W cieniu widać najwięcej


Dla Marty to genialny sposób szkolenia, dla Oliwii – inspiracja do zmiany swojego miejsca pracy, a dla Moniki – atmosfera, której nie da się odtworzyć nigdzie indziej. Wszystkie potwierdzają: wyjazd w ramach job shadowingu to same korzyści oraz niezapomniane doświadczenie zawodowe i życiowe

Nie ma lepszego sposobu uczenia się niż poznawanie doświadczeń innych, którzy mogą nam pokazać, jak zachowują się na co dzień w naturalnych sytuacjach w pracy – przekonuje dr Monika Sulik z Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach. To jedna z najprostszych, choć nieformalnych definicji job shadowingu. Angielskie pojęcie nie ma swojego polskiego odpowiednika. Ale laikowi, który nigdy wcześniej nie słyszał o tej formie wyjazdu szkoleniowego, można wytłumaczyć, że to sposób na uczenie się przez obserwację pracy innych. Osoba biorąca udział w job shadowingu staje się „cieniem” (shadow) mentora, którego podgląda w pracy za granicą.

– To nie jest typowy staż. Bo job shadowing związany jest ze śledzeniem, czyli towarzyszeniem doświadczonemu specjaliście. Możemy go pytać, przyglądać się jego pracy, ale nie wykonujemy pod jego okiem zadań – wyjaśnia dr Monika Sulik, która jest andragogiem, czyli uczy dorosłych i z nimi pracuje. Jest też ambasadorką Elektronicznej platformy na rzecz uczenia się dorosłych w Europie (EPALE), finansowanej z programu Erasmus+, współtworzonej przez edukatorów osób dorosłych.

Wyzwanie rozwojowe
Dr Sulik dwukrotnie brała udział w takich szkoleniach. Zwraca uwagę, że wyjazd to ogromna szansa, ale i duże wyzwanie. – To wartościowy program, szczególnie dla tych, którzy są na początku zawodowej drogi. Takie wyjazdy są organizowane już dla studentów. Trwają kilka dni, tygodni, a czasem nawet semestr. Nigdzie lepiej nie poznamy specyfiki interesującej nas pracy niż przez bezpośredni kontakt. Ale dla osób, które już są na rynku pracy, to może być wyzwanie rozwojowe. Wyjazd za granicę oznacza, że trzeba się porozumiewać w obcym języku. Dla wielu to ograniczenie, ale warto zmierzyć się z samym sobą – namawia ambasadorka EPALE. I na zachętę wspomina swój pierwszy wyjazd do USA. – Znałam tylko kilka podstawowych słów. A wtedy zgubiłam bagaż na lotnisku i musiałam sobie jakoś radzić. Pod ręką miałam tylko mały, żółty słownik. I dogadałam się. Trzy miesiące później zrozumiałam angielski film bez polskich napisów – opowiada.

Włoskie inspiracje
Takiego problemu nie miała Marta Kobak z krakowskiej Fundacji Addenda, aktywizującej lokalne społeczności wiejskie. Jest anglistką i pracuje jako tłumacz. Kolega, z którym wyjechała do Bolonii na job shadowing, mówi świetnie po włosku, więc z gospodarzami dogadywali się bez problemu. Oboje odwiedzili stowarzyszenie Home Movies, którego misją jest archiwizowanie i wykorzystywanie filmów rodzinnych oraz innych prywatnych materiałów audio i wideo.

– Chcieliśmy zapoznać się z ich działalnością oraz zbadać, jak te amatorskie filmy wpisują się w dziedzictwo kulturowe i jaki mają potencjał edukacyjny. A przy okazji sprawdzić, czy ich sposób pracy może się jakoś przełożyć na nasze działania – opowiada Marta Kobak. – Mieliśmy tam swojego mentora, czyli osobę, którą mogliśmy o wszystko zapytać. Rozmawialiśmy z nią o działaniach, które podejmują – dodaje. Zdradza, że jej fundacja także chce zbierać historie ludzkie, a być może także stare fotografie. – To w Bolonii pierwszy raz usłyszeliśmy o metodzie public call. Jak to działa? Aktywiści udają się do lokalnej biblioteki albo do burmistrza wioski i opowiadają o tym, co robią i czego potrzebują. Dzięki nagłośnieniu sprawy ludzie się do nich zgłaszają z kolejnymi filmami. To była dla nas praktyczna inspiracja – tłumaczy Marta Kobak.

Domowa atmosfera
Oliwia Furgała do Irlandii wzięła ze sobą zeszyt. W nim notowała wszystkie rozwiązania, które podczas wizyty w Dunfield jej się spodobały. Pojechała tam razem z dwiema koleżankami z Więckowic pod Krakowem, gdzie pracują w Fundacji Wspólnota Nadziei, pomagającej dorosłym osobom z autyzmem i ich rodzinom. – Wyjechałam pierwszy raz i bardzo mi się podobało – mówi Furgała. – Byłyśmy na farmie dla osób z autyzmem. To idealne dla nich miejsce: spokój, cisza, przyroda. Widać, że czują się tam swobodnie – dodaje.

Właśnie klimat tego miejsca był tym, co Oliwii spodobało się najbardziej. – W każdym budynku panowała domowa atmosfera. Na parterze wisiały zdjęcia mieszkańców, oprawione w ramkę i podpisane. To przywoływało skojarzenia z rodzinnymi fotografiami. Chciałabym to rozwiązanie skopiować w naszej fundacji – opowiada. – Bardzo podobała mi się również karteczka, którą chorzy nosili ze sobą. Mieli na niej zapisane, na co cierpią, jak mogą się zachowywać i do kogo z bliskich dzwonić w razie wypadku. Zwróciłam też uwagę na obrazkowe instrukcje przeciwpożarowe. Fajnie, że ktoś pomyślał o takim detalu – dodaje Oliwia. Wszystkie te rozwiązania notowała w zeszycie. Po powrocie z Irlandii swoje zapiski przekazała dyrekcji fundacji. Liczy na to, że część rozwiązań z Dunfield uda się wprowadzić w Więckowicach.

Dlaczego warto jechać?
Dr Monika Sulik: – To nie ma być wyjazd rekreacyjny, żeby fajnie spędzić czas. Najważniejsze jest dobrze zaplanować wizytę, by z niej maksymalnie skorzystać. To, czego doświadczamy w kontakcie bezpośrednim, jest nie do przecenienia. Tego nie nauczymy się z żadnego podręcznika. Te kilka dni w ramach job shadowingu dały mi poczucie większej swobody w kontakcie z ludźmi, a to przełożyło się na moje późniejsze relacje w pracy. Job shadowing to niesamowite rozmowy i niepowtarzalna atmosfera.

Marta Kobak: – To genialny sposób szkolenia, który pozwala być w centrum wydarzeń. Widzimy, jak działa organizacja, z jakimi styka się problemami i jak je rozwiązuje. To na pewno nie będzie strata czasu.

Oliwia Furgała: – Jeśli macie okazję wyjechać w ramach job shadowingu, to polecam. Jechać od razu! Warto!