Bliżej młodzieży – bliżej przyszłości


W wielu regionach właśnie się zakończyły albo trwają ostatnie prace przy aktualizacji strategii rozwoju na kolejne lata. Perspektywa czasowa, którą obejmuje taka strategia, często sięga do roku 2030. Tak jest m.in. w województwie małopolskim, pomorskim czy świętokrzyskim. Dziesięć lat do przodu! Niewątpliwie bardzo trudno jest planować przyszłość regionów w dynamicznie zmieniającej się rzeczywistości. Może rozsądnym byłoby kreować strategie przyszłości wspólnie z młodzieżą?

Depopulacja. Migracja. Zmiany klimatyczne i kryzys ekologiczny. Postęp technologiczny. Coraz niższy poziom zaufania społecznego. To tylko nieliczne problemy, z którymi będą musiały zmierzyć się regiony w nadchodzącej dekadzie. Jeśli powiążemy to z krajowymi i światowymi prognozami, według których w ciągu najbliższych kilkunastu lat zniknie ok. 40 proc. obecnie wykonywanych zawodów, to przyszłość rysuje się w ciemnych barwach. Gdybym była marszałkiem jakiegoś województwa, odpowiedzialnym za aktualizację regionalnej strategii rozwoju, miałabym powód do zmartwień. Co bym zrobiła? Myślę, że pierwsze swoje kroki skierowałabym ku młodzieży. Zapytałabym, co dla niej jest ważne. Czym teraz się zajmuje i jak widzi swoją przyszłość? Jakie ma obawy i potrzeby dotyczące przyszłości? Zadbałabym, aby przedstawiciele młodzieży – np. w postaci stowarzyszeń czy młodzieżowych rad – zaangażowali w tworzenie planów rozwoju. A gdyby budżet na to pozwolił, zleciłabym dokładne badania w tej grupie wiekowej, chcąc mieć jak najszerszy obraz. Nie zadowoliłabym się wiedzą od moich nastoletnich dzieci.

Zapewne nie od razu udałoby mi się znaleźć rozwiązania wszystkich problemów, ale na pewno czułabym się bardziej przygotowana do planowania przyszłości swojego regionu. Ktoś wskazałby mi kierunek – doradził, jak trafić w tarczę oddaloną o 10 lat. Będąc bliżej młodzieży, byłabym bliżej jej przyszłości.

Jeśli jesteś młodym aktywistą – sprawdź! Może w twoim województwie jeszcze nie jest za późno, aby wyrazić swoją opinię na temat strategii rozwoju. Warto pojawiać się na spotkaniach konsultacyjnych, w grupach roboczych lub w czasie konferencji. A jeśli czytasz ten artykuł i jesteś odpowiedzialny za proces tworzenia strategii – to ważne, byś zaprosił młodych ludzi do rozmowy i poznał ich codzienność.

Szybko może się okazać, że to, co sobie wyobrażałeś o młodzieży i jej potrzebach, zupełnie mija się z tym, co ta młodzież mówi.

EMOL – jak to działa?


Mamy dobre wieści dla beneficjentów. Dokumenty Europass Mobilność zdobędziesz o wiele szybciej!

1 października 2019 r. wystartował EMOL – nowy system wydawania dokumentów potwierdzających zagraniczną mobilność. Od tej pory cały proces przebiega w trybie online. Aplikacja jest prosta w obsłudze, co znacznie skraca czas uzyskania dokumentów. W ciągu trzech miesięcy od uruchomienia platformy EMOL otrzymało je ponad trzy tysiące uczestników zagranicznych wyjazdów edukacyjnych.

Od czego zacząć?
Rejestracja konta i logowanie do systemu odbywa się na emol.frse.org.pl. Przed rozpoczęciem pracy warto zapoznać się z instrukcjami opracowanymi przez Krajowe Centrum Europass (KCE). Szczegółowy poradnik oraz fi lm instruktażowy zamieszczone są na europass.org.pl. Za przygotowanie dokumentów dla grupy odbywającej mobilność odpowiada koordynator projektu.

Krok po kroku
Proces tworzenia dokumentu odbywa się w czterech etapach:
» przygotowanie danych instytucji wysyłającej i przyjmującej,
» opracowanie zestawu kompetencji, uwzględniającego wykonywane w trakcie wyjazdu czynności oraz nabyte umiejętności (zawodowe, językowe, technologiczne, społeczne czy organizacyjne),
» wprowadzenie danych osobowych uczestników mobilności,
» załączenie podpisu koordynatora/pieczęci instytucji wysyłającej.

Co nowego?
Największym udogodnieniem dla beneficjentów jest niewątpliwie możliwość cyfrowego dodania podpisu. Służy do tego proste narzędzie, za pomocą którego załączymy podpis z pliku graficznego. Warto pamiętać, aby rozmiar pliku nie przekraczał 2 MB. W każdej chwili jakość podpisu możemy sprawdzić na podglądzie dokumentu w formacie PDF.

Wygenerowany przez organizację wysyłającą dokument przesyłany jest do Krajowego Centrum Europass. Po akceptacji KCE certyfikat kierowany jest pocztą elektroniczną do partnera przyjmującego. Po załączeniu przez niego podpisu/pieczęci dokument trafi a ponownie do KCE, gdzie następuje zatwierdzenie całego procesu.

Ostatecznym potwierdzeniem walidacji dokumentu jest nadanie mu kodu QR. Autentyczność dokumentu sprawdzić można za pomocą smartfona. Jedyne, czego potrzeba, to aplikacja skanująca kody QR. Dokumenty Europass Mobilność w wersji elektronicznej można wydrukować i wręczyć uczestnikom wyjazdu.

Projekt to coś więcej niż wniosek


Aby sens realizacji przedsięwzięcia był jasny i zrozumiały dla oceniających, ważne jest, żeby jego koncepcja i zaplanowane działania wynikały z dobrej diagnozy potrzeb i wskazywały wyraźnie potrzebę jego dofinansowania

Planowanie projektu jest zadaniem, które w każdej organizacji przebiega w inny sposób, w zależności od wypracowanych metod działania, wcześniejszych doświadczeń oraz wiedzy i umiejętności zespołu. W zależności od instytucji ogłaszającej konkurs i dokonującej oceny różnią się też same wnioski. W niemal każdym jednak oczekuje się od wnioskodawców, aby zachowana została podstawowa logika, obejmująca kluczowe dla oceny projektu elementy, składające się na zasadność realizacji przedsięwzięcia w proponowanej przez wnioskodawcę postaci.

Oczywistość nie wystarczy
Zasadność ta to nie tylko dochowanie obowiązku wypełnienia treścią poszczególnych rubryk. Chodzi o taki kształt wniosku, który umożliwi ocenę tego, co de facto ma być przedmiotem i celem projektu, a także wynikających z tego celu działań i spodziewanych efektów. Projekt to również koncepcja tego, jak ma być on wdrażany, w tym także charakterystyka kosztów jego realizacji, które powinny być współmierne do zakresu spodziewanych korzyści i skali związanych z tym działań. Co jednak szczególnie istotne, aby sens realizacji projektu był jasny i zrozumiały, ważne jest, aby cała jego koncepcja wraz z przewidzianymi do realizacji działaniami wynikały z dobrej diagnozy potrzeb i wskazywały wyraźnie potrzebę jego dofinansowania.

Mimo że wiele problemów stanowiących podstawę podejmowania działań projektowych wydaje się dla wnioskodawców oczywistych, sama oczywistość w potocznym rozumieniu nie jest wystarczającym potwierdzeniem potrzeby realizacji projektu. „Przypadłość” ta dotyczy w równym stopniu mniej doświadczonych organizacji, jak i doświadczonych podmiotów. Zwłaszcza w przypadku tych drugich może być to szczególnie dla nich samych zwodnicze, gdyż często opierają one własne przekonanie o sensie realizacji projektu na budowanym przez lata potencjale merytorycznym i organizacyjnym, co ma stanowić według nich wystarczającą rekomendację do realizacji działań.

