Wykorzystałem swoją szansę


Dla Przemysława Borysa, śpiewaka operowego z Wrocławia, Erasmus okazał się preludium do ponad dwuletniej przygody z muzyką na zagranicznych uczelniach i stał się ważnym krokiem w karierze scenicznej

Często słyszy się o tak zwanych muzycznych rodzinach, w których zarówno rodzice, jak i dzieci grają lub śpiewają. Jak to było w pana przypadku?

Muzyka w mojej rodzinie była obecna od zawsze. Moja mama bardzo ładnie śpiewa. Ojciec grał na akordeonie. Dziadek na sakshornie altowym w orkiestrze strażackiej. Drugi dziadek grał i na bębnie, i na helikonie. Prapradziadek natomiast sam sobie wystrugał skrzypki i nauczył się grać.

Czyli geny wzięły górę?

Można tak powiedzieć, bo moja siostra również gra. Razem zaczynaliśmy naukę fortepianu w Państwowej Szkole Muzycznej I i II st. w Krasnymstawie. Potem trafiłem do liceum muzycznego w Lublinie. Kontynuowałem grę na fortepianie, ale okazało się, że odstaję nieco do innych dzieci, które zaczęły uczyć się wcześniej. Musiałem więc wybrać drugi instrument, i tak pojawiła się trąbka. Później zdawałem do Akademii Muzycznej im. Karola Lipińskiego we Wrocławiu na trąbkę, ale nie dostałem się za pierwszym razem. Jednak się nie poddałem i w końcu się udało. Studiowałem na Wydziale Edukacji Muzycznej i Wydziale Instrumentalnym. Potem doszedł  jeszcze Wydział Wokalny. Ostatecznie trąbkę zarzuciłem i skupiłem się na śpiewie.

W pana historii pojawiają się różne instrumenty, ale skąd wziął się śpiew?

Zawsze czułem, że mam jakiś głos. Nikt tego jednak na początku za bardzo nie dostrzegał. Śpiewałem co prawda przez jakiś czas w sopranach w chórze w szkole muzycznej, ale i tak byłem przede wszystkim skupiony na grze na trąbce i występowaniu w orkiestrze, na muzyce klasycznej i jazzie. Po raz pierwszy zaśpiewałem solo po okresie mutacji, przed balem maturalnym. Na studiach chór był już obowiązkowy. Dodatkowo pojawił się też kameralny zespół wokalny dla ochotników – Senza Rigore. Wówczas moją prowadzącą była prof. Jolanta Szybalska-Matczak, i to ona zaprosiła mnie do tego zespołu. Właśnie tam po raz pierwszy poczułem, że mam solistyczne predyspozycje. Zacząłem też śpiewać zarobkowo, żeby dorobić do studenckiego życia. Potem trafiłem na przesłuchanie do chóru zawodowego Cantores Minores Wratislavienses we Wrocławiu. Tam w komisji zasiadał mój pierwszy profesor śpiewu, Bogdan Makal, który mnie dostrzegł, dał mi szansę i otworzył drzwi na świat.

Wspomniał pan, że przed mutacją śpiewał pan sopranem. Teraz jest pan tenorem. Jak to jest z głosami? W którym momencie odkrywa się, jakim głosem się śpiewa?

To są oczywiście pewne predyspozycje, z którymi się rodzimy. Na początku byłem w sopranach, a po okresie mutacji mogłem zostać na przykład barytonem lub basem. To się jednak zdarza rzadko. Najczęściej wysokie chłopięce głosy stają się później głosami tenorowymi. Jeśli chodzi o stwierdzenie rodzaju głosu, kluczowy jest tu doświadczony pedagog. Pamiętam swoje pierwsze zajęcia w chórze Feichtinum. Pani profesor Bogusława Orzechowska zaczęła przydzielać nowych i ja oczywiście chciałem być basem, w końcu jestem wysokim, postawnym  facetem, jak więc mógłbym śpiewać jakimś tam tenorem? Jednak nie miałem racji i po paru wprawkach od razu zostałem zakwalifikowany do grupy tenorowej, co było satysfakcjonujące także dla pani profesor, bo tenorów ciągle jest mało. Jeśli więc ktoś się trafi, jest na wagę złota. Od tej chwili już wiedziałem, że nie jestem ani basem ani barytonem.

