Młoda demokracja


Maciej Musiał o demokracji, warsztaty w londyńskim busie, zacięta gra miejska – taki był Europejski Tydzień Młodzieży, zorganizowany na początku maja w Warszawie

Europejski Tydzień Młodzieży to jedno z najważniejszych międzynarodowych wydarzeń organizowanych co roku dla młodych ludzi. W ogrodach Biblioteki Uniwersytetu Warszawskiego uczestnicy mogli dowiedzieć się o najważniejszych projektach unijnych związanych m.in. z edukacją i wolontariatem dla młodzieży.

Zgodnie z tradycją każdy ETM ma swój temat przewodni. W tym roku było to hasło „Demokracja i ja”. Taki był też temat debaty zorganizowanej dla uczniów i studentów. Zanim się jednak rozpoczęła, prowadzący ją dziennikarz Marek Zając poprosił publiczność, by wybrała najważniejszą dla siebie wartość spośród trzech: bezpieczeństwa, dobrobytu i demokracji. Każda zebrała mniej więcej tyle samo głosów. – To ciekawe, bo takie badanie przeprowadził ostatnio wśród młodych Uniwersytet Pedagogiczny w Krakowie i tam wyniki były zupełnie inne. Bezpieczeństwo wybrało aż 70 proc. osób, a demokrację zaledwie 5 proc. – mówił Zając.

Wolą karę niż głosowanie

Dziennikarz pytał o demokrację nie bez powodu. ETM został zorganizowany na niecałe trzy tygodnie przed wyborami do Parlamentu Europejskiego. W Polsce spośród wszystkich wyborów właśnie te mają najniższą frekwencję. Dlatego Mateusz Jeżowski z Fundacji Rozwoju Systemu Edukacji, krajowy korespondent Youth Wiki, czyli internetowej bazy danych poświęconej polityce młodzieżowej w państwach UE, opowiadał o tym, czy i jak głosują młodzi ludzie w Europie (między 18. a 30. rokiem życia). – Najczęściej do urn chodzą młodzi Szwedzi. Prawie 80 proc. z nich głosowało tam w ostatnich trzech latach. Co ciekawe, to właśnie w Szwecji jest największy odsetek młodych, którzy nie popierają demokracji jako pozytywnego systemu rządów – mówił Jeżowski. Takich paradoksów w Europie jest więcej. – W Estonii, gdzie od wielu lat można głosować przez internet, statystyki wyborcze młodych systematycznie spadają – dodał. Z kolei w Luksemburgu, gdzie udział w wyborach jest obowiązkowy, do urn chodzi coraz mniej młodego pokolenia. – Oni wolą zapłacić karę, niż zagłosować – słyszeli uczestnicy debaty. Sporo młodych ludzi głosuje w Belgii i Austrii. A jak jest w Polsce? – Niedobrze. Udział młodych, którzy oddają głos, jest o kilkanaście punktów procentowych mniejszy niż w starszych grupach wiekowych – mówił Jeżowski.

Siedzenie w domu nie ma sensu

Zaproszeni goście, wśród nich m.in. znany aktor Maciej Musiał, Aleksandra Sawa z Polskiej Rady Organizacji Młodzieżowych i Piotr Wasilewski z Rady Dzieci i Młodzieży RP przy Ministrze Edukacji Narodowej, dyskutowali o tym, jak przekonać młodych do uczestniczenia w życiu obywatelskim i głosowania w wyborach do PE.

Maciej Musiał: – Siedzenie w domu i narzekanie nie ma sensu. Niepójście na wybory jest frajerstwem. Piotr Wasilewski zwrócił uwagę na to, że niski udział młodych wśród głosujących to efekt zniechęcenia polityką. – Zaufanie do polityków wśród uczniów i studentów jest bardzo niskie. To wynika z afer, korupcji, patologii. Panuje przekonanie, że politycy i tak dla nas nic nie zrobią. A to nieprawda. Ważne, żeby samemu też wyjść z inicjatywą i naciskać na tych, których wybraliśmy – przekonywał przedstawiciel Rady Dzieci i Młodzieży.

– Demokracja to nie tylko głosowanie raz na cztery lata. To, co jest totalnie sexy w demokracji, to możliwość wpływania na otoczenie i kreowanie go tak, jak chcemy – przekonywała Barbara Zamożniewicz, rzeczniczka młodzieży przy Urzędzie Marszałkowskim Województwa Świętokrzyskiego. A Aleksandra Sawa z Polskiej Rady Organizacji Młodzieżowych apelowała: – Ważne, żeby z młodzieżą rozmawiać o tak poważnych sprawach po partnersku i twarzą w twarz.

Głos zabrali też najmłodsi uczestnicy debaty. Część mówiła, że nie chce brać udziału w wyborach, bo polityka kojarzy im się z fałszem, nieuczciwością i oderwaniem od rzeczywistości. Mateusz Jeżowski próbował przekonywać: – Mamy najlepszą młodzież w historii. Nigdy wcześniej nie mieliśmy tak ambitnego, doskonale wykształconego młodego pokolenia. Jeśli nie będziemy mu przeszkadzać, to jestem spokojny o ich przyszłość.

Co Unia tobie, a co ty Unii

Podczas Europejskiego Tygodnia Młodzieży o korzyściach z naszej obecności w Unii można było porozmawiać także w czerwonym londyńskim autobusie, który jeździł po Warszawie. FRSE zorganizowała w nim eurolekcje, czyli warsztaty o wolontariacie za granicą oraz o wyborach do europarlamentu. – Uczestnicy oglądali krótkie filmy o Unii, a później o nich dyskutowali. Sporo mówiliśmy o tym, co UE daje nam, a co my możemy jej zaoferować – opowiada Wawrzyniec Pater, koordynator Eurodesk Polska, prowadzący warsztaty.

Nie zabrakło także wyzwań. Aż 18 kilkuosobowych drużyn wystartowało w grze miejskiej wymagającej sprytu, dobrej organizacji, kondycji fizycznej i pomysłowości. Najlepsi okazali się uczniowie z technikum w Wysokiem Mazowieckiem. Patrykowi najbardziej podobało się szukanie kodów QR ukrytych na ławkach, drzewach czy krzakach. Jego i jego kolegę Piotrka do wzięcia udziału w grze namówił Karol Głębocki, nauczyciel historii i WOS. – Pomagałem chłopakom w zadaniu „I have a dream”. Trzeba było przygotować przemówienie o wartościach obywatelskich na wzór tego, które wygłaszał Martin Luther King. To ćwiczenie na pewno wykorzystam w przyszłości na swoich lekcjach – zapowiedział.