Doświadczenie samo w sobie jest zapewne bardzo cenne, bo zwiększa szansę prawidłowego przebiegu i rozliczenia projektu. Dla projektu nie jest jednak tak naprawdę kluczowe. Najważniejsze jest, na ile projekt wpisuje się w realny, uzasadniony zakres potrzeb, wynikający z wcześniej zdiagnozowanego problemu. Tak więc nawet najlepiej zaprezentowana logika i przemawiająca za nią argumentacja nie zwalniają z obowiązku zachowania należytej staranności w odpowiednim uzasadnieniu potrzeby realizacji projektu.

Niestety, w wielu projektach organizacje aplikujące nie wykazują tej staranności, również w stosunku do innych kluczowych dla oceny merytorycznej projektu elementach. Nierzadko dobra jakość pewnych elementów wniosku zostaje „zneutralizowana” słabością innych. Wnioskodawcy jakby zapominali, że osoby dokonujące oceny wniosku badają podstawową logikę i spójność projektu.
Tymczasem istnieje wiele sposobów na uzasadnienie potrzeby realizacji projektu. Wnioskodawca może np.:
> nawiązać do pozytywnych efektów realizacji podobnych inicjatyw realizowanych w innym miejscu (oczywiście przy zachowaniu zasad porównywalności warunków, w jakich projekt był wdrażany),
> przeprowadzić własną diagnozę problemu z wykorzystaniem badań ilościowych (np. badania ankietowe z grupami docelowymi) lub jakościowych (np. wywiady pogłębione, grupy fokusowe, obserwacje współuczestniczące),
> przeprowadzić warsztaty z grupami, do których projekt jest kierowany; mogą to być również warsztaty lub wywiady z ekspertami i specjalistami z danej dziedziny,
> powołać się na własne wcześniejsze doświadczenie w realizacji podobnego rodzaju inicjatyw, oczywiście jeśli są one adekwatne pod względem merytorycznym do rodzaju zaplanowanych w projekcie działań, wskazując np. na to, że określone problemy narastają i wymagają interwencji zaś dany projekt daje szanse na ich minimalizację.
> wykorzystać dane, analizy, opracowania, diagnozy, raporty, które wskazywałyby na rodzaj i skalę problemu stanowiącego przyczynek do realizacji przedsięwzięcia w stosunku do grupy, która ma być odbiorcą działań.

Wnioskodawcy powołują się często na dane zebrane na poziomie krajowym lub regionalnym (np. dotyczące wykluczenia społecznego młodzieży czy niepełnosprawności). Nie biorą pod uwagę, że występowanie danego problemu może być zróżnicowane terytorialnie (nawet w obrębie jednego powiatu, a co dopiero w przypadku całego województwa lub kraju). Zawsze warto brać pod uwagę skalę i nasilenie problemu.

Trzeba też pamiętać, że w projektach Erasmus+ mamy do czynienia z partnerstwami, stąd analiza statystyczna – jeśli jest wykorzystywana – powinna odnosić się również do danego problemu w krajach partnerskich. Nie stoi to w sprzeczności z analizą problemu na tle lokalnych czy regionalnych uwarunkowań – problem może istnieć w skali międzynarodowej czy globalnej, ale jego nasilenie może być różne. Determinuje to wybór odpowiedniej skali działań.

Praktyka wskazuje, że dobrze jest w uzasadnieniu projektu wykorzystać różne źródła, np. warsztaty z grupami docelowymi plus analizę danych, gdyż pozwala to na uzyskanie pełniejszego obrazu sytuacji problemowej w danym zakresie.

Konsekwencją prawidłowego uzasadniania potrzeby realizacji projektu powinno być wykazanie niebudzącej żadnych wątpliwości potrzeby realizacji działań projektowych, możliwości zaspokojenia potrzeb grupy docelowej, a także zakresu wynikających z niego korzyści, oczywiście zgodnie z celami programu i – w przypadku Erasmus+ – odpowiednich Akcji.

Gdy cel rozmija się z rezultatem
Cel projektu jest logiczną konsekwencją wcześniejszej diagnozy problemu. Cel główny projektu to zdefiniowanie trwałych korzyści, które np. w Akcji 2. programu Erasmus+ Młodzież przyjmą postać innowacyjnych rozwiązań lub będą stanowić efekt wymiany dobrych praktyk i pogłębienia współpracy. W Akcji 1. będą to trwałe korzyści, których bezpośrednimi użytkownikami będą młodzież (wymiana młodzieży) i osoby z nią pracujące (tutaj młodzież też jest pośrednio beneficjentem – w wyniku podniesienia kompetencji osób z nią współpracujących).

Specyfika projektów w poszczególnych Akcjach Erasmus+ jest różna – stąd i sposób formułowania celów będzie się różnił. Zawsze jednak stanowią one główny punkt odniesienia zarówno dla autorów przygotowujących projekt, jak i dla osób go oceniających. Oprócz głównego, nadrzędnego celu projektu warto zidentyfikować kilka (ale nie za dużo) celów szczegółowych, które dokładnie określać będą, do czego realizacja projektu ma prowadzić.

Jak formułować cele? Na różnego rodzaju szkoleniach dla wnioskodawców powtarza się jak mantrę: w taki sposób, by były skonkretyzowane, realistyczne, możliwe do osiągnięcia, mierzalne i określone w czasie. Częsty błąd wnioskodawców sprowadza się do formułowania celów w postaci zadań, ogólnie sformułowanych zamierzeń, oczekiwań lub postulatów. Taka konstrukcja celów ogranicza możliwość późniejszej oceny stopnia ich realizacji i może stanowić podstawę obniżenia punktacji na etapie oceny. Jak bowiem będzie można ocenić efekty projektu, gdy nie do końca wiadomo, co ma świadczyć o jego sukcesie?

Ze stawianymi celami wiążą się nie tylko działania, ale także rezultaty oraz opisujące je wskaźniki, które mają pokazać, czy zakładane cele zostały osiągnięte. Rezultat jest konsekwencją postawionego celu i zaplanowanych działań. Rozmijanie się postawionych celów z rezultatami, do których realizacja projektu ma prowadzić, to częsty przykład niekonsekwencji wnioskodawców, traktujących projekt w kategoriach konieczności wypełnienia pól we wniosku.

Projekt to wyraz pewnej intencji działania, w której każdy element powinien być powiązany z innym, będąc spójną, logiczną koncepcją działań opartych na racjonalnej, obiektywnej diagnozie rzeczywistych problemów i wynikających z nich potrzeb, przy zachowaniu odpowiedniej proporcji między nakładami i spodziewanymi do uzyskania efektami, których siła oddziaływania nie kończy się wraz z terminem zakończenia jego realizacji. W projektach Erasmus+ główne efekty to w istocie pewne zmiany, które mają zajść wśród młodzieży w sferze wiedzy, umiejętności czy postaw. Różnią się jedynie sposoby dojścia do tych efektów. W Akcji 1. są to działania bezpośrednio skierowane do młodzieży lub pracujących z nią osób, zaś w Akcji 2. i 3. są to pewne nowe rozwiązania czy zmiany systemowe, które – choć pośrednio – również na młodzież oddziałują.

Konrad Rokoszewski – doktor nauk o zarządzaniu, autor ponad 60 publikacji naukowych i praktycznych z dziedziny zarządzania, rozwoju lokalnego, partycypacji społecznej, innowacji społecznych i innych. Ekspert ds. innowacji społecznych, dydaktyk z ponad dwudziestoletnim doświadczeniem, obecnie zatrudniony w Państwowej Uczelni im. Stefana Batorego w Skierniewicach. Ekspert w programach krajowych i unijnych, posiadający doświadczenie w realizacji ponad 30 projektów w roli autora, koordynatora, realizatora i wykonawcy. Trener, doradca biznesowy, wiceprezes dwóch organizacji pozarządowych realizujących projekty edukacyjne i społeczne, w tym Stowarzyszenia Oświatowego Edukator w Łodzi.

Kaffi


Zaraz po ukończeniu studiów przez pewien czas mieszkałam w Islandii – uczyłam tam w jednej ze szkół muzycznych. Epizod islandzki miał poprzedzić egzaminy wstępne na moje studia podyplomowe w Paryżu, zaplanowałam więc, że połączę pracę z ćwiczeniem, a wyspę będę zwiedzać, gdy wygospodaruję nieco czasu wolnego. Stąd ogromnie się ucieszyłam, kiedy dostałam plan zajęć. Zgodnie z nim od poniedziałku do piątku od 14.00 do 15.00 przypadała „Kaffi”. To była obiecująca zapowiedź: jeszcze jedna godzina, którą mogłam przeznaczyć na ćwiczenie na flecie!

