Na rzecz innych


Europejski Korpus Solidarności zachęca młodych Polaków do wolontariatu za granicą. To więcej niż inwestycja w siebie!

Polsce nie ma tradycji wolontariatu. Do niedawna jeszcze w ogóle nie wiedzieliśmy, czemu służą tego rodzaju projekty – przyznaje Agnieszka Bielska, koordynatorka Europejskiego Korpusu Solidarności (EKS). I dodaje: – W okresie PRL-u wszelkie inicjatywy obywatelskie były niepożądane. A przymusowe prace wykonywane „na rzecz ogółu” wypaczyły pojęcie pracy społecznej. Chociaż dziś młode pokolenie coraz częściej angażuje się w działania społeczne, związane na przykład z poprawą klimatu, większość młodych wciąż stoi z boku. EKS zachęca do działania.

Unia Europejska wspiera rozwój wolontariatu już od lat 90. XX wieku. Od 2000 r. służył temu Wolontariat Europejski, od 2014 r. stanowiący część programu Erasmus+. W 2016 r. ówczesny przewodniczący Komisji Europejskiej Jean-Claude Juncker zapowiedział jednak poszerzenie oferty dla młodych ludzi z „zacięciem społecznikowskim, którzy chcą wnieść znaczący wkład w społeczeństwo”. Wkrótce Wolontariat Europejski zamienił się w samodzielny program – Europejski Korpus Solidarności. Pojawiły się też nowe możliwości działań, takie jak Projekty Solidarności dla grup czy ścieżka zawodowa. Ale głównym nurtem EKS-u jest wolontariat – w kraju lub za granicą. Zachowano też tę samą grupę docelową: do Korpusu może dołączyć każdy w wieku
od 18 do 30 lat. Po utworzeniu profilu w internetowej bazie EKS wolontariusz sam wybiera swoje miejsce pracy wolontariackiej albo czeka, aż organizacja pozarządowa odezwie się do niego z propozycją.

Wolontariat to nie wolonturystyka
Inicjatywa EKS-u ruszyła na dobre w 2018 roku. W bazie figuruje już ponad 260 tys. wolontariuszy. Dla niektórych z nich pobyt za granicą okazał się przełomowym momentem w życiu. Fundacja Rozwoju Systemu Edukacji promuje wolontariat właśnie poprzez historie młodych ludzi, którzy zaangażowali się w działania społeczne w innym kraju, przeżyli przygodę, zdobywając przy tym nowe umiejętności. Za udział w programie nie trzeba płacić (a tak dzieje się w przypadku niektórych wolontariatów w egzotycznych miejscach). Wolontariusz ma zapewnione wszystko: od dojazdu po zakwaterowanie, wyżywienie, ubezpieczenie i kurs językowy. – Efekt wolontariatu w ramach EKS-u jest poza tym dużo trwalszy od tak zwanej wolonturystyki (krótkoterminowy wyjazd opłacany przez uczestnika, łączący turystykę i pomaganie), bo wolontariusz przebywa za granicą dłużej, zwykle od 9 do 12 miesięcy. Dzięki temu ma czas na poznanie nowej kultury, stworzenie więzi ze społecznością, z którą współpracuje, na naukę języka i nawiązywanie kontaktów – mówi Agnieszka Bielska.

Trzeba lubić ludzi
Praca z drugim człowiekiem zajmuje w działaniach wolontariackich pierwsze miejsce. Bezpośredni kontakt pozwala na przełamanie różnic kulturowych i bariery językowej, pomaga też w rozwijaniu inteligencji emocjonalnej – zdolności, która jest kluczem do udanego życia i kariery zawodowej. Ale wolontariat w ramach EKS-u to nie tylko dobra inwestycja w portfolio. Chodzi przede wszystkim o pomoc lokalnym społecznościom, które stają przed różnymi wyzwaniami: od migracji po starzenie się społeczeństwa.

Aby zachęcić młodzież do działania, EKS coraz częściej wykorzystuje media społecznościowe, bo młodzi ludzie nie rozstają się ze swoimi telefonami, lajkują też różne akcje charytatywne. W nowej kampanii „Pomagaj nie tylko lajkiem” – która ruszyła w grudniu – EKS stara się pokazać, że kciuk w górę na Facebooku stanowi dobry początek, ale trwałe zmiany dokonują się poza siecią.

Wolontariat często nie kończy się wraz z końcem wyjazdu. Wielu wolontariuszy pozostaje aktywnych po powrocie do domu – prowadzą warsztaty, zakładają stowarzyszenia, włączają się w działania Alumnów Europejskiego Korpusu Solidarności. – Takie starania trzeba nie tylko krzewić, ale też celebrować – mówi Agnieszka Bielska. Dlatego świętowanie Międzynarodowego Dnia Wolontariusza, przypadającego 5 grudnia, jest jej zdaniem takie ważne: – Warto docenić zaangażowanie młodych ludzi. Wierzę, że praca w charakterze wolontariusza stanie się w Polsce (i to już wkrótce!) czymś naturalnym, tak jak jest w wielu państwach Europy.

 

Ambasador z wielką stopą


To okazja, żeby wykorzystać swój potencjał. Nie trzeba mieć nawet złotówki, by wyjechać, choćby na rok, za granicę – mówi Bartosz Kurek. Siatkarz reprezentacji Polski i japońskiego klubu Wolf Dogs Nagoya to ambasador kampanii Europejskiego Korpusu Solidarności „Pomagaj nie tylko lajkiem”, zachęcającej do udziału w wolontariacie międzynarodowym

Jaki masz rozmiar buta?
Będę precyzyjny, bo w Japonii, gdzie teraz jestem, wszyscy są skrupulatni. Mam buty z numeracją 50 i 1/3.

Japończycy mają własny system miar. Mieścisz się na ich skali?
Łapią się za głowę, gdy słyszą, jak wielką mam stopę. Na ulicach trudno tu spotkać osobę z tak dużym butem. Jeżeli w Polsce widać mnie z kilku metrów, to w Japonii – z kilku kilometrów.

W Stanach to już nie byłaby taka sensacja. Michael Jordan ma rozmiar buta 48. Wspominam o nim, bo powiedziałeś, że to dla ciebie „najbardziej inspirująca postać ze sportowców”. Dlaczego?
Oczywiście mógłbym długo mówić o jego osiągnięciach, bo interesuję się ligą NBA, ale dla mnie to przede wszystkim ikona sportowca zwycięzcy. Nie akceptował innego wyniku niż pierwsze miejsce. Najwięcej wymagał od siebie. Na boisku dawał z siebie 100 procent. W ten sposób doprowadzał swój organizm do granic wytrzymałości.

Ale robił to po to, by zwyciężać.
W czasie pandemii udało ci się obejrzeć „Ostatni taniec”, serial dokumentalny o Jordanie.

Poznałeś go jeszcze lepiej?
Jest kilka scen, które warto zobaczyć. Bo Michael zdejmuje maskę twardego zawodnika i odsłania się jako wrażliwy sportowiec, który mocno przeżywa krytykę. A dostawało mu się np. za to, jak dowodził drużyną. To nie było tak, że niepowodzenia spływały po nim jak woda po kaczce. Musiał mieć mocny charakter i być twardym zawodnikiem, skoro wytrzymywał ataki i bycie pod presją mediów. Wiedział, że jego każdy krok i zagranie będą komentowane. Nie bał się tego i brał to na klatę.

Jest taka scena z 1997 r. po słynnym meczu Chicago Bulls – Utah Jazz, gdy Michael Jordan, schodząc z boiska, podpisuje się na swoich czarno-czerwonych butach, by chwilę później wręczyć je młodemu wolontariuszowi, który podawał mu w czasie meczu ręcznik. Teraz to dorosły mężczyzna. Kilka lat temu było znów o nim głośno, gdy buty Jordana wystawił na aukcję. Pewnie zbił na tym fortunę, a dostał je przecież niespodziewanie. Ta historia skojarzyła mi się z twoimi początkami. Też zaczynałeś od podawania ręcznika zawodnikom i stania po drugiej stronie bandy. To ważne doświadczenie, jeśli marzy się o karierze sportowej?
Oczywiście, a świadczy o tym choćby obecna sytuacja pandemiczna. Teraz wszystkie mecze rozgrywane są w ścisłym reżimie sanitarnym. Na boisku czy wokół niego mogą być tylko zawodnicy, trenerzy, sędziowie oraz wolontariusze. To najczęściej młode osoby, które zgłaszają się do pomagania przy organizacji meczu. Podają piłki, wycierają parkiet między akcjami, dbają o to, by spotkanie odbywało się bez długich przerw. Jako dziecko trenowałem siatkówkę, ale wiedziałem, że jeśli chcę uprawiać ten sport, muszę być blisko profesjonalistów. Dlatego stałem kilka metrów od zawodników, podsłuchiwałem, jak ze sobą rozmawiają, patrzyłem na ich gesty i zachowania między akcjami. Starałem się wyłapać sytuacje, których nie pokazywano podczas transmisji meczu. To była praktyczna lekcja siatkówki, nie mniej ważna niż treningi. I wcale nie przeszkadzało mi, że musiałem wycierać pot z parkietu czy podawać piłki. Wiedziałem, że taka jest naturalna kolej rzeczy, jeśli marzę o wielkiej sportowej karierze.