Od Erasmusa do Eurowizji


Wyjeżdżając, zawsze staram się poznawać ludzi, kulturę i dużo, dużo muzyki – mówi Salvador Sobral, portugalski muzyk, który podczas wymiany w ramach programu Erasmus odkrył i pokochał jazz. W 2017 r. wygrał Konkurs Piosenki Eurowizji, a wiosnę tego roku spędził na podróżach, promując swoją płytę m.in. w Krakowie

 

Kilka lat temu wziąłeś udział w programie Erasmus. Spędziłeś ten czas w Palma de Mallorca. Czy był to twój pierwszy tego typu wyjazd?

Nie. Wcześniej skorzystałem z wymiany – pojechałem do Kalifornii. I później już ciągle chciałem wyjeżdżać, cały czas mnie gdzieś ciągnęło. Stąd właśnie wziął się pomysł, by wyjechać w ramach Erasmusa.

Jak wspominasz ten czas?

Studiowałem psychologię, chciałem wyspecjalizować się w psychologii sportu. To było chyba w 2011 r. Erasmus jest zawsze zwariowanym czasem. Najlepiej wspominam zajęcia z psychologii sztuki.

I już podczas tego pobytu na Majorce śpiewałeś publicznie?

Tak, w hotelach, barach, restauracjach…

Można więc powiedzieć, że Erasmus miał wpływ na twoją karierę?

Tak, bo wtedy dużo ćwiczyłem. Poszerzyłem swój repertuar, nauczyłem się wielu jazzowych melodii. To była dla mnie bardzo dobra lekcja. Najlepszą szkołą dla muzyka są właśnie bary i restauracje. Kiedy występujesz, a ludzie cię lekceważą i po prostu nie słuchają, uczysz się pokory i skromności.

A dlaczego wybrałeś Majorkę?

Ponieważ polecono mi tamtejszą uczelnię jako dobre miejsce do studiowania psychologii sportu, czym byłem w tamtym czasie bardzo mocno zainteresowany. Jednak później zacząłem występować, w rezultacie coraz rzadziej pojawiałem się na zajęciach i ostatecznie porzuciłem te studia.

Czego nauczył cię pobyt na Erasmusie?

Nauczyłem się wiele o ludziach. Wyjeżdżając, zawsze staram się poznawać mieszkańców, kulturę i dużo, dużo muzyki. A jeśli chodzi o Erasmusa, to Majorka była miejscem, w którym odkryłem jazz. Z tego najbardziej się cieszę.

Teraz podróżujesz po świecie ze swoją muzyką. Promujesz nową płytę „Paris, Lisboa”. To prawda, że inspiracją do stworzenia albumu był dla ciebie film Wima Wendersa?

To nie do końca była inspiracja. Zaczerpnąłem nazwę oraz okładkę. Muzyka właściwie nie ma nic wspólnego z filmem. A w Paryżu i Lizbonie przebywałem, nagrywając album, ponieważ moja żona jest z Paryża, więc podróżowałem tam i z powrotem. Zależało mi, by umieścić nazwy tych dwóch miast w tytule płyty, a dopiero później pomyślałem o swoim ulubionym filmie – „Paryż, Teksas”.

Filmy są dla ciebie inspiracją do tworzenia? W jednym z wywiadów przyznałeś,  że z sympatii do twórczości Ingmara Bergmana zacząłeś uczyć się szwedzkiego.

Kocham i literaturę, i kino. Nie znam teorii kinematografii ani kwestii technicznych, ale dla mnie i mojej muzyki filmy są bardzo inspirujące. W „Paryżu, Teksasie” jest wiele kolorów – bardzo zależało mi, by uzyskać te same barwy w muzyce.

Jak proces tworzenia słów czy muzyki wygląda u ciebie? Zaczynasz od tekstu, a później dołącza muzyka?

Mam dwa różne sposoby. Czasami piszę tekst i ktoś inny dodaje do tego muzykę, a innym razem dostaję gotową muzykę i tworzę do niej słowa. Bardzo lubię tę drugą opcję.

Teraz jesteś bardzo zajętym człowiekiem, dużo podróżujesz, dużo pracujesz. A jeszcze dwa lata temu miałeś poważne problemy zdrowotne. Jak troszczysz się o siebie?

Przeszedłem bardzo ciężki czas. Teraz, kiedy wyszedłem ze szpitala i mogę grać, jestem szczęśliwy. I zakochany. Śpię dużo, osiem godzin dziennie, nie piję alkoholu. Jeśli jestem zdrowy, to jestem szczęśliwy. Ludzie, którzy nie chorują, nie myślą o tym, nie są za to wdzięczni. A ja myślę o tym codziennie, jestem szalenie wdzięczny za to, że jestem zdrowy i mam kolejny dzień przed sobą.

Moje wielkie greckie gotowanie


Młodzi z Łosic często boją się wyjechać nawet do Warszawy. Dzięki projektowi z programu Erasmus+ staramy się wyrównywać ich szanse – mówią nauczyciele z tamtejszej szkoły. W ciągu dwóch lat w zagranicznym stażu wzięło udział 80 uczniów. W tym roku wyjadą kolejni

Łosice to małe miasto tuż przy granicy z Białorusią. Mieszka tam ok. 7 tys. osób. W greckiej Leptokarii nad Morzem Egejskim – dwa razy mniej. W linii prostej obie miejscowości dzieli ponad 1,6 tys. km. – I właśnie w okolice Riwiery Olimpijskiej wysłaliśmy na praktyki 80 uczniów. Przez dwa tygodnie po osiem godzin dziennie pracowali w luksusowych restauracjach i cztero- lub pięciogwiazdkowych hotelach – mówi Radosław Chatkiewicz, wicedyrektor Zespołu Szkół nr 3 im. Stanisława Staszica w Łosicach.

W Grecji polscy uczniowie z klasy hotelarskiej zapoznawali się z tym, jak wygląda praca w recepcji, sprzątanie w pokojach, ale też mieli możliwość kontaktu z gośćmi. – Młodzież była dzielona na mniejsze grupy i rotacyjnie każdego dnia wymieniała się pracą, tak by nie było monotonnie – wyjaśnia Chatkiewicz. Z kolei uczniowie kształcący się w zawodzie technik żywienia i usług gastronomicznych całe dnie spędzali w chętnie odwiedzanych przez turystów restauracjach. – Mogli zobaczyć, jak wygląda praca w kuchni od kuchni. Jesteśmy z małej miejscowości, gdzie dostęp do świeżych owoców morza jest bardzo utrudniony. A w Grecji mogli nie tylko je dobrze poznać, lecz także nauczyć się je odpowiednio przygotowywać i  serwować gościom – dodaje wicedyrektor.