Nie poszłam na spotkanie pierwszego dnia, odpuściłam sobie „Kaffi” również dnia drugiego i trzeciego, zyskany czas przeznaczając na intensywne ćwiczenie. Czwartego dnia o 14.05, kiedy właśnie się rozkręcałam, rozległo się pukanie do drzwi – stał w nich dyrektor szkoły. Niskim i spokojnym, ale zdecydowanie mało entuzjastycznym tonem oznajmił mi, że przychodzi w imieniu wszystkich nauczycieli. I prosi mnie do pokoju nauczycielskiego. Czekali tam już wszyscy nauczyciele i dyrektor przemówił w ich imieniu. Okazało się, że „Kaffi” to nie czas wolny: to godzina specjalnie wydzielona dla nauczycieli – czas na wspólne rozmowy przy kawie i krakersach.

I już do końca mojej pracy w tej islandzkiej szkole chodziłam na „Kaffi”, bo przecież i ja byłam częścią małej, zaledwie pięcioosobowej, szkolnej społeczności. Choć moja obecność na tych kawowych spotkaniach była intelektualnie więcej niż skromna (podczas rozmów ograniczałam się do kiwania głową i rzucania raz po raz Jæ, jæ, co oznacza mniej więcej: „Właśnie tak”, „No cóż…”, „Ach!”, „Ojej!”, „Racja!”), zrozumiałam, że wspólna codzienna kawa jest po to, by pielęgnować więzi łączące to grono.

Oczywiście można by dyskutować, że – owszem – islandzcy nauczyciele mogą spotykać się na codziennej „Kaffi”, bo mają czas. Bo lepiej zarabiają i nie muszą pracować na kilku etatach jednocześnie, bo – wreszcie – ich pokój nauczycielski wygląda nie jak popegeerowska świetlica, ale raczej jak ekskluzywny salon, na dodatek z pełnym wyposażeniem AGD.

Ale można też inaczej: spotykają się, bo chcą, bo szanują się nawzajem, bo nie widzą nic nieodpowiedniego w tym, że popołudniową kawę piją razem dyrektor, pracownik i stażysta. A w końcu: wspólnie spędzają czas po to, żeby pracować efektywniej. Zbyt idealistyczne jak na warunki polskiej edukacji? To spróbujmy nie codziennie, nie raz na tydzień, ale na przykład raz na semestr. Albo chociaż w okresie przedświątecznym. I w zasadzie byłoby to idealne zakończenie felietonu w grudniu, miesiącu co do zasady nieco innym niż pozostałe w roku, prawda? Jest jednak pewien myk: sceptykom „Kaffi” w polskich realiach edukacyjnych mocnego argumentu dostarcza islandzkie prawo, które zakłada, że przy ośmiogodzinnym dniu pracy pracownikowi należy się 35-minutowa, oczywiście płatna, przerwa na „Kaffi”.

Prof. dr hab. Ewa Murawska – wykładowca Akademii Muzycznej im. I.J. Paderewskiego w Poznaniu, prezes Fundacji Eve&Culture, dyrektor Polsko-Norweskiego Centrum Kultury w Poznaniu. Tytuł profesora
zwyczajnego odebrała od prezydenta RP w maju 2019 r., przed skończeniem 40 lat.

Ludzie, którym się chce


Swoje święto – Międzynarodowy Dzień Wolontariusza – mieli 5 grudnia, ale pamiętać o nich warto przez cały rok. W Europie zajętej konsumowaniem każdy człowiek gotowy zrobić coś bezinteresownie jest na wagę złota

Biały van oklejony kolorowymi literami. Układają się w napis „Jazda z pomysłami”. Z Wrocławia rusza do wiosek i małych miasteczek na Dolnym Śląsku. W środku są młodzi ludzie z Hiszpanii, Portugalii czy Turcji. Odwiedzają mieszkańców, którzy nigdy w życiu nie byli za granicą, a świat poznają z telewizora. Spotykają się z nimi, uczą ich angielskiego, pokazują zdjęcia, poznają się wzajemnie. W Krakowie przecierają oczy ze zdumienia. Młodzi – Włoch i Portugalczyk – opowiadają Polakom o naszej historii, od rozbiorów po czasy PRL-u. Wygrzebują nieznane fotografie, grają w „Kolejkę”, czytają Normana Daviesa i często zawstydzają swoją historyczną wiedzą dorosłych Polaków. W Mińsku Mazowieckim, 45 km od Warszawy, dwudziestoparolatkowie z Europy poznają swoje „polskie” rodziny. To do nich wpadają na barszcz, pierogi i kapustę. Czasem wyskoczą wspólnie do kina, na basen albo pobawić się na koncercie.

Program dla młodych
Co ich łączy? Są wolontariuszami, którzy przyjechali do Polski na kilka miesięcy i chcą ten czas maksymalnie wykorzystać. Mogą zdobyć nowe doświadczenie, poznać lepiej Polaków i rówieśników z innych państw, szlifować język angielski, a przy okazji pomóc potrzebującym. Nie zarabiają pieniędzy, bo nie o to chodzi, ale mają zapewniony nocleg i wyżywienie. Biorą udział w Europejskim
Korpusie Solidarności (EKS). To nowa inicjatywa Komisji Europejskiej, skierowana do osób w wieku od 18 do 30 lat oraz organizacji, które ich zapraszają. Tym pierwszym pomaga w rozwijaniu umiejętności interpersonalnych, zdobywaniu wiedzy i rozwoju zawodowym. Organizacje zaś – głównie te zajmujące się aktywizacją seniorów, osób wykluczonych i niepełnosprawnych oraz studentów i młodzieży – mogą korzystać z pomocy zagranicznych wolontariuszy. Korzyści są obopólne, bo chodzi o budowanie solidarności w całej Europie. Do końca 2020 r. na finansowanie działań Korpusu przewidziano 376,5 mln euro. Do tej pory z programu skorzystało ponad 60 tys. młodych osób.

Za funkcjonowanie Europejskiego Korpusu Solidarności odpowiada w Polsce Fundacja Rozwoju Systemu Edukacji. To ona co roku zaprasza koordynatorów z organizacji, które otrzymały dofinansowanie, na specjalne spotkania. W 2019 r. odbyło się ono w Serocku.

Wsparcie innych koordynatorów
– Z tego rodzaju spotkań wracam zwykle z niezwykłą energią, bo wiem, że nie jestem sam ze swoimi problemami – mówi Jakub Kurakiewicz, jeden z uczestników zjazdu. Działa w stowarzyszeniu Tratwa we Wrocławiu, które organizuje m.in. projekt „Jazda z pomysłami”. Relacje z innymi koordynatorami nazywa przyjaźnią. – Zawsze jest ktoś, do kogo mogę zadzwonić. Wszyscy mamy podobne doświadczenia i sobie pomagamy – docenia Jakub Kurakiewicz.

Podczas kilkudniowego zjazdu w Serocku koordynatorzy projektów realizowanych w ramach EKS mogli w niewielkich grupach wymieniać się doświadczeniami, opowiadać o swoich działaniach, ale także dowiedzieć się od trenerów, jak wspierać wolontariuszy w sytuacjach kryzysowych i rozwiązywać konflikty. Było też sporo praktycznych wskazówek dotyczących wypełniania kwestionariuszy i dokumentów niezbędnych przy realizowaniu projektów.

– To bardzo dobrze, że raz w roku spotykamy się, by rozmawiać o aktualnych trudnościach w naszej pracy, ale też chwalić się sukcesami – opowiada Eliza Bujalska, prezeska Fundacji Rozwoju Międzykulturowego EBU, która propaguje wiedzę o różnych kulturach, promuje wolontariat i aktywizuje do działania lokalną społeczność. – Nasze projekty trwają czasem nawet 10–12 miesięcy. Dla młodych wolontariuszy z zagranicy to kawał czasu, który spędzają w innym kraju, bez bezpośredniego kontaktu z bliskimi. Dlatego potrzebują naszej pomocy. Nie zawsze wiemy, co robić. A na spotkaniach z innymi koordynatorami dostajemy ogromne wsparcie poparte doświadczeniem, którego nie znajdziemy w żadnym podręczniku psychologicznym – wyjaśnia Eliza Bujalska.

