Wyjechali na staż, maseczki na twarz


To był najtrudniejszy wyjazd ze wszystkich erasmusowych, ale nie żałuję. Odetchnąłem z ulgą dopiero dwa tygodnie po powrocie – mówi dyrektor technikum w Zwierzyńcu, pierwszej szkoły w Polsce, która zdecydowała się wysłać uczniów na praktyki zawodowe w czasach pandemii koronawirusa.

Nie wiadomo, czego bardziej zazdrościć: kąpieli w ciepłym morzu, tańca flamenco w centrum Sewilli czy suszonych maleńkich krewetek kupionych na targu. To jeszcze rzut oka na zdjęcia. Jak plaża, to błękit nieba, lazur wody, jasny piasek, lekko przypalone plecy, parasole chroniące przed słońcem i uśmiech. To z Kadyksu. Teraz sceny z filmu. Najpierw targ rybny, gdzie także sprzedają owoce morza. – To camarones! Kto się odważy? – pyta przewodniczka. Chłopaki wyciągają dłoń. Z malutkiego zawiniętego w lejek pudełka wyskakują suszone krewetki wielkości gwoździka. – Dobre! – uśmiechają się do kamery i wyciągają w górę kciuk. Przeskakujemy na pl. Hiszpański w Sewilli. Tutejsi tańczą flamenco. Kobiety w falbaniastych sukniach energicznie ruszają ramionami i biodrami, raz podnoszą ręce, to je opuszczają, nogi rytmicznie przesuwają do przodu, patrzą na siebie bez przerwy. W tle śpiewa mężczyzna w krótkich spodenkach, drugi gra na gitarze, a trzeci wybija rytm uderzając dłońmi w pudło. To próba przed koncertem. I inspiracja. Bo na tym samym filmie dziewczyny klaszczą, tańczą i śpiewają. W rolach głównych na plaży, targu i pl. Hiszpańskim uczniowie ze Zwierzyńca. Co jeszcze łączy te obrazy? Maseczki, które wszyscy mają na sobie.

Bilety w styczniu, wirus w marcu

– To była szalenie trudna decyzja: jechać do Hiszpanii czy odpuścić praktyki? – przyznaje Waldemar Gardiasz, dyrektor Zespołu Szkół Drzewnych i Ochrony Środowiska w Zwierzyńcu. Wyjazdy uczniów na zagraniczne staże zawodowe to tam tradycja. – Uczestniczyliśmy już w dziewięciu takich projektach, z czego pięć odbyło się w ramach programu Erasmus+ – przypomina dyrektor. Wyjazd do Hiszpanii planowali dużo wcześniej. W styczniu kupili bilety na samolot. W połowie marca zamknięto w Polsce szkoły. Odtąd mówiło się już tylko o koronawirusie. Wiosną najwięcej zakażeń w Europie było we Włoszech i Hiszpanii. – Do połowy maja nie myślałem o wyjeździe. To było ogromne ryzyko – przyznaje Gardiasz. – Ale pod koniec roku szkolnego rodzice i uczniowie dopytywali, co z praktykami zawodowymi w Sewilli. Mówiłem, że nie jedziemy, a oni pytali dlaczego. Przekonywali, że pandemia jest tak samo groźna tu i tam, choć wiedziałem, że w Hiszpanii zachorowań było znacznie więcej niż w Polsce.

Dyrektor uległ prośbie. Zaprosił do szkoły rodziców, którzy chcieli wysłać dzieci na staż. – Postawiłem sprawę jasno: jeśli mamy jechać, to muszą wszystko wiedzieć. Powiedziałem o zagrożeniach związanych z wyjazdem, obostrzeniach panujących w Hiszpanii i warunkach, które trzeba spełnić, żeby wyjazd był bezpieczny dla dzieciaków – wspomina. Zdecydowali, że rezygnują z samolotu i do Sewilli jadą autokarem. – To najbezpieczniejsze rozwiązanie. Na lotniskach mielibyśmy kontakt z wieloma osobami, do tego długie procedury przy odprawach, później lot z załogą samolotu i innymi pasażerami. Duże ryzyko, a jedyna korzyść to czas dotarcia na miejsce – przekonuje Waldemar Gardiasz.