Nie chciało się kłaść spać

Dwie Ole i Magda z III klasy uczą się technik żywienia i usług gastronomicznych. W Grecji były pierwszy raz. – Nigdy tego wyjazdu nie zapomnę. To było wspaniałe doświadczenie na całe życie. Kelnerowałyśmy, pomagałyśmy w kuchni, pracowałyśmy na zmywaku – opowiada Ola.

Magda wspomina doskonałą atmosferę. – Może to kwestia tego, że obsługiwałyśmy często turystów z Polski, bo przyjeżdża ich tam wyjątkowo dużo. Ale na stażu było też sporo Greków w naszym wieku. I nawet znali polskie słowa: „ogórki”, „pomidory”, „dzień dobry”, „dobranoc” – śmieje się. Dodaje, że podczas stażu miały też czas na wizytę na plantacjach oliwek, winorośli i kiwi, a także w zakładzie produkującym sery feta.

Druga Ola była zachwycona widokami. – Jeszcze przed wyjazdem oglądałam Grecję na zdjęciach i bardzo mi się podobała. Ale jak tam pojechałam i zobaczyłam ją na własne oczy, byłam zafascynowana. Po zachodzie słońca okolica, w której mieszkaliśmy, ma taki urok i wyjątkowy klimat, że nie chciało się kłaść spać.

W Grecji uczniowie z Łosic pracowali razem z rówieśnikami m.in. z Rumunii i Czech. Wicedyrektor Chatkiewicz jest zaskoczony tym, jak szybko jego podopieczni przełamali barierę językową. – Wiedziałem, że potrafią się porozumiewać po angielsku, ale co innego jest rozmawiać w obcym języku w szkole, a co innego za granicą w naturalnych sytuacjach. Podczas wyjazdu stali się dużo bardziej pewni siebie – podkreśla.

Miód na serce

Ola przyznaje, że stresowała się koniecznością nawiązania kontaktów z obcokrajowcami. – Bardzo się bałam, że nie dogadam się z rówieśnikami z innych krajów, ale nie miałam wyjścia. Musiałam zacząć mówić po angielsku. Do dziś utrzymuję z nimi kontakt na Facebooku. Dzięki temu, że w Grecji podszlifowałam angielski, teraz rozmawiam płynnie. To mi się przydaje też w szkole – cieszy się.

Ola docenia również dwa tygodnie spędzone w greckich restauracjach. – Najwięcej frajdy sprawiało mi przygotowywanie posiłków. Nikt na nas nie krzyczał, jak w tych wszystkich kulinarnych programach telewizyjnych. A najprzyjemniejsze było patrzenie na gości, którzy jedli moje dania. To miód na moje serce, kiedy wiem, że swoją pracą daję innym przyjemność – opowiada 19-latka.

Poza zdobywaniem doświadczenia uczniowie mieli też czas, by poznać lepiej Grecję. W weekend pojechali na wycieczkę na Meteory, zwane ósmym cudem świata. Podczas greckiego wieczoru mogli poznać tamtejszą muzykę i tańce.

Zdolni i wrażliwi ludzie

Zagraniczne staże zawodowe nie są nowością w szkole w Łosicach. Wcześniej podobne wyjazdy organizowano do Włoch i Portugalii. – Mamy duże doświadczenie w takich projektach, zaczynaliśmy już od programu Leonardo da Vinci – mówi wicedyrektor szkoły. Zwraca też uwagę, że realizowane projekty są odpowiedzią na lokalne problemy: bezrobocie, dużą konkurencję i migracje.

I są tego efekty. Absolwentów szkoły w Łosicach często można spotkać w najlepszych restauracjach i hotelach w całej Polsce. – Nasza miejscowość jest najdalej wysuniętym na wschód powiatem w województwie mazowieckim. Dzięki takim projektom otwieramy się na świat – podkreśla Dariusz Stasiuk, nauczyciel przedmiotów zawodowych. – Młodzież z małych miejscowości jest zakompleksiona. Boi się wyjechać nawet do Warszawy, bo nie wie, jak zostanie tam przyjęta. Staramy się wyrównywać szanse naszych uczniów. Bardzo ważne jest kształtowanie poczucia własnej wartości. A to są fantastyczni, wrażliwi ludzie. Jeśli traktuje się ich po partnersku, to odwdzięczają się nam za ten trud. Do dziś moi uczniowie sprzed 20 lat kłaniają mi się na ulicy – opowiada z entuzjazmem.

 Restauracja piękna jak ja

Po powrocie do Polski uczniowie z Łosic nie spoczęli na laurach i dalej wyjeżdżają na praktyki. Tym razem do Warszawy. Ci z klasy gastronomicznej uczą się pod okiem kucharzy w restauracji El Greco, wyróżnionej Gold Award of Quality and Taste dla najlepszej restauracji greckiej poza granicami. – Jej właściciel jest Grekiem i zaprosił naszych uczniów na praktyki. Pomagają w kuchni, wydają posiłki – opowiada wicedyrektor. Dziewczyny z trudem znajdują chwilę na rozmowę. – Nie ma dużej różnicy między pracą w tej restauracji a pracą w tych, które poznaliśmy podczas stażu w Grecji – mówi Ola. Dla gości przygotowuje małe szaszłyki z serem feta i pomidorkami koktajlowymi. Po chwili wyznaje: – Chciałabym być kiedyś szefem kuchni we własnej restauracji. Jaka by była? Piękna jak ja! – wykrzykuje i wybucha śmiechem.

Druga Ola w El Greco pomaga kucharzowi: obiera ogórki, przyprawia mięso, przygotowuje sałatki. W przyszłości marzy jej się własna pizzeria. Z kolei Magda przygotowała ratatuj. Wszystkich dań próbował ich opiekun i nauczyciel. – Przetestowałem. Dania były fantastyczne – zachwala Dariusz Stasiuk. – Jestem o dziewczyny spokojny. Dzięki takim projektom jak ten z Erasmus+ nasi uczniowie pracują później w dobrych hotelach i restauracjach w Warszawie, Sopocie, Krakowie. Wchodzą tam z podniesioną głową, bo znają się na gotowaniu i obsłudze gości. Wiedzą, jak połączyć smaki, jak się nimi bawić, jak dobrze zadbać o komfort klienta – cieszy się nauczyciel.

