Programują się na przyszłość


Gdzie można spotkać przyszłych liderów cyfrowej rewolucji? W historycznej części Warszawy, pomiędzy Ogrodem Saskim, Teatrem Narodowym i Placem Bankowym. Tam znajduje się Szkoła Podstawowa nr 75. Pasją jej uczniów jest kodowanie.

– Programowanie i język angielski – te dwie umiejętności będą decydujące w przyszłości. Ja chciałbym być kiedyś programistą, ale myślę, że każdemu przyda się podstawowa wiedza z tego zakresu – mówi Michał, uczeń siódmej klasy Szkoły Podstawowej im. Marii Konopnickiej nr 75 w Warszawie. To właśnie w tej szkole realizowany jest międzynarodowy projekt Erasmus+ pod nazwą E-m@ti-on. W trwającym 2,5 roku projekcie uczestniczą uczniowie ze szkoły Michała, a także młodzież z Hiszpanii, Portugalii, Grecji, Niemiec i Szwecji. Michał jest jednym z czwórki uczniów, którzy pojadą do Madrytu prezentować jeden z najciekawszych efektów projektu – uczniowie z warszawskiej podstawówki zbudowali z klocków LEGO własnego robota i zaprogramowali go: automat ma tańczyć w rytm muzyki.

Początki projektu jednak nie były takie wesołe. Agnieszka Danuta Pawlikowska, koordynatorka projektu w warszawskiej podstawówce wspomina, że gdyby nie ogromna pasja nauczycieli z kilku europejskich szkół, nie byłoby dziś tańczącego robota i radości dzieciaków. – Przy okazji programu eTwinning poznałam kilka fascynujących osób z zagranicznych placówek, później razem stworzyliśmy blog komunikacyjny Daily News, na którym uczniowie i nauczyciele pisali, co słychać w ich szkole – opowiada Pawlikowska. – Te działania zainspirowały mnie do stworzenia czegoś nowego, własnego projektu. Tak się złożyło, że w tym samym czasie od znajomego ze Stanów Zjednoczonych, który prowadzi klub robotyczny dostałam zestaw edukacyjnych klocków Lego Mindstroms, zaś od nauczyciela z Hiszpanii propozycję współpracy w projekcie Erasmus+. Pomyślałam, że warto to wykorzystać i poprzez zabawę zainteresować dzieciaki podstawą programowania.

I taką drogą grupa nauczycieli z sześciu krajów rozpoczęła pisanie projektu w ramach programu Erasmus+. Pierwszy wniosek został odrzucony, ale drugi został już zaakceptowany i sześć szkół otrzymało dotację w wysokości ok. 22 tys. euro. Projekt podzielono na trzy etapy: pierwszy miał skupiać się na nauce programowania w Scratchu (popularny program edukacyjny dla najmłodszych), w drugim narzędziem edukacji miało być Lego WeDo, w trzecim – też klocki duńskiej firmy, tyle że z bardziej zaawansowanej serii Mindstorms.

Po blisko trzech latach programu E-m@ti-on zadowolenia z jego efektów nie ukrywają uczniowie, nauczyciele, a także rodzice. – Bardzo dobrze, że dzieci uczą się programowania w tak wczesnym wieku. To nie tylko zdobywanie cennych praktycznych umiejętności, ale również rozwijanie wyobraźni – podsumowuje Magdalena Kocewiak, mama Oskara, który działa w programie.

W końcu w E-m@ti-on nie tylko o samo pisanie kodu chodzi. W założeniu pomysłodawców chodzi także o poprawienie wyników z matematyki, aktywację kreatywnego i logicznego myślenia, rozwijanie zdolności językowych w stopniu komunikatywnym oraz budowanie pozytywnych mechanizmów rozwiązywania konfliktów.

– Stawiamy na komunikację. W ramach tzw. lekcji odwróconych uczniowie uczą dorosłych programowania i kodowania min w aplikacji Scratch, kompetencji miękkich poprzez np. współpracę w grupie, wspólne wykonanie projektów zarówno w Polsce jak i podczas wyjazdów zagranicznych uczniów – wyjaśnia Pawlikowska. Jej koleżanka z projektu, Karolina Sokołowska podkreśla, że koniec projektu nie ma być końcem robotycznych i programistycznych działań w szkole. – Chcemy być pierwszą w Polsce podstawówką, gdzie programowanie będzie wiodącym przedmiotem. Dlatego chętnie włączamy się do wszelkich działań promujących zastosowanie nowoczesnych technologii w edukacji. Cel na najbliższą przyszłość: profesjonalne szkolne koło robotyczne, technologia informatyczna na różnych szkolnych lekcjach, udział w zawodach i współpraca z zespołami robotycznymi może np. w Stanach Zjednoczonych.

 

W sferze ekologicznej żywności


Od początku roku Stowarzyszenie Polaris z Sopotni Wielkiej w woj. śląskim prowadzi inicjatywę promującą ekologiczną żywność. Jej głównym punktem jest postawiony niedawno sferyczny ogród badawczy – niewielka szklarnia, w której lokalna młodzież sadzi i pielęgnuje własne warzywa oraz zioła.

Organizacja zajmuje się głównie kwestiami astronomii, prowadzi akcje uświadamiające na temat skutków zanieczyszczenia świetlnego i organizuje pokazy czystego nocnego nieba. Członkowie organizacji przez ostatnie kilka miesięcy prowadzili eksperymenty, prelekcje i konkursy związane ze zdrową żywnością, a kluczowym elementem ich działań było postawienie sferycznego ogrodu badawczego.

To niewielka szklarnia o półkulistym kształcie, w środku której rosną warzywa i zioła – m.in. papryka, pomidory, bazylia. To pierwsze tygodnie jego działania, ale w najbliższych miesiącach w specjalnych heksagonalnych donicach pojawią się też dynie i marchewki. O ogród dbają dzieci z gminy Jeleśnia, podzielone na 11 kilkuosobowych grup. – Młodzież angażuje się od samego początku – od siewu nasion, przez podlewanie i pielęgnację – wyjaśnia Natalia Krzeszowiak, wolontariuszka nadzorująca projekt.

Dla członków Stowarzyszenia Polaris cel całego przedsięwzięcia jest jasny: wytworzyć u młodszego pokolenia świadomość tego, jakie są zalety hodowania i jedzenia ekologicznej żywności. Natalia przyznaje, że stan wiedzy o zdrowej diecie i nawykach żywieniowych dzieci z lokalnych szkół jest niski. Nawet wśród młodzieży z rodzin zajmujących się uprawą roli świeże rośliny często są zastępowane słodyczami i gazowanymi napojami. Pomysłodawcy inicjatywy sferycznego ogrodu chcieliby, aby zaangażowanie uczniów szkół we własnoręczną uprawę pokazało dzieciom, że to satysfakcjonująca praca, której owoce są smaczne i zdrowe.