Co z tych pierwszych lat spędzonych na boisku, jeszcze w charakterze wolontariusza, najbardziej zaprocentowało?
Siatkówka to dynamiczna gra, a kibice podążają wzrokiem za piłką. Najciekawsze jest jednak to, co się dzieje w tle: zawodnicy zmieniają pozycję, przemieszczają się po boisku, wymieniają uwagami. Podczas meczu idealnie widać relacje panujące w drużynie. Obserwując to na miejscu, zauważymy, czy zawodnicy są zgraną ekipą, jak radzą sobie z porażkami i czy potrafią się po nich podnieść.
To widać tylko z bliska. Gdy oglądam mecz z większej odległości – jako kibic – łapię się na tym, że jestem zbyt daleko od akcji, by zrozumieć, co dzieje się w drużynie. Dlatego wolontariusze, którzy bezpośrednio pomagają przy meczu, mają niepowtarzalną okazję wyłapać sporo niuansów w zachowaniu graczy. Mnie takie doświadczenie bardzo pomogło dogadywać się później z kolegami, rozwiązywać konflikty w drużynie i odpowiednio na nie reagować.

A teraz namawiasz młodych, by byli aktywni. Jesteś ambasadorem Europejskiego Korpusu Solidarności, który umożliwia udział w wolontariacie. Hasło kampanii „Pomagaj nie tylko lajkiem” nawiązuje do tego, co robimy codziennie w internecie. Klik, klik i zostawiamy ikonkę kciuka wyciągniętego w górę. To za mało?
Tą kampanią wspólnie z pozostałymi ambasadorami absolutnie nie chcemy krytykować osób, które wybierają ten sposób pomagania. W końcu dzięki tym lajkom udaje się zorganizować sporo zbiórek pieniędzy dla potrzebujących. Posty, które mają wiele polubień, lepiej rozchodzą się w sieci, a to zwiększa szanse na powodzenie akcji charytatywnych. Wierzę jednak, że jest w nas pierwiastek dobra, który powinniśmy w sobie odnaleźć. Chodzi mi o naturalną ciekawość świata, chęć poznania drugiego człowieka, innego kraju, zdobycia doświadczenia. Dlatego zachęcam wszystkich, by spróbowali swoich sił w roli wolontariusza. To może być świetny moment w życiu, by nauczyć się działania w zespole, odkrywania nieznanego, rozwoju samego siebie. To też doskonała okazja, by zrobić coś dobrego dla drugiej osoby, a przy okazji aktywnie spędzić czas i doświadczyć jeszcze pełniej świata.

Angażujesz się w akcje charytatywne. Współpracujesz z fundacją Herosi, która zajmuje się dziećmi z chorobami nowotworowymi. Co roku widać cię na kalendarzach, które można zdobyć na licytacjach. Odwiedzasz też chore dzieci. To jest właśnie jeszcze pełniejsze doświadczanie świata?
Z pewnością tak, bo spotkania twarzą w twarz z podopiecznymi fundacji Herosi zmieniły moją perspektywę. To lekcja pokory, która uświadamia, że jesteśmy szczęściarzami i powinniśmy patrzeć dalej niż na czubek własnego nosa. Zachęcam, by przestać się bać i zrobić pierwszy krok. Najtrudniej jest zacząć. Warto działać, a nie tylko o tym mówić. Nie ma nic przyjemniejszego niż świadomość, że to, co robimy, daje realne rezultaty.

Łatwo ci mówić, bo masz za sobą wyjazdy zagraniczne. Grałeś w kilku klubach poza Polską, często wyjeżdżasz na mistrzostwa czy igrzyska olimpijskie. Jak przekonasz tych, którzy boją się ruszyć do innego kraju?
Pamiętam doskonale swój wyjazd na kontrakt do Moskwy. To nie był dla mnie udany sportowo okres. Ale nigdy wcześniej nie nauczyłem się tak wiele jak w Rosji. To wtedy odkryłem, że najbardziej rozwijam się, gdy wychodzę poza strefę komfortu. Wcześniej grałem cztery lata w Skrze Bełchatów. Czułem się tam świetnie, osiągałem sukcesy, ale zrozumiałem, że żeby wykorzystać maksimum własnego potencjału, muszę wyjść z oswojonej przestrzeni. Dlatego zdecydowałem się na wyjazd. Chciałem być najlepszą wersją samego siebie. Ta myśl wciąż mnie motywuje. Dlatego wahającym się radzę, by nie bali się opuścić na jakiś czas ludzi, których znają i lubią, oraz miejsc, w których czują się dobrze. Jeśli chcesz się rozwijać, rusz w świat i zaryzykuj!

A bariera językowa? Nie bałeś się rozmawiać w obcym języku?
W żadnym razie. Podróże nauczyły mnie, że w każdym miejscu na kuli ziemskiej znajdziesz podobnych do siebie ludzi, którzy chętnie ci pomogą. Zresztą wyjazd w ramach Europejskiego Korpusu Solidarności to świetna okazja, żeby podszlifować np. angielski. Program wolontariatu oferuje na miejscu szkolenia językowe. A poza tym nie ma lepszego sposobu na opanowanie języka niż wyjazd za granicę i obracanie się wśród tubylców. I znów odwołam się do własnej historii. Gdy grałem we włoskim klubie, bardzo szybko nauczyłem się języka na tyle, żeby swobodnie się komunikować z chłopakami z drużyny. I to przy minimalnym wysiłku, bo jedynie słuchałem rozmów w szatni.

Nawet jeśli zawodnicy znają ten sam język, nie zawsze potrafią się dogadać. Praca zespołowa to coś szalenie ważnego zarówno w sporcie, jak i w akcjach wolontariackich. Łatwo można się tego nauczyć?
To umiejętność, którą można wypracować. Nie da się funkcjonować bez kontaktu z innymi. Dlatego warto umieć odpowiedzieć na pytanie, jaką pozycję zajmuję w grupie, czy i jak dogaduję się z ludźmi, jak oni mnie odbierają. W klubach często zmieniają się składy, a drużyna ma być zgrana. W sporcie musimy dogadać się z ludźmi, z którymi będziemy grać razem w danym sezonie. Czasem przychodzi to naturalnie, a czasem trzeba nad taką relacją popracować. Im więcej transferów czy wyjazdów, tym łatwiej człowiek adaptuje się do otoczenia. Ale to wymaga pracy nad sobą. Podobnie jest z wolontariatem, to są zbliżone doświadczenia. Dlatego warto się angażować, bo zdobyte umiejętności później bardzo przydają się w życiu.
Warto jeszcze nauczyć się pokory. W filmie promującym kampanię „Pomagaj nie tylko lajkiem” przyznajesz, że na początku kariery siatkarskiej ciężko było ci zaakceptować, że kolega z drużyny może być lepszy i musisz zejść z boiska, by ustąpić mu miejsca. To trudna lekcja.

I umiejętność, którą – szczególnie w sporcie – boleśnie się zdobywa. Najważniejsza jest gra do jednej bramki. O sile zespołu świadczy to, czy lider nie boi się oddać władzy. Każdy zawodnik powinien znać swoje miejsce w drużynie i wiedzieć, za co jest odpowiedzialny. Podobnie działa to w projektach wolontariackich. Nawet najlepszy szef czy koordynator nie wykona sam całej pracy. Dlatego deleguje zadania swoim współpracownikom, znając ich możliwości i umiejętności.

I najważniejsze: wzajemne zaufanie. Jak je budować w zespole?
Krok po kroku. Ostatnio mój japoński trener pokazał badanie Google’a, w którym zadano pytanie, jakie wartości są najważniejsze dla grupy. Na pierwszym miejscu było zaufanie. Ludzie chcą wiedzieć, że to, co mówią, nie zostanie wyśmiane. Dlatego nie wolno negować pomysłów innych. Liczą się także poczucie bezpieczeństwa i zrozumienie.

Wolontariat Europejskiego Korpusu Solidarności ma sporo atutów. Którego argumentu byś użył, żeby zachęcić młodych do zgłaszania się do programu?
Żyjemy w takich czasach, w których dużo spraw i projektów rozbija się o pieniądze. A tu nie trzeba mieć nawet złotówki, żeby móc wyjechać – choćby na rok – za granicę. I można być spokojnym, że w trakcie pobytu na wolontariacie jesteśmy bezpieczni, mamy zapewnione środki na odpowiednim poziomie. Warto się zgłaszać, tym bardziej że – gdyby nie inicjatywa EKS-u – niewielu młodych ludzi byłoby stać na zorganizowanie sobie takiego wyjazdu. Ale chcę dodać, że ten program przede wszystkim daje możliwość zaangażowania się w ważne projekty społeczne. To idealna okazja, żeby wykorzystać swój potencjał: wiedzę, umiejętności, kreatywność, i włączyć się w pomoc lokalnym społecznościom. Każdy z wolontariuszy wnosi do organizacji, dla której będzie pracował, ogromny wkład.

Skoro wspomniałeś o pieniądzach, to zakończmy rozmowę tym wątkiem. Przekazałeś na licytację swoje mistrzowskie ogromne buty. Ktoś je zgarnął, wpłacając dużą sumę pieniędzy na leczenie chorego nastolatka. Radość?
Na pewno tak. Mam nadzieję, że osoba, która te buty wylicytowała, cieszyła się, gdy otwierała paczkę. Wystarczy zrobić jeden krok, by coś zmienić, a przynajmniej wywołać uśmiech po drugiej stronie. Czyli po prostu działać. Niech każdy próbuje. Za tym pierwszym krokiem bardzo szybko pójdą następne.

Kampanię „Pomagaj nie tylko lajkiem” można obejrzeć na kanale Europejskiego Korpusu Solidarności w serwisie YouTube.

