W cieniu widać najwięcej


Dla Marty to genialny sposób szkolenia, dla Oliwii – inspiracja do zmiany swojego miejsca pracy, a dla Moniki – atmosfera, której nie da się odtworzyć nigdzie indziej. Wszystkie potwierdzają: wyjazd w ramach job shadowingu to same korzyści oraz niezapomniane doświadczenie zawodowe i życiowe

Nie ma lepszego sposobu uczenia się niż poznawanie doświadczeń innych, którzy mogą nam pokazać, jak zachowują się na co dzień w naturalnych sytuacjach w pracy – przekonuje dr Monika Sulik z Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach. To jedna z najprostszych, choć nieformalnych definicji job shadowingu. Angielskie pojęcie nie ma swojego polskiego odpowiednika. Ale laikowi, który nigdy wcześniej nie słyszał o tej formie wyjazdu szkoleniowego, można wytłumaczyć, że to sposób na uczenie się przez obserwację pracy innych. Osoba biorąca udział w job shadowingu staje się „cieniem” (shadow) mentora, którego podgląda w pracy za granicą.

– To nie jest typowy staż. Bo job shadowing związany jest ze śledzeniem, czyli towarzyszeniem doświadczonemu specjaliście. Możemy go pytać, przyglądać się jego pracy, ale nie wykonujemy pod jego okiem zadań – wyjaśnia dr Monika Sulik, która jest andragogiem, czyli uczy dorosłych i z nimi pracuje. Jest też ambasadorką Elektronicznej platformy na rzecz uczenia się dorosłych w Europie (EPALE), finansowanej z programu Erasmus+, współtworzonej przez edukatorów osób dorosłych.

Wyzwanie rozwojowe
Dr Sulik dwukrotnie brała udział w takich szkoleniach. Zwraca uwagę, że wyjazd to ogromna szansa, ale i duże wyzwanie. – To wartościowy program, szczególnie dla tych, którzy są na początku zawodowej drogi. Takie wyjazdy są organizowane już dla studentów. Trwają kilka dni, tygodni, a czasem nawet semestr. Nigdzie lepiej nie poznamy specyfiki interesującej nas pracy niż przez bezpośredni kontakt. Ale dla osób, które już są na rynku pracy, to może być wyzwanie rozwojowe. Wyjazd za granicę oznacza, że trzeba się porozumiewać w obcym języku. Dla wielu to ograniczenie, ale warto zmierzyć się z samym sobą – namawia ambasadorka EPALE. I na zachętę wspomina swój pierwszy wyjazd do USA. – Znałam tylko kilka podstawowych słów. A wtedy zgubiłam bagaż na lotnisku i musiałam sobie jakoś radzić. Pod ręką miałam tylko mały, żółty słownik. I dogadałam się. Trzy miesiące później zrozumiałam angielski film bez polskich napisów – opowiada.

Włoskie inspiracje
Takiego problemu nie miała Marta Kobak z krakowskiej Fundacji Addenda, aktywizującej lokalne społeczności wiejskie. Jest anglistką i pracuje jako tłumacz. Kolega, z którym wyjechała do Bolonii na job shadowing, mówi świetnie po włosku, więc z gospodarzami dogadywali się bez problemu. Oboje odwiedzili stowarzyszenie Home Movies, którego misją jest archiwizowanie i wykorzystywanie filmów rodzinnych oraz innych prywatnych materiałów audio i wideo.

– Chcieliśmy zapoznać się z ich działalnością oraz zbadać, jak te amatorskie filmy wpisują się w dziedzictwo kulturowe i jaki mają potencjał edukacyjny. A przy okazji sprawdzić, czy ich sposób pracy może się jakoś przełożyć na nasze działania – opowiada Marta Kobak. – Mieliśmy tam swojego mentora, czyli osobę, którą mogliśmy o wszystko zapytać. Rozmawialiśmy z nią o działaniach, które podejmują – dodaje. Zdradza, że jej fundacja także chce zbierać historie ludzkie, a być może także stare fotografie. – To w Bolonii pierwszy raz usłyszeliśmy o metodzie public call. Jak to działa? Aktywiści udają się do lokalnej biblioteki albo do burmistrza wioski i opowiadają o tym, co robią i czego potrzebują. Dzięki nagłośnieniu sprawy ludzie się do nich zgłaszają z kolejnymi filmami. To była dla nas praktyczna inspiracja – tłumaczy Marta Kobak.

Domowa atmosfera
Oliwia Furgała do Irlandii wzięła ze sobą zeszyt. W nim notowała wszystkie rozwiązania, które podczas wizyty w Dunfield jej się spodobały. Pojechała tam razem z dwiema koleżankami z Więckowic pod Krakowem, gdzie pracują w Fundacji Wspólnota Nadziei, pomagającej dorosłym osobom z autyzmem i ich rodzinom. – Wyjechałam pierwszy raz i bardzo mi się podobało – mówi Furgała. – Byłyśmy na farmie dla osób z autyzmem. To idealne dla nich miejsce: spokój, cisza, przyroda. Widać, że czują się tam swobodnie – dodaje.

Właśnie klimat tego miejsca był tym, co Oliwii spodobało się najbardziej. – W każdym budynku panowała domowa atmosfera. Na parterze wisiały zdjęcia mieszkańców, oprawione w ramkę i podpisane. To przywoływało skojarzenia z rodzinnymi fotografiami. Chciałabym to rozwiązanie skopiować w naszej fundacji – opowiada. – Bardzo podobała mi się również karteczka, którą chorzy nosili ze sobą. Mieli na niej zapisane, na co cierpią, jak mogą się zachowywać i do kogo z bliskich dzwonić w razie wypadku. Zwróciłam też uwagę na obrazkowe instrukcje przeciwpożarowe. Fajnie, że ktoś pomyślał o takim detalu – dodaje Oliwia. Wszystkie te rozwiązania notowała w zeszycie. Po powrocie z Irlandii swoje zapiski przekazała dyrekcji fundacji. Liczy na to, że część rozwiązań z Dunfield uda się wprowadzić w Więckowicach.

