Wino na algorytmach


Małopolscy winiarze w ramach programu Erasmus+ zyskują kompetencje i udowadniają, ze wino znad Wisły, wsparte nowymi technologiami, smakuje zaskakująco dobrze.

Jeszcze w 2000 r. winnic w Polsce było ledwie 16, dziś jest ich ponad 350. Polska – winny „Nowy Świat” o niewielkich tradycjach – powoli zaczyna zdobywać zainteresowanie nie tylko swoim winem, ale także metodami uprawy. Realizowany w ramach programu Erasmus+ projekt „Wykorzystanie nowoczesnych technologii do wspierania branży enologicznej w Europie”, rozpoczęty w 2016 r., otwiera przed rodzimymi winiarzami nowe możliwości.

Winogrodnik, winiarz, winemaker… czyli kto?

Ponad 70 proc. polskich winnic to gospodarstwa niewielkie – poniżej 1 ha. Od małego poletka zaczynała tez większość dzisiejszych potentatów. Tak było w przypadku Winnicy Rodziny Steców, dziś jednej z największych w Małopolsce. – Jedenaście lat temu zaczynaliśmy od 30 arów, dziś mamy około sześciu hektarów – mówi Rafał Stec, współwłaściciel winnicy oraz prezes Polskiej Federacji Producentów Wina i Małopolskiego Stowarzyszenia Winiarzy.

W przypadku rodziny Steców przygoda z winem zaczęła się od degustacji. – Pierwsze sadzonki kupiliśmy od Romana Myśliwca, twórcy słynnej winnicy „Golesz” w Jaśle. Zasmakowały nam jego wina i to przekonało nas do działania – wspomina Rafał Stec. Zaczęły się wyjazdy po Polsce i za granice, żeby podpatrzyć, jak działają winnice w krajach z większymi tradycjami.

Takich jak Stecowie jest w Polsce dużo więcej, próżno jednak szukać w polskiej Klasyfikacji zawodów i specjalności zawodów związanych z winem, które nie są jednocześnie zawodami rolniczymi (wyjątek stanowi operator urządzeń do produkcji wina). Myślący o rozwoju właściciele winnic stanęli przed dylematem: jak szkolić z zawodu, którego nie ma? Z pomocą polskim winiarzom przyszedł Erasmus+. – Wiedzieliśmy, czego winiarze powinni nauczyć się dzięki projektowi. Oni zaś wskazali to, co będzie najcenniejsze z ich punktu widzenia. Razem opracowaliśmy program szkoleń w pełni odpowiadający potrzebom – mówi Blanka Byrska z firmy X-event, koordynatorka projektu.

Bez chemii

Przedsięwzięcie ruszyło w 2016 r. W gronie partnerów znaleźli się: Małopolskie Stowarzyszenie Winiarzy, Uniwersytet Rolniczy w Krakowie, Uniwersytet Mendla w Brnie, Cypryjskie Stowarzyszenie na Rzecz Turystyki oraz partnerskie organizacje z Węgier i ze Słowenii. Na początku najbardziej doświadczeni winiarze wyjeżdżali na szkolenia, by opracować program zajęć dla winiarzy poczatkujących. – Chcieliśmy przekonać się, jak pracują nasi sąsiedzi ja – wyjaśnia Rafał Stec. – W Polsce, ze względu na brak tradycji winiarskich, nie mamy od kogo czerpać wiedzy. Dzięki projektowi mamy szanse wypróbować różne metody, łączyć je i dostosować winifikacje do polskich warunków. Z kolei winiarze z krajów partnerskich są zaskoczeni jakością produkcji i smakiem naszych win – dodaje Stec. Tym, co zagranicznych producentów zainteresowało najbardziej, jest uprawa na zasadzie permakultury, czyli produkcja w zgodzie z natura. Czescy czy słoweńscy winiarze nie myślą o winnicach jak o ekosystemie, w Polsce jest inaczej – np. opryski chemiczne stosuje się rzadko lub wcale (także z przyczyn finansowych – środki używane w przemysłowych winnicach są po prostu drogie). – W 2018 r. mieliśmy w winnicy trzy opryski, dla porównania duże winnice w „starej” Europie maja ich nawet 60 w ciągu roku – zdradza Rafał Stec. – Polscy winiarze przekonali się, ze bez stosowania pestycydów winorośl się obroni – dodaje.