*Europejski Korpus Solidarności (EKS) to program, który pozwala osobom w wieku 18–30 lat angażować się w projekty z zakresu wolontariatu oraz rozwoju zawodowego (staże, miejsca pracy) we własnym kraju lub za granicą. Wszystkie działania są wyrazem solidarności ze społecznościami lokalnymi w Europie. Organizacje mogą zapraszać wolontariuszy, pracowników i stażystów, a także wspierać działania podejmowane przez młodzież. Program jest finansowany ze środków unijnych. Funkcję Narodowej Agencji Europejskiego Korpusu Solidarności pełni Fundacja Rozwoju Systemu Edukacji. Więcej informacji na: www.eks.org.pl.

Zdjęcie: Luka Łukasiak

Potrzebny przyjaciel


Może tegoroczni erasmusowcy nie wrócą do domów z setką nowych znajomych, ale za to poznają kilka osób, z którymi będą mieli kontakt na całe życie – mówi Pola Plaskota, przewodnicząca Erasmus Student Network Polska

Czy na polskich uczelniach są teraz erasmusowcy?
Nie na wszystkich, ale są. W wakacje robiliśmy badanie na ten temat. Prosiliśmy sekcje ESN działające przy największych uczelniach w całej Polsce, by ustaliły ze swoimi biurami wymiany, ilu erasmusowców przyjedzie na ten semestr i czy w ogóle jacyś się pojawią. Z kilku uczelni dostaliśmy odpowiedź, że wymiany studenckie są całkowicie wstrzymane, ale większość sekcji przekazała informację, że erasmusowcy przyjadą. Miało być ich mniej, ale mieli się pojawić – na uczelniach, na których zwykle było 300 studentów z wymiany, teraz spodziewano się np. 50. Te dane dodatkowo zweryfikowało życie. Większość uczelni prowadzi teraz nauczanie hybrydowe lub całkowicie online, więc nie wszyscy erasmusowcy ostatecznie zdecydowali się
na przyjazd.

Można pomyśleć: nic dziwnego. No bo co ich tu czeka? Siedzenie przed komputerem?
Mimo wszystko jako ESN mamy za zadanie pomóc przyjeżdżającym do Polski osobom, zaopiekować się nimi i zapewnić atrakcje. Co roku każda z sekcji na początku października organizuje tzw. orientation week. To tydzień, który przybliża zagranicznym studentom zasady roku akademickiego, ale też codziennego życia w obcym kraju. W tym roku sekcje również organizowały tydzień wprowadzający, ale w wydaniu hybrydowym, bo najważniejsze dla nas jest bezpieczeństwo zarówno studentów, jak i naszych wolontariuszy. W niektórych miastach, tam gdzie uczelnie wyraziły na to zgodę, odbywały się tradycyjne spotkania, zwykle na wolnym powietrzu, np. wspólne zbieranie grzybów czy gry miejskie. Większość wydarzeń miała jednak miejsce online. Robiono wirtualne spacery po miastach, integracje, wspólne oglądanie filmów przez internet, quizy. Mimo że przed komputerem, erasmusowcy i tak mieli możliwość poznania nawzajem siebie, naszych wolontariuszy oraz nabrania do nas zaufania.

Jak teraz wygląda wasze wsparcie dla studentów z zagranicy?
Wciąż organizowane są wydarzenia, ale ze względu na restrykcje żadne nie odbywają się stacjonarnie. Najważniejsze jest przekazywanie aktualnych informacji, by erasmusowcy wiedzieli, co się dzieje w kraju. Robimy serię infografik związanych z pandemią. Gdy wchodzą nowe obostrzenia, przygotowujemy informacje dla erasmusowców, bo Ministerstwo Zdrowia publikuje je w języku angielskim z opóźnieniem. Chcemy, by wszyscy byli na bieżąco i czuli się bezpiecznie.

Erasmus to nie tylko nauka, ale też poznawanie ludzi i chodzenie na imprezy. Bez tego da się przekonać młodych do korzystania z programu?
Przyjazd do innego kraju zawsze jest ogromną wartością. Sama możliwość uczenia się na innym uniwersytecie to fantastyczna sprawa. I nawet jeśli odbywa się online, i tak otwiera nowe perspektywy. A kontakt z innymi? Szczęśliwie tegoroczni erasmusowcy zdążyli się jeszcze poznać na początku października, gdy sytuacja epidemiczna była bezpieczniejsza. Wiele osób mieszka razem, wprowadziło się do tych samych akademików, więc mają ze sobą kontakt. Z pewnością nie jest już tak łatwo nawiązać relacje, ale z drugiej strony mówi się, że to właśnie w najtrudniejszych czasach poznajemy najlepszych przyjaciół. Może tegoroczni erasmusowcy nie wrócą do swoich krajów z setką nowych znajomych, ale jestem pewna, że mogą poznać chociaż kilka osób, z którymi będą mieli kontakt na całe życie.

Mentorzy, czyli polscy opiekunowie zagranicznych studentów, działają mimo pandemii?
Tak. Mentor to program, do którego mogą dołączyć nie tylko członkowie ESN, ale każdy polski student. Mentorzy odpowiadają za pierwszy kontakt z erasmusowcami, często odbierają ich już z lotniska, pomagają znaleźć mieszkanie, umówić wizytę u lekarza, załatwić formalności na uczelni. Mnie samej zdarzyło się oglądać mieszkanie i sprawdzać panujące w nim warunki dla kogoś, kto jeszcze nie przyjechał do Polski. W trakcie semestru mentorzy i erasmusowcy zwykle dalej spotykają się, spędzają wspólnie czas. Wiemy, że nasi mentorzy mimo pandemii utrzymują kontakt z podopiecznymi.

W tym roku zostałaś przewodniczącą ESN. Co ci daje praca w organizacji?
Studiuję biotechnologię na Politechnice Warszawskiej. To mało społeczny kierunek. ESN daje mi możliwość spróbowania nowych rzeczy, wzmacnia poczucie własnej wartości. Gdy
podejmowałam decyzję o kandydowaniu na przewodniczącą, myślałam przede wszystkim o tym, że dzięki tej funkcji będę miała okazję poznać nowych ludzi, podglądać to, co robią, inspirować się nimi i szukać własnej ścieżki. Wkrótce chciałabym zacząć pracować zawodowo, ale jestem pewna, że organizacja szybko z głowy mi nie wyjdzie.

Swoją przyszłość zawodową wiążesz z biotechnologią czy raczej z działaniami społecznymi?
To trudne pytanie. W tym roku będę pisać pracę inżynierską i będę musiała podjąć decyzję, co dalej. ESN z pewnością pokazało mi, że kontakt z innymi jest dla mnie najważniejszy. Raczej nie pójdę więc w stronę biotechnologii, zwłaszcza w formie pracy w laboratorium. Brakowałoby mi w nim ludzi.

Zdjęcie: Szymon Łaszewski

Setki powodów do wyjazdu


Po pobycie w Niemczech i Albanii, w ramach Europejskiego Korpusu Solidarności, wrócili otwarci na innych, przekonani, że mogą zmieniać świat, że warto pomagać. Teraz namawiają innych na przygodę z wolontariatem

Powody wyjazdów są różne – tłumaczy Magda Szykor z Narodowej Agencji EKS, była wolontariuszka, która teraz wspomaga organizacje wysyłające i przyjmujące młodych ludzi. – 18-latkowie, którzy skończyli szkoły, wyjeżdżają, bo nie bardzo wiedzą, co robić dalej, i szukają miejsc, w których mogą się rozwijać, poznawać nowych ludzi i pożytecznie działać. Decydują się więc na wolontariacki gap year. Dla części osób wyjazd to świadomy wybór, wynikający z wcześniejszej pracy na rzecz innych, jak w przypadku Karola i Olgi. Jeszcze inni jadą, bo mają chęć zmiany swojego życia i traktują wolontariat jak pierwszy krok ku nowemu. Tak właśnie zrobił Tomasz – mówi Magda.

Afryka w Berlinie
Tomasz Bilewicz pracował dla jednego z portali. Pisał o piłce nożnej, którą pasjonował się od najmłodszych lat. Gdy dobiegał trzydziestki, poczuł, że praca nie daje mu satysfakcji. – To nie jest to, co chciałbym robić dalej – pomyślał i rozpoczął poszukiwania. Czasu miał mało, bowiem wolontariuszem EKS można zostać, zanim ukończy się 31 lat.

Zdecydował się na Berlin. Z kilku powodów: znał francuski i angielski, języka niemieckiego chciał się nauczyć. Miasto – dzięki autostradzie A4 – jest nieźle skomunikowane z jego rodzinnymi Katowicami, mógł więc dość często odwiedzać bliskich, na czym mu zależało. Ale najważniejsze były sprawy, którymi zajmowała się AfricAvenir International, kameruńska organizacja, która szukała wolontariuszy do oddziału w Berlinie. – Działa ona na rzecz edukacji politycznej, rozpowszechnia informacje o Afryce, jej mieszkańcach, problemach z wykluczeniem rasowym – mówi Tomasz. W Berlinie był dziesięć miesięcy, do września 2018 r. Pomagał przy spotkaniach, eventach, targach. Pisał blog na portalu www.youthreporter.eu. – W Berlinie cały czas się coś dzieje. Staraliśmy się być obecni wszędzie – opowiada.