Dlaczego warto jechać?
Dr Monika Sulik: – To nie ma być wyjazd rekreacyjny, żeby fajnie spędzić czas. Najważniejsze jest dobrze zaplanować wizytę, by z niej maksymalnie skorzystać. To, czego doświadczamy w kontakcie bezpośrednim, jest nie do przecenienia. Tego nie nauczymy się z żadnego podręcznika. Te kilka dni w ramach job shadowingu dały mi poczucie większej swobody w kontakcie z ludźmi, a to przełożyło się na moje późniejsze relacje w pracy. Job shadowing to niesamowite rozmowy i niepowtarzalna atmosfera.

Marta Kobak: – To genialny sposób szkolenia, który pozwala być w centrum wydarzeń. Widzimy, jak działa organizacja, z jakimi styka się problemami i jak je rozwiązuje. To na pewno nie będzie strata czasu.

Oliwia Furgała: – Jeśli macie okazję wyjechać w ramach job shadowingu, to polecam. Jechać od razu! Warto!

Nauka w Muzeum Warszawy


Muzeum Warszawy otrzymało też dofinansowanie na nowy projekt: „High-quality Empowering Adult Learning” (HEAL), dotyczący edukacji dorosłych w muzeach, która jest w ostatnich latach coraz popularniejsza. Na czym polega?

Rozmowa z Anną Zasadzińską, zastępcą dyrektora ds. programowych Muzeum Warszawy

Pewnie radość wśród pracowników?
Oczywiście! Koledzy wyjadą na dwa tygodnie na staże do wybranych przez siebie muzeów w Europie i będą podglądać pracę swoich odpowiedników. Udział w projekcie HEAL to dla nas ogromna sprawa.

I duże zaskoczenie.
Trochę było w tym szaleństwa. Decyzja, by złożyć wniosek, zapadła spontanicznie. Zgłoszenie wysłaliśmy na 20 minut przed terminem. Z ogłoszeniem wyników też było zabawnie. Nasza koleżanka wbiegła do pokoju i powiedziała, że wyniki już są w internecie. Szybko kliknęliśmy, gdzie trzeba, i rzeczywiście HEAL znalazł się na krótkiej liście zwycięzców.

Było symboliczne otwarcie szampana?
Nie tylko symboliczne! (śmiech) Byliśmy zachwyceni, radość była ogromna, bo pierwszy raz składaliśmy wniosek w ramach programu Erasmus+. Wiedzieliśmy też, że w tym roku wpłynęła bardzo duża liczba zgłoszeń, a my próbowaliśmy pierwszy raz, więc nasze szanse ocenialiśmy na raczej niskie. Ustaliliśmy, że mimo to wniosek składamy, traktując ten rok jak rozgrzewkę.

Pracownicy już się oswoili z myślą, że rozjadą się po Europie, by poszerzać swoje kompetencje zawodowe?
Jesteśmy po etapie rekrutacji, więc wiemy, kto będzie uczestniczył w projekcie. Kolejny krok to udział w zajęciach językowych, żeby nabrać pewności przed wyjazdem. Następny etap to kursy teoretyczne, a później nastąpią wyjazdy typu job shadowing. Każdy uczestnik wybrał sobie placówkę o innym profilu, którą odwiedzi.

To będą ich pierwsze wyjazdy zagraniczne w ramach pracy?
Pracownicy regularnie biorą udział w międzynarodowych konferencjach i wizytach studyjnych, ale dzięki projektowi możemy pójść krok dalej. Mamy okazję sprawdzić, na czym polega job shadowing i jak może nam pomóc w pracy. Muzealnicy będą podglądać swoich kolegów po fachu, by się inspirować, uczyć i zdobywać nowe doświadczenie. To dla nas niezwykle cenne, szczególnie w wymiarze pracy z dorosłymi ze środowisk defaworyzowanych.

Projekt HEAL stawia na ich edukację.
Muzeum Warszawy wybrało kilka grup docelowych wymagających od naszych pracowników wysokich kompetencji. To seniorzy, migranci, osoby z niepełnosprawnościami i chorobami psychicznymi oraz takimi chorobami zagrożone. Aby odpowiedzialnie podejść do tego zadania, edukatorzy muzealni muszą być dobrze przygotowani. Zależy nam bardzo, żeby nasz program był właściwie przygotowany i odpowiedni dla ich potrzeb.

To trudne zadanie?
Edukacja nieformalna w muzeum daje nam duże możliwości. Nie ma podstawy programowej, której musimy się trzymać. Nie ma także egzaminów dla uczestników. Czujemy jednak dużą odpowiedzialność, bo chcemy, żeby nasze działania wpłynęły na poprawę jakości życia uczestników. Chcemy, by muzeum było miejscem spotkań i forum otwartym dla wszystkich zainteresowanych.

Rozmawiał Michał Radkowski
mobilny korespondent Erasmus+

Nauka w Muzeum Warszawy


W Muzeum Warszawy triumfują! Projekt „Warszawa dla średnio zaawansowanych” otrzymał wyróżnienie w konkursie European Language Label 2019. To nagroda przyznawana przez Komisję Europejską od 1998 r. za innowacje w dziedzinie nauczania języków obcych. Muzeum Warszawy wyróżniono za stworzenie zajęć językowych prowadzonych bezpośrednio na wystawie, przy wykorzystaniu muzealnych eksponatów

Rozmowa z Katarzyną Žák-Caplot, koordynatorką projektu „Warszawa dla średnio zaawansowanych” w Muzeum Warszawy

Można się nauczyć języka polskiego na wystawie?
Oczywiście, że tak. Najlepszym przykładem jest mój mąż, Francuz, który często bywa u nas w muzeum i coraz lepiej mówi po polsku.

