rodzic zaczynali się gubić, czy zadań z biologii szukać na Facebooku, czacie czy może w skrzynce mailowej. Najgorszy jest chaos.

To jak nad nim zapanować?

DŁ: Trzeba porzucić dotychczasowe nawyki, które nauczyciele sobie wypracowali w czasie pandemii. To nie jest trudne. Są dwa bezpłatne systemy do zdalnej pracy dostarczane przez internetowych gigantów: Microsofta i Google’a. Ten pierwszy proponuje pakiet podstawowy Office 365, w którym można z uczniami robić cuda. Bo da się tu stworzyć cyfrowy zeszyt, by być z nimi w ciągłym kontakcie czy zorganizować w ramach lekcji wideokonferencje. Drugi system to G Suite, w którym oprócz możliwości kontaktowania się i prowadzenia zdalnych lekcji można zostawić materiały dla uczniów do zapoznania się z nimi w późniejszym terminie. Dostępna jest też opcja przeprowadzania ankiet i testów. Dziś nadal wielu dyrektorów szkół nie wie o istnieniu tych programów. A one bardzo ułatwiają pracę.

Nagrywać filmik dla uczniów czy wysłać im materiał, który mają opanować?

DŁ: Zdecydowanie to pierwsze. Nie można uczniom podawać tylko stron z podręcznika, które mają przeczytać i opanować. To za mało. Trzeba im wytłumaczyć to, co jest tam napisane. To zadanie nauczyciela. A najłatwiej to zrobić, wykorzystując nowoczesne technologie. Dziś dostęp do nich jest bardzo łatwy. Przecież filmik, w którym w pasjonujący sposób opowiem uczniom o tym, co jest tematem lekcji, mogę nagrać swoim telefonem. Nie muszę być uzdolnionym operatorem i montażystą. Wystarczy, że na kubku do kawy, który posłuży mi za statyw, postawię komórkę i włączę nagrywanie. A potem gotowy materiał udostępnię uczniom.

Ale jak ma to zrobić nauczyciel, który nigdy wcześniej nie kręcił filmików i nie chce, żeby uczniowie mieli z niego bekę?

DŁ: Zawsze powtarzam kolegom, że nauczyciel ma prawo nie wiedzieć. Niech powie uczniom: „Słuchajcie, dopiero się tego uczę. Nie będzie to pewnie tak efektowne jak filmiki popularnych youtuberów, ale dla mnie najważniejsze jest to, żeby was zaciekawić lekcją”. Zresztą tu nie chodzi o to, żeby wideo miało mnóstwo animacji i innych bajerów, bo to nie powinno rozpraszać uwagi uczniów. To ma być okazja do przyjaznego przyswojenia wiedzy. Kto ma jednak opory przed nagraniem filmu, niech poprosi o pomoc uczniów. Mogą dodać planszę tytułową, poprawić dźwięk, wpleść podkład muzyczny. Wtedy sami staną się współodpowiedzialni za powstały materiał, co oznacza, że nie będą hejtować tego, co sami stworzyli. Można powiedzieć potem na lekcji, że ten film to efekt wspólnej pracy konkretnych uczniów i już nikt nie powie, że to siara.

Czy przygotowanie zdalnych lekcji wymaga więcej czasu?

DŁ: Jak się wie, jak to robić, to nie. Mnie to zajmowało ok. dwóch godzin. Miałem przygotowany materiał, wybrane linki do innych źródeł. Wystarczyło nagrać lekcję i przesłać ją dalej. Co ważne, można ją zduplikować. Zamiast 16 różnych nagrań dla każdej klasy mogłem przygotować trzy filmiki, osobne dla klas pierwszych, drugich i trzecich.

Jak sobie to dobrze zorganizować?

DŁ: W naszej szkole od początku epidemii zerwaliśmy z dotychczasowym planem zajęć i wprowadziliśmy nauczanie blokowe. To znaczy: w poniedziałki mieliśmy przedmioty humanistyczne udostępniane na następną lekcję wszystkim klasom w szkole. Wtorki to matematyka i języki obce, środa – przedmioty przyrodnicze, czwartki – zajęcia zawodowe, a piątki to luźniejsze przedmioty plus dodatkowe lekcje z polskiego i matematyki, bo tych było zawsze więcej w tygodniu. I to jest model, który się świetnie się sprawdził. Nie było sensu trzymać się sztywno podziału zgodnego z planem lekcji, bo ten często był podyktowany dostępnością sal i czasem, który nauczyciel musiał mieć dla każdej z klas. Teraz sytuacja się zmieniła. Zresztą wyobraźmy sobie, że dziecko ma spędzić siedem godzin przed ekranem komputera i wpatrywać się w kamerkę, w której co 45 minut będzie słuchać kolejnych gadających głów o fizyce, chemii, biologii czy matematyce. To potwornie męczące. Dlatego uczniowie się wylogowują, zostawiają tylko włączonego awatarka, a nam się wydaje, że mówimy do pełnej klasy. Ich jednak nie ma, a efektywność takich lekcji jest zerowa.

