Dla odrzuconych


Ponad 40 psów, dwoje opiekunów i jeden dom – to rzeczywistość państwa Dobrzańskich, których całe życie kręci się wokół Przytuliska w Harbutowicach. Grupa młodych ludzi zaoferowała im pomoc w ramach Projektu Solidarności

Grupa osiemnasto- i dziewiętnastolatków z Myślenic, miasteczka położonego 24 km na południe od Krakowa, była inicjatorem i realizatorem Projektu Solidarności, którego celem była pomoc bezdomnym zwierzętom. Młodzi ludzie chcieli uwrażliwić mieszkańców Myślenic i okolic na los porzuconych psów, wzbudzić zainteresowanie lokalnej społeczności działalnością Przytuliska i polepszyć warunki życia zwierząt w Harbutowicach. – Działaliśmy dwutorowo. Jedną formą działań była konkretna pomoc dla Przytuliska w Harbutowicach, jedynego ośrodka w powiecie myślenickim zajmującego się bezdomnymi zwierzętami. Jednocześnie prowadziliśmy kampanię informacyjno-edukacyjną propagującą ideę pomocy zwierzętom i ich adopcję ze schronisk – opowiada Arek, lider grupy.

Jeden z ważniejszych dni
Jest ciepłe czerwcowe przedpołudnie. Psy szczekają przyjaźnie, właściciele Przytuliska czekają przed płotem. Towarzyszy im m.in. Krycha – przyjazny mały kudłaty kundelek, ulubieniec Małgorzaty Dobrzańskiej, która wspólnie z mężem prowadzi Przytulisko. To ważny dla nich dzień. Dziś młodzi ludzie przywożą „owoce” swojej pracy. Jest dużo radości i wielkie zamieszanie, bo w schronisku przebywa 46 psów. Pani Małgorzata prędko pokazuje: – Ten to Tuptuś. A tamten to Czesio.

Chłopcy wypakowują z auta budy, legowiska, maty i worki z karmą. – Udało nam się uszyć większą liczbę legowisk. Ponadplanowo wykonaliśmy też maty – mówi Marcin. – Przy maszynowym napełnianiu legowisk kulkami silikonowymi była świetna zabawa – dopowiada Tomek, członek grupy. – Wszystko to bardzo nam się przyda – mówi pani Małgorzata. Podobnie jak jej mąż, jest w podeszłym wieku. Chwali wolontariacką pracę młodych. – Przyjeżdżali, pomagali, wyprowadzali psy na spacer – opowiada.

Grupę zawiązała osiemnastoletnia Małgosia i do współpracy namówiła czterech starszych o rok kolegów – wszyscy są uczestnikami i absolwentami 6-10 Hufca Pracy w Myślenicach. – Zdecydowaliśmy, że wykonamy budy dla psów, uszyjemy legowiska dla kotów i zakupimy karmę – mówi liderka projektu. Chłopcy są związani z firmą INTER-ZOO z Myślenic, gdzie dwóch odbywa praktyki, a dwóch jest zatrudnionych. Tam, na warsztatach, wspólnie z Małgosią wykonali budy, legowiska i maty.

– To wychowankowie naszego hufca. Bardzo wydorośleli podczas tego projektu, nabrali pewności siebie – mówi Bożena Batko, komendant Hufca Pracy w Myślenicach. W realizowaniu działań projektowych pomagali także pracownicy Hufca.

Mierzyliśmy siły na zamiary
Wizyta w Przytulisku była finałem trzymiesięcznego Projektu Solidarności realizowanego w ramach Europejskiego Korpusu Solidarności. Przez cały projekt młodzi ludzie prowadzili na terenie powiatu myślenickiego kampanię informacyjno- edukacyjną. – Zorganizowaliśmy happening, rozwieszaliśmy plakaty, rozdawaliśmy ulotki. Działaliśmy aktywnie na Facebooku – opowiada Marcin.

Członkowie grupy widzą wpływ projektu na społeczeństwo Myślenic. – Staliśmy się „specjalistami od zwierzaków”. Ludzie kontaktują się z nami bezpośrednio i za pośrednictwem Facebooka,
dopytują o zwierzęta w Przytulisku, o ich potrzeby, o drogę do Przytuliska. Mówią, że są w ich okolicy chore lub kalekie psy dokarmiane przez mieszkańców. Cieszą się, że już wiedzą, że mogą przewieźć je do Harbutowic – opowiada Tomek.

– Młodzi mierzyli siły na zamiary, dzięki czemu zrealizowali projekt z sukcesem – mówi Lucyna Podoba, pracownica firmy INTER-ZOO, która pomagała młodzieży w projekcie jako coach: wspierała, motywowała i pomagała działać.

Młodzieży udało się również coś, czego nie planowali na etapie składania wniosku do Narodowej Agencji – zaangażowali w projekt właścicieli i pracowników firmy. To dzięki nim udało się przygotować znacznie więcej legowisk dla zwierząt i dodatkowe maty dla psów – marzenie pani Małgorzaty.

Działamy lokalnie
Projekt przyczynił się do promocji Przytuliska w Harbutowicach. Wiele osób z Myślenic i okolic dowiedziało się o jego istnieniu dopiero dzięki kampanii prowadzonej przez młodych. Właścicielka Przytuliska twierdzi, że więcej osób przyjeżdża i pyta o możliwość świadczenia wolontariatu, o możliwość adopcji. Najważniejszym aspektem projektu okazało się jednak pokazanie innym, że praca na rzecz innych jest możliwa. Młodzi ludzie ożywili lokalną społeczność. Nie tylko pokazali, że można działać, lecz także wskazali, jak to robić!

Gaz do dechy, dziewczyny!


Trzy młode Polki wzięły udział w europejskim finale projektu „The Girls on Track”. Przedsięwzięcie miało pokazać, że wyścigi samochodowe to nie tylko domena mężczyzn

Niezależnie od tego, czy będzie to bolid Formuły 1, samochód wyścigowy, czy kart, sporty motorowe kojarzą się z dyscyplinami męskimi. Projekt programu Erasmus+ Sport miał pokazać, że równie dobrze za kierownicą mogą siedzieć kobiety – wystarczy tylko stworzyć im bardziej przyjazne warunki.