Postawienie kulistej szklarni to tylko część inicjatywy. Przygotowania trwały kilka miesięcy: trzeba było kupić niezbędne materiały i nasiona, stworzyć niewielkie laboratorium do przeprowadzania badań, a także spopularyzować projekt przez wykłady na temat zdrowej żywności. Konstrukcja stanęła w maju, ale odpowiednio wcześniej zaczęto sadzić pierwsze rośliny, by następnie przesadzić je do doniczek. Uczestnicy mieli też okazję wziąć udział we wprowadzającym wyjeździe do gospodarstwa ekologicznego w Jeleśniej.

– Myśleliśmy nad zwykłym ogrodem, ale to nie przyciągnęłoby dzieciaków. Stąd właśnie kształt sfery – mówi Natalia. Z tego samego powodu organizowane są dodatkowe aktywności, takie jak konkursy czy eksperymenty z hodowlą dżdżownic lub badaniem poziomu pH gleby. Ponadto w najbliższych tygodniach uczestnicy wprowadzą innowacyjne sposoby uprawy hydroponicznej, czy tworzenia doniczek z recyklingowanych butelek i żarówek.

Priorytetem jest stworzenie nie tylko pożytecznej, ale i przyjemnej hodowli roślin. Oprócz podlewania i pielęgnacji ziół i warzyw, ogród sferyczny może też więc być wykorzystywany jako miejsce relaksu. – Dzieci już zapowiedziały, że chciałyby tutaj spędzać wolne chwile, czytać książki – opowiada Natalia. Z myślą o nich w szklarni zawieszono hamaki.

Szansa na rozwój


Blisko 400 instytucji aplikowało w nowym projekcie PO WER „Ponadnarodowa mobilność uczniów”. Dzięki niemu aż 14 tys. uczniów może wziąć udział w międzynarodowych wymianach młodzieży. Zaplanowano już kolejną turę projektu, na który przeznaczonych zostanie aż 25 mln zł

Celem projektu jest wzmocnienie ważnych kompetencji przekrojowych, takich jak: nauka języków obcych, rozwijanie umiejętności uczenia się oraz innych kompetencji niezbędnych do rozwoju osobistego, przyszłego zatrudnienia – kwalifikacji zgodnych z najnowszymi wytycznymi Unii Europejskiej. Do udziału w projekcie uprawnione są szkoły podstawowe i ponadpodstawowe oraz szkoły artystyczne działające w polskim systemie oświaty.

Charakter projektu sprawił, że do udziału w nim zgłosiło się wiele instytucji, które wcześniej nie brały udziału w inicjatywach mo­bilnościowych zarządzanych przez Fundację Rozwoju Systemu Edu­kacji. Wiele z wnioskujących placówek wykazało, że kształcą uczniów o największych potrzebach edukacyjnych, w tym m.in. osoby w zdecydowanie trudniejszej sytuacji i cechujące się mniejszymi szansami na jej zmianę. Właśnie dla nich wyjazd może mieć szczególnie duże znaczenie dla rozwoju kompetencji oraz ich przyszłych wyborów życiowych.

W pierwszym naborze do FRSE trafiło prawie 400 wniosków, z czego najwięcej zgłoszeń do nowego projektu przesłały szkoły podstawowe, następnie szkoły zawodowe, technika oraz zespoły szkół. Trzecim typem szkół pod względem liczby złożonych wniosków były licea. Do FRSE wpłynęło także kilka zgłoszeń ze szkół artystycznych oraz specjalnych ośrodków szkolno-wychowawczych. Wielu przedstawicieli placówek oświatowych podkreślało, jak ważny dla rozwoju ich instytucji jest projekt wyrównujący szanse i rozwijający kompetencje uczniów poprzez organizację wyjazdów dzieci, a nie tylko, tak jak dotychczas, kadry nauczającej.

Po ocenie formalno-merytorycznej wniosków na liście placówek, które będą miały możliwość realizować swoje założenia projektowe, znalazło się ponad 45 proc. aplikujących.

W związku z tak dużym zainteresowaniem projektem FRSE planuje nową turę konkursową już jesienią bieżącego roku. Do rozdysponowania w niej na wsparcie młodych osób w rozwoju ich życiowych kompetencji przewidziano ok. 25 mln zł. O szczegółach dotyczących nowego naboru można przeczytać na stronie programu: power.frse.org.pl/mobilnosc-uczniow.

Równe szanse, sprawiedliwy start


Aż 65 proc. uczniów w Polsce deklaruje poczucie wykluczenia. Dzieci z rodzin o niższym statusie mają też dużo większe kłopoty z nauką. O tym, jak wyrównać te dysproporcje, dyskutowano na konferencji w Gdyni

Wykluczenie najczęściej rodzi się z braku zrozumienia. A to z kolei może wynikać z nieprzepracowanych traum, trudnej relacji z matką, istniejących w przeszłości problemów psychicznych czy negatywnego etykietowania.

O przyczynach, przejawach i profilaktyce wykluczeń mówiła podczas gdyńskiej konferencji „Szkoła równych szans” dr hab. Agnieszka Wilczyńska. W trakcie sesji tematycznej „Dziecko w szkole: poczucie wykluczenia i poczucie przynależności” ekspertka wyjaśniała, z czym w dzisiejszych czasach muszą mierzyć się najmłodsi. Chodzi m.in. o zanikanie głębokich relacji interpersonalnych, wzrost znaczenia internetowych „like’ów” czy krzywdy wyrządzane przez fałszywych przyjaciół. Agnieszka Wilczyńska podkreślała, że dzieci muszą coraz częściej konfrontować się z nieżyczliwymi komentarzami rówieśników, które padają tylko dlatego, że ich adresat w jakimś aspekcie różni się od grupy. Skala zjawiska jest wręcz przerażająca – poczucie wykluczenia deklaruje w badaniach aż 65 proc. uczniów.

Skutki braku akceptacji mogą być poważne. Dziecko może odczuwać np.: odrętwienie emocjonalne oraz stan poznawczej dekonstrukcji, czyli trudność w koncentracji na zadaniu. Przeżycie każdego dnia w szkole wiąże się dla niego z dużym stresem. Jeżeli sytuacja wymknie się spod kontroli, to może ono sięgać po używki, stać się agresywne lub mało empatyczne.

Nauczycielu, bądź czujny

Eksperci uczestniczący w gdyńskiej konferencji byli zgodni: niwelowanie poczucia wykluczenia jest możliwe – to wyzwanie stoi przede wszystkim przed nauczycielami. Jak przekonywała Agnieszka Wilczyńska, pedagodzy powinni tłumaczyć zjawisko wykluczenia, ćwiczyć z uczniami, jak normalizować uczucia, oraz pokazywać, że z każdej sytuacji jest rozsądne wyjście. Innymi słowy, należy budować poczucie przynależności do grupy. Każdemu uczniowi nauczyciel powinien stworzyć szansę, by poczuł się on ważny i potrzebny. Warto zainteresować się jego emocjami, dać mu zadanie, za które może być odpowiedzialny i któremu jest w stanie podołać.

Prosty sposób na to wskazał prof. dr hab. Mirosław J. Szymański. Jego zdaniem budować poczucie własnej wartości wśród uczniów można poprzez docenianie ich za umiejętności niezwiązane z osiągnięciami w nauce. Przykładowo gdy uczeń pomaga w organizowaniu wycieczki, można odznaczyć go plakietką „dobrego organizatora”.