To było dla niego całkiem nowe doświadczenie. Przyznaje, że wcześniej nie zdawał sobie sprawy, jakie ma przywileje jako biały mężczyzna. Prezes AfricAvenir International polecił mu książkę autorstwa Reni Eddo-Lodge Why I’m No Longer Talking to White People About Race (pol. wyd. Dlaczego nie rozmawiam już z białymi o kolorze skóry), która miała na Tomasza ogromny wpływ. To wydawnictwo, a także praca z ludźmi z organizacji, bardzo otwartymi i przyjacielskimi, oraz kontakty z różnymi społecznościami sprawiły, że po przyjeździe
do Polski Tomasz nie wrócił do poprzedniego zajęcia. Otworzył firmę zajmującą się wideo content marketingiem i mediami społecznościowymi.

Szkoła samodzielności
Zagraniczny wyjazd zmienił też życie Magdy Szykor. – Nie jechałam do Lizbony ze względu na pogodę – mówi ze śmiechem. Szukała organizacji zajmującej się programami europejskimi. Do tej z Lizbony aplikowała kilka razy i wreszcie się udało. Wróciła nie tylko z doświadczeniami, które wykorzystuje dziś w pracy w polskiej Narodowej Agencji, ale także z przyjaźniami, znajomością portugalskiej kultury, kuchni i zwyczajów.
– Podczas wyjazdów pracuje się z lokalsami, więc szybko nawiązuje się znajomości. A codzienne życie w obcym kraju to niezła szkoła samodzielności
– przyznaje Magda.

Podkreślają to również inni byli wolontariusze. Karol Wysocki do tej pory wspomina pobyt w Albanii, choć minęły od tego czasu dwa lata. Zanim wyjechał do Kukës, niewielkiego miasta położonego około 30 kilometrów od granicy z Kosowem, miał doświadczenia wolontariackie z Euro 2012 i ze studiów w Poznaniu. Spodobało mu się. Szukał więc dalej i znalazł projekt Stowarzyszenia Aktywne Kobiety. Współpracowało ono z albańską organizacją pozarządową Center for Youth Progress, skupiającą się na edukacji młodzieży, promocji praw człowieka i wzmacnianiu społeczeństwa obywatelskiego. Co robił w Centrum Rozwoju Młodzieży w Kukës? Uczył młodych ludzi angielskiego i niemieckiego, opowiadał im o polskich świętach i zwyczajach, brał udział w lokalnych uroczystościach.
Przestał być obcym, zżył się z miejscowymi i zaprzyjaźnił. – To był pracowity i pożytecznie spędzony czas – wspomina Karol. Podkreśla, że jego przyjaciele z Centrum oraz młodzi podopieczni żyją w biednym regionie Albanii, mają potrzeby i styl życia inne niż ich rówieśnicy z innych europejskich krajów. – Czasami warto odbyć taką podróż, by z dystansu spojrzeć na codzienność u siebie – dodaje.

Va banque
Karolowi wtóruje Olga Kokot, która we wrześniu 2017 roku wróciła z wolontariatu w Poczdamie. – Szukałam ofert w Niemczech, bo chciałam podszkolić znajomość języka – mówi. Poszła na całość. Gdy znalazła organizację i została przyjęta na wolontariat, zrezygnowała z pracy. – Cały czas o tym myślałam – mówi o wolontariacie. – Nie chodziło o zarabianie pieniędzy – zastrzega zapytana, dlaczego nie podjęła po prostu pracy w Niemczech, bo tak też by się nauczyła języka. Ale ona chciała robić rzeczy pożyteczne i ważne.
Spodobała się jej koncepcja programu niemieckiego stowarzyszenia zajmującego się kształtowaniem postaw obywatelskich, propagowaniem równości płci, tolerancji, edukacją pozaformalną dzieci i młodzieży w wieku od 8 do 26 lat. W Poczdamie organizowała spotkania, szkoliła siebie oraz innych. – To intensywnie spędzony czas, który pokazał mi nowe możliwości i zmobilizował do zmiany życiowej drogi – podkreśla Olga.

Każdy może jechać
Tomasz, Olga, Karol i inni po powrocie z zagranicznych projektów postanowili opowiedzieć o doświadczeniach innym młodym ludziom w Polsce. Zaangażowali się w Sieć Alumnów Europejskiego Korpusu Solidarności. Organizację, powstałą przed rokiem, tworzy około 30 osób (jej odpowiednikiem w programie Erasmus+ jest Sieć EuroPeers – zob. s. 70). Gdy się spotykają, opowieściom o przygodach, które mieli na wolontariacie, i o tym, jak nauczyli się radzić sobie z trudnościami, nie ma końca.
– Ich pokonywanie dało nam pewność siebie, siłę przebicia, otwartość na innych – wyliczają. Z całym przekonaniem namawiają zatem rówieśników,
by korzystali z szansy wyjazdów na wolontariat.
– Przed koronawirusem spotykaliśmy się regularnie, by dzielić się doświadczeniami i pomysłami, jak bardziej rozpropagować europejski wolontariat – wyjaśnia Tomasz. – Choć teraz pozostał nam Zoom, nie zwalniamy i przygotowujemy online wiele wydarzeń – zapewnia.

Jaki cel stawiają sobie Alumni? Chodzi przede wszystkim o popularyzację wiedzy o EKS, bo– jak przyznaje Magda Szykor – wiele osób nie zna możliwości, jakie daje program. Kojarzą go często z darmową pracą. – A tak nie jest – tłumaczy Magda. Wolontariusz dostaje kieszonkowe (Tomasz dodaje, że jest wystarczające nawet na tak drogie miasto jak Berlin). Ma zapewniony zwrot kosztów podróży, zakwaterowanie, ubezpieczenie zdrowotne, bilety na lokalny transport i inne rzeczy związane z utrzymaniem. – Organizacje, które przyjmują i wysyłają wolontariuszy EKS, są przez nas sprawdzone i mają Znak Jakości Europejskiego Korpusu Solidarności – podkreśla Magda. Nigdy wolontariusz nie zostaje sam. Ma wsparcie mentora, organizacji wysyłającej i goszczącej.

Polacy najchętniej wybierają wolontariat w Portugalii, Grecji, we Francji, Włoszech, w Hiszpanii oraz Niemczech. Do Polski od początku programu w 2018 r. najwięcej przyjechało wolontariuszy EKS z Hiszpanii oraz Ukrainy. Magda Szykor tłumaczy to nie najlepszą sytuacją ekonomiczną w tych krajach. Młodzi ludzie zamiast siedzieć na bezrobociu decydują się na pracę na rzecz lokalnych społeczności w Polsce.

O tych wszystkich zaletach Europejskiego Korpusu Solidarności Alumni mówią podczas spotkań z chętnymi do wyjazdu na wolontariat. W grudniu zaplanowano ich szczególnie dużo.
– 5 grudnia przypada Międzynarodowy Dzień Wolontariusza. To dla nas okazja, by podzielić się doświadczeniami i namawiać rówieśników, by odważyli się, jak my, ruszyć w świat – mówi Karol. Wolontariuszem może zostać każdy w wieku od 18 do 30 lat. Nie trzeba mieć doświadczenia. Nie ma wymogu znajomości języka obcego, choć oczywiście to się przydaje. Wybór miejsc i organizacji, które przyjmują chętnych, jest bardzo duży. Można je znaleźć samemu lub wspomóc się bazą ze strony Europejskiego Portalu Młodzieżowego (https://europa.eu/youth/solidarity).

*Europejski Korpus Solidarności jest nową inicjatywą Unii Europejskiej, która umożliwia młodym ludziom udział w projektach z zakresu wolontariatu lub rozwoju zawodowego – we własnym kraju lub za granicą. Uczestnicy muszą zaakceptować misję i zasady programu. Rejestrować mogą się osoby w wieku od 17. r.ż. (ale w chwili rozpoczęcia
projektu muszą mieć ukończone 18 lat) do 30. r.ż.

Po zakończeniu rejestracji są zapraszane do udziału w projektach związanych przede wszystkim z ekologią, kulturą, pracą z młodzieżą i dziećmi. Zdarzają się też projekty dotyczące zapobiegania klęskom żywiołowym i odbudowy w następstwie klęsk, a także pomocy w ośrodkach dla osób ubiegających się o azyl czy rozwiązywania problemów w różnych społecznościach.
Projekty wspierane przez Europejski Korpus Solidarności trwają od dwóch do dwunastu miesięcy. Mogą być realizowane w krajach UE oraz krajach partnerskich. Dodatkowo można brać udział w projektach krajowych (w roku 2020 z uwagi na pandemię było to dość popularne rozwiązanie).

Zdjęcie: Kalina Strzałba-Krawczyk

Uczyć architektury nowocześnie


W czasach wszechobecnej konsumpcji kluczowym słowem wydaje się równowaga. W tym kontekście mówi się dziś o modzie, żywieniu, korzystaniu z surowców naturalnych. Czym w takim razie jest zrównoważona ochrona dziedzictwa kulturowego?

Terminem tym zajęli się naukowcy z Politechniki Lubelskiej, inicjatorzy i liderzy międzynarodowego projektu „Sustainable Urban Rehabilitation in Europe” („SURE”).
Pod tą nazwą kryje się nowoczesny program nauczania (który po polsku możemy odczytać jako: „Zrównoważona rewitalizacja obszarów miejskich”) odnoszący się do architektury, urbanistyki i ochrony dziedzictwa kulturowego. Program powstał w wyniku połączenia – dzięki programowi Erasmus+ – czterech tradycji nauczania w tych obszarach: włoskiej (reprezentowanej przez Università degli Studi di Roma „La Sapienza”), hiszpańskiej (Universidad Politecnica de Madrid), litewskiej (Vilniaus Gedimino Technikos Universitetas) i polskiej (Politechnika Lubelska).