Przedsięwzięcie przypominało normalne zawody – najpierw były eliminacje, a później finały: krajowy i europejski. Wyłanianie dziewcząt najlepiej czujących się za kierownicą kartów rozpoczęło się w 2018 r. Na starcie eliminacji w Tychach i Rzeszowie stanęło ponad 80 dziewcząt, z których najmłodsza miała 11 lat. Zawodniczki trenowały i rywalizowały w slalomie, omijając przeszkody z pachołków. Chętnych nie odstraszyły ani deszcz, ani błoto. Podobne eliminacje odbyły się w siedmiu innych krajach.

Życie jak bolid
Pierwsze spotkanie 13 finalistek zorganizowano we wrześniu 2018 r. na Torze Poznań, gdzie miały one okazję zaznajomić się z pracą zespołów podczas Wyścigowych Samochodowych Mistrzostw Polski. Uczestniczki ćwiczyły też na symulatorze oraz miały zajęcia dotyczące kondycji fizycznej, motywacji, komunikacji czy budowania więzi zespołowej. Współorganizator projektu – Polski Związek Motorowy (PZM) – zapewnił finalistkom szkolenia m.in. z Małgorzatą Rdest, jedną z najszybszych Polek na torach wyścigowych. – Gosia opowiedziała im np. o tym, jak pozyskiwać sponsorów, co nie jest łatwe w sporcie zdominowanym przez mężczyzn. Uczestniczki dowiedziały się również, jakie są inne możliwości pracy wokół motorsportu. Można przecież zostać np. dziennikarzem sportowym lub pracować w zespole. Miały też okazję poznać ciekawe osoby, np. Małgorzatę Serbin, siedmiokrotną mistrzynię Polski w wyścigach samochodowych, oraz Rafała Sonika, zwycięzcę rajdu Dakar – opowiada Marzena Jougounoux, koordynatorka komunikacji i PR projektu z ramienia PZM.

Zmienić myślenie i… kombinezony
Choć program projektu był atrakcyjny, znalezienie uczestniczek okazało się wyzwaniem. – Mieliśmy nadzieję na nieco szersze uczestnictwo kobiet w przedsięwzięciu – przyznaje Marzena Jougounoux. – Nie było łatwo zachęcić osoby bez doświadczenia. Ostatecznie dziewczęta, które do nas trafiły, już wcześniej były zainteresowane motorsportem: albo ktoś z ich rodziny brał udział w zawodach, albo same coś robiły w tym zakresie – dodaje.

Takie właśnie doświadczenie miała Michalina Sabaj, która wraz Joanną Piwowarek i Natalią Lelek awansowały do europejskiego finału. – Przed udziałem w projekcie jeździłam już siedem lat na gokartach – opowiada Michalina. – O inicjatywie dowiedziałam się z internetu i uznałam, że jest fajna. Przedsięwzięcie było świetnie przygotowane i przemyślane, szczególnie szkolenia, które dały sporą dawkę wiedzy. Na obozach dużo też trenowałyśmy, więc miałam okazję nabrać doświadczenia – dodaje młoda zawodniczka.

Finał zawodów na torze Le Mans w Belgii i spotkanie z innymi uczestnikami przedsięwzięcia potwierdził, że sytuacja kobiet w motorsporcie wszędzie jest podobna. – W Brukseli przedstawiono m.in. wstępne wyniki badania przeprowadzonego wśród uczestniczek – mówi Marzena Jougounoux. Okazało się, że niezależnie od kraju, dziewczyny chcące zaistnieć w sporcie motorowym borykają się z podobnymi problemami. – Bariery zaczynają się teoretycznie od błahostek, takich jak ubrania. Kombinezony są szyte głównie dla mężczyzn. Również infrastruktura często nie jest przystosowana do tego, aby mogły korzystać z niej kobiety: bywa, że przy torach są tylko pojedyncze toalety i szatnie. Inną barierą jest sposób mówienia o sportach motorowych, który powoduje, że dziewczyny nie do końca postrzegają tę dyscyplinę jako przeznaczoną dla nich – wyjaśnia Marzena Jougounoux.

Zrobić krok naprzód
Ostatecznie polskie zawodniczki wypadły w Belgii bardzo dobrze – Michalina Sabaj znalazła się w gronie sześciu najlepszych uczestniczek europejskiego finału. Nic dziwnego, że PZM ma już dalsze plany związane z zawodniczkami. – Dziewczyny, które wzięły udział w finale „The Girls on Track”, dostały szansę na start w naszych narodowych mistrzostwach kartingowych w tym roku – wyjaśnia Marzena Jougounoux.

Na arenie międzynarodowej projekt „The Girls on Track” połączył się z organizacją Dare to be diff erent. Organizatorzy obu przedsięwzięć przy okazji mistrzostw Formuły E wspólnie organizowali specjalną strefę dla dziewcząt zainteresowanych sportami motorowymi.

Jasne plany na przyszłość ma również Michalina. – Próbuję zrobić kolejny krok naprzód. Nauczyłam się sporo i myślę, że znajomości, które zawarłyśmy z osobami z PZM, na pewno pomogą – mówi.

Otwartość i odwaga


Nie chodziło nam o stygmatyzację sprawców, o wskazanie ich palcem. Bardziej zależało nam na wypracowaniu metod, które pomogą rozwiązać problem – mówią nauczyciele koordynatorzy wyjątkowego projektu eTwinning „Be a buddy, not a bully”, poświęconego przemocy rówieśniczej. Przedsięwzięcie nagrodzono certyfikatem European Language Label 2019

Rozmowa z Moniką Mojsiejonek, nauczycielką języka angielskiego, i Kamilem Matrasem, nauczycielem matematyki, ze Szkoły Podstawowej im. Jana Pawła II w Zaborze (województwo lubuskie).

Pomysły na wcześniejsze państwa projekty eTwinning wychodziły często od samych uczniów. Jak było tym razem?

Kamil Matras: Gdy zaczynaliśmy to przedsięwzięcie, pracowałem jeszcze jako pedagog szkolny. Pewnego dnia przyszli do mnie rodzice z wydrukami z facebookowych profili swoich dzieci i pokazali, że w szkole istnieje problem cyberprzemocy. Nie chcieliśmy udawać, że wszystko jest dobrze i naszej szkoły to nie dotyczy. Zdecydowaliśmy, że naszą odpowiedzią będzie projekt o przemocy rówieśniczej. Zależało nam, by w przedsięwzięcie zaangażować zarówno ofi ary, jak i sprawców. Chcieliśmy, żeby mogli oni wejść w buty ofiar i zobaczyć, jak to jest być po drugiej stronie.