W jakim momencie studiów wyjechał pan na Erasmusa? Zajmował się pan już śpiewem czy jeszcze trąbką?

Wtedy już tylko i wyłącznie śpiewałem. Na Erasmusa udało mi się wyjechać do Drezna do Hochschule für Musik. Tam studiowałem pod kierunkiem profesor Elisabeth Wilke.

Skąd pomysł na wyjazd?

W pewnym stopniu zdecydował przypadek. Pani profesor Wilke prowadziła kursy mistrzowskie na Międzynarodowym Festiwalu Oratoryjno-Kantatowym Wratislavia Cantans we Wrocławiu. Byłem na jej zajęciach, po których zaproponowała mi warsztaty u siebie, na wyspie Hiddensee, na północy Niemiec. Skorzystałam z tej możliwości, a później – zdecydowałem się na kontynuację nauki pod jej okiem. Bardzo podobały mi się jej podejście i wiedza. Tak właśnie trafiłem do Hochschule für Musik w Dreźnie. A potem zdałem na Uniwersytet Mozarteum w Salzburgu, gdzie odbyłem dwuletnie mistrzowskie studia magisterskie.

Czyli na polską uczelnię już pan nie wrócił? Erasmus był taką trampoliną do zagranicznej kariery?

Na polską uczelnię wróciłem po półrocznym pobycie w Dreźnie i kontynuowałem naukę w swojej Alma Mater. Można było przedłużyć drezdeńskie stypendium, ale pojawił się pomysł zdawania do Mozarteum. Ciężko się było tam dostać, bo o jedno miejsce walczyło sześć czy siedem osób z całego świata. Ale się udało! Po zdanych egzaminach równolegle studiowałem w Salzburgu i Polsce. Ostatecznie ukończyłem obie uczelnie. Edukacja w Salzburgu stała na bardzo wysokim poziomie, co mnie cieszyło. Dodatkowo dzięki nauce za granicą byłem związany z paroma agencjami artystycznymi w Niemczech i Austrii, a to pozwalało mi stawać do wielu przesłuchań. Miałem możliwość pracy ze świetnymi dyrygentami, reżyserami i korepetytorami, okazję poznania różnych kultur i języków. To mnie wzbogaciło jako artystę.

Czy przed wyjazdem na studia do Salzburga znał pan dobrze język niemiecki?

Nie znałem go najlepiej, ale pilnie się dokształcałem w tym zakresie. Najwięcej nauczyłem się, będąc już na miejscu. Oczywiście można było porozumiewać się również po angielsku, niemniej wykłady były prowadzone w języku niemieckim.

Ostatecznie za granicą spędził pan prawie trzy lata. Nie kusiło pana, żeby zostać?

Może i kusiło, ale zdecydowała sytuacja rodzinna. Moja żona pracuje we Wrocławiu, jest kierownikiem chóru Opery Wrocławskiej. Ja praktycznie przez trzy lata byłem już wówczas poza domem i musiałem wrócić, choćby na jakiś czas. Po przyjeździe zacząłem studia doktoranckie na uczelni wrocławskiej, również obligujące mnie do pozostania na miejscu. Pojawiła się też praca w Operze Podlaskiej, która dała mi szansę na rozwój wokalny i artystyczny.

Śpiewa pan teraz głównie w Polsce, ale jakie są pana artystyczne plany i marzenia?

Każdy chciałby mierzyć jak najwyżej, śpiewać w najwspanialszych teatrach lub mieć swój debiut w słynnych Metropolitan Opera w Nowym Jorku, mediolańskiej La Scali czy Operze Królewskiej w Covent Garden w Londynie. W najbliższej przyszłości chciałbym oczywiście obronić pracę doktorską na uczelni wrocławskiej. Zawodowo jestem obecnie  wolnym strzelcem. Zobaczymy, co przyniesie życie.

Rozmawiał: Jacek Łosak – korespondent FRSE
Zdjęcia: archiwum prywatne