Książka wciąż pociąga młodych ludzi


Nowy Targ już drugi raz był gospodarzem finałowej gali Booktrailer Film Festival. Tamtejszy Zespół Szkół Ogólnokształcących nr 2 pierwszy w Polsce połknął festiwalowego bakcyla, a jako beneficjent programu Erasmus+ rozpropagował ideę konkursu w całym kraju

Podczas kryzysu czytelnictwa zobaczyliśmy, że książka jest fascynującą inspiracją do zrobienia filmu, że wciąż pociąga młodych ludzi – mówi jurorka konkursu dr Agnieszka Kania z Wydziału Polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego. – Oni żyją w przestrzeni obrazu, mediów. Umiejętności nauczycieli, polegające na zachęceniu uczniów do przełożenia tekstu na film i pokazania go w innych okolicznościach, są czymś nie do przecenienia.

W tym roku do udziału w konkursie zgłoszono 63 filmy z 29 szkół. Jurorzy oceniali filmy pod kątem walorów artystycznych i technicznych, potencjału promocyjnego, oryginalności interpretacji tekstu literackiego oraz oryginalności języka filmowego. Najlepszymi booktrailerami, czyli filmowymi zwiastunami książek okazały się

  • poetycka, utrzymana w czarno-białej konwencji „Siekierezada” (I miejsce),
  • mocno uwspółcześnione „Cierpienia młodego Wertera” (nagroda publiczności, wyróżnienie jury),
  • intrygujący „Dom sióstr” (II miejsce),
  • poruszająca „Dziewczynka w czerwonym płaszczyku” (III miejsce),
  • imponujący dojrzałością interpretacji „Pamiętnik Dawida Rubinowicza” (wyróżnienie),
  • kreatywnie przetworzona „Ferdydurke”,
  • oryginalna animacja „Rok 1984”,
  • mroczna „Czarownica z Dark Falls”,
  • piękne wizualnie „Zapisane w wodzie”,
  • ciekawa koncepcyjnie „Zbrodnia i kara”.

– „Siekierezada” to lektura uniwersalna, możemy ją przełożyć na nasze czasy. To książka o rąbaniu drewna, tak na dobrą sprawę. W naszym świecie, który dąży do autodestrukcyjnej samotności, my szukamy tego prawdziwego świata w takich trywialnych czynnościach jak rąbanie drewna właśnie – mówi o wyborze lektury Dawid Gondek, uczeń I LO im. Seweryna Goszczyńskiego w Nowym Targu, reżyser zwycięskiego booktrailera.

Historia Booktrailer Film Festival w Polsce związana jest nierozerwalnie z Zespołem Szkół Ogólnokształcących nr 2 w Nowym Targu. To właśnie tam, przed dwoma laty, powstały pierwsze polskie booktrailery. Jeden z nich dostał główną nagrodę na BFF 2017 we Włoszech, kolejny był prezentowany w ramach promocji Booktrailera na MFF w Wenecji. Współpraca z Liceo scientifico di Stato w Brescii – miejscem, gdzie narodził się festiwal – zaowocowała przystąpieniem do unijnego programu Erasmus+, w ramach którego zorganizowano festiwal.

Na polską galę 15 marca zaproszono twórców 10 najlepszych booktrailerów – uczniów liceów oraz dwóch szkół podstawowych.

Teatr na emeryturze


Co maska wyzwala w seniorze? Kiedy nie ma mimiki, postać gra całym ciałem – warsztaty teatralne aktorów w maskach pod hasłem „Ludzie z miasta Łodzi” zwieńczyły projekt „Uczymy się, by służyć innym – społecznie zaangażowana edukacja teatralna”

Siwowłosa Maria nakłada maskę i zaczyna mówić głosem nieśmiałej nastolatki: – Mam na imię Marysia, dobre oceny i dziadka, dumnego z ułożonej wnuczki. Dziś wziął mnie do swojej pracy. To przedsiębiorstwo transportowe przy Piotrkowskiej. Dziadek wchodzi po coś do biura, ja zostaję na zewnątrz. Od razu zaczynają mnie podszczypywać. „O, jakie ładne masz warkocze, Marysiu, jakie różowe policzki”. Stoję tak wśród tych kierowców, ale nagle wybucham: „Srysia, nie Marysia!” – krzyczę. Akurat, gdy wraca dziadek. Jest na mnie zły. Tak bardzo chciał się mną pochwalić…

Maria dostaje długie oklaski od dziesięciorga seniorów. Za szczerość w odegraniu wspomnienia sprzed pół wieku i za odwagę, bo zaimprowizowała etiudę jako jedna z pierwszych. Za chwilę będzie jej dubel: dwóch uczestników warsztatów też chwyci za maski, aby zagrać podszczypujących.

Zaczęło się w Bułgarii

Po co te maski? Kiedy nie ma mimiki, relacje między postaciami, ich przeżycia i emocje muszą być wyrażane całym ciałem. To poszerza środki wyrazu aktora. A seniorzy zebrani w Poleskim Ośrodku Sztuki (POS) są właśnie aktorami. W większości przypadków ich przygoda z teatrem zaczęła się na emeryturze. Teraz regularnie spotykają się w kilku grupach. Warsztaty pod hasłem „Ludzie z miasta Łodzi” były zwieńczeniem projektu zrealizowanego w ramach programu Erasmus+ Edukacja dorosłych.

Zaczęło się w Bułgarii. Aby poznać m.in. metody kontroli ruchu ciała, w marcu 2018 r. na kurs organizowany przez sofijski Teatr Tsvete wyjechały m.in. instruktorki teatralne, terapeutki i edukatorki dramy. Maski, które rok później nałożyli seniorzy, powstały przy współudziale plastyczek z Centralnego Muzeum Włókiennictwa.