Pan jest showmanem, ale nie każdy ma taką osobowość i odnajdzie się w nowej roli. Czy lepiej więc skupić się na klasycznym przekazaniu wiedzy czy jednak wykorzystać dostępne narzędzia, by lekcja miała charakter bardziej interaktywny?

DŁ: Ja nagrywałem wcześniej swoje lekcje z chemii i w każdą środę udostępniałem je uczniom. Przygotowałem cyfrowy zeszyt w programie One Note, w którym oprócz nagrania zamieszczałem screeny z podręcznika, żeby nie musieli szukać odpowiednich fragmentów do nauczenia. Mogłem tam także osadzić symulacje reakcji chemicznych i wrzucić linki do filmików na kanałach edukacyjnych SciFun i Emce Kwadrat w serwisie YouTube, które są bardzo ciekawie zrealizowane, znacznie lepiej, niż sam byłbym w stanie przygotować. Wszystko w jednym miejscu. Taki poszerzony model źródeł wiedzy, na który normalnie nie ma czasu, w takich okolicznościach doskonale się sprawdza. Materiał co środę wstawiałem o godz. 8 i mówiłem uczniom, że mają czas do godz. 16, by się z nim zapoznać i na koniec rozwiązać krótki test, który traktuję jak potwierdzenie obecności na wirtualnej lekcji. Osiem godzin to sporo czasu, żeby znaleźć chwilę na naukę w tych trudnych warunkach domowych. Ale to nie wszystko. Jeśli klasa 1A miała ze mną przed epidemią lekcje chemii we wtorki między 9:45 a 10:30, to ten czas w tygodniu, już po wprowadzeniu pracy zdalnej, miałem zarezerwowany na konsultacje tylko z uczniami tej klasy. Pisali do mnie na czacie, czego nie rozumieją, sprawdzałem, czy dobrze wykonali zadania, albo konsultowali ze mną to, co było dla nich niejasne. W czasie pandemii tylko trzy razy zrobiłem wejścia na żywo, by podsumować omawiane wcześniej zagadnienia.

Ale zdalne lekcje na żywo, gdy wszyscy razem pracują i jest interakcja z uczniem, też są potrzebne?

DŁ: Zdecydowanie tak, bo nic nie zastąpi rozmowy. Dlatego na koniec roku szkolnego wysłałem uczniom ankietę. Poprosiłem, by ocenili zdalne lekcje i napisali, co im się podobało, a co można poprawić. Część z nich chciała więcej spotkań live. Ale to indywidualna kwestia do uzgodnienia z konkretnym nauczycielem. Wiadomo, że są przedmioty, które wymagają omówienia w grupie, a przy innych można pracować samodzielnie. I druga ważna uwaga, także dla innych nauczycieli. Technologia nie jest aż tak istotna. Uczniowie chcą sympatycznych, uśmiechniętych lekcji, na których będą się dobrze czuć. Dlatego zdalne lekcje nie powinny być zbyt długie. Moje filmiki nie trwają 45 minut, tyle co zwykła lekcja w klasie. Nikt by nie dotrwał do końca. Nagrania mają nie więcej niż 20 minut. Zaczynam zawsze od śpiewania dla nich piosenki „Dzieci” Elektrycznych Gitar, żeby było śmiesznie. To musi być coś innego, żeby chcieli obejrzeć materiał do końca. Pandemia sama w sobie nas mocno przytłacza, więc zamiast pogłębiać grobową atmosferę, staram się zrobić z lekcji show. I to im się podoba. Na koniec roku szkolnego napisali, że będzie im brakować mojego śpiewania.

Śpiewanie na chemii to element dodatkowy. A co z klasówkami? Robić je?

DŁ: Absolutnie nie! Na ich miejscu bym ściągał, bo trudno to kontrolować poprzez zdalne nauczanie. Zresztą zanim cokolwiek wymyślimy, to już na Brainly nasze zadanie rozwiązują tysiące osób. Robienie klasówek to oszukiwanie samego siebie. W zdalnej edukacji nie chodzi o to, jak oceniać, tylko  o to, jak uczyć. Teraz powiem coś, z czego jestem dumny. Zazwyczaj, gdy kończę jakiś dział, robię sprawdzian. W czasie pandemii to nie ma sensu. Gdy przyszło do podsumowania działu dotyczącego składników chemicznych w żywności, zaproponowałem uczniom nietypowe zadanie. Przez cztery dni w aplikacji, którą im udostępniłem, wpisywali wszystkie swoje posiłki. Podawali godziny i składniki. Aplikacja to przeliczała i w ten sposób mogli przeanalizować swoje nawyki żywieniowe. Skoro z lekcji wiedzą, czym jest białko czy tłuszcz i za co są odpowiedzialne w naszym organizmie, to mogą wyciągnąć wnioski, czy dobrze się odżywiają. Poprosiłem ich, by podsumowali swoje posiłki i zamieniając się w dietetyka, ocenili, co mogą zmienić w harmonogramie jedzenia, by jeść zdrowiej. Większość podeszła do zadania poważnie. Jedni pisali, że za mało piją wody, inni, że jedzą nieregularnie, jeszcze inni, że mają za dużo cukru w swojej diecie. Nagle sami sobie uświadomili, że nie potrzebują wizyty u lekarza, bo wystarczy aplikacja, obserwacja samego siebie i wiedza wyniesiona z lekcji. To jest istota edukacji. Gdyby lekcje odbywały się normalnie w szkole, nie byłoby na to czasu. A epidemia to był najlepszy moment, by przyjrzeć się sobie, bo i tak byliśmy zamknięci w domach, więc przynajmniej można było ten okres sensownie wykorzystać, a przy okazji zaliczyć jeden dział z chemii.

