Ważne są małe kroki


Byłam świadoma, że wysiłek przyspiesza rozwój choroby, ale nie miałam wątpliwości: treningi to dla mnie najlepsze chwile w ciągu dnia – mówi Joanna Mazur, niewidoma biegaczka, multimedalistka, ambasadorka Biegu Erasmusa+ 2019

W czasie wrześniowego Biegu Erasmusa+ w Warszawie, nad którym objęłaś patronat, zaczepiła cię młoda dziewczyna, również niewidoma. Co jej powiedziałaś?
To jedna z wychowanek Towarzystwa Opieki nad Ociemniałymi w Laskach, która też biega. Poprosiła mnie o kilka rad, podpowiedzi praktycznych rozwiązań, które stosuję. Zaproponowałam jej ćwiczenia statyczne na bieżni.

Czy osoby, które nie widzą, biegają inaczej?
Biega się tak samo. Fizjologicznie mój organizm jest dokładnie taki sam, jak twój. Ja po prostu nie widzę, dlatego do biegania potrzebuję drugiego człowieka. Mam swojego przewodnika, Michała Stawickiego. Dzięki niemu czuję się pewnie. Ktoś, kto zaczyna swoją przygodę ze sportem, powinien znaleźć sobie taką zaufaną osobę. Ta dziewczyna, z którą rozmawiałam, biega z tatą, z wujkiem.

Jak wciągnęłaś się w bieganie?
Zaczęłam jeszcze jako dziecko. Mój wzrok się wówczas pogarszał i była to dla mnie forma terapii. Im bardziej byłam zmęczona fizycznie, tym mniej myślałam o chorobie. Potem były pierwsze zawody. Czwarte miejsce, najgorsze dla sportowca. Później rok przygotowań, kolejne zawody. Połknęłam bakcyla sportowego. I już nie było czwartych miejsc. Pojawiła się satysfakcja. Jednocześnie byłam świadoma tego, że wysiłek fizyczny znacznie przyspiesza rozwój mojej choroby.

Musiałaś podjąć trudną decyzję.
Dla mnie to było oczywiste. Po prostu chciałam być w życiu szczęśliwa, robić rzeczy, które sprawiają, że się uśmiecham. I tak jest u mnie z bieganiem. Treningi to były dla mnie najlepsze chwile w ciągu dnia. Dziś jestem niewidoma, choć mam poczucie światła, ale i ono z czasem pewnie zaniknie. Realizacja założeń sprawia, że jestem naprawdę szczęśliwa. Gdybym dziś znów miała podjąć tę decyzję, zrobiłam dokładnie to samo.

Już wtedy wiedziałaś, że zajmiesz się sportem zawodowo?
To przychodzi z czasem, gdy godzimy się na coraz mocniejsze treningi, większą intensywność. Nie mamy nawet gwarancji wyników, ale chcemy się rozwijać.

Sukces jest potrzebny, by utwierdzić się w przekonaniu, że idzie się właściwą drogą?
Ja nie żyję sukcesami. Dla mnie kolejny rok to nowy sezon. Zaczynam od zera, nie myślę o tym, co było, ale co przede mną. Stawiam sobie kolejne cele i próbuję się do nich zbliżyć. I pamiętam, że to nie one są najważniejsze, ale te małe kroki, które do nich prowadzą. Bez nich nic się nie wydarzy.

Całe twoje życie podporządkowane jest bieganiu?
Każdy dzień to regularne posiłki, higiena snu, strategie żywienia, odpoczynku, treningów. Nie możemy robić wyjątków. Kończymy spotkanie o godz. 21.00, bo o 22.00 musimy już spać i inni muszą to zrozumieć. Ważne jednak, by w tym wszystkim się nie pogubić i pamiętać o swoich potrzebach. Ale jeśli ta codzienna praca nie wejdzie nam w nawyk, nie polubimy jej, to nie damy rady w tym wytrwać. Sukcesy i medale to tylko niewielki wycinek życia sportowca.

Rozmawiała Martyna Śmigiel
mobilna korespondentka Erasmus+