Znajomi mi mówią: spolszczyłeś się


Zwykle jestem pewien swoich decyzji, ale z Erasmusem w Białymstoku to był jednak przypadek. Dzięki temu nauczyłem się, że trzeba być otwartym na to, co przynosi nam los. Gdybym się zamknął, to przegapiłbym szansę – mówi tancerz, reżyser i choreograf Santi Bello*

Przejrzałam twojego Instagrama. Zdjęcia z wakacji na Teneryfie: słońce, bezchmurne niebo, lazurowe morze. Dlaczego tu wracasz?
Właśnie ostatniego lata się zastanawiałem, czy jednak nie odpuścić powrotu do Polski. Ale wróciłem, bo tu jest moje życie, moja praca, którą bardzo lubię, możliwości. Choć na Teneryfie rzeczywiście żyje się trochę inaczej.

Ludzie są inni?
Bardziej otwarci, chyba milsi.

Polacy nie są mili?
Na pewno są mniej otwarci, zwłaszcza gdy zaczyna się zima. Robi się buro, brakuje słońca, wszyscy zamykają się w sobie. Zresztą mam to samo. Po kilku miesiącach zimy staję się mrukiem.

W Polsce twój temperament się zmienia?
Najwyraźniej. Nawet znajomi z Hiszpanii mówią mi, że się spolszczyłem.

Co to znaczy?
Jak przystało na Hiszpana, jestem bardzo ekstrawertyczny. Zawsze mówiłem wszystko, co myślałem. Nawet nie zastanawiałem się, czy może to kogoś urazić, zranić, po prostu zakładałem, że jeśli będę szczery i otwarty, to sytuacja będzie jaśniejsza. W Polsce muszę być bardziej dyplomatyczny, zwracać uwagę na to, co mówię i jak mówię. Na przykład w kontaktach z sąsiadami z mojej kamienicy. Niektórzy z nich traktują mnie trochę inaczej, bo jestem obcokrajowcem.

Co takiego robią?
Myślą, że skoro nie jestem Polakiem, to nie mam pojęcia o życiu w Polsce. A ja mieszkam tu już siedem lat, wiem, jak tu jest. Czasem średnio. Z tych wakacji na Teneryfie wróciłem bardzo opalony. Normalnie jestem blady jak Polacy. Pracuję w teatrze, gdzie mam się opalać? Ale z ciemną karnacją ludzie patrzą na mnie inaczej.

To się czuje na ulicy?
Zdarzały się zaczepki, głupie komentarze, przepychanki w tramwaju. W centrum Warszawy tak się tego nie odczuwa, bo tu jest mnóstwo obcokrajowców. Ale już jak pójdzie się na osiedle, do małej piekarni, gdzie pani sprzedawczyni nie widziała wielu cudzoziemców, to różnie bywa.

Tym bardziej trudno mi sobie wyobrazić, że siedem lat temu przyjeżdżasz na wymianę studencką do Białegostoku. Skąd taki wybór?
Właściwie to ja nie wybrałem sobie Polski. Mieszkałem wtedy w Las Palmas de Gran Canaria, pracowałem w operze i studiowałem architekturę. Na uczelni można było wybrać kraje, do których chciałoby się pojechać. Wpisałem Niemcy, Włochy, Portugalię i na końcu Polskę. Nic o niej wtedy nie wiedziałem.

To czemu się zdecydowałeś?
Można tam było studiować po angielsku. Gdy ogłaszano wyniki naboru, akurat byłem w pracy. Koleżanka sprawdziła jednak na uczelni, że się dostałem – ale wolne miejsce było tylko w jednym kraju. „Zaklepałam ci Białystok. W razie czego możesz zrezygnować” – oznajmiła. Ale ja sobie powiedziałem: „Dobra, jadę do Białegostoku”.