Duża rola środowiska

Na nierówności o innym charakterze zwróciła uwagę Ewa Falkowska. Dyrektor ds. Advocacy UNICEF Polska zaprezentowała w Gdyni raport „Niesprawiedliwy start. Nierówności edukacyjne wśród dzieci w krajach wysokorozwiniętych”. Z badania wynika, że dzieci z tzw. domów uprzywilejowanych – w których zawód, wykształcenie i status materialny rodziców są wyższe – mają lepsze wyniki i osiągnięcia. Aby te nierówności redukować, należy m.in.: zagwarantować dostęp do nieodpłatnej, sprawiedliwej i dobrej jakości edukacji oraz umożliwić opanowanie przez wszystkie dzieci kluczowych umiejętności na odpowiednim poziomie.

Uczestnicy gdyńskiej konferencji zgodzili się, że z nierównościami społecznymi mamy do czynienia od zawsze, a diagnozowanie ich przyczyn jest czasami wręcz niemożliwe. Nigdy bowiem nie wiemy, co spowodowało lawinę. Dlatego tak ważna jest rola szkoły i pedagogów, którzy – jeżeli będą świadomi problemu – mogą w odpowiednim momencie zareagować i zmienić życie dziecka – a przy tym również całego społeczeństwa – na lepsze.

Konferencję „Szkoła równych szans” zorganizował zespół sektora Edukacja szkolna programu Erasmus+. W spotkaniu wzięło udział niemal 150 osób, w tym nauczyciele, decydenci oświaty i znakomici prelegenci: prof. dr hab. Marta Bogdanowicz, prof. dr hab. Maria Deptuła, prof. dr hab. Agnieszka Gromkowska-Melosik, prof. dr hab. Zbigniew Kwieciński. Więcej informacji na erasmusplus.org.pl.

Swoboda w przedszkolu? Tylko z eTwinningiem


Wysoko wykwalifikowani nauczyciele i duże zainteresowanie rodziców placówką – takie są efekty wieloletniego uczestnictwa Przedszkola nr 48 w Zabrzu w unijnym programie eTwinning. Jego cechą charakterystyczną jest nieszablonowe podejście do pracy z dziećmi

W zabrzańskiej placówce platforma eTwinning, łącząca nauczycieli z wielu państw i dająca im możliwość wymiany doświadczeń, współtworzenia projektów czy doskonalenia umiejętności zawodowych, jest stałym elementem codziennej pracy. W ciągu 10 lat przedszkole zrealizowało niemal 30 zagranicznych i krajowych inicjatyw o zróżnicowanej tematyce: od rysowania komiksów przez odtwarzanie dzieł sławnych malarzy przy użyciu materiałów dostępnych na łonie natury do wykonania ulotek na temat smogu.

– Swoboda, samodzielność, kreatywność, indywidualność – to powiela się w każdym projekcie – podkreśla Aleksandra Armada, nauczycielka z zabrzańskiego przedszkola. Właśnie słowo „swoboda” przewija się w rozmowach z pracownikami tej placówki. Pedagodzy przyznają, że doceniają proponowane przez eTwinning nieszablonowe rozwiązania, które ułatwiają im pracę z dziećmi. – Każdy nowy element wprowadza efekt zaciekawienia – dodaje Dorota Sowa, kolejna z wychowawczyń. Zajęcia prowadzone na świeżym powietrzu, nauka z wykorzystaniem najnowszych technologii czy wyjazdy są prostym sposobem na skuteczne przykucie uwagi przedszkolaków do zagadnień, które są częścią programu. – Dajemy wachlarz swobody i samodzielności, a każda nauczycielka na realizację zadań ma inny pomysł – stwierdza Jolanta Kosczielny, dyrektor przedszkola.

Nieortodoksyjne podejście zdaje egzamin i staje się wizytówką placówki. – Jeśli rodzice zapisują do nas dziecko, to zdają sobie sprawę, że realizowane są tutaj takie projekty – mówi Kosczielny. – Myślę, że ma to duży wpływ na ich decyzję.

Innowacjami z zabrzańskiego przedszkola interesują się już inne placówki oraz wydział oświaty. – Dostajemy telefony i e-maile z pytaniami, czy można się spotkać, przyjechać – opowiada dyrektor. Zaraz jednak dodaje, że najważniejsze zawsze jest dziecko. – Nie jest naszym priorytetem, by brali z nas przykład – podkreśla.

Kadra pedagogiczna Przedszkola nr 48 w Zabrzu ma wolną rękę w zdobywaniu nowych umiejętności i angażowaniu się w kolejne projekty. – Jesteśmy zachęcani do szkoleń, do używania platformy eTwinning, jesteśmy wspierani przy organizacji wyjazdów – opowiada Natalia Szczygieł, wychowawczyni. Nawet jeśli zagraniczne wyjazdy nauczycieli komplikują grafik, to w przekonaniu dyrektorki przedszkola zyski zdecydowanie przeważają. Nauczycielki – choć przyznają się do początkowych obaw i ograniczeń – podzielają to zdanie.

– Tutaj zgromadziły się osoby z pasją, które żyją tym przedszkolem, stale się doskonalą, są otwarte na nowości i przede wszystkim poszukują rozwiązań, dzięki którym dzieci będą się dobrze bawiły i stale się rozwijały – chwali swoją kadrę Jolanta Kosczielny.

Jedna z najważniejszych lekcji w życiu


Choć najczęściej kojarzona jest z prowadzeniem własnego biznesu, to można na nią patrzeć też przez pryzmat kompetencji cechujących osoby aktywne i pełne inicjatyw. Przedsiębiorczość – powinniśmy się jej uczyć od najmłodszych lat

Przedsiębiorczość w szkole powinna skupić się na wspieraniu uczniów w tym, by nauczyli się być aktywni oraz ciągle szukali nowych szans i doświadczeń. By budowali pewność siebie, zaradność, kreatywność i otwartość, które pozwolą im odnaleźć się w nowych sytuacjach. Dobrze dobrane zadania pozwolą im rozwinąć umiejętności autoprezentacji, asertywności, oceny ryzyka czy komunikacji interpersonalnej.

Mimo że przedsiębiorczość raczej kojarzy się z późniejszymi etapami kształcenia, warto zadbać o wprowadzanie jej już od najmłodszych klas. Dzięki temu rozwiną się ważne umiejętności: kreatywność, wytrwałość, pewność siebie. Dodatkowo z każdym niepowodzeniem (bo one też będą im towarzyszyć) zmniejszy się lęk przed porażką. Po kilku takich doświadczeniach uczniowie wiedzą już, że przegrana to nie koniec świata i trzeba próbować ponownie. Szkoła nie przygotuje młodych przedsiębiorców na wszelkie scenariusze, ale może dać im poczucie, że ich los leży w ich rękach.

Jak zacząć?