Monika Mojsiejonek: Cyberprzemoc objawiała się dręczeniem uczniów przez ich kolegów i koleżanki. Chodziło o zamieszczanie obraźliwych treści w internecie, przede wszystkim w mediach społecznościowych. Były więc obraźliwe zdjęcia, komentarze lub insynuacje. Stwierdziliśmy, że należy rozwiązać sprawę, zanim stanie się ona problemem całej szkoły.

KM: Chcieliśmy też uświadomić dzieci, że nie wszystkie zachowania można uważać za przemoc. Ankiety przeprowadzone w szkole w ramach programu profilaktyczno-wychowawczego pokazały, że dzieci nie odróżniają przemocy od np. żartu lub innych, dość typowych dla wieku naszych uczniów zachowań.

Jak wyglądał proces otwierania się dzieci na to, żeby mówić o przemocy?

MM: Rozpoczynając projekty, zawsze czekamy na chętnych. Nigdy nie wskazujemy, kto ma wziąć udział w działaniach. Wszystko działo się więc stopniowo. Były oczywiście dzieci bardziej otwarte, dla których ważne było to, że ktoś zainteresował się ich problemem. Mówiły nam o sprawach, o których nie wiedzieli nawet ich bliscy. Reszta zaczęła się otwierać dopiero, gdy zobaczyła, że ich koledzy też o tym mówią.
KM: Ostatecznie w starszych klasach większość uczniów wyraziła chęć wzięcia udziału w projekcie. Były też dzieci, które nie chciały otworzyć się na forum, ale widząc, co się dzieje, przychodziły do nas i rozmawiały w cztery oczy. Później otrzymaliśmy też informacje od rodziców, że odważyli się pójść z dziećmi do psychologa. Dzięki temu mogły one przepracować problemy i teraz funkcjonują już inaczej.

Jak skłoniliście dzieci do mówienia?

MM: Najpierw zachęciliśmy uczniów z naszej szkoły i ze szkół partnerskich z Francji i Czech do tego, żeby stworzyli własne definicje przemocy.
KM: Dzieci odkrywały więc to, co przemocą jest, a co nie. Wymieniały się pomysłami i konsultowały je z dziećmi z zagranicy np. przez wideoczat. Uczniowie sprawdzali też, jak z problemem przemocy radzili sobie sławni ludzie.
MM: Łączyliśmy to wszystko z pracą językową. Z dziećmi z innych krajów słuchaliśmy piosenek i oglądaliśmy filmy na temat przemocy. Stworzyliśmy też internetowe forum wymiany opinii i rozmawialiśmy o tym, jak reagować na przemoc, gdy doświadcza jej ktoś inny. Pod koniec projektu zauważyliśmy, że świadomość tego, jak reagować i jak sobie z przemocą radzić, bardzo wzrosła.
KM: Dzieci nie wiedziały, gdzie szukać pomocy, a dzięki projektowi poznały wiele osób i instytucji, które mogą tej pomocy udzielić. Co ważne, rodzice dzieci biorących udział w projekcie mieli dostęp do wszystkiego, co działo się w jego trakcie.

Jak wyglądała sprawa przemocy w szkołach partnerskich?

MM: Wszędzie są podobne problemy. We Francji dodatkowo pojawiła się jeszcze przemoc na tle nietolerancji wyznaniowej czy rasowej.
KM: To też zaskoczyło naszych uczniów, kiedy zaczęli poznawać np. muzułmańskie dzieci z Francji. Ostatecznie przekonali się, że niezależnie od wyznania czy kultury to są takie same dzieci, z tymi samymi zainteresowaniami i problemami.

Co było najważniejszym efektem przedsięwzięcia?

KM: Myślę, że dzieci dużo zrozumiały. Ich świadomość w kwestii radzenia sobie z przemocą się zwiększyła. Nauczyły się, że mogą o tym mówić i że nie należy się tego wstydzić.

Projekt doceniono także w szerszej skali. Został laureatem konkursu europejskiego 2019 i laureatem konkursu Nasz projekt eTwinning 2019 oraz otrzymał certyfikat European Language Label. Co stoi za tak dużym sukcesem?

MM: Myślę, że to głównie efekt wytrwałości naszej i naszych uczniów oraz ogromnego wsparcia naszej pani dyrektor. Projekty są dowodem na to, że placówka się rozwija, że – choć jest mała – może działać na europejskim poziomie.
KM: Spotykamy się też z opiniami, że chyba w małej szkole jest nieco łatwiej realizować projekty. I zapewne coś w tym jest. Wyjazd na galę do Warszawy dla dzieci z naszej wsi był wspaniałą wyprawą i dużym przeżyciem.
MM: Ważne jest również to, że my sami bardzo chcemy się uczyć. Ostatnio usłyszałam od jednego ucznia, że ze mną nie można się nudzić, i myślę, że jest to dobre podsumowanie naszych działań.

Rozmawiał Jacek Łosak
mobilny korespondent Erasmus+

Pięć lat szkolnych zmian


Nie bójmy się rutyny, idźmy pod prąd. I pamiętajmy, że wciąż trzeba się rozwijać – zachęcali uczestnicy trzeciej już konferencji POWERGEDON

Z okazji pięciolecia realizacji przez Fundację Rozwoju Systemu Edukacji projektów ze środków Programu Operacyjnego Wiedza Edukacja Rozwój (PO WER) beneficjenci z całej Polski przyjechali do pałacu w Łochowie na Mazowszu. – Efektem ostatnich pięciu lat jest dofinansowanie ponad 3 tys. projektów na ponad miliard złotych. Dzięki temu blisko 77 tys. osób mogło wyjechać w celach edukacyjnych do 31 europejskich krajów – mówiła Liliana Budkowska, dyrektor Biura Programów Zewnętrznych i Międzysektorowych Fundacji Rozwoju Systemu Edukacji.

Dominika Tadla, zastępca dyrektora Departamentu Europejskiego Funduszu Społecznego z Ministerstwa Inwestycji i Rozwoju, zachęcała: – Dzięki tym wyjazdom uczniowie i absolwenci mają szansę poznać realia zawodowe, by po powrocie do kraju mieć większą swobodę w odnalezieniu się na rynku pracy. Nauczyciele mogą z kolei obserwować inne metody pracy z uczniem, by później wykorzystać je w codziennej pracy w swojej instytucji.