Babcia uczy polskiego
W Serocku Eliza pochwaliła się innym uczestnikom zjazdu małym sukcesem. W swojej organizacji wprowadziła tzw. rodziny mentorskie dla zagranicznych wolontariuszy. – W podstawie programu jest zapisane, że każdy z nich może liczyć na wsparcie mentora, młodej osoby, która pomoże mu załatwić na miejscu podstawowe sprawy, jak zakupy, wizytę u lekarza czy pójście na basen. W naszej organizacji zostało niewielu młodych ludzi, bo większość po skończeniu szkoły wyjechała na studia do Warszawy. Dlatego pojawił się pomysł z rodziną mentorską – wyjaśnia. – To może być mama, tata, dziecko czy babcia, którzy zaproszą wolontariusza co jakiś czas do siebie do domu na obiad, opowiedzą mu o tym, co dzieje się w polityce, w miasteczku, może porozmawiają o historii. To jest doskonała okazja dla obu stron, żeby nawiązać kontakt i budować sieć wsparcia dla naszego gościa z zagranicy – dodaje koordynatorka.

Jak zaznacza, kłopotów z dogadaniem się między członkami rodziny mentorskiej a przyjezdnym nie ma. – Nikt nie zna dobrze języka drugiej strony, a mimo to udaje im się porozumieć. Nagle rodzą się świetne pomysły: babcia mówi wolno i wyraźnie po polsku, dzięki czemu wolontariusz może przyswoić sobie nasze podstawowe słowa. Równie dobrze sprawdza się język migowy. Czasem też nastolatek, który już mówi po angielsku, łapie kontakt z wolontariuszem i znajdują wspólne tematy – mówi Eliza Bujalska.

Grek wraca do Szczecina
Zagranicznych wolontariuszy goszczą też w Szczecinie. W ramach Europejskiego Korpusu Solidarności miasto to odwiedzili m.in. młodzi ludzie z Ukrainy, Gruzji, Hiszpanii, Niemiec, Rumunii czy Grecji. Opiekuje się nimi Ewelina Sobecka ze stowarzyszenia Polites. Razem z podopiecznymi aranżuje koncerty, festiwale czy warsztaty dla przyszłych wolontariuszy. – Staramy się docierać do uczniów, studentów, niepełnosprawnych, seniorów bez względu na ich wykształcenie, doświadczenie czy status materialny. Takie jest założenie programu – wyjaśnia Ewelina Sobecka. Jako przykład podaje historię młodej dziewczyny z bardzo poważną wadą wzroku, która pojechała do Portugalii właśnie jako wolontariuszka. – Sama nie byłaby w stanie się tam poruszać. Jej wyjazd był możliwy dzięki temu, że wyjechała z nią nasza koleżanka. Tak działa ten program – podkreśla Ewelina Sobecka.

Jednym z wolontariuszy, który przyjechał do stowarzyszenia Polites, jest chłopak z Grecji. – On był już wcześniej w Szczecinie w ramach wymiany studenckiej Erasmus. Tak mu się spodobało, że postanowił wrócić do Polski. Skończył medycynę i czeka u siebie w kraju w kolejce, żeby dostać się na praktyki. Marzy, by zostać lekarzem. Mówi, że kontakt z drugim człowiekiem pomoże mu się w przyszłej karierze – opowiada koordynatorka.

Dobrych ludzi jest więcej
Alicja Szpot na zjeździe koordynatorów w Serocku czuje się jak w domu: – Zajmuję się wolontariatem od 20 lat. Realizowałam mnóstwo międzynarodowych projektów, jeszcze zanim programy europejskie weszły do Polski. Widzę od tego czasu ogromne zmiany. Koordynatorzy bardzo się zmienili. Są zdecydowanie bardziej profesjonalni, mają ukończone specjalistyczne szkolenia, wiedzą, jak rozwiązywać konflikty, jak zarządzać zespołami, i są mocno zaangażowani w swoją pracę, nie liczą godzin poświęcanych innym ludziom – przekonuje.

Alicja pracuje w krakowskim Centrum Kultury Dworek Białoprądnicki. – Organizujemy imprezy muzyczne, warsztaty, mamy pracownie edukacyjne, muzyczne, taneczne, plastyczne – opowiada. Od kilku lat centrum bierze też udział w unijnych programach, także w Europejskim Korpusie Solidarności. Alicja Szpot jest dumna ze swoich podopiecznych. – Nasi wolontariusze, Włoch i Portugalczyk, zorganizowali dla mieszkańców Krakowa i okolic warsztaty dotyczące historii Polski – od rozbiorów po czasy PRL-u. Mieli wystarczająco dużo czasu, żeby się do tego dobrze przygotować. Żartują, że teraz są w stanie poprowadzić wykłady uniwersyteckie na temat naszej historii. Warsztaty okazały się strzałem w dziesiątkę – cieszy się.

Koordynatorka z Krakowa przyznaje, że praca z wolontariuszami bywa trudna, bo młodzi Europejczycy w ciągu ostatnich 20 lat mocno się zmienili. – Dla części z nich wolontariat to turystyka. Zdarzają się wolontariusze nastawieni na zabawę, mało odpowiedzialni czy wręcz roszczeniowi. Ale na szczęście dotyczy to niewielkiej grupy. Nasze spotkania z innymi koordynatorami utwierdzają mnie w przekonaniu, że młodych, fajnych ludzi jest znacznie więcej – dodaje.

Fachowcy wystąp!


Po wielkim sukcesie w konkursie WorldSkills w Kazaniu Fundacja Rozwoju Systemu Edukacji nie zwalnia tempa. Trwają poszukiwania młodych, zdolnych zawodowców, którzy pojadą reprezentować nasz kraj w Grazu podczas EuroSkills 2020

Światowe konkursy umiejętności zawodowych niosą ze sobą wiele korzyści. Dla zawodnika to przede wszystkim możliwość podniesienia kompetencji zawodowych przez rywalizację z najlepszymi z całego świata. To również miesiące przygotowań pod okiem specjalistów i trenerów, testowania najnowocześniejszych urządzeń czy wyjazdów na zagraniczne konkursy oraz szkolenia. To także doskonała okazja do nawiązania współpracy z przyszłymi pracodawcami oraz poznania najwybitniejszych ekspertów w kilkudziesięciu branżach, ze środowiska zarówno naukowego, jak i biznesowego. Szkołom i instytucjom partnerskim konkursy WorldSkills i EuroSkills otwierają zaś możliwość współpracy i budowania partnerstw edukacyjno-branżowych, które mogą stać się początkiem wielu projektów.

Polska drużyna przetarła ścieżkę dla przyszłych uczestników, biorąc udział w konkursie EuroSkills 2018, skąd przywiozła medal doskonałości w gotowaniu, oraz w światowym konkursie WorldSkills 2019, gdzie zdobyła srebrny medal w tej samej konkurencji. Inicjatywa ma jednak znacznie szerszy zakres: podczas EuroSkills 2020 rozegrane zostaną aż 43 konkurencje. Zawodowcy rywalizować będą w sześciu obszarach zawodowych: technologia informacji i komunikacji, technologia budownictwa, usługi społeczne i osobiste, produkcja i inżynieria, sztuka i moda, a także transport i logistyka. Wśród konkurencji znajdziemy m.in.:technologię mody, florystykę, stolarstwo, mechatronikę, projektowanie stron internetowych, czy malowanie i dekorowanie ścian.