Zmieniamy myślenie o dziedzictwie
Przedstawiciele uczelni zaczęli współpracę od porównania istniejących już programów studiów. Na tym etapie ważna była wymiana dobrych praktyk i doświadczeń, ale też zwrócenie uwagi na to, czego w procesie nauczania może brakować przyszłym architektom, konserwatorom i urbanistom.
– We współczesnej konserwacji zabytków odchodzi się od statystycznego traktowania obiektów, chronienia ich wyłącznie poprzez zakazy i nakazy. Teraz liczy się odpowiednie zarządzanie zabytkami (promocyjne, finansowe) oraz ich użytkowanie. Tym, co charakteryzuje nasz program, jest właśnie dynamiczne podejście do dziedzictwa – mówi prof. Bogusław Szmygin z Politechniki Lubelskiej, koordynator projektu.

Idea „SURE” opiera się na zmianie myślenia. To dlatego w proponowanym programie studiów znalazło się kilka bloków tematycznych podzielonych na przedmioty, takie jak Zrównoważona architektura i urbanistyka, Zrównoważone dziedzictwo oraz Dziedzictwo i społeczeństwo. W ramach przedmiotów opracowano kursy dotyczące na przykład rozumienia ducha danego miejsca oraz relacji między architekturą a terenem, który ją otacza. Studenci mają spojrzeć na środowisko naturalne w szerszej perspektywie. Miejsca zaliczane do światowego dziedzictwa kulturowego przyciągają bowiem tak dużą liczbę zwiedzających, że rodzi się pytanie, w jaki sposób łączyć turystykę z troską o środowisko. Wszyscy, którzy chcą zostać Le Corbusierami XXI wieku, mogą znaleźć program studiów „SURE” na platformie e-learningowej projektu (sure-platform.pollub.pl/ELearning). Tam zamieszczono też materiały dydaktyczne przygotowane przez naukowców z partnerskich uczelni.

Podejście interdyscyplinarne
Politechnika Lubelska na każdym kroku potwierdza, że to uczelnia pełna wartościowych i nowoczesnych pomysłów. Jej działania w zakresie innowacyjności i patentów zostały po raz kolejny wyróżnione w tegorocznym rankingu szkół wyższych „Perspektywy”. A w podsumowaniu Urzędu Patentowego Rzeczypospolitej Polskiej uzyskała najwięcej pozytywnych decyzji w kraju. Jednym z ostatnich osiągnięć naukowców z Wydziału Budownictwa i Architektury jest dotacja w postaci ponad trzech milionów złotych z Narodowego Centrum Badań i Rozwoju w ramach konkursu „Projekty aplikacyjne”. Tym razem badacze przez następne dwa lata zajmą się odpadami uciążliwymi dla środowiska. Z innej perspektywy więc spojrzą na zrównoważony rozwój.

Nowoczesna edukacja zakłada interdyscyplinarność, gwarantującą studentom rozwój na wielu płaszczyznach. Projekt „SURE” idealnie wpisuje się w ideę tego typu studiów.
– Przygotowany przez nas program ma stać się podstawą do stworzenia wspólnych studiów magisterskich – joint master degree. Ta niezwykle ciekawa formuła jest możliwa właśnie dzięki programowi Erasmus+ – podkreśla prof. Bogusław Szmygin. Kiedy wspólne studia magisterskie Sustainable Urban Rehabilitation wejdą w życie, przyszli architekci będą mogli uczyć się na tym kierunku na trzech uczelniach.

*Projekt „Sustainable Urban Rehabilitation in Europe” („SURE”), finansowany ze środków programu Erasmus+ Szkolnictwo wyższe w ramach akcji 2. Partnerstwa strategiczne, trwał 36 miesięcy. Jego celem była poprawa jakości i zwiększenie adekwatności oferty edukacyjnej uczestniczących uczelni oraz dostosowanie jej do współczesnych potrzeb poprzez opracowanie multidyscyplinarnego programu wspólnych studiów magisterskich w języku angielskim. Budżet projektu wynosił 363 814 euro.

Ładne rzeczy!


W ludziach jest głód sztuki – mówi Anna Skorko, prezes Fundacji DOM w Białymstoku, której wolontariuszki przygotowują wystawę o legendarnym zakładzie włókienniczym Fasty

Działalność powstałej w 2004 r. Fundacji DOM skupia się na organizowaniu aktywności dla dorosłych, głównie seniorów. We wrześniu br. grupa wolontariuszek wyjechała do Finlandii, do West Finland College – Uniwersytetu Ludowego w Huittinen. Doświadczenie zdobyte w czasie kilkudniowego kursu przyda się im podczas realizacji projektu „Ładne rzeczy”, którego założeniem jest wykorzystanie historii dawnego Kombinatu Włókienniczego w Fastach do działań edukacyjnych na rzecz dorosłych.

Wyjechałyście w trudnym okresie pandemii. Nie obawiała się pani?
Anna Skorko: Muszę przyznać, że zainwestowanie pieniędzy, chociażby w bilety lotnicze, wymagało ode mnie dużo odwagi. 19 września, kiedy wyjeżdżałyśmy, Finlandia wpisała Polskę na zieloną listę – mogłyśmy więc wjechać i wyjechać bez dodatkowych formalności. Jako organizatorka bałam się trochę, że wykorzystujemy europejskie dofinansowanie w sytuacji, gdy grupa może być zawrócona z granicy. Zaryzykowałam, bo dobrze znam Finlandię, w szczególności uczelnię Länsi-Suomen opisto (West Finland College), ponieważ jako fundacja organizujemy tam kursy nauki języka angielskiego dla seniorów. Finowie bardzo przestrzegają zaleceń sanitarnych, choć nie było wymogu noszenia masek.

Co wizyta w Finlandii przyniosła wam w kontekście realizowanego projektu?
AS: Nasz projekt jest wynikiem dotychczasowej pracy Fundacji nad reaktywowaniem pamięci o tradycji włókienniczej Białegostoku i okolic. Nazwałyśmy go „Ładne rzeczy” ze względu
na nieodkryte wciąż piękno wzornictwa produkowanych u nas tkanin. Kolejny zaplanowany kurs – mamy nadzieję – odbędzie się w Anglii, gdzie będziemy się uczyć upcyklingu, czyli wytwarzania nowych rzeczy ze starych.
Podczas pobytu w Finlandii mogłyśmy wejść do wielu muzeów, spotkać się z dyrektorami, projektantami, osobami odpowiedzialnymi za archiwizację zabytków, za kontakty z twórcami – i to jest nie do przecenienia. W Finlandii, zanim otworzy się wystawę czy nową placówkę muzealną, przeprowadza się konsultacje społeczne. Pyta się mieszkańców, jak ma wyglądać muzeum, co i gdzie ma być wyeksponowane. Burmistrz miasta przez jeden dzień w roku pracuje w muzeum, żeby zobaczyć od środka, co się tam dzieje. Myślę, że to po prostu kapitalne!

Podobnie działamy dziś przy realizacji naszego projektu, w ramach którego przygotowujemy wystawę o białostockich Fastach, czołowym zakładzie przemysłu bawełnianego minionej epoki. Fasty odcisnęły ogromne piętno na Białymstoku. Pracowało tam niegdyś równocześnie ok. 5 tys. osób, głównie kobiet.
Podczas rozmów z byłymi pracownikami zakładu okazało się, że oni bardzo chcą pomóc przy organizacji wystawy. Chcą brać udział w pracach dokumentacyjnych, uświadamiają sobie i nam, jak ważną rolę odegrali w historii miasta i że to właściwie ostatni moment, żeby
ją utrwalić. Niektórzy z nich mają po 80 lat.
Uczestnicy będą zaangażowani w archiwizację i dokumentację rzeczy, które od nich dostaniemy. Zorganizujemy dla nich między innymi warsztaty plastyczne nt. kreatywnego wykorzystania starych materiałów i wzorów.

Wasza działalność pokazuje, że warto korzystać z wyjazdów edukacyjnych, będąc już dawno po studiach.
AS: Nawet na emeryturze, jak ja! Jestem emerytowaną nauczycielką języka rosyjskiego i angielskiego. Trzeba być otwartym na innych, na zawieranie nowych przyjaźni, uczyć się przez całe życie, a to wszystko robimy, realizując projekty w ramach programu Erasmus+. W krajach nordyckich idea uczenia się przez całe życie to podstawa rozumienia świata. Inspirujmy się!

Projekt „Ładne rzeczy” realizowany jest w ramach programu Erasmus+ Edukacja dorosłych przez Fundację DOM z Białegostoku.
Okres realizacji: 1.10.2019 r. – 30.11.2021 r. (wydłużony w związku z pandemią). W ramach projektu kadra i wolontariusze Fundacji wyjechali do Finlandii uczyć się, jak wykorzystywać dziedzictwo kulturowe w działaniach edukacyjnych na rzecz osób dorosłych.

*Zdjęcie: Szymon Łaszewski

Otworzyłem się na świat


Bez wolontariatu we Włoszech nie byłoby późniejszej wyprawy na K2 ani Nanga Parbat. O wyjeździe, który pomógł mu zawalczyć o siebie, opowiada Robert Jałocha, dziennikarz, wieloletni reporter TVN 24, Faktów TVN i TVP

Wszystko zaczęło się od sześciomiesięcznego pobytu w Sienie w ramach Wolontariatu Europejskiego (dziś Europejski Korpus Solidarności). Co pan tam robił?
Pracowałem w urzędzie miasta, w dziale, który zajmował się głównie projektami dla dzieci i młodzieży. Były dwie opcje: praca z nastolatkami z trudnych rodzin albo z dziećmi autystycznymi. Przydzielono mi to drugie zadanie. Trafiłem do przedszkola z trójką autystycznych chłopców. Miałem się nimi opiekować i być swego rodzaju animatorem. Chociaż od tamtego czasu minęło 15 lat, świetnie wszystko pamiętam, nawet imiona tych moich dzieciaków: Marco, Giulio i Lorenzo.