Jak to możliwe?
Obcokrajowcy, którzy nas odwiedzają, dostają zadania do wykonania. Wcielają się np. w klientów naszej księgarni czy biblioteki i muszą kupić albo zamówić książkę. W muzealnym kinie mają zapytać o repertuar, a w kawiarni poprosić o coś do picia. Oczywiście po polsku. Wszyscy pracownicy muzeum są w to zaangażowani. Organizujemy gry miejskie po Starym Mieście, związane z warszawskimi legendami. Mamy aż 21 tematycznych gabinetów i w zależności od tego, co interesuje naszych uczniów, jesteśmy w stanie przygotować dla nich specjalne lekcje. W gabinecie widoków ćwiczą czas przeszły i tryb przypuszczający, bo rozmawiamy, jak Warszawa mogłaby wyglądać, gdyby nie została zburzona. W piwnicach, gdzie przechowujemy publikacje z danymi statystycznymi, uczymy liczebników. Odgrywanie scenek w takim otoczeniu, a nie na środku sali, jak na kursach językowych, ma przełamać strach.

Co najbardziej interesuje obcokrajowców?
Najwięcej emocji wzbudza gabinet ubiorów z sukienkami, butami, torebkami. Oraz przenośny, podróżny zegar słoneczny, którego używano na Kresach na przełomie XIX i XX stulecia. Był tańszy niż tradycyjny zegarek, ale równie precyzyjny. Nasi uczniowie muszą go odnaleźć na wystawie. Zadanie nie jest łatwe, bo na zdjęciu, które od nas otrzymują, nie widać, że to zegar. Gdy słyszę krzyk, wiem, że komuś się udało. Ten zegar jest przepiękny, złoto-zielony, wygląda obłędnie i już się przyzwyczaiłam, że potrafi oczarować każdego.

Za ten projekt Muzeum Warszawy dostało nagrodę European Language Label.
Jest nam bardzo miło, bo mocno się w to zaangażowaliśmy. Nauczanie języków obcych na wystawie muzealnej czy pośród zbiorów bibliotecznych staje się w Europie coraz popularniejsze. Świetnie sprawdza się we Francji, Włoszech czy w Wielkiej Brytanii. Niebawem w ramach projektu HEAL [więcej o nim na stronie obok – przyp. M.R.] wybieram się do Paryża: do Muzeum Carnavalet poświęconego historii stolicy Francji oraz do tamtejszej Biblioteki Narodowej, która prowadzi konwersacje dla cudzoziemców. Obie instytucje od dawna mają bardzo rozwinięte programy nauczania języka francuskiego dla imigrantów i obcokrajowców. Z chęcią skorzystam z ich materiałów metodycznych, które udostępniają w internecie. Chciałabym coś podobnego przygotować w Muzeum Warszawy, tak by za pomocą jednego kliknięcia każdy nauczyciel mógł pobrać podręcznik z ćwiczeniami leksykalnymi, gramatycznymi i dotyczącymi kontekstu historyczno-kulturowego, będący jednocześnie przewodnikiem po naszej wystawie głównej „Rzeczy warszawskie”. Dodatkowo planuję przygotować materiały metodyczne pomagające nauczycielom języków obcych w pracy na naszej wystawie.

Wasz projekt działa w dwie strony: Wy uczycie polskiego i opowiadacie historię Warszawy, ale też dostajecie coś w zamian.
Taki jest cel „Warszawy dla średnio zaawansowanych’’. Dla muzealników niezwykle interesująca jest recepcja naszej wystawy przez przedstawicieli innych kultur. Odwiedza nas coraz więcej Hindusów, Chińczyków, Ukraińców, Kazachów, Gruzinów. Oni nasze zbiory i legendy oceniają przez pryzmat własnych doświadczeń historycznych. Nie zawsze wszystko jest dla nich zrozumiałe. Kiedyś Włoch opowiadał grupie o naszej Syrenie. I dziwił się, po co ktoś ją złapał i chciał się na niej wzbogacić. Nie mógł zrozumieć, po co komu taki dziwoląg. Innym razem Chińczyk spytał mnie, czy nazwa Katowice wzięła się od kata. Najciekawsze są jednak dyskusje dotyczące losów naszego miasta. Często głębokie i mądre, rozpatrywane z zupełnie innej strony niż w Polsce.

Rozmawiał Michał Radkowski
mobilny korespondent Erasmus+

Tak grają seniorzy


Dzięki tym zajęciom znów osiągają swoje cele i są pełnoprawnymi członkami społeczeństwa. To zdanie jest kwintesencją przeciwdziałania wykluczeniu starszych z przestrzeni społecznej – mówi o wykorzystaniu gier miejskich w edukacji seniorów dr Ewa Jurczyk-Romanowska, ekspert w projekcie partnerstw strategicznych

Dlaczego zastosowali państwo nową metodę doskonalenia umiejętności informatycznych seniorów?
Do tej pory prowadziliśmy szkolenia z zakresu technologii informacyjno-komunikacyjnych (TIK) dla seniorów tradycyjną metodą w salach lekcyjnych. Jednak zauważyliśmy, że te same osoby ponownie zgłaszają się na kursy. Nasilało się to podczas zmian systemów operacyjnych. Powrót seniorów na kursy komputerowe oznaczał nieskuteczność tradycyjnych metod. Zaczęliśmy prowadzić badania i okazało się, że seniorzy uczą się powtarzania pewnych sekwencji działań, ale mają poważne obawy przed poszukiwaniem samodzielnych rozwiązań. W rezultacie zaczęliśmy poszukiwać skuteczniejszych metod edukacyjnych. Zdecydowaliśmy się na gry miejskie, ponieważ w pełni wykorzystują mobilność smartfonów, a jednocześnie konieczność ruchu powoduje, że ten sposób działania jest po prostu zdrowy.