Działający w FRSE zespół WorldSkills Poland od wielu miesięcy bierze udział w konkursach branżowych organizowanych w Polsce, szukając najbardziej ambitnych i zmotywowanych uczniów. W branżach, w których takich konkursów brakuje, zespół stara się dotrzeć do młodych talentów przez beneficjentów programu Erasmus+, stowarzyszenia, organizacje branżowe i partnerów biznesowych. Właśnie dzięki współpracy z biznesem we wrześniu 2019 r. zorganizowano krajowe eliminacje do konkursu EuroSkills 2020 w konkurencji gotowanie. Podczas największych targów gastronomicznych Polagra Gastro w Poznaniu do rywalizacji przystąpiło 10 młodych kucharzy, wyłonionych spośród prawie 40 kandydatów. Do oceny polskich zawodników zaproszono jury z Polski, Wielkiej Brytanii, Węgier, Finlandii, a także Rosji (to właśnie uczeń rosyjskiego eksperta zdobył w tym roku złoty medal w gotowaniu). Ponadto udało się już wyłonić zawodników do kilku innych konkurencji, takich jak: florystyka, stolarstwo, meblarstwo, układanie parkietów, technologia samochodowa czy technologia pojazdów rolniczych.

Budowanie polskiej kadry na WorldSkills jest łatwiejsze dzięki szerokiemu odzewowi ze strony poszczególnych branż. Wystawienie zawodnika w danej konkurencji zależy w znacznej mierze od możliwości i zaangażowania partnerów, którzy udostępniają niezbędne materiały do szkoleń. Z perspektywy sponsorów konkurs to doskonała okazja, żeby zbliżyć się i poznać rynek młodego pracownika oraz wypromować zawód na prestiżowym wydarzeniu. To właśnie dlatego konkursy WorldSkills i EuroSkills od prawie 70 lat cieszą się tak dużym wsparciem biznesu.

Do EuroSkills 2020 pozostał niespełna rok, ale to najbliższe miesiące wyłonią młodych, wybitnych pasjonatów swoich zawodów, którzy będą się szkolić pod okiem mistrzów i sprawdzą swoje umiejętności, rywalizując z najlepszymi na całym świecie. W konkursie EuroSkills mogą wziąć osoby pomiędzy 18. a 25. rokiem życia, posługujący się językiem angielskim na poziomie komunikatywnym. Poza ponadprzeciętnymi zdolnościami w swojej dziedzinie kandydaci powinni wykazywać się wytrwałością i odpornością na stres i presję. Podczas trwających trzy dni zawodów będą zdani tylko na siebie, a zasady konkursu są restrykcyjnie pilnowane przez sędziów i ekspertów. FRSE dokłada wszelkich starań, aby przygotować zawodnika oraz jego trenera jak najlepiej: zespół WorldSkills organizuje m.in. szkolenia i międzynarodowe treningi.

Udział w konkursach WorldSkills i EuroSkills to niepowtarzalna okazja do sprawdzenia swoich umiejętności, zdobycia nowych doświadczeń i przetarcia szlaków w kolejnych konkurencjach, a co za tym idzie – otwarcia nowego rozdziału w najbardziej prestiżowym konkursie umiejętności zawodowych na świecie.

Znajomi mi mówią: spolszczyłeś się


Zwykle jestem pewien swoich decyzji, ale z Erasmusem w Białymstoku to był jednak przypadek. Dzięki temu nauczyłem się, że trzeba być otwartym na to, co przynosi nam los. Gdybym się zamknął, to przegapiłbym szansę – mówi tancerz, reżyser i choreograf Santi Bello*

Przejrzałam twojego Instagrama. Zdjęcia z wakacji na Teneryfie: słońce, bezchmurne niebo, lazurowe morze. Dlaczego tu wracasz?
Właśnie ostatniego lata się zastanawiałem, czy jednak nie odpuścić powrotu do Polski. Ale wróciłem, bo tu jest moje życie, moja praca, którą bardzo lubię, możliwości. Choć na Teneryfie rzeczywiście żyje się trochę inaczej.

Ludzie są inni?
Bardziej otwarci, chyba milsi.

Polacy nie są mili?
Na pewno są mniej otwarci, zwłaszcza gdy zaczyna się zima. Robi się buro, brakuje słońca, wszyscy zamykają się w sobie. Zresztą mam to samo. Po kilku miesiącach zimy staję się mrukiem.

W Polsce twój temperament się zmienia?
Najwyraźniej. Nawet znajomi z Hiszpanii mówią mi, że się spolszczyłem.

Co to znaczy?
Jak przystało na Hiszpana, jestem bardzo ekstrawertyczny. Zawsze mówiłem wszystko, co myślałem. Nawet nie zastanawiałem się, czy może to kogoś urazić, zranić, po prostu zakładałem, że jeśli będę szczery i otwarty, to sytuacja będzie jaśniejsza. W Polsce muszę być bardziej dyplomatyczny, zwracać uwagę na to, co mówię i jak mówię. Na przykład w kontaktach z sąsiadami z mojej kamienicy. Niektórzy z nich traktują mnie trochę inaczej, bo jestem obcokrajowcem.

Co takiego robią?
Myślą, że skoro nie jestem Polakiem, to nie mam pojęcia o życiu w Polsce. A ja mieszkam tu już siedem lat, wiem, jak tu jest. Czasem średnio. Z tych wakacji na Teneryfie wróciłem bardzo opalony. Normalnie jestem blady jak Polacy. Pracuję w teatrze, gdzie mam się opalać? Ale z ciemną karnacją ludzie patrzą na mnie inaczej.

To się czuje na ulicy?
Zdarzały się zaczepki, głupie komentarze, przepychanki w tramwaju. W centrum Warszawy tak się tego nie odczuwa, bo tu jest mnóstwo obcokrajowców. Ale już jak pójdzie się na osiedle, do małej piekarni, gdzie pani sprzedawczyni nie widziała wielu cudzoziemców, to różnie bywa.

Tym bardziej trudno mi sobie wyobrazić, że siedem lat temu przyjeżdżasz na wymianę studencką do Białegostoku. Skąd taki wybór?
Właściwie to ja nie wybrałem sobie Polski. Mieszkałem wtedy w Las Palmas de Gran Canaria, pracowałem w operze i studiowałem architekturę. Na uczelni można było wybrać kraje, do których chciałoby się pojechać. Wpisałem Niemcy, Włochy, Portugalię i na końcu Polskę. Nic o niej wtedy nie wiedziałem.

To czemu się zdecydowałeś?
Można tam było studiować po angielsku. Gdy ogłaszano wyniki naboru, akurat byłem w pracy. Koleżanka sprawdziła jednak na uczelni, że się dostałem – ale wolne miejsce było tylko w jednym kraju. „Zaklepałam ci Białystok. W razie czego możesz zrezygnować” – oznajmiła. Ale ja sobie powiedziałem: „Dobra, jadę do Białegostoku”.

No i co? Czego się spodziewałeś?
Zupełnie czegoś innego. Wszystko wyglądało inaczej niż w Hiszpanii. Pierwsze wrażenie: stacja kolejowa. Delikatnie mówiąc, nie była tak nowoczesna jak te w moim kraju. Później próbowałem dodzwonić się do opiekuna erasmusowców w Białymstoku, ale numer nie odpowiadał. Wyglądało na to, że jestem zdany na siebie. Poszedłem do akademika i to był dopiero hardcore. Powiedzmy, że standard był typowo studencki.

Depresyjny początek.
Ale wkrótce wszystko się rozkręciło. Problem polegał na tym, że przyjechałem do Polski miesiąc później niż inni, bo nie byłem pewien, czy będę mógł zawiesić pracę w operze, a po wymianie do niej wrócić. Zgodzili się. Już w Białymstoku zmieniłem opiekuna, który we wszystkim mnie pokierował. Zacząłem żyć jak erasmusowiec. Grupa obcokrajowców szybko się zintegrowała. Z czasem więcej spotykałem się z Polakami, bo dostałem pracę. Chciałem utrzymać się jako tancerz, zostałem instruktorem w szkole tańca.

Paradoksalnie Erasmus stał się dla ciebie początkiem kariery, ale w zupełnie innym kierunku niż kierunek studiów.
Właściwie na studia poszedłem po to, by mieć jakiś plan B w momencie, gdy już nie będę mógł tańczyć. Poza tym – zawsze lubiłem architekturę. W Hiszpanii nie musimy realizować całego roku studiów na raz, możemy wybierać konkretne przedmioty. Dzięki temu mogłem jednocześnie studiować i pracować jako tancerz.