Pustki na ulicach

Ze Zwierzyńca do Sewilli jest ponad 3,5 tys. km. Jedzie się głównie autostradami, ale to i tak dwa dni podróży. – Zasady były proste: wychodzisz z autokaru zakładasz maseczkę, gdy wracasz dezynfekujesz ręce. I nie ma wyjątku – opowiada. Ruszyli 5 lipca. Kolejne cztery tygodnie spędzili w Sewilli. Dwa razy wyskoczyli poza miasto: do Kadyksu, uznanego za najstarsze miasto w Europie Zachodniej i do urokliwej Taviry w Portugalii. – Byliśmy zaskoczeni, bo to turystyczne miasta, środek wakacji, a tam pustki – mówi dyrektor. Przyznaje, że Hiszpanie byli mocno wystraszeni pandemią. Na początku lipca było tam ponad 250 tys. zakażonych (w Polsce prawie 36 tys.), zmarło 28 tys. osób (u nas „tylko” 1,5 tys.). – W komunikacji miejskiej ludzie dziwni na nas patrzyli, szczególnie starsi. Nikt nie chciał siadać przy nas. Szybko zrozumieliśmy, że bali się większych grup, dlatego dzieliliśmy się na mniejsze i podróżowaliśmy kilkoma autobusami – mówi Gardiasz.

Najważniejsze były jednak praktyki zawodowe. Uczniowie z klas geodezyjnych wstawali przed szóstą i ruszali w teren. Musieli skończyć pomiary przed południem, bo temperatury przekraczały 40 st. C. W klimatyzowanym laboratorium pracowały dziewczyny z drugiej klasy w zawodzie technik ochrony środowiska. Białe kitle, w rękach probówki, a na twarzy maseczki i przyłbice. W zakładach spożywczych uczennice pod okiem dyrektora badały skład chemiczny lekarstw i tworzyły kosmetyki. Z kolei uczniowie klas informatycznych uczyli się programowania na przykładzie sygnalizacji świetlnej. Zajęcia odbywały się po angielsku. Na koniec wszyscy otrzymali certyfikaty. – Bardzo się cieszę, że nasi stażyści zdobyli nowe umiejętności, bo w marcu musieliśmy wprowadzić zdalne nauczanie, a dla kształcenia technicznego to nie jest dobra forma przekazywania wiedzy – przyznaje dyrektor.

Czwarta chwila radości

Uczestnikami byli również tegoroczni maturzyści. – Jestem dumny z moich absolwentów, którzy byli dla nas dużym wsparciem, bo przejęli częściowo odpowiedzialność za młodszych uczniów. Pomagali im nie tylko podczas praktyk, ale np. zorganizowali huczne urodziny, z balonami, tortem i śpiewaniem “Sto lat”. To dla mnie dowód, jak fantastyczną pracę wychowawczą wykonaliśmy przez kilka lat, że mamy tak świetnych wychowanków – cieszy się Waldemar Gardiasz. Dyrektor chwali też uczniów za dyscyplinę. – Nie musiałem im przypominać o zakładaniu maseczek i dezynfekowaniu rąk. Na miejscu bardzo szybko zrozumieli, jak poważnym zagrożeniem jest koronawirus. Mieszkańcy Sewilli traktowali poważnie wszelkie nakazy. Może z obawy przed srogimi mandatami? U nas w Zwierzyńcu tego zagrożenia nie było aż tak widać – przyznaje Gardiasz.

Do Polski wrócili 1 sierpnia. – Nie żałuję wyjazdu, choć był najtrudniejszy ze wszystkich erasmusowych. Zawsze mówię, że w życiu projektu są trzy chwile radości: gdy dostaniemy dofinansowanie na wyjazd, gdy ruszamy na Erasmusa i gdy szczęśliwie wrócimy. Tym razem doszła czwarta chwila radości: 15 sierpnia. Odetchnąłem z ulgą dopiero dwa tygodnie po powrocie. Nikt nie zadzwonił, że źle się czuje, że ma temperaturę, że ma koronawirusa. Wiem, że gdyby okazało się, że ktoś zachorował, czułbym się fatalnie, nawet wiedząc, że to nie z mojej winy, bo w zabezpieczenie tego wyjazdu włożyłem mnóstwo serca, pracy i energii. Ten miesiąc w Sewilli wcale nie był dla mnie spokojny. Wiedziałem, że zagrożenie jest realne, cały czas czułem presję, że ani na moment nie mogę stracić czujności. Wszystkie wyjścia w wolnym czasie po raz pierwszy w historii naszych praktyk zagranicznych odbywały się grupowo. Choć ufam dzieciakom, nie chciałem ryzykować. Po powrocie wielu uczniów, którzy nie zdecydowali się na staż, mówiło mi, że żałują. A ja wiem, że gdyby w Sewilli ktoś zachorował, to tych słów bym nie usłyszał.

Zdjęcie: archiwum projektu