Co okazało się najkorzystniejsze dla seniorów?
Projekt realizowaliśmy w formie eksperymentu pedagogicznego: ten sam program dydaktyczny był realizowany metodą gier oraz tradycyjną metodą klasową. Seniorzy, którzy brali udział w grze przejawiali zdecydowanie mniejszy lęk przed korzystaniem z nowych technologii, samodzielnie poszukiwali rozwiązań napotykanych problemów, sprawdzali nowe możliwości smartfonów. Najważniejszą przewagą gier jest wykształcanie automatyzmów podczas korzystania ze smartfonów. Seniorzy nie zastanawiali się, co mają zrobić, tylko po prostu to robili. Mało tego – na wszystkich zajęciach opowiadali nam o wykorzystywaniu nowych umiejętności w codziennym życiu. Ale to nie wszystkie korzyści: uczestnicy gier integrowali się poza zajęciami, uzgadniali między sobą strategie rozgrywek. Mówili nam, że dzięki tym zajęciom znów osiągają pewne cele i są pełnoprawnymi członkami społeczeństwa. Dla nas to zdanie jest kwintesencją przeciwdziałania wykluczeniu osób starszych z przestrzeni społecznej.

Powstała też monografia na ten temat.
Przygotowaliśmy ją na zakończenie projektu. Opisaliśmy umiejętności TIK seniorów w krajach partnerskich, podsumowaliśmy projekt, szczególnie w zakresie porównania działania metody gier w różnych krajach. Dane statystyczne wskazują, że gry miejskie jako metodę edukacyjną można wykorzystać w dowolnej aglomeracji. W książce zawarliśmy ponadto scenariusze dwóch wersji szkolenia. Dodaliśmy też wskazówki dla edukatorów, dotyczące dostosowania gier do innych warunków topograficznych i kulturowych. Scenariusze są gotowe do wykorzystania w Londynie, we Wrocławiu, w Trnawie i Wilnie. W innych lokalizacjach trzeba dostosować gry do warunków topograficznych.

Jakie są dalsze państwa plany?
Chcemy również zbadać, w jaki sposób gra oddziałuje na inne grupy odbiorców, na przykład osoby niepełnosprawne. Poza tym w trakcie realizacji projektu dostrzegliśmy problemy związane z małą motoryką osób starszych i wynikającymi z niej trudnościami w obsłudze telefonów dotykowych. To kwestia, którą również planujemy się zająć w najbliższym czasie.

Rozmawiał Michał Chodniewicz

dr Ewa Jurczyk-Romanowska, pracownik naukowy Instytutu Pedagogiki Uniwersytetu Wrocławskiego (UWr), z wykształcenia prawnik (kryminalistyk) i pedagog (andragog). Badania w obszarze edukacji informatycznej osób starszych prowadzi od 2006 r. Kierownik Zespołu Badawczego Gier i Innowacji w Edukacji „Edutainment” przy Instytucie Pedagogiki UWr, członek rady naukowej m.in.
międzynarodowej sieci The Gerontoludic Society, zrzeszającej badaczy gier dla osób starszych.

Design Thinking, czyli jak stworzyć dobre rozwiązania


Nie krytykujcie innych, nie skupiajcie się na sobie, pobudźcie wyobraźnię – usłyszeli młodzi Europejczycy podczas warsztatów z metody projektowej Design Thinking. Cieszyły się one największą popularnością w trakcie trzydniowego seminarium międzynarodowego „Digital Youth Work” w Warszawie.

Pod koniec maja do stolicy przyjechało ponad stu młodych liderów z wielu państw europejskich, m.in. Austrii, Francji, Niemiec, Bułgarii, Grecji. Seminarium, na którym uczestnicy dyskutowali m.in. o wyzwaniach edukacyjnych na najbliższe lata, a także o nowych technologiach i cyfryzacji w procesie uczenia, zorganizowano w ramach prezydencji Polski w Procesie Berlińskim. Dużym zainteresowaniem cieszyły się także warsztaty w mniejszych grupach. Najwięcej osób przyszło na zajęcia z metody projektowej Design Thinking.

Nie było nudno ani przez chwilę. Prawie 30 osób na początku zagrało w „papier, kamień, nożyce”. Nikomu nie trzeba było tłumaczyć zasad, bo ta zabawa znana jest na całym świecie, choć pod różnymi nazwami. Gra bardzo szybko pozwoliła rozładować emocje, wywołać śmiech i zintegrować grupę.

– Przed nami burza mózgów. Nie krytykujcie innych, nie skupiajcie się na sobie, pobudźcie wyobraźnię – instruowała zebranych prowadząca warsztaty Joanna Stompel, trenerka i coach kariery. Teoria przeplatała się z zadaniami w grupie. – Design Thinking to nowoczesna metoda projektowa, której używa się przy projektowaniu nowych produktów, ale też wykorzystuje do tworzenia innowacyjnych rozwiązań. To skuteczne narzędzie, które sprawdza się tam, gdzie liczy się dopasowanie ich do potrzeb użytkowników.