Uczenie przedsiębiorczości nie powinno zaczynać się od wykładu. Najlepszym sposobem jest włączenie uczniów w konkretne zadania do zrealizowania. Szkolne kiermasze, na których dzieci zbierają pieniądze na określone cele, czy znane z amerykańskich filmów stragany z ręcznie robioną lemoniadą mogą być dobrym przykładem. Dzięki takiemu podejściu dzieci będą musiały się zaangażować – bierne przyglądanie się w tym przypadku absolutnie się nie sprawdzi. Kluczem do tego będzie np. wprowadzenie elementów grywalizacji (inaczej: gamifikacji), czyli metod znanych z gier, do modyfikowania zachowań w życiu realnym. Uczniowie mogą np.: zarządzać wirtualnymi firmami z wykorzystaniem symulacji biznesowych, uczyć się negocjacji w grze planszowej (np. „Chłopska Szkoła Biznesu”) czy zarządzać finansami osobistymi, grając np. w „Cashflow”. Zgamifikować można każde szkolne zajęcia. Taka konstrukcja lekcji sprawia, że młodzież uczy się nie tylko teorii z danego przedmiotu, lecz także brania odpowiedzialności za swój proces nauki, podejmowania decyzji o wyborze zadań, pracy w zespole czy prezentowania siebie i rezultatów pracy. A to są właśnie kompetencje przedsiębiorcze.

Internet bogaty jest w ciekawe przykłady scenariuszy zajęć oraz szkoleń i webinariów. Jedną ze stron z takimi materiałami jest platforma eTwinning. Umożliwia ona nawiązanie międzynarodowej współpracy opartej na wymianie doświadczeń i wspólnym poznawaniu nowych metod, oferuje bezpłatne szkolenia rozwijające określone umiejętności, np. kurs online oraz dwudniowe seminaria szkoleniowo-kontaktowe. Nauczyciele początkujący w temacie grywalizacji mogą skorzystać z kolejnego bezpłatnego kursu online „Tydzień z gamifikacją”, dostępnego także na stronie etwinning.pl.

Korzyści dla nauczyciela

Dzięki zastosowaniu innowacyjnych materiałów w trakcie nauczania przedsiębiorczości uczniowie zwykle są bardziej zmotywowani, chętni do pogłębiania wiedzy w tym zakresie. Wykorzystanie odpowiednich narzędzi dydaktycznych, np. symulacji biznesowych, sprawia również, że zmienia się rola nauczyciela. Staje się on dla uczniów nie tylko źródłem wiedzy, lecz także doradcą, do którego młodzi ludzie chętnie się zgłaszają, by przedyskutować możliwe rozwiązania i ich konsekwencje.

Najlepsza lekcja etyki


Pochodzą z Filipin, Wietnamu, Ukrainy, Indii, Gruzji… Są w Polsce, bo ich rodzice dostali tu pracę, ale też dlatego, że musieli uciekać ze swoich ojczyzn. Jednak łączy ich jeszcze coś: szkoła, która dwa lata temu otworzyła pierwsze w Warszawie klasy dla cudzoziemców

Stoi sama przy oknie. Wzrok przyciągają do niej wyraźne azjatyckie rysy. To Anh, Wietnamka, nazywana tu Anią. Po polsku jeszcze nie mówi. Zagadnięta, peszy się i spuszcza wzrok. – Pojawiła się tu niedawno, a ma już prawie 14 lat. Najpierw trafiła do odpowiedniej wiekowo klasy przygotowawczej dla uczniów cudzoziemskich (OPC) ze starszymi dziećmi, ale nie była w stanie wydusić z siebie słowa. Kiedy dołączyła do nas, coś chyba pękło i zaczęła się powolutku otwierać. Chyba się dogadamy, co? – mówi, patrząc na dziewczynkę, Agnieszka Czekalska, nauczycielka ze Szkoły Podstawowej nr 221 z Oddziałami Integracyjnymi im. Barbary Bronisławy Czarnowskiej na warszawskiej Woli.

Klasa na rozbieg

Klasy przygotowawcze dla uczniów cudzoziemskich to novum na polskim gruncie. Pierwsze z nich ruszyły we wrześniu 2017 r. Do oddziałów tych mają trafiać dzieci niemówiące po polsku, którym trudno zaadaptować się w nowej szkole. Ale nie tylko o język tu chodzi, bo grupy są tworzone przez dzieci z kultur skrajnie odmiennych od polskiej, również te, które do naszego kraju trafiły na skutek kryzysowej sytuacji w ich ojczyznach. Trauma tych uczniów może się objawiać zaburzeniami zachowania, które utrudniają odnalezienie się w klasie ogólnodostępnej. Do niej dzieci z OPC trafią dopiero po roku na oddziale – lub wcześniej, jeśli wystarczająco dobrze będą radzić sobie z językiem. Dotyczy to także małych Polaków, urodzonych na emigracji, których rodzice zdecydowali się powrócić do ojczyzny, z punktu widzenia dziecka będącej po prostu obcojęzycznym terytorium. Aby nie rzucać ich na głęboką wodę, a także by oswoić pozostałych uczniów z odmiennością migrujących rówieśników i zminimalizować potencjalne konflikty, dyrektor szkoły może otworzyć OPC. Decyzję taką może podjąć w dowolnym momencie roku szkolnego, wystarczy zgoda organu prowadzącego.

Mała grupa, duża praca

Niby to proste, ale niewiele szkół korzysta z tej możliwości. W Warszawie klasy przygotowawcze prowadzą tylko dwie placówki, od dwóch lat – jedynie szkoła na Woli. – Przepis jest ciągle nowy, a dokument, który o tym mówi, to potężne tomiszcze. Myślę, że dyrektorzy, którzy dostają ucznia cudzoziemskiego, wolą włączyć go do klasy ogólnodostępnej, gdzie trzeba mu tylko zapewnić dwie godziny języka polskiego i trzy godziny zajęć wyrównawczych – ocenia Beata Urbanek-Żywica, dyrektor SP 221.

Nic w tym zresztą dziwnego. Zorganizowanie OPC wymaga wielu logistycznych zabiegów: ujęcia go w planie lekcji, zapewnienia sal, odpowiednio przygotowanych nauczycieli i dostosowanych programów nauczania, materiałów… które dopiero powstają. Grupa nie może przekraczać 15 osób, więc przy większej liczbie dzieci cudzoziemskich to kolejna klasa na głowie dyrektora.

Potrzeba jednak jest. W skali Polski małych cudzoziemców jest garstka, ale dane statystyczne z europejskich i krajowych źródeł pokazują, że mapa migracji dynamicznie się zmienia. W Warszawie do państwowych szkół i przedszkoli chodzi obecnie ok. 4,5 tys. uczniów cudzoziemskich. W 2012 r. było ich zaledwie tysiąc. Według oficjalnych danych samych Ukraińców mających zezwolenie na pobyt stały lub czasowy w stolicy jest prawie 14 tys. Nie wszyscy swoje dzieci zostawiają w kraju z babciami. Wielu do Polski zabiera całe rodziny, bo chce tu rozpocząć nowe życie.