No i co? Czego się spodziewałeś?
Zupełnie czegoś innego. Wszystko wyglądało inaczej niż w Hiszpanii. Pierwsze wrażenie: stacja kolejowa. Delikatnie mówiąc, nie była tak nowoczesna jak te w moim kraju. Później próbowałem dodzwonić się do opiekuna erasmusowców w Białymstoku, ale numer nie odpowiadał. Wyglądało na to, że jestem zdany na siebie. Poszedłem do akademika i to był dopiero hardcore. Powiedzmy, że standard był typowo studencki.

Depresyjny początek.
Ale wkrótce wszystko się rozkręciło. Problem polegał na tym, że przyjechałem do Polski miesiąc później niż inni, bo nie byłem pewien, czy będę mógł zawiesić pracę w operze, a po wymianie do niej wrócić. Zgodzili się. Już w Białymstoku zmieniłem opiekuna, który we wszystkim mnie pokierował. Zacząłem żyć jak erasmusowiec. Grupa obcokrajowców szybko się zintegrowała. Z czasem więcej spotykałem się z Polakami, bo dostałem pracę. Chciałem utrzymać się jako tancerz, zostałem instruktorem w szkole tańca.

Paradoksalnie Erasmus stał się dla ciebie początkiem kariery, ale w zupełnie innym kierunku niż kierunek studiów.
Właściwie na studia poszedłem po to, by mieć jakiś plan B w momencie, gdy już nie będę mógł tańczyć. Poza tym – zawsze lubiłem architekturę. W Hiszpanii nie musimy realizować całego roku studiów na raz, możemy wybierać konkretne przedmioty. Dzięki temu mogłem jednocześnie studiować i pracować jako tancerz.

Wiedziałeś, że w Białymstoku jest tak dobry klimat dla tancerzy?
To była wielka niespodzianka. Miasto jest małe, ale taniec nowoczesny szybko się tam rozwija. Wkrótce dostałem pracę jako tancerz w Teatrze Dramatycznym. Robiliśmy Wenus Adonis. Pod koniec wymiany poszedłem na casting do Upiora w operze, który w Białymstoku chciał wystawić warszawski Teatr Roma. Dostałem się jako solista. Poznałem ludzi i tak wszystko ruszyło.

Ale twój Erasmus już się kończył i w zasadzie musiałeś wracać.
I miałem ten sam problem, co na początku na Kanarach: tu miałem pracę, a tam musiałem wracać. Udało mi się zostać w Białymstoku jeszcze dwa miesiące, wrzesień i październik. Pomyślałem: potańczę i wrócę do domu. Ale w tym czasie dostałem propozycję, by zostać choreografem w Rampie w Warszawie. To oznaczało, że stracę cały rok na studiach w Hiszpanii. Dogadałem się jednak z uczelnią, pozwolili mi robić kilka przedmiotów niestacjonarnie.

Skończyłeś w końcu tę architekturę?
Została mi tylko praca magisterska. Po pięciu latach starania się o dokończenie tych studiów w Polsce właśnie dostałem wiadomość z Białegostoku, że mogę kontynuować studia magisterskie u nich. Wcześniej odmawiano mi na politechnikach w Warszawie i w Krakowie.

Zapytam niepedagogicznie: ten dyplom jest ci w ogóle potrzebny? Przecież odnalazłeś swoją drogę – tańczysz.
Nie chodzi tylko o dyplom. Architektura to studia w dużej mierze artystyczne, uczą projektowania, pewnego sposobu myślenia o przestrzeni, o kompozycji. Dzięki nim nauczyłem się, że każdy pomysł jest w gruncie rzeczy projektem. Potrzebujesz narzędzi, by go zrealizować, wyznaczasz sobie kolejne kroki, by stało się to możliwe. I pokonujesz poszczególne etapy. Dokładnie w ten sam sposób buduję choreografię – taniec to przecież ciało w przestrzeni.