Czy to oznacza, że na koniec roku wystawił pan uczniom same piątki?

DŁ: Było ich bardzo dużo i nie mam z tym problemu. Zresztą przejście na zdalne nauczanie zacząłem od rozdania każdemu po piątce. Przed pandemią nie zdążyłem sprawdzić kartkówek, które zabrałem do domu. Termin mnie gonił, szkoła była już zamknięta, a uczniowie pytali, co z ocenami. I żona mi mówi: „Właśnie się dowiedzieli, że jeśli nie są pełnoletni, to nie mogą wyjść na dwór, a ty im będziesz sprawdzał kartkówki?”. A były wśród nich i puste kartki. Żona miała rację. Co ta jedynka czy dwójka zmieni w ich życiu? Na pewno im nie pomoże. A na początku epidemii wszyscy byliśmy zestresowani, nie wiedzieliśmy, co nas czeka. Po co im dowalać kolejną przykrą wiadomość? Dlatego wystawiłem od góry do dołu piątki. Napisałem, żeby potraktowali to jak prezent pandemiczny. I jeszcze poprosiłem, żeby poszli do rodziców i zapytali ich, czy są w stanie jakoś im pomóc. „Jeśli uważacie, że ta piątka jest dla was ważna, to byłoby mi miło, gdybyście porozmawiali z rodzicami o ich sytuacji” – tak napisałem. Niektórzy dziękowali za ocenę i pisali, że rozmawiali z mamą, tatą i wiedzą, że sytuacja jest dla nich bardzo stresująca, bo nie są pewni, czy utrzymają pracę. Dostałem też dwie wiadomości od rodziców. Zacytuję jedną: „Nie wiem, co pan napisał synowi, ale usiedliśmy przy stole, długo rozmawialiśmy i on płakał przy mnie. Dziękuję”. Tyle mogłem zrobić tą piątką. To był trudny czas i nie chciałem nikogo obarczać dodatkowymi problemami. Poza tym coraz mniej wierzę w oceny. Przecież w dniu klasówki ktoś może mieć gorszy moment, trudną sytuację w domu albo nie miał możliwości się nauczyć. Moim zadaniem jest przede wszystkim zaciekawić ucznia, a nie straszyć ocenami.

Przybyło panu lajków na koncie, odkąd wprowadzono zdalną edukację?

DŁ: Oczywiście. Na Facebooku w tym czasie polubiło mój profil wielu nauczycieli, bo udało mi się zorganizować dla nich kilka ważnych webinarów. Chciałem pokazać, jak uczyć zdalnie. Wielu z nich nigdy wcześniej tego nie robiło, a teraz tego od nich wymagano. Nie wiedzieli, jak do tego podejść, nie znali żadnych narzędzi. Z kolei na moje konto na YouTubie zaglądali przede wszystkim uczniowie, szczególnie w marcu i kwietniu. To wtedy strony rządowe zaczęły polecać Pana Belfra w programie „Zdalna Szkoła+” i umieszczały linki do moich lekcji. A że był to materiał rekomendowany przez Ministerstwo Edukacji Narodowej, bo wisiał w sieci już trzeci rok, to i nauczyciele tam zaglądali i polecali moje lekcje chemii swoim uczniom. Dlatego nie narzekam. Epidemia przysporzyła mi wielu nowych fanów.

* Dawid Łasiński jest nauczycielem chemii od 13 lat. Uczy w Zespole Szkół im gen. Dezyderego Chłapowskiego w Bolechowie pod Poznaniem. Jest współtwórcą portalu „Lekcje w sieci”. Od trzech lat prowadzi kanał edukacyjny w serwisie YouTube, w którym wciela się w postać Pana Belfra – nauczyciela z Internetów. Prowadzi tam liczne kursy dla uczniów i nauczycieli, webinary, a także warsztaty autorskie dotyczące nowoczesnych technologii w edukacji. Jego kanał subskrybuje 47 tys. fanów, a liczba wyświetleń zbliża się do dwóch milionów. Jako jeden z trzech najbardziej innowacyjnych nauczycieli w Polsce został zaproszony przez Microsoft na międzynarodową konferencję dla nauczycieli „Education Exchange” do Singapuru. W roku szkolnym 2019/2020 był jednym z finalistów konkursu Nauczyciel Roku 2019. Jest członkiem grupy Superbelfrzy RP. Posiada tytuł Microsoft Innovative Educator Expert.

Zdjęcie: archiwum prywatne