Wiedziałeś, że w Białymstoku jest tak dobry klimat dla tancerzy?
To była wielka niespodzianka. Miasto jest małe, ale taniec nowoczesny szybko się tam rozwija. Wkrótce dostałem pracę jako tancerz w Teatrze Dramatycznym. Robiliśmy Wenus Adonis. Pod koniec wymiany poszedłem na casting do Upiora w operze, który w Białymstoku chciał wystawić warszawski Teatr Roma. Dostałem się jako solista. Poznałem ludzi i tak wszystko ruszyło.

Ale twój Erasmus już się kończył i w zasadzie musiałeś wracać.
I miałem ten sam problem, co na początku na Kanarach: tu miałem pracę, a tam musiałem wracać. Udało mi się zostać w Białymstoku jeszcze dwa miesiące, wrzesień i październik. Pomyślałem: potańczę i wrócę do domu. Ale w tym czasie dostałem propozycję, by zostać choreografem w Rampie w Warszawie. To oznaczało, że stracę cały rok na studiach w Hiszpanii. Dogadałem się jednak z uczelnią, pozwolili mi robić kilka przedmiotów niestacjonarnie.

Skończyłeś w końcu tę architekturę?
Została mi tylko praca magisterska. Po pięciu latach starania się o dokończenie tych studiów w Polsce właśnie dostałem wiadomość z Białegostoku, że mogę kontynuować studia magisterskie u nich. Wcześniej odmawiano mi na politechnikach w Warszawie i w Krakowie.

Zapytam niepedagogicznie: ten dyplom jest ci w ogóle potrzebny? Przecież odnalazłeś swoją drogę – tańczysz.
Nie chodzi tylko o dyplom. Architektura to studia w dużej mierze artystyczne, uczą projektowania, pewnego sposobu myślenia o przestrzeni, o kompozycji. Dzięki nim nauczyłem się, że każdy pomysł jest w gruncie rzeczy projektem. Potrzebujesz narzędzi, by go zrealizować, wyznaczasz sobie kolejne kroki, by stało się to możliwe. I pokonujesz poszczególne etapy. Dokładnie w ten sam sposób buduję choreografię – taniec to przecież ciało w przestrzeni.

Nie da się być w dwóch miejscach jednocześnie. W końcu zdecydowałeś się tworzyć w Polsce. Miałeś wątpliwości, czy jednak nie wrócić do domu?
Gdy dostałem propozycję pracy w Rampie, czułem, że to jest szansa, którą muszę wykorzystać. I okazało się, że ta droga ma sens, pojawiały się kolejne spektakle, później praca w telewizji jako choreograf. Zaczęło mi się tu coraz lepiej żyć.

Twoja kariera na Kanarach potoczyłaby się inaczej?
Moją pasją zawsze był taniec i wiem, że tam również rozwijałbym się w tym kierunku. Ale parę drzwi już sobie pozamykałem. Dostałem kilka propozycji zrobienia choreografii do spektakli na Kanarach, ale musiałem odmówić. W końcu telefony z Hiszpanii przestały dzwonić. Masz rację: nie da się być w dwóch miejscach na raz.

I wrosłeś już w ten świat. Jak to było z nauką polskiego?
Nie miałem wyjścia – musiałem się uczyć, ale wszystko działo się w codziennym życiu, głównie dzięki pracy w Rampie z polskimi tancerzami. Musiałem zacząć mówić, żeby przekazać im swoją wizję choreografii. Często mnie poprawiali, o co sam prosiłem. Po trzech latach coś się przestawiło w mojej głowie i zacząłem mówić całkiem płynnie. Nawet sprzedawczyni w piekarni mnie pochwaliła, że w końcu może ze mną pogadać.

Trudno funkcjonować w kraju, którego języka się nie zna?
Sklep, apteka, lekarz. Polak się nad tym nie zastanawia, a ja musiałem umawiać się na wizyty do takich lekarzy, którzy prowadzą wizyty również po angielsku. Nie zawsze było to łatwe. Dziś to nie problem. Mówię po polsku, myślę po polsku. Nawet swojemu psu wydaję polecenia po polsku.

I nie boisz się, że już się tak zupełnie spolszczysz?
W gruncie rzeczy jestem tym samym człowiekiem, tylko trochę inną jego wersją. Santi mieszkający w Polsce ma inne doświadczenia. Nie jest ani lepszy, ani gorszy, po prostu inny. Obcowanie z inną kulturą zawsze rozwija, otwiera.

Nie żałujesz, że tu przyjechałeś?
Mam wszystko, czego potrzebuję. Robię spektakle, moje pomysły urealniają się na scenie. To niesamowite uczucie, gdy coś, co miało się tylko w głowie, staje się fizyczne, namacalne, można to zobaczyć. Cieszę się, że do tego doszedłem. Zwykle jestem pewien swoich decyzji, ale z Erasmusem w Białymstoku to był jednak przypadek. Dzięki temu nauczyłem się jednak, że trzeba być otwartym na to, co przynosi nam los. Gdybym się zamknął, to przegapiłbym swoją szansę.

To tu, w Polsce, jest twoje miejsce?
Na ten czas w moim życiu na pewno. Ale emerytury raczej tu nie spędzę.

Przez tę zimę?
Nie ukrywam: chciałbym mieć na starość dobrą pogodę.

Rozmawiała Martyna Śmigiel
mobilna korespondentka Erasmus+

*Santi Bello – tancerz, reżyser, choreograf. W warszawskim Teatrze Rampa stworzył choreografię m.in. do spektaklu Broadway Street – The Show. Wyreżyserował i przygotował choreografię rock opery Jesus Christ Superstar oraz musicalu Twist and Shout. Współpracuje z Operą i Filharmonią Podlaską w Białymstoku, Operą Las Palmas oraz Auditorio de Tenerife. Pracuje dla telewizji, początkowo przy programie Jaka to melodia, a obecnie Gra muzyka. W 2017 r. i 2018 r. był nominowany, a w 2019 r. zdobył Teatralną Nagrodę Muzyczną im. Jana Kiepury dla najlepszego tancerza.

Ważne są małe kroki


Byłam świadoma, że wysiłek przyspiesza rozwój choroby, ale nie miałam wątpliwości: treningi to dla mnie najlepsze chwile w ciągu dnia – mówi Joanna Mazur, niewidoma biegaczka, multimedalistka, ambasadorka Biegu Erasmusa+ 2019

W czasie wrześniowego Biegu Erasmusa+ w Warszawie, nad którym objęłaś patronat, zaczepiła cię młoda dziewczyna, również niewidoma. Co jej powiedziałaś?
To jedna z wychowanek Towarzystwa Opieki nad Ociemniałymi w Laskach, która też biega. Poprosiła mnie o kilka rad, podpowiedzi praktycznych rozwiązań, które stosuję. Zaproponowałam jej ćwiczenia statyczne na bieżni.

Czy osoby, które nie widzą, biegają inaczej?
Biega się tak samo. Fizjologicznie mój organizm jest dokładnie taki sam, jak twój. Ja po prostu nie widzę, dlatego do biegania potrzebuję drugiego człowieka. Mam swojego przewodnika, Michała Stawickiego. Dzięki niemu czuję się pewnie. Ktoś, kto zaczyna swoją przygodę ze sportem, powinien znaleźć sobie taką zaufaną osobę. Ta dziewczyna, z którą rozmawiałam, biega z tatą, z wujkiem.

Jak wciągnęłaś się w bieganie?
Zaczęłam jeszcze jako dziecko. Mój wzrok się wówczas pogarszał i była to dla mnie forma terapii. Im bardziej byłam zmęczona fizycznie, tym mniej myślałam o chorobie. Potem były pierwsze zawody. Czwarte miejsce, najgorsze dla sportowca. Później rok przygotowań, kolejne zawody. Połknęłam bakcyla sportowego. I już nie było czwartych miejsc. Pojawiła się satysfakcja. Jednocześnie byłam świadoma tego, że wysiłek fizyczny znacznie przyspiesza rozwój mojej choroby.

Musiałaś podjąć trudną decyzję.
Dla mnie to było oczywiste. Po prostu chciałam być w życiu szczęśliwa, robić rzeczy, które sprawiają, że się uśmiecham. I tak jest u mnie z bieganiem. Treningi to były dla mnie najlepsze chwile w ciągu dnia. Dziś jestem niewidoma, choć mam poczucie światła, ale i ono z czasem pewnie zaniknie. Realizacja założeń sprawia, że jestem naprawdę szczęśliwa. Gdybym dziś znów miała podjąć tę decyzję, zrobiłam dokładnie to samo.