Jest wojna

Nie wszyscy seniorzy pochodzą z Łodzi. Cztery prowadzące proszą rodowitych łodzian o zebranie się w kręgu na środku sali. Pozycje pozostałych mają odpowiadać geograficznie miejscom, z których przybyli. Najdalej na wschód staje Zbyszek, pochodzący z Brześcia (dziś Białoruś). – A teraz zamknij oczy i opowiedz, co widzisz – pada polecenie. – Mam kilka lat. Jest wojna. Prawie zawsze jestem głodny. Ale mama wynalazła gdzieś kromkę chleba i dała mi ją. Idę przez gospodarstwo. Potykam się, kromka mi wypada. Dwa kruki podnoszą ją dziobami. Są tak ogromne, że boję się o nią walczyć…

Za kolejną maską ukrywa się Halina. – To było kilka lat temu. Jadę wiosną przez park Poniatowskiego. Rowerem. Jest tak pięknie, że staję, by ozdobić go kwiatami i zielonymi gałązkami. Potem pedałuję na wystawę designu rowerowego. Chcę przed nią zaparkować, ale nie ma mojego zapięcia. Proszę młodych ludzi, żeby popilnowali. Kiedy wracam, przy moim ukwieconym rowerze jest tłum i wszyscy robią mu zdjęcia. Myślą, że to eksponat! I dostaję propozycję dołączenia do Masy Krytycznej. Następnego dnia jedzie za mną tysiąc osób!

Pod koniec warsztatów kilkoro seniorów zaproponowało, aby z ich łódzkich wspomnień złożyć spektakl.

Szansa na rozwój


Blisko 400 instytucji aplikowało w nowym projekcie PO WER „Ponadnarodowa mobilność uczniów”. Dzięki niemu aż 14 tys. uczniów może wziąć udział w międzynarodowych wymianach młodzieży. Zaplanowano już kolejną turę projektu, na który przeznaczonych zostanie aż 25 mln zł

Celem projektu jest wzmocnienie ważnych kompetencji przekrojowych, takich jak: nauka języków obcych, rozwijanie umiejętności uczenia się oraz innych kompetencji niezbędnych do rozwoju osobistego, przyszłego zatrudnienia – kwalifikacji zgodnych z najnowszymi wytycznymi Unii Europejskiej. Do udziału w projekcie uprawnione są szkoły podstawowe i ponadpodstawowe oraz szkoły artystyczne działające w polskim systemie oświaty.

Charakter projektu sprawił, że do udziału w nim zgłosiło się wiele instytucji, które wcześniej nie brały udziału w inicjatywach mo­bilnościowych zarządzanych przez Fundację Rozwoju Systemu Edu­kacji. Wiele z wnioskujących placówek wykazało, że kształcą uczniów o największych potrzebach edukacyjnych, w tym m.in. osoby w zdecydowanie trudniejszej sytuacji i cechujące się mniejszymi szansami na jej zmianę. Właśnie dla nich wyjazd może mieć szczególnie duże znaczenie dla rozwoju kompetencji oraz ich przyszłych wyborów życiowych.

W pierwszym naborze do FRSE trafiło prawie 400 wniosków, z czego najwięcej zgłoszeń do nowego projektu przesłały szkoły podstawowe, następnie szkoły zawodowe, technika oraz zespoły szkół. Trzecim typem szkół pod względem liczby złożonych wniosków były licea. Do FRSE wpłynęło także kilka zgłoszeń ze szkół artystycznych oraz specjalnych ośrodków szkolno-wychowawczych. Wielu przedstawicieli placówek oświatowych podkreślało, jak ważny dla rozwoju ich instytucji jest projekt wyrównujący szanse i rozwijający kompetencje uczniów poprzez organizację wyjazdów dzieci, a nie tylko, tak jak dotychczas, kadry nauczającej.

Po ocenie formalno-merytorycznej wniosków na liście placówek, które będą miały możliwość realizować swoje założenia projektowe, znalazło się ponad 45 proc. aplikujących.

W związku z tak dużym zainteresowaniem projektem FRSE planuje nową turę konkursową już jesienią bieżącego roku. Do rozdysponowania w niej na wsparcie młodych osób w rozwoju ich życiowych kompetencji przewidziano ok. 25 mln zł. O szczegółach dotyczących nowego naboru można przeczytać na stronie programu: power.frse.org.pl/mobilnosc-uczniow.

Równe szanse, sprawiedliwy start


Aż 65 proc. uczniów w Polsce deklaruje poczucie wykluczenia. Dzieci z rodzin o niższym statusie mają też dużo większe kłopoty z nauką. O tym, jak wyrównać te dysproporcje, dyskutowano na konferencji w Gdyni

Wykluczenie najczęściej rodzi się z braku zrozumienia. A to z kolei może wynikać z nieprzepracowanych traum, trudnej relacji z matką, istniejących w przeszłości problemów psychicznych czy negatywnego etykietowania.

O przyczynach, przejawach i profilaktyce wykluczeń mówiła podczas gdyńskiej konferencji „Szkoła równych szans” dr hab. Agnieszka Wilczyńska. W trakcie sesji tematycznej „Dziecko w szkole: poczucie wykluczenia i poczucie przynależności” ekspertka wyjaśniała, z czym w dzisiejszych czasach muszą mierzyć się najmłodsi. Chodzi m.in. o zanikanie głębokich relacji interpersonalnych, wzrost znaczenia internetowych „like’ów” czy krzywdy wyrządzane przez fałszywych przyjaciół. Agnieszka Wilczyńska podkreślała, że dzieci muszą coraz częściej konfrontować się z nieżyczliwymi komentarzami rówieśników, które padają tylko dlatego, że ich adresat w jakimś aspekcie różni się od grupy. Skala zjawiska jest wręcz przerażająca – poczucie wykluczenia deklaruje w badaniach aż 65 proc. uczniów.

Skutki braku akceptacji mogą być poważne. Dziecko może odczuwać np.: odrętwienie emocjonalne oraz stan poznawczej dekonstrukcji, czyli trudność w koncentracji na zadaniu. Przeżycie każdego dnia w szkole wiąże się dla niego z dużym stresem. Jeżeli sytuacja wymknie się spod kontroli, to może ono sięgać po używki, stać się agresywne lub mało empatyczne.

Nauczycielu, bądź czujny

Eksperci uczestniczący w gdyńskiej konferencji byli zgodni: niwelowanie poczucia wykluczenia jest możliwe – to wyzwanie stoi przede wszystkim przed nauczycielami. Jak przekonywała Agnieszka Wilczyńska, pedagodzy powinni tłumaczyć zjawisko wykluczenia, ćwiczyć z uczniami, jak normalizować uczucia, oraz pokazywać, że z każdej sytuacji jest rozsądne wyjście. Innymi słowy, należy budować poczucie przynależności do grupy. Każdemu uczniowi nauczyciel powinien stworzyć szansę, by poczuł się on ważny i potrzebny. Warto zainteresować się jego emocjami, dać mu zadanie, za które może być odpowiedzialny i któremu jest w stanie podołać.