Postawienie na permakulture przynosi także skutki marketingowe. – Można mieć dobre plony i dobre wino. Prozdrowotnym charakterem polskie wino może się wyróżnić na tle win morawskich czy węgierskich. Kluczowe jest, żeby odwieść winiarzy od drogi na skróty i stosowania inwazyjnej chemii – podkreśla koordynatorka projektu Blanka Byrska.

Dron wie, co się dzieje w polu

Dzięki Erasmusowi+ z pomocą polskim winiarzom przyszły nowe technologie. Uczestnicy uczyli się m.in. wykorzystywać drony wyposażone w kamery spektralne. Pozwalają one sprawdzić, jak rozwija się winorośl, wskazać obszary, w których wilgotność gleby jest nieodpowiednia albo gdzie roślina walczy ze szkodnikami. Efektem takiej fotodokumentacji, wykonanej w różnych pasmach światła odbitego, którego oko ludzkie nie dostrzega, jest precyzyjna mapa, przetwarzana następnie za pomocą algorytmów. Winogrodnik może dzięki temu odpowiednio zareagować, oszczędzając czas, poświęcany wcześniej na objeżdżanie winnic.

Projekt umożliwił tez polskim winiarzom skorzystanie z nowoczesnej stacji pogodowej z aplikacja mobilna. Tego typu sprzęt stosuje się w dużych winiarniach za granica, ale jego koszt sięga kilkunastu tysięcy złotych. W ramach współpracy powstanie jego rodzimy odpowiednik. – Polska maszyna będzie kosztować około 2 tys. zł, w dodatku zbudujemy ja na polskich podzespołach, tańszych i dostosowanych do naszych warunków pogodowych, np. ujemnych temperatur – objaśnia Blanka Byrska.

W ramach przedsięwzięcia powstaną tez modele chorobowe winorośli, dzięki którym winiarze dowiedzą się, co zagraża roślinom, i rozpoznają oznaki inkubacji. Modele z innych krajów w Polsce by się nie sprawdziły – nasi sąsiedzi uprawiają inne odmiany winorośli, a klimat różni się od polskiego. Modele zostaną nałożone na dane ze stacji pogodowych, mierzących temperaturę czy wilgotność powietrza, w efekcie czego hodowcy dowiedzą się, czy ryzyko chorób wzrasta, czy maleje. – W przeciwieństwie do polskich sadowników nie mamy jeszcze takich systemów ostrzegawczych. Utrzymanie winorośli w zdrowiu, w sytuacji, gdy nie stosuje zapobiegawczych oprysków, wymaga ode mnie ciągłej obecności w winnicy i obserwowania roślin na bieżąco. Modele i stacja Beda dużym wsparciem, szczególnie dla winiarzy stawiających na ekologiczna uprawę – zaznacza Rafał Stec.

„Butikowe” winnice

Małopolski winiarz przyznaje, ze projekt bardzo pomaga mu w rozwoju. – Brałem w nim udział jako ekspert, a moi synowie jako poczatkujący adepci. Dla nas uprawa winorośli to już sposób na życie – śmieje się. – Żyjemy z winnicy, w zbiorach nie mamy wina starszego niż rok, bo wszystko sprzedajemy na bieżąco. Odbiorcami są restauracje, hotele, indywidualni klienci. Dziś turysta chce próbować lokalnej kuchni, miejscowych trunków – opowiada.

Sprzyja mu fakt, ze w ostatnich latach popularność zyskuje nie tylko sam trunek, ale także związana z produkcja wina turystyka.– Na wyjazdach enoturystycznych ludzie chcą dziś zwiedzać kameralne winnice, w których winiarz może podpisać się pod swoim winem od początku do końca – wskazuje Rafał Stec.

Małopolska inicjatywa pomoże jednak nie tylko samym jej uczestnikom. Wszystko wskazuje tez na to, ze winiarz jako zawód nierolniczy w końcu zostanie wpisany do rejestru zawodów w Polsce, a środowisko winiarskie już wie, jak to wykorzystać.

W planach ma m.in. powołanie izby winiarskiej, która będzie przygotowywać do zawodu winiarza. – Mamy już opracowane kryteria, jakie musi spełniać osoba, która chce uprawiać te profesje. Szyte na miarę erasmusowe szkolenia bardzo nam w tym pomogły – mówi Blanka Byrska.

Projekt zakończy się w 2019 r. Zainteresowani mogą dowiedzieć się więcej na stronie projektu: wszystkoowinie.pl