Nie ma wątpliwości – im wcześniej (i na mniejszej próbie) szkoły przygotują się na przyjęcie uczniów cudzoziemskich i ich integrację, tym mniej trudności napotkają w razie większego ich napływu. – Wystartowaliśmy jako pionierzy z trzema oddziałami, bo od razu byli chętni, by je zapełnić. Może dlatego, że od dekady działa u nas Międzyszkolny Zespół Nauczania Mniejszości Ukraińskiej – opowiada Beata Urbanek-Żywica. – Nowo przybyłe rodziny ukraińskie chciały dołączyć do tej grupy. Służy ona jednak raczej tym członkom ukraińskiej mniejszości, którzy są zakorzenieni na naszych ziemiach od lat. Świeży migranci potrzebowali w szkole innego, nowego miejsca. Klasy przygotowawcze były najprostszą odpowiedzią. Do dzieci ukraińskich szybko dołączyły inne: z Mongolii, Brazylii, Tadżykistanu, Wietnamu, Indii, Gruzji, Białorusi, Rosji, Filipin… Dojeżdżają z całej Warszawy. W sumie jest ich około setki, to mniej więcej jedna szósta wszystkich uczniów szkoły – podlicza dyrektor.

Wnioski z Zachodu

Początki były jednak trudne. – Gdyby nie nasze wyjazdy do Niemiec, nie wiedzielibyśmy, jak ugryźć tę nową sytuację – wspomina Agnieszka Czekalska, która prowadzi najmłodszy oddział. Zanim w szkole utworzono OPC, grupa nauczycieli wzięła udział w projekcie finansowanym z Akcji 2. w ramach Erasmusa+ pod nazwą „Kompetencje międzykulturowe nauczycieli w wielokulturowych miastach Warszawa-Berlin”. Jeździli na wizyty studyjne za zachodnią granicę, by na miejscu uchwycić sedno niemieckich klas powitalnych, pierwowzoru polskich oddziałów przygotowawczych. W Berlinie okazało się, że takich oddziałów mają niemal 800. A więcej niż połowę każdej klasy ogólnodostępnej stanowią cudzoziemcy.

– Niemieccy nauczyciele skarżyli się nam, że integracja wcale nie wygląda różowo – zwierza się Agnieszka Czekalska. – Zrozumiałam tam jedno: jeśli u nas ma się to udać, to dzieci muszą od razu poznać język, by móc na równych zasadach uczestniczyć w życiu społeczno-kulturalnym. Bo wyobcowanie nie doprowadzi do niczego dobrego. Potwierdzili to nasi koledzy z Niemiec: uczniowie, których nie wciągnięto w system na samym początku, tworzą hermetyczne grupy, do których nie da się już dotrzeć. Dlatego my w naszym kameralnym gronie robimy, co możemy.

Mam na imię Ivan

Nauczycielka spogląda z uśmiechem po twarzach swoich podopiecznych, którzy wyraźnie do niej lgną. Siedząc wokół zasypanego kolorowymi papierami stołu, śmieją się niemal bez przerwy i rzucają porozumiewawcze spojrzenia. – Może byście się przedstawili? – prosi Czekalska. Natychmiast pojawiają się chętni. „Dzień dobry, mam na imię Timothy, moja kraj Filipiny. Ja w Polsce jest jeden rok”. „A ja jestem Ivan, mam lat 10 i jestem z Ukrainy. Mieszkam tu już rok”. Wschodni akcent nie przeszkadza mu w pochwaleniu się pewną już polszczyzną. „Ja mam na imię Nunuka i przyjechałam z rodzicami z Gruzji”. „Ja jestem Dhruva i mam 10 lat. Jestem w Polsce jeden rok i przyjechałem z Indii”.

Czy to już wszyscy? Nie. Nieśmiało, wygładzając swoją sukienkę, po chwili odzywa się Anh: – Mam 14 lat. Jestem z Wietnamu. – Brawo, Aniu! – wykrzykuje ze wzruszeniem nauczycielka. – Pierwszy raz jej się to udało. Pierwszy raz!

Dzwonek, lekcja skończona. Dzieci biegną do świetlicy. Do drzwi puka jedna z mam. – Wyjechaliśmy z Indii, bo mąż dostał tu trzyletni kontrakt. Ja posługuję się tylko językiem telugu, ale dzieci nieźle mówią po polsku. To dzięki przemiłej pani Agnieszce. Wszystko jest świetnie – opowiada łamaną angielszczyzną. Po chwili dodaje nieco ciszej: – Choć… córka się żaliła, że starsi chłopcy ją zaczepiali i popychali. Nie skarżyła się nauczycielce, bo się boi, że się zemszczą. Dyrektor Urbanek-Żywica zdaje sobie sprawę, że konflikty się zdarzają: – Tego nie da się uniknąć, a ludzie w złości uderzają tam, gdzie najbardziej boli. Jednemu oberwie się za to, że ma ciemniejszą skórę, innemu – bo jest gruby, a jeszcze innego nie wezmą do paczki, bo się ubiera w lumpeksie. Na szczęście mamy młodych wolontariuszy z klasy matematycznej, którzy z własnej inicjatywy pomagają wietnamskim uczniom. To nasze pomieszanie kultur jest jedną wielką lekcją etyki. Laboratorium kulturowym. Wiem… patrzę na to przez różowe okulary, ale od wielu lat obserwuję, że to naprawdę działa – podsumowuje z entuzjazmem dyrektorka.

Nauczycielski akompaniament

Łączenie dzieci z różnych środowisk i kultur powoduje, że mechanizmy ich współżycia stopniowo wypracowują się same, bo wielu zachowań można ich jeszcze nauczyć. Wymaga to jednak od nauczycieli dużo pracy, zwłaszcza że muszą samodzielnie dostosowywać  program nauczania i zdobywać materiały dydaktyczne. – Realizuję z nimi wybiórczo program klasy czwartej, choć nie do końca wiadomo, na czym się skupić, bo dzieci są w różnym wieku. Niektóre nie mówią po polsku – komentuje Katarzyna Jędrzejczak, nauczycielka muzyki w piątego OPC. – Dziś poznały nasze symbole narodowe. Dużo śpiewamy, o Polsce, o naszych zwyczajach. Moi drodzy, zanucimy coś? W klasie rozlega się harcerskie „Lubię podróże…”.

Trudności w doborze programu nauczania i materiałów potwierdza Agnieszka Czekalska. – Dla nas to też jest nauka, bo nie mamy gotowych zestawów, dużo więc improwizujemy, wyszukujemy w internecie, kserujemy, drukujemy, wycinamy, sklejamy… – wymienia.

Na zajęciach dzieci korzystają z „normalnych”, polskojęzycznych podręczników, odpowiednich do ich wieku i umiejętności, choć mogą po nie sięgnąć dopiero, gdy osiągną podstawowy poziom znajomości języka. Co wydaje im się najtrudniejsze? – Matematyka! Biologia! Geografia! – przekrzykują się nastolatki z piątej klasy OPC. A jednak nie język – to chyba dobry znak. Są też tacy, którym trudność sprawia wszystko, bo daleko od domu nie mają motywacji do nauki. Nauczycielki z SP 221 tłumaczą im, że warto się uczyć, aby spełniać swoje marzenia. – Ja chcę zostać archeologiem i szukać kości dinozaurów – mówi 11-letnia Walerija z Ukrainy. – Ja wyjadę do New York! Teraz mieszkam w Polska, ale nie będę tu mieszkał potem – podskakując, woła Filipińczyk Timmy. Nunuka po chwili zadumy decyduje: – A ja chciałabym mieć rower. Kiedyś miałam, ale mi go kuzynka zepsuła i został tam, w Gruzji. Ale teraz jestem tutaj i zostanę tu na długo, więc rower będzie mi bardzo potrzebny.