Głównym punktem spotkania była konferencja poświęcona innowacjom społecznym i współpracy międzynarodowej w edukacji. Podczas pierwszego panelu, pod hasłem „Bój się i rób”, Oktawia Gorzeńska, dyrektor XVII LO w Gdyni, opowiadała o przełamywaniu strachu. Jak wspominała, gdy jeszcze pracowała jako polonistka, bardzo bała się rutyny. – Umierałam na samą myśl, że do końca kariery zawodowej będę musiała mówić o Sienkiewiczu czy Fredrze. Pomyślałam, że muszę znaleźć dla siebie coś nowego. Dzięki projektom wspieranym przez FRSE zaczęłam robić ciekawe rzeczy, ale spotykałam się z oporem ze strony dyrekcji, innych nauczycieli i rodziców. Było mi ciężko, ale przetrwałam. Dziś jestem dyrektorem jednej z najnowocześniejszych placówek pod względem nauczania w Polsce i jestem z tego dumna. Projekty ukształtowały mnie i moich uczniów. Bardzo mocno zmieniliśmy szkołę – mówiła.

Iwona Świątkowska, wicedyrektor Zespołu Szkół Społecznych im. Mikołaja Reja w Kielcach wspominała, że jeszcze cztery lata temu nie było w jej mieście nawet jednej dwujęzycznej placówki edukacyjnej. – My w Kielcach byliśmy pierwsi. Od 2015 r. tworzymy oddziały przedszkolne i szkolne, które realizują innowacje pedagogiczne z zakresu nauczania dwujęzycznego. Nauczyciele, szczególnie starsi stażem, początkowo bali się, że stracą pracę. Trzeba było rozwiać ich wątpliwości, zmienić nastawienie do pracy i metody nauczania. Udało się – mówiła z dumą Świątkowska.

Bartłomiej Polakowski z PwC Polska, ekspert e-learningu, zachęcał nauczycieli, by nie bali się nowych technologii: – Tu nie chodzi o zastąpienie ludzi przez maszyny. Rozszerzona rzeczywistość, sztuczna inteligencja, chatboty, to nie science fiction, to nasza współczesność. To już nie są czasy, gdy uczyliśmy się w szkole, a później szliśmy do pracy. Obecnie cały czas trzeba się rozwijać i w siebie inwestować, żeby nie zostać w tyle. Ważny jest także networking, czyli budowanie sieci wzajemnych kontaktów, dzięki ktgórym nasze możliwości rozwojowe, także pod kątem zawodowym, stają się olbrzymie – mówił Polakowski.

Uczestnicy POWERGEDON-u mieli też możliwość zapoznania się z Mobilnym Centrum Edukacyjnym FRSE. To wielka ciężarówka, w której znajdują się nowoczesne technologie do wykorzystania w procesie edukacji. Wciągają w zabawę i naukę nie tylko uczniów, ale także i nauczycieli.

Triumf pomysłu


Rekordowo długa była lista przedsięwzięć zgłoszonych do 15. edycji konkursu „Nasz projekt eTwinning”. W modzie wciąż są dobre pomysły – dzięki nim wiedza sama wchodzi do głowy

Program eTwinning to dobre narzędzie rozwoju kompetencji oraz łączenia ludzi i państw. Mnie daje on wiele satysfakcji, bo mogę na arenie międzynarodowej chwalić się polskimi sukcesami – mówił podczas gali w Zamku Ujazdowskim Rafał Lew-Starowicz z Ministerstwa Edukacji Narodowej.

Tej satysfakcji nie ma się co dziwić – w tym roku na konkurs wpłynęły aż 103 wnioski. To spory sukces, biorąc pod uwagę to, jak wyglądały początki programu. – Na starcie mało kto wierzył w sukces tej inicjatywy – przypomniał dr Paweł Poszytek, dyrektor Fundacji Rozwoju Systemu Edukacji, która zorganizowała galę. – Dziś eTwinning to potężna społeczność ze wspaniałymi projektami i cieszę się, że to wy budujecie ten program – zwracał się do zgromadzonych na gali nauczycieli.

W tegorocznym konkursie wybrano 17 najciekawszych, najbardziej kreatywnych i innowacyjnych działań. W kategorii wiekowej 3–6 lat pierwsze miejsce zajęło przedszkole nr 21 w Rybniku. Nagrodę za projekt „Small Scientists discovering the earth” odebrała Hanna Jary. – Chociaż dwa lata temu zajęliśmy pierwsze miejsce, w tym roku nie spodziewałam się tej nagrody. Nasze dzieci przez wideo rozmowy robiły doświadczenia wspólnie z uczniami z innych krajów. To były eksperymenty dotyczące roztapiania lodu czy wędrowania wody przez chusteczki nasączone barwnikami. Było przy tym dużo zabawy i radości. Już teraz pytają o kolejne projekty – cieszyła się nauczycielka.

W kategorii wiekowej 7–10 lat wygrała Karolina Szymaniak z uczniami ze Szkoły Podstawowej nr 11 im. Stefana Batorego w Inowrocławiu za projekt „Bubbling my plays”. – Nasi uczniowie razem z kolegami z Hiszpanii odtwarzali w formie komiksu historie z podręcznika do języka angielskiego. My układaliśmy do nich scenariusze. Dzieci się przebierały, wymyślały scenografię, później to nagrywaliśmy i zamieszczaliśmy film na platformie TwinSpace. Na tej podstawie hiszpańscy uczniowie tworzyli komiks. I vice versa. To była bardzo dobra zabawa, bez presji czy stresu. Wielu uczniów wykazało się talentem aktorskim, co mnie pozytywnie zaskoczyło – cieszyła się Karolina Szymaniak.

W kategorii wiekowej 11–15 lat zwyciężyła Szkoła Podstawowa nr 22 im. Janusza Korczaka we Włocławku za projekt „TransMission for the Global Goals”. – Pracowaliśmy nad tym przez cały rok szkolny. Nie spodziewałam się pierwszego miejsca, choć uczniowie ciężko pracowali. Temat był ważny: Cele Zrównoważonego Rozwoju – opowiada Małgorzata Tomczak-Walkusz, opiekunka projektu. – Współpracowaliśmy ze szkołami we Francji, Włoszech i w Irlandii. Dzieci w pierwszym etapie projektu musiały się poznać i stworzyć małe grupy narodowe. Później, już w międzynarodowych zespołach, wybierały, który z 17. Celów Zrównoważonego Rozwoju chcą szczegółowo badać.

Na ten temat pisały artykuły i nagrywały audycje radiowe po angielsku. Jestem z nich dumna, bo nie mieli żadnych barier językowych. Świetnie radzili sobie w międzynarodowym zespole i myślę, że te umiejętności wypracowane podczas projektu przydadzą im się w przyszłości.