Prosty sposób na to wskazał prof. dr hab. Mirosław J. Szymański. Jego zdaniem budować poczucie własnej wartości wśród uczniów można poprzez docenianie ich za umiejętności niezwiązane z osiągnięciami w nauce. Przykładowo gdy uczeń pomaga w organizowaniu wycieczki, można odznaczyć go plakietką „dobrego organizatora”.

Duża rola środowiska

Na nierówności o innym charakterze zwróciła uwagę Ewa Falkowska. Dyrektor ds. Advocacy UNICEF Polska zaprezentowała w Gdyni raport „Niesprawiedliwy start. Nierówności edukacyjne wśród dzieci w krajach wysokorozwiniętych”. Z badania wynika, że dzieci z tzw. domów uprzywilejowanych – w których zawód, wykształcenie i status materialny rodziców są wyższe – mają lepsze wyniki i osiągnięcia. Aby te nierówności redukować, należy m.in.: zagwarantować dostęp do nieodpłatnej, sprawiedliwej i dobrej jakości edukacji oraz umożliwić opanowanie przez wszystkie dzieci kluczowych umiejętności na odpowiednim poziomie.

Uczestnicy gdyńskiej konferencji zgodzili się, że z nierównościami społecznymi mamy do czynienia od zawsze, a diagnozowanie ich przyczyn jest czasami wręcz niemożliwe. Nigdy bowiem nie wiemy, co spowodowało lawinę. Dlatego tak ważna jest rola szkoły i pedagogów, którzy – jeżeli będą świadomi problemu – mogą w odpowiednim momencie zareagować i zmienić życie dziecka – a przy tym również całego społeczeństwa – na lepsze.

Konferencję „Szkoła równych szans” zorganizował zespół sektora Edukacja szkolna programu Erasmus+. W spotkaniu wzięło udział niemal 150 osób, w tym nauczyciele, decydenci oświaty i znakomici prelegenci: prof. dr hab. Marta Bogdanowicz, prof. dr hab. Maria Deptuła, prof. dr hab. Agnieszka Gromkowska-Melosik, prof. dr hab. Zbigniew Kwieciński. Więcej informacji na erasmusplus.org.pl.

Swoboda w przedszkolu? Tylko z eTwinningiem


Wysoko wykwalifikowani nauczyciele i duże zainteresowanie rodziców placówką – takie są efekty wieloletniego uczestnictwa Przedszkola nr 48 w Zabrzu w unijnym programie eTwinning. Jego cechą charakterystyczną jest nieszablonowe podejście do pracy z dziećmi

W zabrzańskiej placówce platforma eTwinning, łącząca nauczycieli z wielu państw i dająca im możliwość wymiany doświadczeń, współtworzenia projektów czy doskonalenia umiejętności zawodowych, jest stałym elementem codziennej pracy. W ciągu 10 lat przedszkole zrealizowało niemal 30 zagranicznych i krajowych inicjatyw o zróżnicowanej tematyce: od rysowania komiksów przez odtwarzanie dzieł sławnych malarzy przy użyciu materiałów dostępnych na łonie natury do wykonania ulotek na temat smogu.

– Swoboda, samodzielność, kreatywność, indywidualność – to powiela się w każdym projekcie – podkreśla Aleksandra Armada, nauczycielka z zabrzańskiego przedszkola. Właśnie słowo „swoboda” przewija się w rozmowach z pracownikami tej placówki. Pedagodzy przyznają, że doceniają proponowane przez eTwinning nieszablonowe rozwiązania, które ułatwiają im pracę z dziećmi. – Każdy nowy element wprowadza efekt zaciekawienia – dodaje Dorota Sowa, kolejna z wychowawczyń. Zajęcia prowadzone na świeżym powietrzu, nauka z wykorzystaniem najnowszych technologii czy wyjazdy są prostym sposobem na skuteczne przykucie uwagi przedszkolaków do zagadnień, które są częścią programu. – Dajemy wachlarz swobody i samodzielności, a każda nauczycielka na realizację zadań ma inny pomysł – stwierdza Jolanta Kosczielny, dyrektor przedszkola.

Nieortodoksyjne podejście zdaje egzamin i staje się wizytówką placówki. – Jeśli rodzice zapisują do nas dziecko, to zdają sobie sprawę, że realizowane są tutaj takie projekty – mówi Kosczielny. – Myślę, że ma to duży wpływ na ich decyzję.

Innowacjami z zabrzańskiego przedszkola interesują się już inne placówki oraz wydział oświaty. – Dostajemy telefony i e-maile z pytaniami, czy można się spotkać, przyjechać – opowiada dyrektor. Zaraz jednak dodaje, że najważniejsze zawsze jest dziecko. – Nie jest naszym priorytetem, by brali z nas przykład – podkreśla.

Kadra pedagogiczna Przedszkola nr 48 w Zabrzu ma wolną rękę w zdobywaniu nowych umiejętności i angażowaniu się w kolejne projekty. – Jesteśmy zachęcani do szkoleń, do używania platformy eTwinning, jesteśmy wspierani przy organizacji wyjazdów – opowiada Natalia Szczygieł, wychowawczyni. Nawet jeśli zagraniczne wyjazdy nauczycieli komplikują grafik, to w przekonaniu dyrektorki przedszkola zyski zdecydowanie przeważają. Nauczycielki – choć przyznają się do początkowych obaw i ograniczeń – podzielają to zdanie.

– Tutaj zgromadziły się osoby z pasją, które żyją tym przedszkolem, stale się doskonalą, są otwarte na nowości i przede wszystkim poszukują rozwiązań, dzięki którym dzieci będą się dobrze bawiły i stale się rozwijały – chwali swoją kadrę Jolanta Kosczielny.

Jedna z najważniejszych lekcji w życiu


Choć najczęściej kojarzona jest z prowadzeniem własnego biznesu, to można na nią patrzeć też przez pryzmat kompetencji cechujących osoby aktywne i pełne inicjatyw. Przedsiębiorczość – powinniśmy się jej uczyć od najmłodszych lat

Przedsiębiorczość w szkole powinna skupić się na wspieraniu uczniów w tym, by nauczyli się być aktywni oraz ciągle szukali nowych szans i doświadczeń. By budowali pewność siebie, zaradność, kreatywność i otwartość, które pozwolą im odnaleźć się w nowych sytuacjach. Dobrze dobrane zadania pozwolą im rozwinąć umiejętności autoprezentacji, asertywności, oceny ryzyka czy komunikacji interpersonalnej.