Pomysł, by zajmować się dziećmi autystycznymi, był więc dziełem przypadku?
Tak. W tamtym okresie nie wiedziałem nawet, czym jest autyzm. Miałem 23 lata. Pierwsze spotkanie z podopiecznymi było poruszające: pamiętam, że jeden z nich – Marco – płakał. Nie, on właściwie krzyczał i uciekał na drugi koniec pokoju. Nie rozumiałem, o co chodzi. Myślałem, że opieka nad takim dzieckiem jest niemożliwa. Wtedy nie miałem pojęcia, jak się zajmować dziećmi w ogóle, a już na pewno tak wymagającymi. Bałem się, że mógłbym je skrzywdzić. Dopiero później zrozumiałem, że autystyczne dzieci mogą tak reagować. Wiele dowiedziałem się z forum rodziców dzieci ze spektrum autyzmu. Choć w przedszkolu pracowałem krótko, udało mi się wytworzyć więź z podopiecznymi. Kiedy się z nimi żegnałem, Marco nie chciał puścić mojej ręki. Tak, ten sam Marco, który kilka miesięcy wcześniej nie chciał się nawet przywitać. Myślę, że w pracy pomogło mi to, że zawsze lubiłem dzieci i dobrze się z nimi dogadywałem. Moje najlepsze materiały reporterskie to te, w których bohaterami są właśnie ci najmłodsi.

Utrzymywał pan później kontakt z podopiecznymi?
Niestety nie, ale do dziś czasem o nich myślę. Zastanawiam się, jak sobie radzą. Z perspektywy czasu praca w tym przedszkolu była dla mnie cennym doświadczeniem. Zauważyłem, że łatwiej jest mi rozmawiać na trudne tematy. Nawet zrobiłem kilka reportaży o dzieciach autystycznych, w tym – niedawno – o grupie, która się wspina. Pamiętam, jak wychowawcy mnie ostrzegali, że taki materiał może być trudny do zrealizowania. Przygotowałem na to moich operatorów, ale sam wiedziałem już, czego się mogę spodziewać.

Jak to się stało, że w ogóle zainteresował się pan wolontariatem?
Z tematem zetknąłem się po raz pierwszy w 2005 roku. Byłem wtedy na stażu w biurze prasowym Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej. W tym okresie poznałem Agnieszkę Bielską [obecna koordynatorka Zespołu EKS-u – przyp. red.], która opowiadała mi, jaki potencjał ma wolontariat. Zastanawiałem się, który kraj wybrać. Nie zabrzmi to pewnie zbyt poważnie, ale mieszkałem wtedy w akademiku z Albańczykiem, który uwielbiał nucić włoskie piosenki. Nie jakieś tam hity Erosa Ramazzottiego, tylko klasyki, które śpiewają Włosi. No i jak tak sobie razem podśpiewywaliśmy, pomyślałem: może do tych Włoch bym pojechał.

Czyli z Włochami to też był spontan?
No tak. Umiałem wtedy powiedzieć dwa zdania po włosku: Dove la banca? [pol. Gdzie jest bank?] i Gdzie jest męska toaleta? plus Pronto. Języka uczyłem się na miejscu.

Zdecydował się pan na wyjazd mimo bariery językowej. Zostawił pan pracę i studia…
Bo stwierdziłem, że praca pracą, a studia studiami. Widziałem w wyjeździe potencjał. Szukałem doświadczeń, które mnie wzmocnią. Chciałem rozwinąć nowe kompetencje. Takie pozauczelniane.
O wyjeździe zadecydował też fakt, że przed wolontariatem za granicą byłem raptem dwa razy. Pierwszy raz w wieku 21 lat, w Amsterdamie, dokąd zabrała mnie dziewczyna, i później w Mediolanie, po tym jak już zdecydowałem się na wyjazd do Włoch. Poleciałem na trzy dni, żeby zobaczyć, jak tam jest. Spałem w koszmarnym hostelu za 5 euro. Ale jest co wspominać, bo przy okazji wyjazdu odwiedziłem piłkarską świątynię – stadion San Siro. W towarzystwie 80 tysięcy kibiców nauczyłem się pierwszego włoskiego przekleństwa.
Sam wyjazd na wolontariat na pewno pozwolił mi też pozbyć się kilku kompleksów: np. że jestem ze Śląska, z Siemianowic, że godom po śląsku. Dzisiaj jestem dumny
ze swojego pochodzenia. Pobyt w toskańskiej Sienie uświadomił mi, jak pięknie można pielęgnować kulturę, jakim jest ona atutem. I to nawet jeżeli pochodzi się z małego miasteczka.

Jak dawał pan sobie radę w obcym kraju?
Niestety, od początku musiałem sobie radzić sam, bo trafiłem na liderkę projektu, która niespecjalnie interesowała się wolontariuszami. Nigdy nie zaprosiła nas nawet na symboliczne espresso. Taka urzędniczka, która raczej patrzy na zegarek, niż inspiruje do działania. Wystawiłem jej później negatywną opinię, bo oczekiwaliśmy od niej innej postawy. Dobrze, gdyby liderka służyła radą w odkrywaniu nowego miejsca. A ona nie potrafiła nam nawet załatwić kart na stołówkę. Wieczorem gotowaliśmy więc sobie sami. Przełamałem wtedy swoją niechęć do makaronu. Teraz penne z cukinią i sosem czosnkowym jest moją specjalnością.
Ta liderka zostawiła nas w pewnym momencie na lodzie. Kazała nam się wyprowadzić z mieszkania, bo zaprosiliśmy koleżankę z Polski. Nie zrobiliśmy żadnej imprezy, tylko siedzieliśmy w ogrodzie, popijając wodę, i uczyliśmy się włoskiego. Kolejne lokum, pewnie za karę, załatwiła nam… w klasztorze. Tam spędziłem najgorszą zimę swojego życia. Nawet pod K2 nie zmarzłem tak bardzo jak w tych klasztornych murach.
Mam nadzieję, że znalazł się ktoś, kto okazał się bardziej pomocny?
Miałem znajomych z różnych części Włoch. To oni tłumaczyli mi, że sieneńczycy są raczej zamknięci w sobie i lubią zadzierać nosa. Złapałem też dobry kontakt z moją profesorką włoskiego. I mamy go do dziś, ona często komentuje mi zdjęcia na Facebooku: Troppo bello, Roberto! To właśnie na uniwersytecie poznałem fajnych ludzi. Szybko nauczyłem się włoskiego, bo miałem potrzebę rozmów.

Mam wrażenie, że wolontariat mocno zaważył na pana życiu.
Ukształtował mnie jako człowieka i reportera. To dzięki pobytowi we Włoszech częściowo pozbyłem się kompleksów dotyczących swojego pochodzenia i braku obycia w świecie. Uznałem, że nie ma dla mnie granic, bo wyjechałem bez znajomości języka i dałem sobie radę. Dziś wiem, że poradzę sobie w każdej sytuacji. To doświadczenie
na pewno pozwoliło mi też uwierzyć w siebie. Otworzyłem się na świat. Ten świat się do mnie zbliżył. Dlatego nie boję się trudnych projektów. Jestem przekonany, że bez wolontariatu nie byłoby np. wyprawy na K2 i Nanga Parbat. Nikt mi tego nie zaproponował. Sam wybłagałem w redakcji zgodę na dołączenie do ekspedycji. Taki wtedy postawiłem sobie cel i konsekwentnie o niego walczyłem.
Poza tym przebojowość przed wyjazdem, w skali od 1 do 10, miałem zaledwie na 3, a po powrocie dałbym już sobie 12. Pobyt we Włoszech bardzo mnie wzmocnił. To tam poznałem ludzi z całego świata, którzy byli ciekawi tego mojego. Przez jakiś czas spotykałem się nawet z dziewczyną z Australii. Pomyślałem: skoro chłopak z Siemianowic może poderwać dziewczynę z Melbourne,
to znaczy, że ten chłopak nie jest gorszy od przystojnych Włochów ze Sieny. Że musi mieć coś ciekawego do powiedzenia. Wtedy zdałem sobie sprawę, że można znać pięć języków i w żadnym nie mieć nic do powiedzenia. Ja znałem włoski słabo, ale miałem tyle do opowiedzenia, że świetnie potrafiłem się komunikować.

Jak zatem wyciągnąć dla siebie z wolontariatu jak najwięcej?
Ja popełniłem błąd, bo niedostatecznie się przygotowałem. Dlatego wiele rzeczy mnie zaskakiwało. Gdybym wyjeżdżał teraz, postudiowałbym kulturę i podłapał trochę języka. Co mogę doradzić? Żeby pojechać z nastawieniem, że to może być najważniejszy okres w życiu i że trzeba go wykorzystać. Nie można przyjechać na miejsce i grzebać w telefonie. Każdy dzień jest na wagę złota.
Po wolontariacie wielokrotnie wracał pan do Włoch.
Tak naprawdę marzyłem o pracy korespondenta we Włoszech. To się nie udało, ale byłem na miejscu zawsze, gdy działo się coś ważnego: relacjonowałem trzęsienia ziemi, byłem na beatyfikacji Jana Pawła II. Dzięki znajomości włoskiego mogłem robić najróżniejsze materiały. Na przykład o włoskiej gospodarce (wtedy na dwie godziny dostałem kluczyki do nowego ferrari). A raz wszystkie zagraniczne gazety rozpisywały się o polskim dziennikarzu, który poszkodowanemu w wypadku Robertowi Kubicy przywiózł papieską relikwię…
To byłem ja!