Uczestnicy dostali informację o absolwentce studiów, która nie wie, co dalej chce robić w życiu. Zostali podzieleni na grupy. Mieli dyskutować, wymieniać się pomysłami i szukać rozwiązania, jak można pomóc dziewczynie. Ale najpierw trzeba było dokładnie opisać, kim ona jest, jakie ma potrzeby, z czym sobie nie radzi, a co może jej sprawić radość. Zadanie miało wyzwolić w uczestnikach empatię, która jest jednym z elementów metody Design Thinking. Tu większość opisała bohaterkę podobnie. Różnice w ocenie pojawiły się między członkami grup dopiero przy diagnozie sytuacji, w jakiej znajduje się dziewczyna. – Ta metoda najlepiej się sprawdza, jeśli nie ma osób, które myślą podobnie, bo wtedy patrzą na konkretny problem z różnych perspektyw, z innym doświadczeniem zawodowym, społecznym, życiowym. Najgorzej jest, gdy ktoś od początku wie, jak rozwiązać dany problem. Niemal pewne jest wtedy, że nie będzie to nic innowacyjnego i skutecznego. Najciekawsze pomysły rodzą się w grupach, po długich dyskusjach i gdy padają najmniej oczywiste rozwiązania – mówiła już po zajęciach Joanna Stompel. Doceniła uczestników za zapał do pracy, pomysłowość i chęć do współdziałania.

– Dla mnie to było szalenie ciekawe. Nigdy wcześniej nie słyszałem o tej metodzie, a po tym krótkim warsztacie myślę, że będę inaczej pracował nad różnymi projektami, które realizuję u siebie na uczelni – mówił Anes z Bośni i Hercegowiny. Aleksandra z Austrii dodała: – Świetnie się bawiłam, ale i dużo nauczyłam, choć te ćwiczenia trwały zaledwie 90 min. To było niezwykle inspirujące.

Dziś coraz więcej nauczycieli korzysta z metody Design Thinking. Dzięki temu uczniowie stają się aktywniejsi, a dyrekcja szkoły może wprowadzać innowacje w nauczaniu czy projektowaniu szkolnej przestrzeni.

Warszawskie spotkanie było finansowane ze środków Erasmus+.

Jak matka z matką


Życie młodych mam bywa trudne. Mają wiele pytań i otrzymują jeszcze więcej odpowiedzi. By pomóc im jak najlepiej odnaleźć się w nowej roli powstał projekt Mommas coffee.

Projekt w ramach programu Erasmus+ jest wsparciem dla matek z Polski, Czech i hiszpańskiej Galicji. Dzięki niemu młode kobiety mają się nauczyć, jak łączyć macierzyństwo z pracą zawodową i jak w tym wszystkim znaleźć czas dla siebie. Inicjatorkami przedsięwzięcia są Katarzyna Szajda i Kamila Wierzbicka. Odpowiedzi na pytania o rodzicielstwo obie szukały wśród bliskich, w książkach i oczywiście w internecie. Okazało się, że doświadczenia wyniesione z domu często były sprzeczne z tymi w sieci. – Podczas zwykłej rozmowy przy kawie dowiedziałam się, że w Hiszpanii rozszerzanie diety dziecka zaczyna się od pomarańczy. Wiele nas różni, ale równie wiele łączy, również to, że każda z nas ma prawo szukać własnej drogi – opowiada Katarzyna Szajda. Dlatego, z rocznym Mateuszem na kolanach oraz z Kamilą, napisała projekt.

Obie wymyśliły, jak wyposażyć panie w wiedzę, kompetencje i narzędzia wspierające rozwój osobisty i zawodowy oraz zainspirować do bycia dobrymi matkami, partnerkami, a przede wszystkim kobietami świadomymi swojej wartości. Tego wszystkiego nauczą się uczestnicy projektu. Głównymi adresatkami są mamy dzieci do 10. roku życia. Ale nie tylko. – Projekt planowany był jako przestrzeń rozwoju dla matek, ale już teraz widzimy, że uczenie się zachodzi na wszystkich poziomach. Uczą się mamy, dzieci, ojcowie, członkowie zespołów organizacji partnerskich odpowiedzialnych za cały proces – podkreśla Kamila Wierzbicka, matka 2-letniego Teodora.

Tak zróżnicowany odbiorca to i zaleta, i wyzwanie, o czym można się było przekonać podczas międzynarodowego spotkania uczestników przedsięwzięcia, jakie zorganizowano w kwietniu w Lądku-Zdroju na Dolnym Śląsku. Było to pierwsze z sześciu takich spotkań, które są ważnym rezultatem projektu. Mamy dopiero się poznają i uczą się od siebie nawzajem – takie są założenia metody World cafe, w której tworzona jest przestrzeń do wymiany doświadczeń i rozwiązywania problemów w inspirującym środowisku podobnych osób. Mamy spotykają się i omawiają przypadek jednej z nich, podpowiadając własne pomysły. Tak rodzi się więź i poczucie własnej wartości.

Właśnie taka atmosfera panowała podczas lądeckiego spotkania. Kobiety miały poczuć się komfortowo oraz móc skonfrontować własne doświadczenia w międzykulturowym zespole. Jednym z poruszanych tematów były relacje młodej matki z teściową. Iwona, Michaela i Lorena, mamy z trzech krajów dobrze się rozumieją. Każda ma swoje własne doświadczenia w takich relacjach. Wiele je jednak łączy. – Język macierzyństwa jest uniwersalny – twierdzi Iwona w przerwie pomiędzy zajęciami. – Najważniejsze to znalezienie życiowego balansu, a nie ma jednej drogi – dodaje Lorena. Do Lądka-Zdroju przyjechały z dziećmi, partnerami, matkami, teściowymi, a nawet animatorkami. Maluchy były pod ich opieką, kiedy matki się uczyły. Jest to również element budowania więzi.

