Wieś śpiewa i tańczy? Nie w Łaziskach!


Na małej wsi można robić fantastyczne rzeczy. Karolina Suska, dyrektorka domu kultury i biblioteki w Łaziskach na Lubelszczyźnie, bibliotekarka roku i ambasadorka EPALE*, nie czeka bezczynnie

Dlaczego właśnie na wsi postanowiłaś szukać potencjału drzemiącego w ludziach?
Moje pierwsze działania na Lubelszczyźnie to był taki desant weekendowy. Studiowałam wówczas w Krakowie i robiłam mnóstwo społecznych rzeczy, ale w dużym mieście wszystko się rozmywało. Obserwowałam, co się działo w mniejszych ośrodkach, i zauważyłam, że tam działań społecznych brakuje. Owszem, są np. kluby seniora albo zajęcia taneczne dla dzieci, ale pracowałam przy projektach unijnych i wiem, że to mało. Postanowiłam znaleźć okazję, żeby zrobić coś lokalnie – i taka się nadarzyła. Na rynku w Krakowie spotkałam grupę mieszkańców z rodzinnych Łazisk na Lubelszczyźnie, a wśród nich dyrektorkę domu kultury, którą kojarzyłam z czasów podstawówki. Pani dyrektor rozpoznała mnie od razu. Dowiedziała się, że studiuję i działam społecznie, więc zapytała, czy u nich bym czegoś też nie zrobiła. Los układa nam różne scenariusze, które nie dzieją się przypadkiem. Dosłownie kilka dni po tym spotkaniu znalazłam informację o konkursie „Młodzi menedżerowie kultury w bibliotekach” i stwierdziłam, że właśnie tego potrzebujemy, by działać w Łaziskach. Konkurs wiązał się ze szkoleniami w Warszawie. Zaczęłam tam jeździć, a w weekendy wpadałam do Łazisk, żeby realizować pierwszy wspólny projekt na Lubelszczyźnie: „Foty na płoty”.

I to były też twoje pierwsze koty za płoty.
Tak. Przedsięwzięcie dotyczyło fotografii społecznej, która dla mnie była świetnym pomysłem na działania animacyjne ze społecznością lokalną. Oprócz tego, że edukujemy ludzi w jakimś zakresie, to jeszcze uwieczniamy ich na fotografiach. Projekt obejmował warsztaty fotograficzne dla gimnazjalistów, którzy przez kilka weekendów uczyli się robienia zdjęć pod okiem profesjonalnego fotografa, specjalnie dla nich przyjeżdżającego z Krakowa. Potem organizował on z nimi sesje w terenie, podczas których uwieczniali mieszkańców wsi w codziennych sytuacjach. Zrealizowaliśmy wtedy w Łaziskach pierwszy wernisaż fotografii.
Skoro nie było tam tradycji takich działań, to jak miejscowi to przyjęli? Na zasadzie: przyjechała z Krakowa i się wymądrza?
Gdybym pojawiła się jako nieznana osoba, pewnie byłoby trudniej. Ale nie przyjechał nikt obcy, przyjechała – jak mówiono – „nasza Karolina”. W małym środowisku wszyscy się znają. Chętnych do projektu szukałam w gimnazjum, w którym sama się uczyłam. To był system naczyń połączonych. Osoby uwiecznione na fotografiach były zaproszone z rodzinami na wernisaż, a dzieci, które robiły zdjęcia, przyszły z bliskimi. Frekwencja była dość duża i miejscowi uznali, że „w końcu coś zaczyna się u nas dziać!”. Ale nie jest tak, że jak da się coś ludziom w małej społeczności, to oni na wszystko powiedzą: „Wow!”. Najbardziej kręcą mnie takie wydarzenia, przy których słyszę: „Nie wyjdzie, nie u nas, nie dla nas, niebezpieczny temat, kontrowersja”.

Wyzwanie!
Tak! Pokażmy ludziom, że można!

A co kontrowersyjnego wymyśliłaś?
Współpracę z uchodźczyniami. To już było po tym, jak po śmierci wspomnianej wcześniej pani dyrektor to ja zaczęłam kierować biblioteką i domem kultury w Łaziskach. Pewnego razu dzwonią do mnie dziewczyny ze Stowarzyszenia „Dla Ziemi” z Łukowa (drugi koniec Lubelszczyzny) i pytają, czy nie chciałabym zorganizować spotkania z uchodźczyniami w Klubie Kobiet Aktywnych, który prowadzę. Pierwsza moja myśl: Dlaczego „Dla Ziemi” nie szukało kogoś bliżej? Okazało się, że nikt nie chciał ich przyjąć z tym tematem, a ja byłam i jestem na treści otwarta.
Wszystkie spotkania z uchodźczyniami miały elementy łączące ludzi: kulinaria, tradycję, rękodzieło. Nie pamiętam spotkań, które budziłyby tyle ciepła i szacunku. Jak przyjeżdżała kobieta z Kirgistanu, to nikt nie widział w niej uchodźczyni, ale osobę, która ma rodzinę i życie nieusłane różami. Edukacyjnie była to cudowna rzecz! Po roku cyklicznych spotkań zorganizowaliśmy wydarzenie pod hasłem „Kobiety – Kobietom”. Zaprosiliśmy na nie panie z dziesięciu krajów – Polska była jedenastym. Część to były uchodźczynie, a część edukatorki, na przykład z Norwegii, które chciały zobaczyć, jak to się robi na wsi. To był fenomenalny dzień! Polki czuły się przeszczęśliwe, nie było dla nich czegoś takiego jak bariera językowa!