Program eTwinning działa od 2005 r. To największa europejska społeczność szkolna, zrzeszająca ponad 700 tys. nauczycieli ze Starego Kontynentu. – Co 10. nauczyciel i co 10. szkoła należąca do eTwinning pochodzą z Polski. To brzmi dumnie! – podkreślali prowadzący galę konkursową.

W programie biorą udział nauczyciele wszystkich przedmiotów, pracujący z uczniami na każdym poziomie edukacji (także bibliotekarze szkolni i pedagodzy). Do programu mogą przystąpić wszystkie przedszkola i szkoły realizujące obowiązującą podstawę programową określoną przez MEN. Sercem eTwinningu jest nowoczesny międzynarodowy portal społecznościowy, który zapewnia swobodną komunikację, wymianę doświadczeń i realizację projektów edukacyjnych.

Europaragedon 2019


Ponad 500 niepełnosprawnych z województwa świętokrzyskiego oraz 21 gości z Włoch, Grecji, Chorwacji wzięło udział w III Festiwalu Aktywności Ruchowej dla Osób Niepełnosprawnych „Europaragedon”, który 13 i 14 września trwał w Kielcach.

Uczestnicy biegali, jeździli na trzykołowych rowerach, tańczyli zumbę, grali w szachy, piłkę nożną, badminton, tenis stołowy. Strzelali z łuku, jeździli konno, rzucali dyskiem, ale i układali na czas kostkę Rubika. Największą popularnością cieszyła się konkurencja nordic walking, do biegu na 14 km zgłosiło się tylko kilku zawodników. W przewie pomiędzy startami wszyscy uczestnicy mogli m.in. nauczyć się chodzenia na szczudłach, rysować, układać klocki, spróbować trafić do bramki z zawiązanymi oczami, poćwiczyć jogę lub obserwować pokazy karate czy tańca.

Całodzienny piknik sportowy na stadionie lekkoatletycznym przy ul. Bocznej to od trzech lat wielkie święto niepełnosprawnych, którzy przyjeżdżają na zawody nawet z odległych zakątków województwa. W tym roku po raz pierwszy inicjatywa Stowarzyszenia „Projekt Świętokrzyskie” miała także wymiar europejski, a to dzięki dofinansowaniu z programu Erasmus+ Sport. Do Kielc przyjechali przedstawiciele organizacji partnerskich, aktywizujących i integrujących niepełnosprawnych poprzez sport: z Włoch, Chorwacji oraz Grecji.

– Co roku rozszerzamy liczbę konkurencji i propozycji rekreacyjnych, by każdy, bez względu na ograniczenia, mógł aktywnie wziąć w nich udział. Nasza inicjatywa spodobała się europejskim partnerom. Chcą Europaragedon organizować u siebie. Dzięki wizytom studyjnym we Włoszech i Chorwacji, my także mamy coraz więcej ciekawych pomysłów. Marzy nam się, by przyjeżdżało do nas coraz więcej zawodników z zagranicy. Bo zobaczyć uśmiech na twarzy zawodnika, który właśnie skończył bieg czy wygrał partię szachów, a wcześniej pokonał kawał drogi, by do nas dojechać, jest bezcenny – wyjaśnia koordynatorka projektu Kama Kępczyńska-Kaleta ze stowarzyszenia „Projekt Świętokrzyskie”.

Design Thinking, czyli jak stworzyć dobre rozwiązania


Nie krytykujcie innych, nie skupiajcie się na sobie, pobudźcie wyobraźnię – usłyszeli młodzi Europejczycy podczas warsztatów z metody projektowej Design Thinking. Cieszyły się one największą popularnością w trakcie trzydniowego seminarium międzynarodowego „Digital Youth Work” w Warszawie.

Pod koniec maja do stolicy przyjechało ponad stu młodych liderów z wielu państw europejskich, m.in. Austrii, Francji, Niemiec, Bułgarii, Grecji. Seminarium, na którym uczestnicy dyskutowali m.in. o wyzwaniach edukacyjnych na najbliższe lata, a także o nowych technologiach i cyfryzacji w procesie uczenia, zorganizowano w ramach prezydencji Polski w Procesie Berlińskim. Dużym zainteresowaniem cieszyły się także warsztaty w mniejszych grupach. Najwięcej osób przyszło na zajęcia z metody projektowej Design Thinking.

Nie było nudno ani przez chwilę. Prawie 30 osób na początku zagrało w „papier, kamień, nożyce”. Nikomu nie trzeba było tłumaczyć zasad, bo ta zabawa znana jest na całym świecie, choć pod różnymi nazwami. Gra bardzo szybko pozwoliła rozładować emocje, wywołać śmiech i zintegrować grupę.

– Przed nami burza mózgów. Nie krytykujcie innych, nie skupiajcie się na sobie, pobudźcie wyobraźnię – instruowała zebranych prowadząca warsztaty Joanna Stompel, trenerka i coach kariery. Teoria przeplatała się z zadaniami w grupie. – Design Thinking to nowoczesna metoda projektowa, której używa się przy projektowaniu nowych produktów, ale też wykorzystuje do tworzenia innowacyjnych rozwiązań. To skuteczne narzędzie, które sprawdza się tam, gdzie liczy się dopasowanie ich do potrzeb użytkowników.

Uczestnicy dostali informację o absolwentce studiów, która nie wie, co dalej chce robić w życiu. Zostali podzieleni na grupy. Mieli dyskutować, wymieniać się pomysłami i szukać rozwiązania, jak można pomóc dziewczynie. Ale najpierw trzeba było dokładnie opisać, kim ona jest, jakie ma potrzeby, z czym sobie nie radzi, a co może jej sprawić radość. Zadanie miało wyzwolić w uczestnikach empatię, która jest jednym z elementów metody Design Thinking. Tu większość opisała bohaterkę podobnie. Różnice w ocenie pojawiły się między członkami grup dopiero przy diagnozie sytuacji, w jakiej znajduje się dziewczyna. – Ta metoda najlepiej się sprawdza, jeśli nie ma osób, które myślą podobnie, bo wtedy patrzą na konkretny problem z różnych perspektyw, z innym doświadczeniem zawodowym, społecznym, życiowym. Najgorzej jest, gdy ktoś od początku wie, jak rozwiązać dany problem. Niemal pewne jest wtedy, że nie będzie to nic innowacyjnego i skutecznego. Najciekawsze pomysły rodzą się w grupach, po długich dyskusjach i gdy padają najmniej oczywiste rozwiązania – mówiła już po zajęciach Joanna Stompel. Doceniła uczestników za zapał do pracy, pomysłowość i chęć do współdziałania.