Ale spotkania to nie wszystko. Efektem projektu jest również magazyn online na stronie internetowej mommascoffee.eu. Jego koordynatorką jest Kamila Wierzbicka. – Blog ma dwie funkcje: pokazuje tematy, które poruszamy na spotkaniach międzynarodowych oraz jest narzędziem autorefleksji dla mam. To ważne, ponieważ spotkania trwają tylko tydzień, a blog zatrzymuje ich atmosferę i nasze myśli – wyjaśnia. W końcu uczestniczki mają być edukatorami dla matek w swoim otoczeniu. Mają promować ideę World cafe, zapraszając inne kobiety z sąsiedztwa do spotkań przy kawie i rozmów o tym, co jest dla nich ważne w macierzyństwie.

Storytelling – wyjście poza schematy


Do czego służy łyżeczka? Możemy zamieszać nią herbatę, ale może to być np. lustro lub wiosło. Jest szkoła, w której uczniowie przekonują się, że granicą niemożliwego jest ich własna wyobraźnia, a nauka może być inspirującym doświadczeniem.

Mowa o Centrum Kształcenia Ustawicznego w Białymstoku, które realizuje projekt pt. „Your life – your story” kierowany do osób dorosłych. Projekt przewidziano na dwa lata, a zakończy się w październiku 2019 r. Działania prowadzone są dwutorowo: w czasie regularnych zajęć przedmiotowych oraz dodatkowych warsztatów pozalekcyjnych.

Podczas warsztatów wykorzystywane są m.in. karty do gry Dixit oraz kostki Story Cubes. Oba rodzaje gadżetów mają za zadanie pobudzić wyobraźnię i skojarzenia uczestników warsztatów, tak aby mogli skonstruować dowolną historię czy opowieść z własnego życia. Umiejętność opowiadania można wykorzystać potem np. przy opracowywaniu lektur.

– Język jest jednym z podstawowych narzędzi naszej komunikacji. W trakcie zajęć zwracamy uwagę na umiejętności językowe i komunikacyjne uczestników. Jest to sposób rozwijania myślenia i jego wyrażania. Staramy się też wprowadzać ćwiczenia, które rozwijają kreatywność – mówi Małgorzata Tarasiuk, koordynatorka projektu, nauczycielka języka polskiego.

Co dają warsztaty storytellingu samym zainteresowanym? – Ciekawe jest zrozumienie idei myślenia pozaramowego, bo wiemy, że w codziennym życiu łyżeczka ma określony cel. Tutaj ten przedmiot może mieć wiele zastosowań. Przekłada się to na inne rzeczy, które musimy wykonać według określonego planu. Możemy założyć, że już na początku będziemy tymi ramami zmęczeni. Wyjście poza schemat pozwala się rozluźnić, przyspieszyć naukę – wyjaśnia 38-letni Artur, uczestnik warsztatów.

Małgorzata Tarasiuk dodaje: – Stajemy się społeczeństwem obrazkowym, stąd pomysł storytellingu. Tradycyjne metody nauczania zniechęcają uczestników do własnej inicjatywy.

Praca z dorosłymi wymaga również ciągłego dokształcania się nauczycieli. Dlatego oprócz zajęć stacjonarnych, koordynatorzy oraz członkowie projektu wyjechali też na zagraniczne szkolenia. Jedni uczyli się nowych technik nauczania, drudzy zdobywali pierwsze wielokulturowe doświadczenia. – Były dwa wyjazdy szkoleniowe. Pierwszy do Włoch, w ramach szkolenia dla kadry. Poznawaliśmy różne metody: wyrażanie historii poprzez ciało, słowa, film, tworzenie historii poprzez narzędzia IT. Tworzenie komiksów, jako metody opowiadania. Po powrocie przekazaliśmy zdobytą wiedzę swoim koleżankom i kolegom. Kolejnym szkoleniem było szkolenie w Portugalii, zarówno dla nauczycieli, jak i uczniów – opowiada Małgorzata Tarasiuk.

Basia ma 55 lat, Bogusia 54 lata, obie panie wzięły udział w wymianie w zagranicznej. – To był mój pierwszy lot samolotem. Było to wyzwaniem – czy poradzę sobie w międzynarodowym środowisku. Praca w grupach międzynarodowych była przyjemna. Inni, wiedząc, że słabo mówimy po angielsku, próbowali nas zrozumieć przy pomocy tłumaczów, zachęcali do komunikowania się – opowiada Basia.

Bogusia dodaje: – Na szkoleniu w Portugalii posługiwaliśmy się wyłącznie językiem angielskim. Nie ukrywam, że nie było to łatwe, ale udało mi się. Poznałam nowych ludzi, inne kultury, ćwiczyłam posługiwanie się obcym językiem.

Słuchanie niesłyszących


Migowy jest pierwszym językiem osób niesłyszących. Uczą się go zanim poznają język polski. Mają swoją odrębną kulturę, są bardzo wrażliwi i mają doskonale rozwinięte pozostałe zmysły. Świat osób z problemami słuchu przybliża projekt Wypracowanie materiałów dydaktycznych do szkoleń zawodowych osób głuchych w sektorze HORECA.

Podsumowano go 14 czerwca we wrocławskim hotelu HP Park Plaza. Poza uczestnikami, trwającego trzy lata, projektu na konferencji wystąpili również – jako prelegenci – pracodawcy zatrudniający głuchych. Pokazali, że osoby niesłyszące lub słabosłyszące mogą być dobrymi i cenionymi pracownikami. Choć osoby głuche nie są grupą docelową projektu w dosłownym znaczeniu, to uczestniczyły w opracowaniu jego rezultatów. Jednym z nich są szkolenia zawodowe dla osób z problemami słuchu zainteresowanych pracą w hotelarstwie i gastronomii, czyli w sektorze HORECA (ang. Hotel, Restaurant, Catering/Café). W związku z tym we wrocławskim hotelu nakręcono filmy instruktażowe, które mogą być przydatne również dla pracodawców i nauczycieli zawodu. Ich bohaterem jest Jacek Pacewicz, który opowiada o swoich doświadczeniach na rynku pracy i o tym, że z osobami słyszącymi komunikuje się za pomocą gestów.