Zdjęcie: Dawid Janocha

Pomoc czy praca?


Dla większości z nas pierwszym skojarzeniem ze słowem wolontariat jest pomoc. Tym pojęciem często posługujemy się na co dzień, nierzadko w kontekście barwnych porzekadeł. Mówimy na przykład: „Pomagając innym – pomagasz sobie”, „Co przed siebie rzucisz, to za sobą zbierzesz”. Lecz nie każdy tę potrzebę niesienia pomocy odczuwa jako odruch zgoła naturalny. Tym bardziej nie każdy rozumie, że wolontariat nie jest tym samym co pomaganie. Pomocą nazwać można np. odgarnięcie śniegu zalegającego na chodniku przed domem sąsiada albo zrobienie zakupów babci. Wolontariat to znacznie więcej: z definicji to nieodpłatne wykonywanie usługi, pracy czy zlecenia na rzecz osób, organizacji pozarządowych lub instytucji.

Dlaczego pomagamy? Powodów jest wiele: bo chcemy, bo jesteśmy empatyczni, często impulsem są pobudki religijne (któż z nas nie słyszał przypowieści o dobrym Samarytaninie), a niekiedy potrzeba pokazania światu, że potrafimy nieść pomoc wtedy, kiedy inni tylko ją deklarują. Niezależnie od rodzaju motywacji pomaganie daje satysfakcję. Wolontariat natomiast, oprócz tych korzyści, pozwala też nawiązać nowe kontakty, zdobyć wiedzę, doświadczenia i umiejętności, a w związku z tym – lepszą pozycję na rynku pracy.

Wolontariatem, jak pomaganiem, możemy zająć się w każdym wieku. Ale, zupełnie jak z uczeniem się języka obcego, najlepiej zacząć już w dzieciństwie. Zatem kiedy tylko mogę, staram się uwrażliwiać moje dzieci na potrzeby i troski innych ludzi, przemycając im do uszu takie mądrości: „Poprawiłam ci poduszeczkę, bo zależy mi na tym, żebyś spała wygodnie” czy też: „Jaki piękny obrazek narysowałeś! Będzie ozdobą paczki dla koleżanki” (chwilę prawdziwej próby emocjonalnej przeżywam ułamek sekundy później, kiedy muszę z całym spokojem dokończyć: „Ojej, synku, ten obrazek namalowałeś na dokumencie bardzo ważnym dla twojej mamy!”).

Za to uwrażliwianie doczekałam się niespodziewanej nagrody. Z racji tego, że dzieci przyzwyczaiły mnie do radosnego rozpoczynania dnia kwadrans po piątej, skorzystałam w końcu z dobrej rady mojej mamy: „A może daj się Maksiowi pobawić samemu, kiedy wstanie?”. Maks (lat 5) telepatycznie podchwycił słowa babci. Wstał jak zawsze o 5.15, wyszedł z pokoju i na krótką chwilę nastał najpiękniejszy dźwięk na świecie: cisza. Lecz niedługo potem do pokoju wpadła Ada (3), piszcząc radośnie, że mają dla mnie niespodziankę w łazience. Kiedy tam weszłam – zamarłam. „Zrobiliśmy ci pranie, mamusiu, żebyś w spokoju mogła wypić kawkę”. W wannie, wypełnionej wodą ubarwioną różową pianką, pływały dwa stosy wypranych i wyprasowanych wczoraj ubrań… Pomogli? W swoim przekonaniu na pewno, choć przyznaję, nie od razu mnie ta pomoc ucieszyła.

Jednego jestem za to dziś pewna: jeżeli nie pokażemy dziecku, że pomaganie jest ważne i potrzebne, dorosły, który z niego wyrośnie, wolontariuszem raczej nie zostanie.

*prof. dr hab. Ewa Murawska – wykładowca Akademii Muzycznej im. I.J. Paderewskiego w Poznaniu, prezes Fundacji Eve&Culture, dyrektor Polsko-Norweskiego Centrum Kultury w Poznaniu. Tytuł profesora zwyczajnego odebrała od prezydenta RP w maju 2019 r., przed skończeniem 40 lat.

Wieś śpiewa i tańczy? Nie w Łaziskach!


Na małej wsi można robić fantastyczne rzeczy. Karolina Suska, dyrektorka domu kultury i biblioteki w Łaziskach na Lubelszczyźnie, bibliotekarka roku i ambasadorka EPALE*, nie czeka bezczynnie

Dlaczego właśnie na wsi postanowiłaś szukać potencjału drzemiącego w ludziach?
Moje pierwsze działania na Lubelszczyźnie to był taki desant weekendowy. Studiowałam wówczas w Krakowie i robiłam mnóstwo społecznych rzeczy, ale w dużym mieście wszystko się rozmywało. Obserwowałam, co się działo w mniejszych ośrodkach, i zauważyłam, że tam działań społecznych brakuje. Owszem, są np. kluby seniora albo zajęcia taneczne dla dzieci, ale pracowałam przy projektach unijnych i wiem, że to mało. Postanowiłam znaleźć okazję, żeby zrobić coś lokalnie – i taka się nadarzyła. Na rynku w Krakowie spotkałam grupę mieszkańców z rodzinnych Łazisk na Lubelszczyźnie, a wśród nich dyrektorkę domu kultury, którą kojarzyłam z czasów podstawówki. Pani dyrektor rozpoznała mnie od razu. Dowiedziała się, że studiuję i działam społecznie, więc zapytała, czy u nich bym czegoś też nie zrobiła. Los układa nam różne scenariusze, które nie dzieją się przypadkiem. Dosłownie kilka dni po tym spotkaniu znalazłam informację o konkursie „Młodzi menedżerowie kultury w bibliotekach” i stwierdziłam, że właśnie tego potrzebujemy, by działać w Łaziskach. Konkurs wiązał się ze szkoleniami w Warszawie. Zaczęłam tam jeździć, a w weekendy wpadałam do Łazisk, żeby realizować pierwszy wspólny projekt na Lubelszczyźnie: „Foty na płoty”.

I to były też twoje pierwsze koty za płoty.
Tak. Przedsięwzięcie dotyczyło fotografii społecznej, która dla mnie była świetnym pomysłem na działania animacyjne ze społecznością lokalną. Oprócz tego, że edukujemy ludzi w jakimś zakresie, to jeszcze uwieczniamy ich na fotografiach. Projekt obejmował warsztaty fotograficzne dla gimnazjalistów, którzy przez kilka weekendów uczyli się robienia zdjęć pod okiem profesjonalnego fotografa, specjalnie dla nich przyjeżdżającego z Krakowa. Potem organizował on z nimi sesje w terenie, podczas których uwieczniali mieszkańców wsi w codziennych sytuacjach. Zrealizowaliśmy wtedy w Łaziskach pierwszy wernisaż fotografii.
Skoro nie było tam tradycji takich działań, to jak miejscowi to przyjęli? Na zasadzie: przyjechała z Krakowa i się wymądrza?
Gdybym pojawiła się jako nieznana osoba, pewnie byłoby trudniej. Ale nie przyjechał nikt obcy, przyjechała – jak mówiono – „nasza Karolina”. W małym środowisku wszyscy się znają. Chętnych do projektu szukałam w gimnazjum, w którym sama się uczyłam. To był system naczyń połączonych. Osoby uwiecznione na fotografiach były zaproszone z rodzinami na wernisaż, a dzieci, które robiły zdjęcia, przyszły z bliskimi. Frekwencja była dość duża i miejscowi uznali, że „w końcu coś zaczyna się u nas dziać!”. Ale nie jest tak, że jak da się coś ludziom w małej społeczności, to oni na wszystko powiedzą: „Wow!”. Najbardziej kręcą mnie takie wydarzenia, przy których słyszę: „Nie wyjdzie, nie u nas, nie dla nas, niebezpieczny temat, kontrowersja”.

Wyzwanie!
Tak! Pokażmy ludziom, że można!

A co kontrowersyjnego wymyśliłaś?
Współpracę z uchodźczyniami. To już było po tym, jak po śmierci wspomnianej wcześniej pani dyrektor to ja zaczęłam kierować biblioteką i domem kultury w Łaziskach. Pewnego razu dzwonią do mnie dziewczyny ze Stowarzyszenia „Dla Ziemi” z Łukowa (drugi koniec Lubelszczyzny) i pytają, czy nie chciałabym zorganizować spotkania z uchodźczyniami w Klubie Kobiet Aktywnych, który prowadzę. Pierwsza moja myśl: Dlaczego „Dla Ziemi” nie szukało kogoś bliżej? Okazało się, że nikt nie chciał ich przyjąć z tym tematem, a ja byłam i jestem na treści otwarta.
Wszystkie spotkania z uchodźczyniami miały elementy łączące ludzi: kulinaria, tradycję, rękodzieło. Nie pamiętam spotkań, które budziłyby tyle ciepła i szacunku. Jak przyjeżdżała kobieta z Kirgistanu, to nikt nie widział w niej uchodźczyni, ale osobę, która ma rodzinę i życie nieusłane różami. Edukacyjnie była to cudowna rzecz! Po roku cyklicznych spotkań zorganizowaliśmy wydarzenie pod hasłem „Kobiety – Kobietom”. Zaprosiliśmy na nie panie z dziesięciu krajów – Polska była jedenastym. Część to były uchodźczynie, a część edukatorki, na przykład z Norwegii, które chciały zobaczyć, jak to się robi na wsi. To był fenomenalny dzień! Polki czuły się przeszczęśliwe, nie było dla nich czegoś takiego jak bariera językowa!