Jak eTwinning zmienia świat


Stworzenie nowych partnerstw, które zaowocują międzynarodowymi projektami to główny cel trzydniowego seminarium kontaktowego „Entrepreneurship with eTwinning”. W spotkaniu wzięło udział 23 nauczycieli z Polski i 20 z Francji. Uczestnicy poszukiwali w Gdańsku inspiracji i dzielili się swoimi doświadczeniami związanymi z realizacją programu eTwinning.

Pomysły na projekty mogą być wszędzie. Jak podkreśla Chris Williams, jeden z prelegentów seminarium, aby naprawiać świat, najpierw należy wprowadzić zmiany w najbliższym otoczeniu. Używanie plastikowych sztućców w stołówkach szkolnych, marnotrawienie jedzenia, nadmiar billboardów w drodze do szkoły, trenowanie postaw przedsiębiorczych, równość kobiet i mężczyzn – to wszystko może stanowić punkt wyjścia do wielkich zmian.

 Myśl lokalnie, działaj globalnie

Dobrym przykładem kreatywnego projektu, który w 2018 r. zyskał uznanie społeczności pedagogicznej na całym świecie jest efekt współpracy szwedzko-francuskiej o nazwie „The Cube”. Projekt polegał na stworzeniu 30 dużych czarnych sześcianów, które zostały umieszczone w szwedzkich placówkach oświatowych, ale również w innych światowych metropoliach: Belgradzie, Budapeszcie, Paryżu i Nowym Jorku. Każdy sześcian był zbudowany ze stali, ważył 500 kg i mierzył 3 mkw. Ich wnętrza, kreowane przez samych uczniów, zawierały interpretację Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka. Poza edukacją młodzieży celem projektu było zwalczanie postaw ksenofobicznych oraz rasistowskich.

– Program eTwinning daje ogromne możliwości technologiczne i nieograniczony zasięg. Reszta zależy wyłącznie od nauczycieli. Uczniowie zyskują dzięki temu ciekawszą propozycję programu nauczania i mogą współpracować z rówieśnikami z innych krajów, a to dla nich olbrzymia wartość – podkreśla Paweł Czapliński, koordynator programu eTwinning w Polsce. Głównym celem tego programu jest przekraczanie barier i wychodzenie poza program zajęć lekcyjnych w szkołach. Dzięki temu młodzież uczy się nowych umiejętności, poznaje różnice kulturowe i porozumiewa się w innych językach. – Jako organizatorzy niczego nie narzucamy, a naszych uczestników ogranicza wyłącznie wyobraźnia. Nauczyciele mają pełną dowolność i elastyczność. Sami decydują, z kim chcą współpracować, a swoje pomysły starają się złożyć w jeden wspólny projekt – dodaje Paweł Czapliński.

 14 szans, aby zmienić świat na lepszy

Kwietniowe spotkanie w Gdańsku zaowocowało aż 14 nowymi partnerstwami eTwinning. Nauczyciele, po powrocie do swoich szkół będą je dalej realizować przy pomocy narzędzi dostępnych na platformie TwinSpace.

Powstała m.in. wstępna koncepcja projektu „Be bright, eat right” (wolne tłum. „bądź bystry, jedz świadomie”), dzięki której 60 uczniów z Francji i Polski poszerzy wiedzę na temat rolnictwa i spożywanych produktów, a także stworzy ekologiczne ogrody warzywne przy swoich szkołach. Pedagodzy opracowali też projekt „Building puentes” (wolne tłum. „budowanie porozumienia”). Za pomocą kreatywnych form (plakaty, zdjęcia, filmy) młodzież pogłębi wiedzę o różnicach kulturowych oraz będzie przeciwdziałać nietolerancji. Z kolei „Being different: from rejection to acceptance” (tłum. „bycie innym: od odrzucenia do akceptacji”) pokaże uczniom, że różnice pomiędzy ludźmi powinny być powodem do dumy.

Z pasji do zawodu


Chcemy, by szkoły branżowe i technika nie były placówkami gorszego wyboru. One dają zawód, średnie wykształcenie i możliwość dalszej nauki. A dobrze przygotowani absolwenci mogą pracować na całym świecie – mówi Joanna Żebrowska, dyrektor Zespołu Szkół nr 7 w Tychach, laureatka nagrody VET Excellence Awards 2018

 

Komisja Europejska, w ramach obchodów Europejskiego Tygodnia Umiejętności Zawodowych 2018, nagrodziła panią za innowacyjność. Co to właściwie znaczy?

Ta nagroda to podsumowanie mojej działalności w Zespole Szkół nr 7 w Tychach. Od 2005 r. wysłaliśmy stąd ponad 300 uczniów na zagraniczne staże, na które zdobyliśmy ponad milion euro dofinansowania. Ale nie chodzi tylko o same wyjazdy. Przez cały rok uczymy tak, by młodzież była przygotowana do wyjazdu – zarówno na staż, jak i później do pracy. Wprowadziliśmy w naszej szkole lekcje prowadzone wspólnie przez nauczyciela przedmiotów zawodowych i nauczyciela języków obcych.

Czyli nauka języka w praktyce?

Jest przecież dużo skuteczniejsza niż ta standardowa. Najpierw anglista przygotowuje uczniów językowo: nazywa surowce, wyroby cukiernicze, czynności. Później wszyscy spotykają się w pracowni. Na przykład w mojej pracowni cukierniczej tłumaczę po polsku, jak należy zrobić ciasto, jakiego sprzętu użyć, jakich produktów, a później to samo robi anglista. W trakcie pracy zadaje uczniom pytania. Nie ma wtedy czasu na sprawdzanie słówek w słowniku, trzeba reagować szybko, naturalnie.

Tak jak w prawdziwej cukierni za granicą.

W ten sposób młodzież zdobywa umiejętności językowe, ale też nabiera śmiałości, otwiera się. Nie boi się składać wniosków o zagraniczne wyjazdy. Większość uczniów, którzy uczestniczą w innowacyjnych lekcjach, wyjeżdża później na staż.

Młodzież chce się kształcić za granicą?

Zazwyczaj jest tak, że za pierwszym razem uczeń jest onieśmielony, ale po powrocie chce jechać znowu. Po pierwszym stażu dzieci zupełnie inaczej patrzą na świat, zyskują pewność siebie, przekonanie, że mogą podołać trudnym sytuacjom. Uczą się także pracy pod presją czasu, używania języka obcego w codziennych sytuacjach, przyglądają się innej kulturze, poznają ludzi.

I uświadamiają sobie, że ze swoim zawodem mogą pracować nie tylko w Polsce, lecz także na całym świecie?