Już wtedy wiedziałaś, że zajmiesz się sportem zawodowo?
To przychodzi z czasem, gdy godzimy się na coraz mocniejsze treningi, większą intensywność. Nie mamy nawet gwarancji wyników, ale chcemy się rozwijać.

Sukces jest potrzebny, by utwierdzić się w przekonaniu, że idzie się właściwą drogą?
Ja nie żyję sukcesami. Dla mnie kolejny rok to nowy sezon. Zaczynam od zera, nie myślę o tym, co było, ale co przede mną. Stawiam sobie kolejne cele i próbuję się do nich zbliżyć. I pamiętam, że to nie one są najważniejsze, ale te małe kroki, które do nich prowadzą. Bez nich nic się nie wydarzy.

Całe twoje życie podporządkowane jest bieganiu?
Każdy dzień to regularne posiłki, higiena snu, strategie żywienia, odpoczynku, treningów. Nie możemy robić wyjątków. Kończymy spotkanie o godz. 21.00, bo o 22.00 musimy już spać i inni muszą to zrozumieć. Ważne jednak, by w tym wszystkim się nie pogubić i pamiętać o swoich potrzebach. Ale jeśli ta codzienna praca nie wejdzie nam w nawyk, nie polubimy jej, to nie damy rady w tym wytrwać. Sukcesy i medale to tylko niewielki wycinek życia sportowca.

Rozmawiała Martyna Śmigiel
mobilna korespondentka Erasmus+

Nauka, ludzie, widoki, czyli Erasmus w Mediolanie


Włochy kojarzyły się jej z leniuchowaniem – tymczasem studia w Mediolanie okazały się bardzo wymagające. Zdążyła jednak znaleźć czas, by zjeździć Półwysep Apeniński wzdłuż i wszerz

Rozmowa z Natalią Kondratiuk-Świerubską, podróżniczką, dziennikarką „Podróże.pl”

Włochy to był twój wybór numer jeden? Tam chciałaś studiować?
Zdecydowanie! Przed Erasmusem byłam w Rzymie i Trieście – i wizyta w tych dwóch miastach uświadomiła mi, że to jest mój kraj marzeń. Wiedziałam, że żadne inne miejsce w Europie nie będzie mnie tak satysfakcjonowało.

Co zachwyciło cię w tym kraju?
Ktoś kiedyś powiedział, że „przy tworzeniu świata Włosi dostali najpiękniejszy skrawek Ziemi”. Uważam, że to jest prawda – i te względy zadecydowały o wyborze Włoch. Wiedziałam jednak od początku, że otrzymanie stypendium nie będzie łatwe ze względu na sporą liczbę chętnych.

Statystyki mówią, że Włochy i Niemcy to bardzo popularne kraje wśród polskich studentów.
Tak, i w ogóle mnie to nie dziwi. U mnie na Uniwersytecie Warszawskim było bardzo trudno dostać się na Erasmusa do Włoch, zwykle na jedno miejsce jest kilku chętnych. I ja naprawdę byłam w szoku, że się dostałam. To był przypadek, bo to był chyba pierwszy albo drugi rok, w którym można było składać podania na uczelnie z wykładowym angielskim – czyli nie trzeba było perfekcyjnie znać włoskiego.

Gdzie mieszkałaś podczas pobytu w Mediolanie?
Oczywiście w akademiku! Najważniejsi byli dla mnie ludzie. A od znajomych, którzy byli wcześniej na Erasmusie+, usłyszałam, że to w akademiku mamy najlepszą okazję, by poznać innych studentów. Moja znajoma z wydziału namawiała mnie, byśmy wynajęły razem mieszkanie, ale wówczas nie poznałabym tylu osób!

Jak wyglądają studia we Włoszech? Na czym polega system punktowy CFU?
Włosi nie mają ocen takich jak w Polsce, czyli w skali od 1 do 6. Tam za każdy przedmiot na koniec semestru dostaje się punkty. Najwyższa ocena to 30 punktów, 28, 29 czy 30 punktów to są takie najlepsze piątki, 27 – właściwie też. Od 23 do 26 to czwórka, a od 18 do 22 to trójka. Poniżej 18 się nie zdaje.

Aby zdać, trzeba mieć więcej niż połowę punktów?
Tak – i było to dla mnie spore zaskoczenie. Choć początkowo bałam się, że nie zdam, miałam całkiem dobre oceny. Realizowałam cztery przedmioty i z każdego z nich miałam tyle nauki, co w trakcie całej sesji na Uniwersytecie Warszawskim. Według mnie te studia we Włoszech są bardzo wymagające i jeżeli ktoś się na nie decyduje, musi liczyć się z tym, że nie pracuje, tylko się bardzo dużo uczy. Ludzie, którzy traktowali naukę poważnie, siedzieli codziennie po południu w bibliotekach i salach do nauki w akademiku. Powiem szczerze – spodziewałam się czegoś innego. Włochy kojarzyły mi się bardziej z leniuchowaniem, zabawą… To taki stereotypowy sposób postrzegania tego kraju. Ale okazało się, że północ Włoch jest bardzo pracowita. Mnie motywacji nie brakowało, bo uczyłam się w języku angielskim. Wszystko, co czytałam, to był angielski oksfordzki, więc wiedziałam, że w ten sposób szlifuję swój język.

W Warszawie studiowałaś dziennikarstwo, a w Mediolanie?
We Włoszech studiowałam na Wydziale Nauk Politycznych, Społecznych i Ekonomicznych – trudno znaleźć odpowiednik tych studiów na Uniwersytecie Warszawskim. Mogłam uczęszczać na wszystkie zajęcia, które były oferowane na wydziale, wybrałam te związane z polityką. Dodam, że spotkała mnie w związku z tym miła niespodzianka. Wcześniej pisałam licencjat o populizmie we Włoszech i sporo korzystałam z publikacji naukowych profesora Mazzoleniego. W Mediolanie okazało się, że to jest mój wykładowca!

Dałaś mu tę pracę do przeczytania?
Nie, bo nie miałam jej w wersji angielskiej, ale oczywiście o wszystkim mu opowiedziałam. To było naprawdę miłe zaskoczenie.

Erasmus rozbudził w tobie pasję podróżowania. Pociągiem z Mediolanu można się dostać do właściwie każdego miasta we Włoszech. Co zwiedziłaś?
Gdy zdałam sobie sprawę z tego, jak blisko znanych miejsc mieszkam, to wiedziałam, że trzeba to wykorzystać. Zwiedziłam w sumie 20 włoskich miast, m.in. Turyn, Weronę, Wenecję, Bolonię, Florencję, San Gimignano, Lukkę, Pizę, Sienę, Neapol…

Jeździłaś głównie pociągami?
Pociągami i autobusami, ponieważ loty krajowe we Włoszech są dosyć drogie, poza tym lepiej z nich rezygnować, by być bardziej ekologicznym. Komunikacja miejska we Włoszech jest bardzo łaskawa dla studentów, bo płaciłam tam mniej za bilet miesięczny niż w Warszawie. Za 20 euro mogłam jeździć metrem po Mediolanie i autobusami.

Widziałaś jeden z najsłynniejszych obrazów na świecie – Ostatnią wieczerzę Leonarda da Vinci. Jak wrażenia?
Byłam w muzeum w środku tygodnia i to było fajne, bo uniknęłam tłoku. To było znacznie przyjemniejsze niż oglądanie np. Mony Lisy w Luwrze. Tam obrazu nie można zobaczyć z bliska, bo przed nim jest zwykle mnóstwo turystów, zazwyczaj z Azji, którzy robią filmy, selfie…

Czy wejścia do muzeów są darmowe do 26. roku życia?
Nie, studenci muszą płacić. Ale warto zwiedzać w ostatnią niedzielę miesiąca – wtedy wejście do muzeów i oglądanie innych atrakcji są bezpłatne dla wszystkich. W Weronie załapałam się na ten dzień – i weszłam na przykład na wystawę Picassa.