Takie działania można nazwać misją.
Tak, jest to pewna misja. Choć na początku nie lubiłam, gdy ktoś nazywał mnie dyrektorką, wolałam „specjalistkę ds. obalania mitów”. Najważniejsze jest bycie otwartym człowiekiem, a nie panią dyrektor…

…zza biurka.
Właśnie. Podczas sesji do jednego z kobiecych magazynów wolałam siedzieć na biurku niż za nim. Podobno zdeprymowałam wtedy kilka bibliotekarek w kraju, które zarzuciły mi między innymi brak garsonki. Ale zrobiłam to po swojemu, bo byłam i jestem sobą od początku do końca.

À propos bibliotekarstwa… Jak zostałaś bibliotekarką roku? Co zrobiłaś, żeby twoja biblioteka nie była tylko miejscem, w którym wypożycza się książki?
Słuchałam ludzi, którzy korzystają z zasobów mojej biblioteki. Oni przychodzą z pomysłami, ale muszą mieć przestrzeń do tego, żeby wyrazić swoje zdanie i zobaczyć, że to, co powiedzieli, zostało wysłuchane. To nie jest tak, że ludzie rzucają mi piętnaście pomysłów, a ja je zaraz realizuję. Najpierw szukam łącznika między nową ideą a tym, co faktycznie możemy zrobić. Pamiętam, że pewnego razu kobiety z okolicy zaproponowały przeprowadzenie jakichś działań związanych z miejscowością Piotrawin, która jest najstarszą parafią w archidiecezji lubelskiej. Chciały pokazać jej walory architektoniczne, w tym gotycki kościół, ale też siebie. Stwierdziłam, że w przestrzeni tej wsi zrobimy sesję zdjęciową „Kobiety & książki”. Połączyłyśmy to z literaturą, bo każda z pań miała najpierw za zadanie przygotować książkę, która z jakiegoś powodu jest dla niej ważna. Od słowa do słowa, od słowa do czynu, powstał wspaniały projekt.

Mam wrażenie, że ważna była zmiana perspektywy z wiejskiej na miejską. Przez kilka lat studiów zyskałaś dużą świadomość działań.
Tak. Dużo podróżuję, żeby szukać inspiracji, i chętnie się edukuję. Dr hab. Marcjanna Nóżka, profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego, dała mi do myślenia, kiedy na ćwiczeniach dotyczących społeczności lokalnych powiedziała, że miejsce, w którym się urodziłam, wychowałam, może być ważne w życiu zawodowym. Zachęciła mnie, żebym zrobiła coś w swojej miejscowości, więc napisałam magisterkę o organizacjach społecznych na terenie powiatu opolskiego na Lubelszczyźnie. Wtedy na moich studiach nikt nie pisał o socjologii wsi. Ta praca była też o tyle ważna, że podczas jej pisania często wracałam w swoje rodzinne strony. Jednak teraz co jakiś czas muszę naładować akumulatory i wyjechać z Łazisk, żeby się nie wypalić. Muszę mieć kontakt z ludźmi, kulturą i wiedzą z zewnątrz.

Skoro wspominasz o wiedzy – co ci daje EPALE?
Przede wszystkim bezpośredni dostęp do wiedzy i ekspertów. Jest źródłem ogromnej motywacji do tego, żeby wracać do aspektów merytorycznych pracy, którą wykonuję. Jak ktoś mnie pyta, gdzie szukać wiedzy o tym, co robię, to odsyłam go na tę platformę dla praktyków. Nawet jeśli ktoś już dużo wie, to może się dowiedzieć jeszcze więcej. Zachwyca mnie to, że jest tam wiele wątków bieżących. Dla mnie EPALE to skarbnica pomysłów, inspiracji i eksperckiej wiedzy. Od niedawna jestem ambasadorką tej platformy i czuję się zaszczycona, że zostałam zaproszona do tego grona.

Jak nie bibliotekarka roku, to ambasadorka EPALE!
99 proc. inicjatyw prospołecznych, które robię, wynika z tego, że ktoś mnie gdzieś spotkał, zobaczył, posłuchał i zaprosił do współpracy. Jest mało ludzi, którzy całkiem poważnie, kompleksowo i z planem zajmują się animacją kultury na wsi. A nawet gdy się zajmują, to robią to dla swojej małej społeczności i nie nagłaśniają tego. Pamiętam, że gdy otrzymałam stypendium im. Olgi Rok i entuzjastycznie dzieliłam się tym sukcesem, to nie wszyscy cieszyli się razem ze mną. A ja miałam poczucie, że to jest potrzebne, bo jeśli chcę robić kolejne rzeczy, muszę o nich głośno mówić i o nie zawalczyć.

Sama wymyślasz tematy tekstów, które prezentujesz na platformie?
Mam wątek przewodni, którym się zajmuję, czyli animację społeczną na wsi. Uważnie też słucham ludzi, oni często mówią o tym, czego im brakuje. Nie mam problemu ze znalezieniem tematów, o których chcę pisać.

Takie jak „10 pomysłów dla sołtysek i sołtysów”?
Na przykład. Kiedy bywam na spotkaniach, ludzie zadają mi pytania w stylu: gdzie znaleźć pomysł, jak prowadzić koło gospodyń wiejskich, skąd pozyskiwać fundusze? Wtedy odsyłam ich na stronę EPALE, bo tam właśnie dzielę się swoim doświadczeniem, i ta wiedza jest na wyciągnięcie ręki.

Zdjęcie: Szymon Łaszewski

Po co te wolontariaty?


To pytanie usłyszałam lata temu od osoby, u której kupowałam polisę ubezpieczeniową dla wolontariuszy naszej małej organizacji. Pytanie wywołało we mnie lekki niepokój, bo nie potrafiłam wytłumaczyć kobiecie, która widać w życiu o wolontariacie nie słyszała, po co młodzi ludzie przez długie tygodnie czy miesiące pracują bez wypłaty. Wyskoczyłam spontanicznie z szybką odpowiedzią i olbrzymim uśmiechem na twarzy: „Dla zabawy!”. Miła pani to kupiła. Wiadomo, skoro młodzi, to i bawić się chcą. A ja do dziś myślę o tym, by do niej wrócić i opowiedzieć o wolontariacie zupełnie inaczej.

Długo uczyłam się rozmawiać o wolontariacie. Rodzicom czasami nie umiałam wytłumaczyć, dlaczego takie działania mają sens. Jeśli sami byli kiedyś w harcerstwie, sprawa wyglądała prościej. Z wójtami i burmistrzami bywało trudniej, bo często jedyne odwołania, jakie znajdowali w pamięci, dotyczyły tzw. czynu społecznego. Wolontariat poprzedniego wieku. Spotykałam się czasami z niezrozumieniem, kiedy prosiłam o pieniądze na kolejny rewelacyjny projekt. By przekonać, dlaczego warto nas wspierać, często wyciągałam temat edukacji (ileż my się w działaniu uczymy!) i profilaktyki (mamy co robić, więc nie podnosimy statystyk alkoholowych). Dziś myślę, że to były słabe argumenty, mimo że skuteczne. Bo tego, czego wtedy potrzebowałam do rozmów, to konkretne historie konkretnych ludzi z naszej małej gminy, dla których wolontariat okazał się szansą na rozwój.

Stało się to trochę przypadkowo. Na dziesięciolecie naszej organizacji poprosiliśmy dawnych wolontariuszy o nagranie krótkich filmów. Ze wzruszeniem słuchałam wówczas słów o wartości, jaką dla niektórych z nich miało doświadczenie wspólnej pracy przy festiwalach, warsztatach, kinach plenerowych i wymianach młodzieży: „Nigdy nie pracowałam w równie kreatywnej grupie”, „80 proc. umiejętności potrzebnych, żeby założyć swoją firmę, nabyłam właśnie na wolontariacie”, „Gdyby nie to, że organizowałem u was warsztaty fotograficzne, nigdy nie odkryłbym swojej pasji do fotografii”.

To, co kiedyś nazywaliśmy zabawą, dla wielu okazało się doświadczeniem kształtującym światopogląd i osobowość. A im dalej od czasu wspólnych wolontariackich projektów, tym łatwiej jest to ocenić. Ja z kolei odczuwam dumę, obserwując tych młodych ludzi, choćby ułomnym okiem social mediów. Widzę osoby, które się uczą i rozwijają, wierzą w swoje możliwości, są odważne, robią ciekawe rzeczy i potrafią zbudować relacje. Jeśli brali udział w projekcie zagranicznym, są otwarci na inne kultury i tolerancyjni, bo wiedzą, że świat jest piękny w swej różnorodności.
Są też wrażliwi na otoczenie i przekonani, że mogą mieć wpływ na rzeczywistość. Niektórzy zostali moimi przyjaciółmi, bo więzi, jakie zbudowaliśmy, wspólnie działając, są niezwykle silne.

Marzę o świecie, w którym każdy doświadczyłby wolontariatu.

*Barbara Zamożniewicz – uczestniczka programu Wolontariat Europejski (EVS). Od 15 lat działa na rzecz młodzieży w województwie świętokrzyskim. W latach 2005-2015 prezeska młodzieżowej organizacji FARMa. W latach 2015-2019 Rzecznik Młodzieży przy Urzędzie Marszałkowskim Województwa Świętokrzyskiego.