Takie działania można nazwać misją.
Tak, jest to pewna misja. Choć na początku nie lubiłam, gdy ktoś nazywał mnie dyrektorką, wolałam „specjalistkę ds. obalania mitów”. Najważniejsze jest bycie otwartym człowiekiem, a nie panią dyrektor…

…zza biurka.
Właśnie. Podczas sesji do jednego z kobiecych magazynów wolałam siedzieć na biurku niż za nim. Podobno zdeprymowałam wtedy kilka bibliotekarek w kraju, które zarzuciły mi między innymi brak garsonki. Ale zrobiłam to po swojemu, bo byłam i jestem sobą od początku do końca.

À propos bibliotekarstwa… Jak zostałaś bibliotekarką roku? Co zrobiłaś, żeby twoja biblioteka nie była tylko miejscem, w którym wypożycza się książki?
Słuchałam ludzi, którzy korzystają z zasobów mojej biblioteki. Oni przychodzą z pomysłami, ale muszą mieć przestrzeń do tego, żeby wyrazić swoje zdanie i zobaczyć, że to, co powiedzieli, zostało wysłuchane. To nie jest tak, że ludzie rzucają mi piętnaście pomysłów, a ja je zaraz realizuję. Najpierw szukam łącznika między nową ideą a tym, co faktycznie możemy zrobić. Pamiętam, że pewnego razu kobiety z okolicy zaproponowały przeprowadzenie jakichś działań związanych z miejscowością Piotrawin, która jest najstarszą parafią w archidiecezji lubelskiej. Chciały pokazać jej walory architektoniczne, w tym gotycki kościół, ale też siebie. Stwierdziłam, że w przestrzeni tej wsi zrobimy sesję zdjęciową „Kobiety & książki”. Połączyłyśmy to z literaturą, bo każda z pań miała najpierw za zadanie przygotować książkę, która z jakiegoś powodu jest dla niej ważna. Od słowa do słowa, od słowa do czynu, powstał wspaniały projekt.

Mam wrażenie, że ważna była zmiana perspektywy z wiejskiej na miejską. Przez kilka lat studiów zyskałaś dużą świadomość działań.
Tak. Dużo podróżuję, żeby szukać inspiracji, i chętnie się edukuję. Dr hab. Marcjanna Nóżka, profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego, dała mi do myślenia, kiedy na ćwiczeniach dotyczących społeczności lokalnych powiedziała, że miejsce, w którym się urodziłam, wychowałam, może być ważne w życiu zawodowym. Zachęciła mnie, żebym zrobiła coś w swojej miejscowości, więc napisałam magisterkę o organizacjach społecznych na terenie powiatu opolskiego na Lubelszczyźnie. Wtedy na moich studiach nikt nie pisał o socjologii wsi. Ta praca była też o tyle ważna, że podczas jej pisania często wracałam w swoje rodzinne strony. Jednak teraz co jakiś czas muszę naładować akumulatory i wyjechać z Łazisk, żeby się nie wypalić. Muszę mieć kontakt z ludźmi, kulturą i wiedzą z zewnątrz.

Skoro wspominasz o wiedzy – co ci daje EPALE?
Przede wszystkim bezpośredni dostęp do wiedzy i ekspertów. Jest źródłem ogromnej motywacji do tego, żeby wracać do aspektów merytorycznych pracy, którą wykonuję. Jak ktoś mnie pyta, gdzie szukać wiedzy o tym, co robię, to odsyłam go na tę platformę dla praktyków. Nawet jeśli ktoś już dużo wie, to może się dowiedzieć jeszcze więcej. Zachwyca mnie to, że jest tam wiele wątków bieżących. Dla mnie EPALE to skarbnica pomysłów, inspiracji i eksperckiej wiedzy. Od niedawna jestem ambasadorką tej platformy i czuję się zaszczycona, że zostałam zaproszona do tego grona.

Jak nie bibliotekarka roku, to ambasadorka EPALE!
99 proc. inicjatyw prospołecznych, które robię, wynika z tego, że ktoś mnie gdzieś spotkał, zobaczył, posłuchał i zaprosił do współpracy. Jest mało ludzi, którzy całkiem poważnie, kompleksowo i z planem zajmują się animacją kultury na wsi. A nawet gdy się zajmują, to robią to dla swojej małej społeczności i nie nagłaśniają tego. Pamiętam, że gdy otrzymałam stypendium im. Olgi Rok i entuzjastycznie dzieliłam się tym sukcesem, to nie wszyscy cieszyli się razem ze mną. A ja miałam poczucie, że to jest potrzebne, bo jeśli chcę robić kolejne rzeczy, muszę o nich głośno mówić i o nie zawalczyć.

Sama wymyślasz tematy tekstów, które prezentujesz na platformie?
Mam wątek przewodni, którym się zajmuję, czyli animację społeczną na wsi. Uważnie też słucham ludzi, oni często mówią o tym, czego im brakuje. Nie mam problemu ze znalezieniem tematów, o których chcę pisać.

Takie jak „10 pomysłów dla sołtysek i sołtysów”?
Na przykład. Kiedy bywam na spotkaniach, ludzie zadają mi pytania w stylu: gdzie znaleźć pomysł, jak prowadzić koło gospodyń wiejskich, skąd pozyskiwać fundusze? Wtedy odsyłam ich na stronę EPALE, bo tam właśnie dzielę się swoim doświadczeniem, i ta wiedza jest na wyciągnięcie ręki.

Zdjęcie: Szymon Łaszewski