– Dla mnie to było szalenie ciekawe. Nigdy wcześniej nie słyszałem o tej metodzie, a po tym krótkim warsztacie myślę, że będę inaczej pracował nad różnymi projektami, które realizuję u siebie na uczelni – mówił Anes z Bośni i Hercegowiny. Aleksandra z Austrii dodała: – Świetnie się bawiłam, ale i dużo nauczyłam, choć te ćwiczenia trwały zaledwie 90 min. To było niezwykle inspirujące.

Dziś coraz więcej nauczycieli korzysta z metody Design Thinking. Dzięki temu uczniowie stają się aktywniejsi, a dyrekcja szkoły może wprowadzać innowacje w nauczaniu czy projektowaniu szkolnej przestrzeni.

Warszawskie spotkanie było finansowane ze środków Erasmus+.

Programują się na przyszłość


Gdzie można spotkać przyszłych liderów cyfrowej rewolucji? W historycznej części Warszawy, pomiędzy Ogrodem Saskim, Teatrem Narodowym i Placem Bankowym. Tam znajduje się Szkoła Podstawowa nr 75. Pasją jej uczniów jest kodowanie.

– Programowanie i język angielski – te dwie umiejętności będą decydujące w przyszłości. Ja chciałbym być kiedyś programistą, ale myślę, że każdemu przyda się podstawowa wiedza z tego zakresu – mówi Michał, uczeń siódmej klasy Szkoły Podstawowej im. Marii Konopnickiej nr 75 w Warszawie. To właśnie w tej szkole realizowany jest międzynarodowy projekt Erasmus+ pod nazwą E-m@ti-on. W trwającym 2,5 roku projekcie uczestniczą uczniowie ze szkoły Michała, a także młodzież z Hiszpanii, Portugalii, Grecji, Niemiec i Szwecji. Michał jest jednym z czwórki uczniów, którzy pojadą do Madrytu prezentować jeden z najciekawszych efektów projektu – uczniowie z warszawskiej podstawówki zbudowali z klocków LEGO własnego robota i zaprogramowali go: automat ma tańczyć w rytm muzyki.

Początki projektu jednak nie były takie wesołe. Agnieszka Danuta Pawlikowska, koordynatorka projektu w warszawskiej podstawówce wspomina, że gdyby nie ogromna pasja nauczycieli z kilku europejskich szkół, nie byłoby dziś tańczącego robota i radości dzieciaków. – Przy okazji programu eTwinning poznałam kilka fascynujących osób z zagranicznych placówek, później razem stworzyliśmy blog komunikacyjny Daily News, na którym uczniowie i nauczyciele pisali, co słychać w ich szkole – opowiada Pawlikowska. – Te działania zainspirowały mnie do stworzenia czegoś nowego, własnego projektu. Tak się złożyło, że w tym samym czasie od znajomego ze Stanów Zjednoczonych, który prowadzi klub robotyczny dostałam zestaw edukacyjnych klocków Lego Mindstroms, zaś od nauczyciela z Hiszpanii propozycję współpracy w projekcie Erasmus+. Pomyślałam, że warto to wykorzystać i poprzez zabawę zainteresować dzieciaki podstawą programowania.

I taką drogą grupa nauczycieli z sześciu krajów rozpoczęła pisanie projektu w ramach programu Erasmus+. Pierwszy wniosek został odrzucony, ale drugi został już zaakceptowany i sześć szkół otrzymało dotację w wysokości ok. 22 tys. euro. Projekt podzielono na trzy etapy: pierwszy miał skupiać się na nauce programowania w Scratchu (popularny program edukacyjny dla najmłodszych), w drugim narzędziem edukacji miało być Lego WeDo, w trzecim – też klocki duńskiej firmy, tyle że z bardziej zaawansowanej serii Mindstorms.

Po blisko trzech latach programu E-m@ti-on zadowolenia z jego efektów nie ukrywają uczniowie, nauczyciele, a także rodzice. – Bardzo dobrze, że dzieci uczą się programowania w tak wczesnym wieku. To nie tylko zdobywanie cennych praktycznych umiejętności, ale również rozwijanie wyobraźni – podsumowuje Magdalena Kocewiak, mama Oskara, który działa w programie.

W końcu w E-m@ti-on nie tylko o samo pisanie kodu chodzi. W założeniu pomysłodawców chodzi także o poprawienie wyników z matematyki, aktywację kreatywnego i logicznego myślenia, rozwijanie zdolności językowych w stopniu komunikatywnym oraz budowanie pozytywnych mechanizmów rozwiązywania konfliktów.

– Stawiamy na komunikację. W ramach tzw. lekcji odwróconych uczniowie uczą dorosłych programowania i kodowania min w aplikacji Scratch, kompetencji miękkich poprzez np. współpracę w grupie, wspólne wykonanie projektów zarówno w Polsce jak i podczas wyjazdów zagranicznych uczniów – wyjaśnia Pawlikowska. Jej koleżanka z projektu, Karolina Sokołowska podkreśla, że koniec projektu nie ma być końcem robotycznych i programistycznych działań w szkole. – Chcemy być pierwszą w Polsce podstawówką, gdzie programowanie będzie wiodącym przedmiotem. Dlatego chętnie włączamy się do wszelkich działań promujących zastosowanie nowoczesnych technologii w edukacji. Cel na najbliższą przyszłość: profesjonalne szkolne koło robotyczne, technologia informatyczna na różnych szkolnych lekcjach, udział w zawodach i współpraca z zespołami robotycznymi może np. w Stanach Zjednoczonych.

 

Storytelling – wyjście poza schematy


Do czego służy łyżeczka? Możemy zamieszać nią herbatę, ale może to być np. lustro lub wiosło. Jest szkoła, w której uczniowie przekonują się, że granicą niemożliwego jest ich własna wyobraźnia, a nauka może być inspirującym doświadczeniem.

Mowa o Centrum Kształcenia Ustawicznego w Białymstoku, które realizuje projekt pt. „Your life – your story” kierowany do osób dorosłych. Projekt przewidziano na dwa lata, a zakończy się w październiku 2019 r. Działania prowadzone są dwutorowo: w czasie regularnych zajęć przedmiotowych oraz dodatkowych warsztatów pozalekcyjnych.