O genezie projektu mówiła podczas konferencji Urszula Załuska, wiceprezes firmy Dobre Kadry, koordynatora projektu. Wskazywała na problemy z pracownikami w sektorze HORECA. Rozwiązaniem może być zatrudnianie głuchych. – Pracodawcy boją się jednak trudności w komunikacji – podkreśla Załuska. Projekt ma to zmienić. Służy temu drugi z rezultatów projektu – Głusi w pracy – Vademecum dla pracodawców z sektora HORECA, czyli przewodnika po świecie pracowników z problemami słuchu, który ma na celu przygotować zatrudniających osoby niesłyszące. Taką potrzebę widzą sami głusi. Agnieszka Zając współpracuje z Dobrymi Kadrami jako tłumacz języka migowego. – Muszę reprezentować moje środowisko i pokazać, że głuchy może dużo, może więcej – przekonuje. Jej zdanie podziela Agnieszka Gozdek, menadżerka w restauracji McDonald’s w Zgorzelcu. Uważa, że głuchy może pracować i osiągać sukcesy. Trzeba chcieć i być otwartym na komunikację.

W komunikacji pomiędzy niesłyszącymi i pracodawcami ma pomóc trzeci z rezultatów projektu – słownik tematyczny zawierający słownictwo branżowe, nagrany w językach migowych i werbalnych. Było to dużym wyzwaniem, ponieważ każdy język narodowy ma własny język migowy. Dobre Kadry, oprócz hotelu HP Park Plaza, zaprosiły partnera greckiego i węgierskiego. Uczestniczyli oni w opracowaniu i promocji rezultatów projektu. Christodoulos Akrivos z Grecji uważa, że atutem przedsięwzięcia było połączenie różnych aspektów: społecznych, kulturowych i kulinarnych. Dla Greków było to pierwsze doświadczenie w projektach adresowanych do głuchych. – Zmieniłem moje postrzeganie osób z problemami słuchu i zamierzam włączać się w podobne działania – deklaruje. Wspólnie z Dobrymi Kadrami planuje nowy projekt: głusi jako turyści.

Bernadetta Kiss reprezentuje węgierskiego partnera zajmującego się wspieraniem osób głuchych na rynku pracy. Sama od urodzenia niedosłyszy. Projekt był trudny dla jej organizacji ze względu na słabą znajomość angielskiego na Węgrzech. Było to również pierwsze doświadczenie w partnerskich projektach międzynarodowych. Fundacja otworzyła się na nowych partnerów. Kiss jest bardzo zadowolona ze słownika i z Vademecum. – Podręcznik odgrywa istotną rolę w komunikacji pomiędzy słyszącymi i niesłyszącymi – podkreśla.

– Z każdą osobą niepełnosprawną można się porozumieć – twierdzi Paweł Parus, pełnomocnik marszałka województwa dolnośląskiego ds. osób z niepełnosprawnościami. Sam porusza się na wózku inwalidzkim i wie, jak ważne jest stworzenie przyjaznej przestrzeni dla osób z problemami słuchu. – Warto otworzyć się na takich pracowników na rynku pracy. Marcin Krzyżanowski, wicemarszałek województwa dolnośląskiego dodaje. – Nas, Europejczyków nie stać, aby marnować tkwiący w nas potencjał – podkreśla.

Nowe umiejętności zamiast wykluczenia


Jak pomóc dorosłym osobom, które mają problem ze zrozumieniem listu z urzędu? Co zrobić, by podnieść ich kompetencje i zwiększyć ich szanse na rynku pracy? W jaki sposób zapobiegać wykluczeniu społecznemu? To podstawowe pytania, na jakie poszukują odpowiedzi eksperci w projekcie „Szansa –nowe możliwości dla dorosłych”.

Realizuje go Fundacja Rozwoju Systemu Edukacji we współpracy z Instytutem Badań Edukacyjnych.

Eksperci mają wskazać grupy docelowe, do których będzie przeznaczony program. – To trudne zadanie, wytypowaliśmy 12 grup – podkreśla Iwona Krasowicz-Korulczyk, jedna z ekspertek współpracujących z FRSE. – Teraz musimy ocenić, która potrzebuje go najbardziej i wskazać trzy.

Wśród potencjalnych beneficjentów programu są:

  • kobiety wracające na rynek pracy,
  • osoby z terenów wiejskich,
  • seniorzy,
  • osoby z niskim wykształceniem,
  • osoby z niepełnosprawnościami.

Wybór miały ułatwić wizyty studyjne w miejscowościach, które mogą zostać włączone do projektu. Jedną z nich jest Gościeradów. W tej popegeerowskiej gminie wielu mieszkańców nie stać na utrzymanie dzieci w szkołach średnich lub na studiach. – Edukacja często kończyła się tu kiedyś na szkole podstawowej, a w ostatnich latach na gimnazjum – mówi Anna Łuba, kierownik Ośrodka Pomocy Społecznej. – Korzystamy z każdej okazji, by szkolić i podnosić kwalifikacje, organizujemy staże i praktyki, współpracujemy z lokalnymi stowarzyszeniami, stworzyliśmy Dzienny Dom Seniora. Potrzeby są duże. Często docierają do nas osoby, które nie rozumieją prostych zawiadomień z urzędu, czy sądu, w związku z czym wpadają w kłopoty. Pomagamy, ale chodzi przecież o to, by sami potrafili napisać proste podanie czy wniosek.