Nie da się być w dwóch miejscach jednocześnie. W końcu zdecydowałeś się tworzyć w Polsce. Miałeś wątpliwości, czy jednak nie wrócić do domu?
Gdy dostałem propozycję pracy w Rampie, czułem, że to jest szansa, którą muszę wykorzystać. I okazało się, że ta droga ma sens, pojawiały się kolejne spektakle, później praca w telewizji jako choreograf. Zaczęło mi się tu coraz lepiej żyć.

Twoja kariera na Kanarach potoczyłaby się inaczej?
Moją pasją zawsze był taniec i wiem, że tam również rozwijałbym się w tym kierunku. Ale parę drzwi już sobie pozamykałem. Dostałem kilka propozycji zrobienia choreografii do spektakli na Kanarach, ale musiałem odmówić. W końcu telefony z Hiszpanii przestały dzwonić. Masz rację: nie da się być w dwóch miejscach na raz.

I wrosłeś już w ten świat. Jak to było z nauką polskiego?
Nie miałem wyjścia – musiałem się uczyć, ale wszystko działo się w codziennym życiu, głównie dzięki pracy w Rampie z polskimi tancerzami. Musiałem zacząć mówić, żeby przekazać im swoją wizję choreografii. Często mnie poprawiali, o co sam prosiłem. Po trzech latach coś się przestawiło w mojej głowie i zacząłem mówić całkiem płynnie. Nawet sprzedawczyni w piekarni mnie pochwaliła, że w końcu może ze mną pogadać.

Trudno funkcjonować w kraju, którego języka się nie zna?
Sklep, apteka, lekarz. Polak się nad tym nie zastanawia, a ja musiałem umawiać się na wizyty do takich lekarzy, którzy prowadzą wizyty również po angielsku. Nie zawsze było to łatwe. Dziś to nie problem. Mówię po polsku, myślę po polsku. Nawet swojemu psu wydaję polecenia po polsku.

I nie boisz się, że już się tak zupełnie spolszczysz?
W gruncie rzeczy jestem tym samym człowiekiem, tylko trochę inną jego wersją. Santi mieszkający w Polsce ma inne doświadczenia. Nie jest ani lepszy, ani gorszy, po prostu inny. Obcowanie z inną kulturą zawsze rozwija, otwiera.

Nie żałujesz, że tu przyjechałeś?
Mam wszystko, czego potrzebuję. Robię spektakle, moje pomysły urealniają się na scenie. To niesamowite uczucie, gdy coś, co miało się tylko w głowie, staje się fizyczne, namacalne, można to zobaczyć. Cieszę się, że do tego doszedłem. Zwykle jestem pewien swoich decyzji, ale z Erasmusem w Białymstoku to był jednak przypadek. Dzięki temu nauczyłem się jednak, że trzeba być otwartym na to, co przynosi nam los. Gdybym się zamknął, to przegapiłbym swoją szansę.

To tu, w Polsce, jest twoje miejsce?
Na ten czas w moim życiu na pewno. Ale emerytury raczej tu nie spędzę.

Przez tę zimę?
Nie ukrywam: chciałbym mieć na starość dobrą pogodę.

Rozmawiała Martyna Śmigiel
mobilna korespondentka Erasmus+

*Santi Bello – tancerz, reżyser, choreograf. W warszawskim Teatrze Rampa stworzył choreografię m.in. do spektaklu Broadway Street – The Show. Wyreżyserował i przygotował choreografię rock opery Jesus Christ Superstar oraz musicalu Twist and Shout. Współpracuje z Operą i Filharmonią Podlaską w Białymstoku, Operą Las Palmas oraz Auditorio de Tenerife. Pracuje dla telewizji, początkowo przy programie Jaka to melodia, a obecnie Gra muzyka. W 2017 r. i 2018 r. był nominowany, a w 2019 r. zdobył Teatralną Nagrodę Muzyczną im. Jana Kiepury dla najlepszego tancerza.