Oczywiście. I mamy tego przykłady, bo nasi uczniowie często po stażu dostają propozycje pracy. Mam wychowanka, który odbywał staż na Malcie, wrócił do Polski, skończył szkołę i znów pojechał na Maltę. Teraz pracuje tam w znanej restauracji, gdzie został wyróżniony tytułem najbardziej kreatywnego szefa kuchni. Właśnie widziałam jego zdjęcia na Facebooku. Zresztą często docierają do mnie wieści o moich absolwentach, którzy otwierają swoje restauracje, wygrywają konkursy. Potrafią odnaleźć się w tej branży.

Co się liczy w zawodzie? To, co wyniesione ze szkoły, czy praktyka?

Najważniejsze są umiejętności miękkie: odpowiedzialność, punktualność, systematyczność, utożsamianie się z tym, co robimy. Jeśli ktoś wkłada w pracę serce, to umiejętności zawodowe zdobędzie bardzo szybko. To właśnie na stażach młodzież rozwija swoje kompetencje miękkie. Dziecko wyjeżdża z dala od rodziny, leci samolotem, musi samo o siebie zadbać, musi być punktualne. Mama go na ten staż nie obudzi.

Młodzież wybiera szkoły zawodowe z pasji?

Różnie. Chcę wierzyć, że to przede wszystkim zainteresowanie i pasja, ale nie oszukujmy się, niektórzy przychodzą, bo koleżanka czy kolega wybrali tę samą szkołę, bo gdzieś się nie dostali. Ale są też tacy, którzy wiedzą, po co tu są. W tym roku zapraszamy do swoich pracowni gimnazjalistów i uczniów ósmych klas. Podpatrują, dowiadują się, jak wyglądają te lekcje. Dla mnie to była najpiękniejsza laurka, że dzieci w ogóle nie chciały wyjść z mojej pracowni. Robiliśmy faworki i ciasto zawijane, jedna uczennica przygotowywała się do konkursu i trenowała ciasto na bazie herbaty matcha, które podpatrzyłam na stażu w Barcelonie. Gimnazjaliści byli tak ciekawi tego, co się tam działo, że nie chcieli wychodzić. Mam nadzieję, że to się przełoży na rekrutację.

Dziś trend społeczny jest taki, że wszyscy chcą iść na studia.

Chcemy, żeby szkoły branżowe i technika były placówkami pierwszego wyboru. To nie jest gorszy wybór, bo to dobre szkoły, które dają zawód, średnie wykształcenie i możliwość dalszej nauki, zrobienia matury i studiowania. Znam cukiernie, które zatrudniają absolwentów Akademii Sztuk Pięknych, bo bardzo cenią umiejętności zawodowe połączone ze zdolnościami manualnymi.

Żeby szkolnictwo zawodowe się rozwijało, potrzebna jest też współpraca z pracodawcami, prawda?

W mojej szkole jest ona od zawsze. Praktyki zawodowe realizowane są w prawdziwych zakładach pracy. Młodzi cukiernicy na przykład spędzają trzy dni w tygodniu w szkole, a dwa u pracodawcy. I biorą udział w normalnej produkcji. My dajemy im pierwsze szlify, dzięki czemu na praktykach wiedzą już, jak obsługiwać urządzenia, przygotowywać określone rodzaje ciast.

Ale czy dla pracodawcy uczeń może być atrakcyjny?

W zawodach, w których kształci moja szkoła, pracodawcy wręcz proszą o uczniów, praktykantów. Często dotyczy to specjalnych wydarzeń, uroczystości np. w restauracji. Wtedy większa grupa młodzieży razem z nauczycielem bierze udział w obsłudze tej uroczystości. Jako szkoła gastronomiczna pomagamy również w organizacji wydarzeń specjalnych w innych szkołach. Korzyści są obopólne, a dla młodzieży to najlepsza forma nauki.

Pracuje pani również w Radzie Dyrektorów Szkół Zawodowych powołanej przez Ministerstwo Edukacji Narodowej. Jakie rozwiązania są potrzebne na poziomie systemowym?

Ważna jest właśnie współpraca pracodawców i szkół. Chciałabym, choć jest to bardzo trudne, by włączyć pracodawców w proces tworzenia programów nauczania. Oni nie lubią tworzenia dokumentacji, procedur, ale w praktyce mają określone wymagania. I one mogą być świetną wskazówką dla nauczycieli. My zapraszamy do naszej szkoły pracodawców raz na semestr, by opowiedzieli nam, jakie mają oczekiwania. I później staramy się je realizować w pracy z młodzieżą. Warto, by konkretne zapisy pojawiły się w samych programach nauczania.

Wspominała pani, że sama pojechała na staż. Nauczyciel też powinien się uczyć?

Nie tylko powinien się wciąż uczyć. Nauczyciel wręcz musi to robić. W ustawie jest zapisane, że każdy nauczyciel przedmiotów zawodowych jest zobowiązany odbyć 40 godzin stażu u pracodawcy. W naszej szkole dzieje się to już od czterech lat. Zarówno nauczyciele przedmiotów zawodowych, jak i języków obcych wyjeżdżają na zagraniczne staże związane ze stanowiskiem pracy. Nauczyciel hotelarstwa stanął w recepcji zagranicznego hotelu, nauczyciel produkcji stanął w kuchni. Natomiast mnie udało się wyjechać na staż w cukierni japońskiej w Barcelonie. Jej właściciel, Japończyk, w 2016 r. wygrał konkurs na najlepszego croissanta w mieście. Rzeczywiście, ten jego rogalik jest niesamowity. Przygotowywałam go razem z nim.

I po powrocie nauczyciele wiedzę, którą zdobyli na zagranicznych wyjazdach, przekazują swoim uczniom?

Właśnie po to jeździmy. Uczymy tego wszystkiego na lekcjach, w pracowniach czy przy okazji przygotowań do konkursów. Ja pokazuję teraz uczennicy, jak twórczo można wykorzystać zieloną herbatę, która nadaje wyrobom cukierniczym oryginalność.

Dlaczego została pani nauczycielką?

Kończyłam nietypowy kierunek: wydział inżynieryjno-ekonomiczny przemysłu spożywczego. Zamarzyłam o pracy w laboratorium naszego Browaru Tyskiego. Przy pisaniu pracy magisterskiej współpracowałam z ówczesnym dyrektorem laboratorium dr. Jerzym Hetmańskim. Ciężko wtedy było dostać pracę w browarze, więc doktor podpowiedział mi, żebym spróbowała w zawodzie nauczyciela w technikum browarniczym. Poszłam tam i okazało się, że brakowało fachowców od szkolnictwa zawodowego. Właśnie tak zaczęłam swoją karierę. Moja mama zawsze mówiła, że chciała zostać nauczycielką. Jej się nie udało, ale córce już tak.

Czy dziś uważa pani, że to była dobra decyzja?

Początki były trudne, bo prowadziłam kilkanaście różnych przedmiotów i musiałam wyspecjalizować się w różnych branżach. Szybko zaczęłam jeździć z młodzieżą po zakładach: piekarniach, cukierniach. Chciałam, by uczniowie poznali zawód od strony praktycznej. Wicedyrektor szkoły powiedział mi, że te moje lekcje są ciekawe, że jestem urodzonym nauczycielem. Dodał mi tym wiatru w żagle, uwierzyłam w siebie.