Takich lub podobnych gmin w Polsce i Europie jest wciąż dużo. Wydawałoby się ,że umiejętność czytania i pisania jest powszechna, a szacuje się jednak, że 20–25 proc. Europejczyków ma z tym problem, także Polacy. Specjaliści mówią o niskich umiejętnościach podstawowych, takich jak: czytanie i rozumienie tekstu, liczenie i rozumowanie matematyczne, umiejętność korzystania z komputera, ale również komunikacja interpersonalna, dostosowanie do zmian, praca w zespole, wyznaczanie realistycznych celów życiowych, radzenie sobie w sytuacji konfliktu, podejmowanie decyzji oraz wykazywanie się inicjatywą. Dlatego też powstał projekt „Szansa – nowe możliwości dla dorosłych”. Skorzysta z niego co najmniej tysiąc Polaków, którzy mają niski poziom umiejętności podstawowych.

Około 70 przeprowadzonych wizyt studyjnych to dopiero pierwszy etap projektu. Drugi rozpocznie się w lipcu. Wtedy zostanie ogłoszony konkurs na opracowanie modeli kształcenia, zostaną wybrani grantobiorcy i rozpoczną się pilotażowe realizacje wybranych modeli. O granty będą mogły ubiegać się m.in. instytucje edukacyjne dla dorosłych, instytucje rynku pracy, organizacje pracodawców, związki zawodowe, izby rzemieślnicze, biblioteki, instytucje kultury czy uniwersytety trzeciego wieku. Trzeci etap to przygotowanie rekomendacji, które zostaną wykorzystane w polityce i strategii polskiego rządu w celu poprawy umiejętności dorosłych Polaków. Z tych założeń będą korzystać instytucje zajmujące się w Polsce edukacją dla dorosłych.

Zaprogramowani na rozwój


Rozmowa z Marcinem Kowalskim, prezesem zarządu firmy doradczo-szkoleniowej Human Partner, uhonorowanej przez Komisję Europejską nagrodą VET Excellence Awards 2018 w kategorii najlepszy program rozwojowy w miejscu pracy

 

Dlaczego inwestycja w rozwój pracowników jest dzisiaj tak ważna?

Inwestycje w kompetencje pracowników są integralnym elementem rozwoju firmy lub organizacji. Właściciele małych i średnich przedsiębiorstw muszą pamiętać, że na tak trudnym rynku przewagę konkurencyjną coraz częściej będzie się zdobywać poprzez inwestycję w wiedzę. Firmy potrzebują skutecznych liderów, aby funkcjonować efektywniej w dynamicznej rzeczywistości. To właśnie wiedza i umiejętności będą tym czynnikiem, który zapewni w największym stopniu rozwój biznesu. Dzisiaj inwestycje w kapitał ludzki muszą odnosić się do rozwijania umiejętności budowania stabilnej przyszłości firmy, przewodzenia zmianom oraz wspierania utalentowanych pracowników.

Jednak inwestowanie w pracowników – poprzez kierowanie ich na programy rozwojowe – jest też konieczne ze względu na aktualną sytuację na rynku pracy oraz trudności w znalezieniu wykwalifikowanych pracowników.

Dokładnie tak. Im trudniejsza sytuacja na rynku pracy, tym większa jest skłonność pracodawców do podnoszenia lub uzupełniania kwalifikacji zawodowych swoich pracowników. Tym bardziej że – jak wynika z „Badania niedoboru talentów 2018” ManpowerGroup – 52 proc. pracodawców wskazuje brak dostępnych kandydatów do pracy jako podstawową trudność w obsadzaniu stanowisk. Rośnie więc rola wewnętrznych programów rozwojowych, które mogą w naturalny sposób wspierać awans zawodowy wewnątrz organizacji czy ścieżkę kariery.

Na co zwrócić uwagę i o czym należy pamiętać, przygotowując program rozwojowy? 

Przede wszystkim należy pamiętać o właściwej diagnozie potrzeb rozwojowych pracowników i ich przełożonych. Tak naprawdę dobrze wykonana diagnoza będzie miała duży wpływ na realizację późniejszego programu rozwojowego. Kolejną kwestią jest wybór dostawców – firmy szkoleniowej lub trenerów. Warto sprawdzić referencje, doświadczenie. Wybierając dostawcę, nie powinniśmy kierować się wyłącznie ceną.

Bardzo ważna jest też w tym procesie rola trenera?

Oczywiście. Trener bierze udział we wszystkich etapach programu rozwojowego. Przy pierwszym kontakcie z potencjalnym klientem, kiedy prezentowane są jego wykształcenie i wymagane doświadczenie – szanse na zatrudnienie firmy szkoleniowo-doradczej znacznie się zwiększają. Trener musi także rozumieć, że na sukces szkolenia lub całego programu rozwojowego składa się zarówno jego atrakcyjność merytoryczna, jak i forma (sposób prowadzenia, angażujące zadania, dobry kontakt czy poczucie humoru).

Jakie korzyści z programów rozwojowych mogą odnieść przedsiębiorcy?

Tego typu programy można wykorzystać do tworzenia w organizacji rozwiązań typu employee experience, czyli budowania pozytywnych doświadczeń pracowników. Wiemy, że obecnie głównym wyzwaniem na rynku pracy – oprócz rekrutacji – jest utrzymanie pracowników. Pracodawcy muszą pamiętać, że wzrost wynagrodzeń lub premii to za mało. Tym bardziej że niektóre grupy pracowników, np. milenialsi, jak pokazują liczne badania, większą wagę przywiązują do możliwości rozwoju, udziału w ciekawych projektach, dobrej atmosfery w pracy niż tylko do wysokości wynagrodzeń.

Więcej informacji w nagraniu webinarium (kliknij)