Mimo że przedsiębiorczość raczej kojarzy się z późniejszymi etapami kształcenia, warto zadbać o wprowadzanie jej już od najmłodszych klas. Dzięki temu rozwiną się ważne umiejętności: kreatywność, wytrwałość, pewność siebie. Dodatkowo z każdym niepowodzeniem (bo one też będą im towarzyszyć) zmniejszy się lęk przed porażką. Po kilku takich doświadczeniach uczniowie wiedzą już, że przegrana to nie koniec świata i trzeba próbować ponownie. Szkoła nie przygotuje młodych przedsiębiorców na wszelkie scenariusze, ale może dać im poczucie, że ich los leży w ich rękach.

Jak zacząć?

Uczenie przedsiębiorczości nie powinno zaczynać się od wykładu. Najlepszym sposobem jest włączenie uczniów w konkretne zadania do zrealizowania. Szkolne kiermasze, na których dzieci zbierają pieniądze na określone cele, czy znane z amerykańskich filmów stragany z ręcznie robioną lemoniadą mogą być dobrym przykładem. Dzięki takiemu podejściu dzieci będą musiały się zaangażować – bierne przyglądanie się w tym przypadku absolutnie się nie sprawdzi. Kluczem do tego będzie np. wprowadzenie elementów grywalizacji (inaczej: gamifikacji), czyli metod znanych z gier, do modyfikowania zachowań w życiu realnym. Uczniowie mogą np.: zarządzać wirtualnymi firmami z wykorzystaniem symulacji biznesowych, uczyć się negocjacji w grze planszowej (np. „Chłopska Szkoła Biznesu”) czy zarządzać finansami osobistymi, grając np. w „Cashflow”. Zgamifikować można każde szkolne zajęcia. Taka konstrukcja lekcji sprawia, że młodzież uczy się nie tylko teorii z danego przedmiotu, lecz także brania odpowiedzialności za swój proces nauki, podejmowania decyzji o wyborze zadań, pracy w zespole czy prezentowania siebie i rezultatów pracy. A to są właśnie kompetencje przedsiębiorcze.

Internet bogaty jest w ciekawe przykłady scenariuszy zajęć oraz szkoleń i webinariów. Jedną ze stron z takimi materiałami jest platforma eTwinning. Umożliwia ona nawiązanie międzynarodowej współpracy opartej na wymianie doświadczeń i wspólnym poznawaniu nowych metod, oferuje bezpłatne szkolenia rozwijające określone umiejętności, np. kurs online oraz dwudniowe seminaria szkoleniowo-kontaktowe. Nauczyciele początkujący w temacie grywalizacji mogą skorzystać z kolejnego bezpłatnego kursu online „Tydzień z gamifikacją”, dostępnego także na stronie etwinning.pl.

Korzyści dla nauczyciela

Dzięki zastosowaniu innowacyjnych materiałów w trakcie nauczania przedsiębiorczości uczniowie zwykle są bardziej zmotywowani, chętni do pogłębiania wiedzy w tym zakresie. Wykorzystanie odpowiednich narzędzi dydaktycznych, np. symulacji biznesowych, sprawia również, że zmienia się rola nauczyciela. Staje się on dla uczniów nie tylko źródłem wiedzy, lecz także doradcą, do którego młodzi ludzie chętnie się zgłaszają, by przedyskutować możliwe rozwiązania i ich konsekwencje.

Już nie biorą nas za ekoświrów


Systemy ekologiczne pozwalają chronić środowisko, by służyło też przyszłym pokoleniom. To w kontrze do upraw GMO rodem z USA, gdzie na pustynie soi wjeżdża kombajn, ale nie ma żadnego życia. Chcę, by nasi studenci dostrzegli tę różnicę – mówi dr Dominika Średnicka-Tober z SGGW, koordynatorka projektów Erasmus+

 

Ekomarchewka rzeczywiście różni się czymś od zwykłej? Czy to tylko marketing?

Nie patrzę bezkrytycznie na rolnictwo ekologiczne ani nie próbuję udowodnić, że coś jest lepsze czy gorsze. Raczej badam mechanizmy, które za tym stoją. I okazuje się, że w produktach pochodzących z ekologicznych systemów upraw rzadziej wykrywamy pozostałości środków chemicznych, np. pestycydów. To zaleta dla konsumentów, zwłaszcza kobiet w ciąży czy matek karmiących. Tu chodzi o jakość i bezpieczeństwo. Oczywiście o ile system jest szczelny, a certyfikowani rolnicy nie przekłamują i rzeczywiście nie stosują szkodliwej chemii.

I to właśnie bada Zakład Żywności Ekologicznej Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego, w którym pani pracuje?

Sprawdzamy, czy produkty z ekologicznych upraw rzeczywiście są lepszej jakości niż żywność konwencjonalna. Cztery i pół roku spędziłam w Newcastle, gdzie podsumowaliśmy wyniki wszystkich badań, które wykonano na świecie w tym zakresie. Wyszło nam, że 75 proc. owoców z produkcji konwencjonalnej zawierało wykrywalne pozostałości związków chemicznych, z produkcji eko – tylko 10 proc. Ekologiczne warzywa i owoce zawierają też średnio od 40 do 60 proc. więcej polifenoli, czyli antyoksydantów, które mają działanie prozdrowotne. Czyli wniosek jest taki: system jest szczelny.

Ale też dużo bardziej kosztowny.

Nakład siły roboczej w takich gospodarstwach jest dużo większy. Jeśli nie stosuje się chemicznych pestycydów, to konieczne jest przecież mechaniczne odchwaszczanie. Poza tym plony wciąż są niższe, więc ich wielkość trzeba rekompensować ceną produktu. Ona musi być więc wyższa, ale nie aż tak, jak widzimy to na sklepowej półce. Niestety wywindowana cena jest często narzucana przez system dystrybucji. Nadwyżkę dostaje nie rolnik, ale pośrednicy.

 To zawsze będzie raczej elitarna nisza? Czy jest szansa, by cała gospodarka przestawiła się na produkcję ekologiczną?

Patrząc na naturalność tego systemu, chciałabym, żeby przestał być niszowy. Ale biorąc pod uwagę obecny model konsumpcji, obawiam się, że to niemożliwe. Zwierzę hodowane w systemie ekologicznym żyje dłużej i lepiej. Przy dzisiejszym globalnym apetycie na mięso po prostu zabrakłoby miejsca na taką hodowlę. Ale gdybyśmy wszyscy poszli w kierunku ograniczenia spożycia produktów zwierzęcych, powszechny model eko byłby realny do wprowadzenia.

Czy produkcja żywności ma swój aspekt etyczny?