Pół roku mieszkałaś w Mediolanie i nie wierzę, że wszystko ci się podobało. Co cię irytowało?
Już w pierwszym tygodniu zostałam okradziona na 150 euro i to było bardzo nieprzyjemne – na studencką kieszeń 600 zł to jest sporo. Wcześniej słyszałam historie na temat złodziei w Mediolanie, ale myślałam, że mi się złego nic nie może przydarzyć. Trochę się tym załamałam, ale pomogli mi znajomi z akademika, m.in. Włosi, którzy tego samego dnia zabrali mnie na aperitivo i zapłacili za mnie. Powiedzieli, że zostałam okradziona, więc oni chcą mi jakoś umilić życie. To zdarzenie nauczyło mnie, że nawet jeśli coś złego się stanie, nie można się załamać, to nie koniec świata.

Zintegrowałaś się z Włochami?
Włosi są różni. Na pewno są głośni, to się rzuca w oczy, to jest taka kultura bycia… Na pewno nie wstydzą się rzucać komplementów kobietom. Na północy to może nie jest tak bardzo odczuwalne, jak na południu, ale to jest zaskoczenie dla kogoś, kto przyjeżdża z Polski. U nas ludzie nie mówią tak do siebie na ulicy, nie komplementują siebie nawzajem, a tam to jest na porządku dziennym i raczej nikogo nie dziwi.

Co dał ci Erasmus w takim codziennym życiu?
Przede wszystkim dzięki niemu nauczyłam się tak zdrowo dzielić obowiązki, bo musiałam w tym czasie bardzo dużo się uczyć, dużo imprezować i podróżować. Musiałam sobie wszystko dobrze zaplanować – to była bardzo ważna lekcja. Poza tym dał mi wielu wspaniałych znajomych – mogę nawet powiedzieć, że dzięki Erasmusowi mam jedną przyjaciółkę z Krakowa. Mam też wielu znajomych z Niemiec, Portugalii i Rumunii, z którymi się spotykam, odwiedzamy się nawzajem, i myślę, że te międzynarodowe znajomości, które wtedy nawiązałam, to jest chyba największy plus.

Chciałabyś raz jeszcze wyjechać na Erasmusa?
Pewnie, ja w ogóle rok po studiach tak ciągle myślałam, dlaczego dopiero na magisterce, przecież mogłam pojechać na licencjacie, a potem jeszcze raz na magisterce, ale czasu nie cofnę, dlatego radzę każdej osobie, która zaczyna studia lub jest dopiero na ich początku, żeby pojechała na Erasmusa dwa razy, bo to jest najlepsza rzecz, którą możecie zrobić w trakcie studiów.

Rozmawiała Justyna Tylczyńska
Czwórka Polskiego Radia

Dla odrzuconych


Ponad 40 psów, dwoje opiekunów i jeden dom – to rzeczywistość państwa Dobrzańskich, których całe życie kręci się wokół Przytuliska w Harbutowicach. Grupa młodych ludzi zaoferowała im pomoc w ramach Projektu Solidarności

Grupa osiemnasto- i dziewiętnastolatków z Myślenic, miasteczka położonego 24 km na południe od Krakowa, była inicjatorem i realizatorem Projektu Solidarności, którego celem była pomoc bezdomnym zwierzętom. Młodzi ludzie chcieli uwrażliwić mieszkańców Myślenic i okolic na los porzuconych psów, wzbudzić zainteresowanie lokalnej społeczności działalnością Przytuliska i polepszyć warunki życia zwierząt w Harbutowicach. – Działaliśmy dwutorowo. Jedną formą działań była konkretna pomoc dla Przytuliska w Harbutowicach, jedynego ośrodka w powiecie myślenickim zajmującego się bezdomnymi zwierzętami. Jednocześnie prowadziliśmy kampanię informacyjno-edukacyjną propagującą ideę pomocy zwierzętom i ich adopcję ze schronisk – opowiada Arek, lider grupy.

Jeden z ważniejszych dni
Jest ciepłe czerwcowe przedpołudnie. Psy szczekają przyjaźnie, właściciele Przytuliska czekają przed płotem. Towarzyszy im m.in. Krycha – przyjazny mały kudłaty kundelek, ulubieniec Małgorzaty Dobrzańskiej, która wspólnie z mężem prowadzi Przytulisko. To ważny dla nich dzień. Dziś młodzi ludzie przywożą „owoce” swojej pracy. Jest dużo radości i wielkie zamieszanie, bo w schronisku przebywa 46 psów. Pani Małgorzata prędko pokazuje: – Ten to Tuptuś. A tamten to Czesio.

Chłopcy wypakowują z auta budy, legowiska, maty i worki z karmą. – Udało nam się uszyć większą liczbę legowisk. Ponadplanowo wykonaliśmy też maty – mówi Marcin. – Przy maszynowym napełnianiu legowisk kulkami silikonowymi była świetna zabawa – dopowiada Tomek, członek grupy. – Wszystko to bardzo nam się przyda – mówi pani Małgorzata. Podobnie jak jej mąż, jest w podeszłym wieku. Chwali wolontariacką pracę młodych. – Przyjeżdżali, pomagali, wyprowadzali psy na spacer – opowiada.

Grupę zawiązała osiemnastoletnia Małgosia i do współpracy namówiła czterech starszych o rok kolegów – wszyscy są uczestnikami i absolwentami 6-10 Hufca Pracy w Myślenicach. – Zdecydowaliśmy, że wykonamy budy dla psów, uszyjemy legowiska dla kotów i zakupimy karmę – mówi liderka projektu. Chłopcy są związani z firmą INTER-ZOO z Myślenic, gdzie dwóch odbywa praktyki, a dwóch jest zatrudnionych. Tam, na warsztatach, wspólnie z Małgosią wykonali budy, legowiska i maty.

– To wychowankowie naszego hufca. Bardzo wydorośleli podczas tego projektu, nabrali pewności siebie – mówi Bożena Batko, komendant Hufca Pracy w Myślenicach. W realizowaniu działań projektowych pomagali także pracownicy Hufca.

Mierzyliśmy siły na zamiary
Wizyta w Przytulisku była finałem trzymiesięcznego Projektu Solidarności realizowanego w ramach Europejskiego Korpusu Solidarności. Przez cały projekt młodzi ludzie prowadzili na terenie powiatu myślenickiego kampanię informacyjno- edukacyjną. – Zorganizowaliśmy happening, rozwieszaliśmy plakaty, rozdawaliśmy ulotki. Działaliśmy aktywnie na Facebooku – opowiada Marcin.

Członkowie grupy widzą wpływ projektu na społeczeństwo Myślenic. – Staliśmy się „specjalistami od zwierzaków”. Ludzie kontaktują się z nami bezpośrednio i za pośrednictwem Facebooka,
dopytują o zwierzęta w Przytulisku, o ich potrzeby, o drogę do Przytuliska. Mówią, że są w ich okolicy chore lub kalekie psy dokarmiane przez mieszkańców. Cieszą się, że już wiedzą, że mogą przewieźć je do Harbutowic – opowiada Tomek.

– Młodzi mierzyli siły na zamiary, dzięki czemu zrealizowali projekt z sukcesem – mówi Lucyna Podoba, pracownica firmy INTER-ZOO, która pomagała młodzieży w projekcie jako coach: wspierała, motywowała i pomagała działać.

Młodzieży udało się również coś, czego nie planowali na etapie składania wniosku do Narodowej Agencji – zaangażowali w projekt właścicieli i pracowników firmy. To dzięki nim udało się przygotować znacznie więcej legowisk dla zwierząt i dodatkowe maty dla psów – marzenie pani Małgorzaty.

Działamy lokalnie
Projekt przyczynił się do promocji Przytuliska w Harbutowicach. Wiele osób z Myślenic i okolic dowiedziało się o jego istnieniu dopiero dzięki kampanii prowadzonej przez młodych. Właścicielka Przytuliska twierdzi, że więcej osób przyjeżdża i pyta o możliwość świadczenia wolontariatu, o możliwość adopcji. Najważniejszym aspektem projektu okazało się jednak pokazanie innym, że praca na rzecz innych jest możliwa. Młodzi ludzie ożywili lokalną społeczność. Nie tylko pokazali, że można działać, lecz także wskazali, jak to robić!