Podczas warsztatów wykorzystywane są m.in. karty do gry Dixit oraz kostki Story Cubes. Oba rodzaje gadżetów mają za zadanie pobudzić wyobraźnię i skojarzenia uczestników warsztatów, tak aby mogli skonstruować dowolną historię czy opowieść z własnego życia. Umiejętność opowiadania można wykorzystać potem np. przy opracowywaniu lektur.

– Język jest jednym z podstawowych narzędzi naszej komunikacji. W trakcie zajęć zwracamy uwagę na umiejętności językowe i komunikacyjne uczestników. Jest to sposób rozwijania myślenia i jego wyrażania. Staramy się też wprowadzać ćwiczenia, które rozwijają kreatywność – mówi Małgorzata Tarasiuk, koordynatorka projektu, nauczycielka języka polskiego.

Co dają warsztaty storytellingu samym zainteresowanym? – Ciekawe jest zrozumienie idei myślenia pozaramowego, bo wiemy, że w codziennym życiu łyżeczka ma określony cel. Tutaj ten przedmiot może mieć wiele zastosowań. Przekłada się to na inne rzeczy, które musimy wykonać według określonego planu. Możemy założyć, że już na początku będziemy tymi ramami zmęczeni. Wyjście poza schemat pozwala się rozluźnić, przyspieszyć naukę – wyjaśnia 38-letni Artur, uczestnik warsztatów.

Małgorzata Tarasiuk dodaje: – Stajemy się społeczeństwem obrazkowym, stąd pomysł storytellingu. Tradycyjne metody nauczania zniechęcają uczestników do własnej inicjatywy.

Praca z dorosłymi wymaga również ciągłego dokształcania się nauczycieli. Dlatego oprócz zajęć stacjonarnych, koordynatorzy oraz członkowie projektu wyjechali też na zagraniczne szkolenia. Jedni uczyli się nowych technik nauczania, drudzy zdobywali pierwsze wielokulturowe doświadczenia. – Były dwa wyjazdy szkoleniowe. Pierwszy do Włoch, w ramach szkolenia dla kadry. Poznawaliśmy różne metody: wyrażanie historii poprzez ciało, słowa, film, tworzenie historii poprzez narzędzia IT. Tworzenie komiksów, jako metody opowiadania. Po powrocie przekazaliśmy zdobytą wiedzę swoim koleżankom i kolegom. Kolejnym szkoleniem było szkolenie w Portugalii, zarówno dla nauczycieli, jak i uczniów – opowiada Małgorzata Tarasiuk.

Basia ma 55 lat, Bogusia 54 lata, obie panie wzięły udział w wymianie w zagranicznej. – To był mój pierwszy lot samolotem. Było to wyzwaniem – czy poradzę sobie w międzynarodowym środowisku. Praca w grupach międzynarodowych była przyjemna. Inni, wiedząc, że słabo mówimy po angielsku, próbowali nas zrozumieć przy pomocy tłumaczów, zachęcali do komunikowania się – opowiada Basia.

Bogusia dodaje: – Na szkoleniu w Portugalii posługiwaliśmy się wyłącznie językiem angielskim. Nie ukrywam, że nie było to łatwe, ale udało mi się. Poznałam nowych ludzi, inne kultury, ćwiczyłam posługiwanie się obcym językiem.

Dwie legendy w teatrze cieni


Gdy młodzi Polacy z Lubania i Litwini z Pren (Prienai) spotkali się po raz pierwszy, nie wiedzieli nic o swoich miastach i bardzo mało o krajach. Mieli piec dni na poznanie się i stworzenie wspólnego przedstawienia

Przedsięwzięcie wydawało się na pierwszy rzut oka karkołomne. Szesnastu nieznających się wcześniej nastolatków miało kilka dni na napisanie scenariusza, opracowanie muzyki i stworzenie scenografii i do spektaklu opartego na legendach z Litwy i Polski. Premierę przedstawienia zaplanowano na scenie w Miejskim Domu Kultury w Lubaniu (dolnośląskie) – mieście partnerskim Pren. Na widowni zasiadło 400 uczniów miejscowych szkół podstawowych.

Wyjadacze i zółtodzioby

– To było duże wyzwanie – przyznaje z uśmiechem Tomek Długosz z Lubania, od października student Politechniki Wrocławskiej. Szczupłego, dobrze mówiącego po angielsku, bezpośredniego i sympatycznego 20-latka można nazwać starym (mimo wieku) wyga unijnych projektów. Brał już udział w kilku z nich, odkąd zaangażował się w prace Stowarzyszenia Południowo-Zachodniego Forum Samorządu Terytorialnego „Pogranicze” w Lubaniu. To przy nim działa Klub Liderów Młodzieżowych. – Są to uczniowie miejscowych szkół, którzy zarażają aktywnością innych – mówi o liderach koordynatorka unijnych projektów „Pogranicza” Magdalena Guła. Młodzi podpowiadają, co chcieliby robić z kolegami z innych krajów, a Stowarzyszenie pomaga im pisać projekty. Jest w tym dobre – zaraz po Litwinach będzie gościć młodych Łotyszy. – Wschodni kierunek nam się spodobał – mówi Tomek.

Pierogi ruskie i chłodnik litewski

Gdy we wrześniu odwiedzam młodych ludzi w ośrodku wypoczynkowym nad zalewami leśniańskim i złotnickim, niedaleko trzynastowiecznego obronnego zamku Czocha, czescy osób pracowicie wycina z kartonu elementy dekoracji. Inni ćwiczą muzykę lub poprawiają scenariusz. Przez okno dużej sali widać zalew, tamę i las. – Dodatkowy bonus – mówi Magda Guła, pokazując przepiękny widok. – Na początku wydawało się, ze młodych dzieli bardzo dużo, ale już po kilku dniach okazało się, ze dogadują się znakomicie – opowiada Artur Hovakimyan, nauczyciel jeżyka angielskiego w Gimnazjum „Žiburys” w Prenach.

W złapaniu kontaktu pomaga m.in. zainscenizowanie polsko-litewskiego wesela oraz wspólnie gotowanie. Polacy serwują pierogi ruskie (z ziemniakami i serem)  oraz wersje wege z nadzieniem z tofu i czerwonej fasoli. Litwini częstują chłodnikiem z buraków i ogórków, czyli idealna zupa na upalne dni.