To właśnie mnie w niej zainteresowało, bo studiowałam też ochronę środowiska. Systemy ekologiczne pozwalają zachować bioróżnorodność, ograniczyć emisję gazów cieplarnianych, chronić zasoby naturalne, jakość gleby, by służyła również przyszłym pokoleniom, nie tylko nam. To wszystko w kontrze do upraw genetycznie modyfikowanych, rodem ze Stanów Zjednoczonych, gdzie ciągną się ogromne pustynie soi czy kukurydzy, na które wjeżdża kombajn, ale na których nie ma żadnego ptaka, owada, żadnego życia. To bardziej inkubator niż przyroda. Chciałabym, by nasi studenci dostrzegli tę różnicę.

 Na zajęciach się o tym nie mówi?

Nie znam programów wszystkich obecnych wykładów, ale pamiętam, że podczas moich studiów tych tematów mi brakowało. Dziś, gdy prowadzę przedmiot ekologia i ochrona środowiska, widzę, że studenci nie są świadomi tego, jak bardzo masowa hodowla zwierząt degraduje środowisko. W Zakładzie Technologii Mięsa młodzi ludzie uczą się, jak ulepszyć kotlet, by był smaczniejszy czy lepiej wyglądał, a jego produkcja była tańsza. Ale czy ktoś powie im, z jakimi stratami dla środowiska wiąże się taka wygoda? Temu właśnie służy projekt „Transformacja systemu żywnościowego w Europie poprzez międzynarodowe innowacyjne nauczanie”, realizowany przez dziewięć europejskich uczelni, w tym SGGW, dzięki programowi Erasmus+.

 Na czym polega?

Z jednej strony na tym, by właśnie przejrzeć programy przedmiotów akademickich i sprawdzić, jakie metody dydaktyczne stosują wykładowcy i czy liczy się dla nich aspekt zrównoważonego systemu produkcji żywności. Czy mają na ten temat wystarczającą wiedzę i czy z niej korzystają. W kwietniu wybrani nauczyciele z dziewięciu uczelni pojechali do Kopenhagi, gdzie wzięli udział w szkoleniu na temat agroekologii, slow food, różnych rodzajów diet i ich zalet dla środowiska. Zależy nam, by te wątki pojawiały się później na zajęciach, które prowadzą.

 Czy wykładowcy są tym zainteresowani?

Po przeprowadzeniu ankiet o programach zajęć widzimy duży odzew. Dotyczy on nie tylko zdobywania wiedzy o zrównoważonych systemach żywnościowych, ale przede wszystkim poznania innowacyjnych metod, jakimi można tę wiedzę przekazać. To drugi ważny aspekt naszego projektu.

Na czym te innowacyjne metody polegają?

Chodzi o sposób, w jaki prowadzimy wykłady. Czy robimy to, wyświetlając prezentację, czytając slajdy i biernie czekając, aż studenci przepiszą je do zeszytów, właściwie nic nie zapamiętując, czy próbujemy ich zaktywizować. Sylabus przedmiotu tego nie reguluje, mamy więc pełną dowolność. Mogę w trakcie wykładu wykorzystać tzw. clicker system i zrobić quiz, w którym cała aula, tak jak w „Milionerach”, odpowiada na pytania za pomocą swoich telefonów. Albo zachęcić studentów, by sami wyguglali jakieś pojęcie, byśmy później mogli wspólnie zweryfikować, czy to wartościowa wiedza, czy głupota. Czasem rzucam  też pytanie i otwieram dyskusję. I nagle temat zmiany klimatu czy bezpieczeństwa żywnościowego wywołuje żywe dysputy.

Taki projekt może zmienić uczelnie?

Nie liczymy, że nagle rektor wprowadzi nowoczesne metody nauczania, ale przecież uczelnię tworzą ludzie. Niestety większość wykładowców nie ma przygotowania pedagogicznego, a ich wykłady sprowadzają się do czytania slajdów. Jeśli jednak uda nam się zainspirować przynajmniej grupę, to te dobre praktyki mogą pójść dalej.

Dwa poprzednie projekty z programu Erasmus+, które pani koordynowała, czyli „Innowacyjna edukacja dla potrzeb sektora żywności ekologicznej” i „Innowacyjna edukacja dla zrównoważonego systemu żywnościowego”, były skierowane do studentów.

Wykładowcy też brali w nich udział, ale grupą docelową rzeczywiście byli studenci. Chcieliśmy dostarczyć im wiedzę i kompetencje, by lepiej odnaleźli się na rynku pracy. Sprawdziliśmy więc, czego ten rynek oczekuje. Przeprowadziliśmy ankietę wśród przedsiębiorców z sektora ekologicznego, pytając, czego oczekują od absolwentów uczelni, a więc potencjalnych pracowników.

Był więc nacisk na praktykę?

Każdy student dostał case study, w którym musiał zanalizować konkretną sytuację. Przedsiębiorca wskazywał, jaki ma problem czy jaką widzi możliwość rozwoju, a studenci proponowali mu rozwiązania. Jedna grupa studentek współpracowała z bistro, które chciało jeszcze bardziej nastawić się na ochronę środowiska. W rezultacie właścicielka tego bistro wdrożyła pomysły studentek, wprowadziła m.in. biodegradowalne sztućce i talerze czy menu z odpadków kuchennych, takich jak głąby kalafiorów czy obierki z warzyw.

Z kolei w drugim projekcie studenci stali się nauczycielami w szkole.

Tak, przygotowali wykłady związane z jakimś aspektem zrównoważonego systemu żywnościowego oraz przeprowadzali lekcje i warsztaty dla uczniów. Po pierwsze więc zwiększyli świadomość w tym względzie, a po drugie zdobyli pierwsze doświadczenie w nauczaniu. W obecnym projekcie skupiamy się jednak na wykładowcach, bo dzięki temu jego zasięg będzie dużo większy.

 Czyli jak zawsze wszystko zależy do ludzi?

Widzimy, że zainteresowanie przedmiotami dotyczącymi żywności ekologicznej na uczelni rośnie i coraz więcej studentów chce uczestniczyć w takich zajęciach. W każdej grupie znajdzie się ktoś, kto jest entuzjastą tego tematu i rezygnuje z mięsa bądź zmniejsza jego spożycie. Jednocześnie interesuje się też ograniczeniem marnotrawstwa żywności, produkcji plastiku i jednorazowych opakowań. To wciąż pojedyncze osoby, ale widać, że grupa uważa ich postawę za potrzebną. Już nie biorą ich za ekoświrów.