A dziś to pani jest dyrektorem szkoły.

I wciąż najważniejsi są dla mnie uczniowie. Pamiętam, że absolwenci technikum przyjeżdżali do mnie już jako studenci i mówili, że na pierwszym roku studiów na politechnice właściwie nie mieli co robić, bo byli tak dobrze przygotowani dzięki prowadzonym przeze mnie lekcjom. To dla mnie największe wyróżnienie. Uczniowie odwiedzają mnie po latach i opowiadają o swoich osiągnięciach. Jako szefowie zakładów pracy pozdrawiają mnie przez obecnych moich uczniów, którzy tam praktykują. Wielu moich absolwentów, dziś już 40-letnich, zostało głównymi technologami w browarach. Jeden występuje nawet w reklamie browaru Okocim z Brzeska i co chwila widzę go w telewizji. To wielka satysfakcja.

Dla wyrównania szans


Aż 14 tys. polskich uczniów może wziąć udział w międzynarodowych wymianach młodzieży w ramach Programu Operacyjnego Wiedza Edukacja Rozwój (PO WER). Na czym polega projekt „Ponadnarodowa mobilność uczniów”? Dla kogo jest przeznaczony? Oto nasz krótki przewodnik

Projekty mobilnościowe programu PO WER skierowane do uczniów szkół podstawowych (klasy VI–VIII) i ponadpodstawowych są okazją do rozwijania kompetencji językowych, umiejętności uczenia się, kompetencji cyfrowych, a także kształtowania postaw obywatelskich.

Zgodnie z założeniami polscy uczniowie biorą udział w codziennym życiu szkoły przyjmującej. Wspólnie z zagranicznymi rówieśnikami uczestniczą w zajęciach formalnych i pozaformalnych, podczas których przygotowują broszury, prezentacje, ulotki lub inne materiały edukacyjne służące promocji rezultatów projektu. Tego typu doświadczenie to dodatkowe możliwości na rynku pracy, a często dopiero początek przygody z mobilnościami międzynarodowymi. Aby otrzymać pomoc finansową na wyrównywanie szans, w przedsięwzięciu muszą uczestniczyć co najmniej dwie organizacje z różnych krajów Unii Europejskiej, przy czym podstawowym beneficjentem jest zawsze polska placówka.

Polskie instytucje mogą znaleźć partnerów do swoich inicjatyw na platformach eTwinning, School Education Gateway oraz w bazie szkół rumuńskich dostępnej na stronie internetowej: power.frse.org.pl/mobilnosc-uczniow.

Kto może uczestniczyć w projekcie

Do składania wniosków uprawnione są wszystkie szkoły publiczne i niepubliczne działające w polskim systemie oświaty. Oznacza to, że o dofinansowanie w ramach projektu „Ponadnarodowej mobilności uczniów” mogą się starać:

  • szkoły podstawowe (specjalne, integracyjne, sportowe i mistrzostwa sportowego, z oddziałami przedszkolnymi, integracyjnymi, specjalnymi, przysposabiającymi do pracy, dwujęzycznymi, sportowymi i mistrzostwa sportowego),
  • szkoły ponadpodstawowe (specjalne, integracyjne, dwujęzyczne, sportowe, mistrzostwa sportowego, zawodowe, branżowe, rolnicze, leśne, morskie, żeglugi śródlądowej oraz rybołówstwa,
    z oddziałami integracyjnymi, specjalnymi, dwujęzycznymi, sportowymi i mistrzostwa sportowego),
  • szkoły artystyczne.

Czas trwania projektu uzależniony jest od liczby zaplanowanych pobytów zagranicznych. Gdy szkoła zaplanuje tylko jeden wyjazd za granicę, będzie to sześć miesięcy. Natomiast kiedy realizacja działań projektowych przewidywać będzie więcej niż jeden wyjazd zagraniczny grup uczniów, przedsięwzięcie będzie mogło trwać maksymalnie rok.

Wizyta przygotowawcza

Przed wysłaniem uczniów do zagranicznej placówki polskie szkoły będą miały możliwość przeprowadzenia tzw. wizyty przygotowawczej w instytucji partnerskiej. Mogą w niej uczestniczyć osoby odpowiedzialne za realizację działań z ramienia szkoły wysyłającej. Wyjazd taki organizowany jest po to, by na miejscu ustalić szczegóły dotyczące programu pobytu uczniów oraz przydzielić zadania, np. związane z zakwaterowaniem uczestników czy spędzaniem przez nich czasu wolnego. Wizyta przygotowawcza trwa zwykle od dwóch do trzech dni i wyjeżdżają na nią maksymalnie dwie osoby koordynujące projekt.

Działania w trakcie projektu

Z punktu widzenia rozwoju kompetencji istotne jest to, że projekt „Ponadnarodowa mobilność uczniów” przewiduje działania nie tylko w trakcie pobytu za granicą. Uczniowie powinni być angażowani we wszystkie etapy realizacji przedsięwzięcia w swojej szkole – uczestniczyć np. w ustaleniu programu, organizacji i realizacji mobilności, ewaluacji i monitoringu działań, promocji oraz we wdrażaniu i w upowszechnianiu rezultatów.

Podczas realizacji projektu kwalifikowane będą następujące kategorie wydatków: koszty podróży (zgodnie z kalkulatorem odległości programu Erasmus+), koszty pobytu za granicą (uzależnione od kraju mobilności, czasu trwania i typu uczestnika), koszty przygotowania ucznia do mobilności, koszty wsparcia dla instytucji przyjmującej oraz koszty dodatkowego wsparcia finansowego w przypadku udziału osoby niepełnosprawnej. Budżet inicjatywy określać będzie grantobiorca na podstawie informacji udostępnionych przez FRSE. Pod uwagę brane będą m.in.: jak liczna będzie grupa wyjeżdżających uczniów, do jakiego kraju wyjedzie i na jaki czas.

Projekt skierowany jest m.in. do uczniów z niepełnosprawnościami, mających trudności w nauce lub problemy zdrowotne, a także borykających się z ograniczeniami ekonomicznymi, społecznymi czy geograficznymi. Dlatego też działania projektowe, które przyczynią się do poprawy sytuacji uczestników, otrzymają więcej punktów na etapie oceny wniosku. Dodatkowe punkty otrzymają także wnioski instytucji, które nie mają doświadczenia w międzynarodowych projektach zarządzanych przez FRSE.

Projekt „Ponadnarodowa mobilność uczniów” finansowany jest ze środków Europejskiego Funduszu Społecznego w ramach Programu Operacyjnego Wiedza Edukacja Rozwój, IV Oś Priorytetowa Innowacje społeczne i współpraca ponadnarodowa Działanie 4.2. Programy mobilności ponadnarodowej. Zostanie na niego przeznaczonych aż 105 mln zł.

Szczegółowe informacje o projekcie oraz dotyczące składania wniosków dostępne są na stronie programu PO WER