Uczniów z Lubania zaskakuje, że język litewski niewiele ma wspólnego z językami słowiańskimi. Chcąc nie chcąc, musza doskonalić swój angielski, choć najlepiej bawią się… śpiewając po rosyjsku. Dla młodych ludzi z Polski i Litwy jest on tak samo obcy jak angielski, ale nie przeszkadza im to we wspólnej zabawie. W dyskotece pod zamkiem Czocha Polacy i Litwini szaleją przy hicie lata „Różowe wino” rosyjskich raperów Feduka i Allj’a. „Te chmury – fioletowa wata. Magia kolorów z lodem w naszych szklankach” – słychać w refrenie.

Zły kowal i zakochana królowa

Po rosyjsku porozmawiać można za to z nauczycielami młodych Litwinów, choć Jurgita Barkauskiene, nauczycielka angielskiego, czasem na pomoc przywołuje tez słówka angielskie. Nie tylko jej zdarza się czegoś zapomnieć. Okazuje się, ze nie wszyscy znają np. słówko „kowal”. A jest ono bardzo ważne, gdyż polska legenda, nad która pracowali młodzi ludzie, jest opowieść o kowalu.

– Korzystaliśmy ze zbioru legend z Górnych Łużyc, a wiec krainy obejmującej tereny w Niemczech i w Polsce nad rzeka Kwisa – wyjaśnia Magdalena Guła. – Przy wyborze utworu zastosowaliśmy jednak autocenzurę – przyznaje Tomek. – Nie mogło być mowy o okrutnych czynach, np. obcinaniu głowy, ponieważ widownia była w wieku od 7 do 11 lat – wyjaśnia.

Opowieść mówi o rzemieślniku, za którego cała prace wykonywał młody czeladnik. Gdy rzecz się wydała, kowal za kare za lenistwo, opilstwo i chciwość pogrążył się w ciemnościach. Ponoć nocą pod rynkiem w Goerlitz słychać, jak wciąż kuje żelazo. Morał jest zrozumiały dla każdego: należy być uczciwym i dobrze wykonywać swoja prace.

Litwini wybrali historie równie dramatyczna – zdecydowali się przestawić losy królowej morza Juraty, która zakochała się z wzajemnością w rybaku. Dowiedział się o tym jej ojciec, Perkun, władca mórz. Rozgniewał się tak bardzo, ze spuścił z nieba piorun. Zabił Juratę, a jej bursztynowy pałac roztrzaskał na drobne cząstki. Rybaka przykuł na dnie morza do skały. Dlatego teraz, gdy wicher morski zaburzy fale, słychać jego jęki, a woda wyrzuca na brzeg kawałki bursztynu.

Do przedstawienia obu opowieści uczestnicy projektu „W cieniu legend” wybrali bardzo trudna technikę artystyczna – teatr cieni. To rodzaj teatru lalkowego, w którym niewidoczni animatorzy poruszają płaskimi figurkami wykonanymi ze skóry, papieru lub drewna. Na podświetlonym od tyłu ekranie widz obserwuje tylko cienie rzucane przez dekoracje, rekwizyty, lalki i aktorów. Co ciekawe, uczniowie z Lubania i Pren takiego spektaklu nigdy na żywo nie widzieli – dowiedzieli się o tej technice podczas zorganizowanych we Wrocławiu warsztatów. Ale nie spętało im to nóg. – Czuliśmy odpowiedzialność przed małymi widzami, ale tremy nie mieliśmy – mówi Regina Sindrewicz, 19-latka z Lubania – bezpośrednia, uśmiechnięta i kontaktowa. Bierze udział we wszystkich projektach „Pogranicza” – dla niej to odskocznia od nauk ścisłych (właśnie ukończyła wrocławskie renomowane LO nr VII).

Luban z Prienai

Projekt „W cieniu legend” był dla uczniów z gimnazjum w Prenach pierwszym spotkanie z Polska. Ich miasteczko leży nad rzeka Niemen, ma około 10 tys. mieszkańców. O projekcie z Polsko-Litewskiego Funduszu Wymiany Młodzieży dowiedzieli sie od mera, bo miasto ma umowę partnerska z Lubaniem. Niedawno burmistrz Arkadiusz Słowiński gościł zresztą u litewskiego partnera z okazji święta miasta, wspólnie obchodzono także 100-lecie niepodległości Litwy. Podczas wizyty wspominano, ze dobrze byłoby nawiązać kontakty ze szkołami. Projekt trafił się wiec jak na zamówienie.

– Spędziliśmy w pociągu 16 godzin – opowiada 17-letnia Atene, jedna z ośmiorga litewskich uczestników projektu. Razem z 18-letnia Simona z entuzjazmem wyliczają, co zobaczyły w Polsce. Podoba im się Lubań i jego zabytki, zamek Czocha i zalew. Najbardziej zadziwiły ich pierogi ruskie (bo u nich „pielmieni” są tylko z mięsem), teraz chciałyby dowiedzieć się więcej o wspólnej historii obu narodów.

Zadowolona jest tez Regina. U Litwinów najbardziej podobało jej się to, ze garneli się do pracy i sypali pomysłami. Gdy była na podobnym wyjeździe z Hiszpanami i Włochami, dużo trudniej było namówić ich do wspólnych działań. – Bardziej skupiali się na integracji – dodaje ze śmiechem.

– Gdyby można było jeszcze raz przyjechać do Polski, natychmiast się zgłaszamy – deklarują młode Litwinki. Obiecują, ze gdy wrócą do domu, poczytają więcej o Polsce. Już wiedza, ze to kraj z przyjaznymi ludźmi, ładna architektura i przyroda. _

 

Projekty polsko-litewskie

Na projekt „W cieniu legend” 26 tys. złotych przeznaczył Polsko-Litewski Fundusz Wymiany Młodzieży. Fundusz powstał w czerwcu 2007 r., pomaga finansowo i merytorycznie przy realizacji pomysłów młodych ludzi: dofinansowuje wymiany, seminaria i szkolenia. Dzięki uczestnictwu we wspólnych projektach młodzi Polacy i Litwini odkrywają wspólne korzenie i przełamują stereotypy narodowe, budują więzi miedzy oboma narodami.

W 2018 r. wsparcie Funduszu otrzymały 23 projekty, dofinansowanie wyniosło 680 tys. zł (nadesłano 110 wniosków). W Polsce działalność Funduszu finansuje Ministerstwo Edukacji Narodowej za pośrednictwem FRSE. Po stronie litewskiej wsparcie zapewnia Ministerstwo Ochrony Socjalnej i Pracy.