Na rzecz innych


Europejski Korpus Solidarności zachęca młodych Polaków do wolontariatu za granicą. To więcej niż inwestycja w siebie!

Polsce nie ma tradycji wolontariatu. Do niedawna jeszcze w ogóle nie wiedzieliśmy, czemu służą tego rodzaju projekty – przyznaje Agnieszka Bielska, koordynatorka Europejskiego Korpusu Solidarności (EKS). I dodaje: – W okresie PRL-u wszelkie inicjatywy obywatelskie były niepożądane. A przymusowe prace wykonywane „na rzecz ogółu” wypaczyły pojęcie pracy społecznej. Chociaż dziś młode pokolenie coraz częściej angażuje się w działania społeczne, związane na przykład z poprawą klimatu, większość młodych wciąż stoi z boku. EKS zachęca do działania.

Unia Europejska wspiera rozwój wolontariatu już od lat 90. XX wieku. Od 2000 r. służył temu Wolontariat Europejski, od 2014 r. stanowiący część programu Erasmus+. W 2016 r. ówczesny przewodniczący Komisji Europejskiej Jean-Claude Juncker zapowiedział jednak poszerzenie oferty dla młodych ludzi z „zacięciem społecznikowskim, którzy chcą wnieść znaczący wkład w społeczeństwo”. Wkrótce Wolontariat Europejski zamienił się w samodzielny program – Europejski Korpus Solidarności. Pojawiły się też nowe możliwości działań, takie jak Projekty Solidarności dla grup czy ścieżka zawodowa. Ale głównym nurtem EKS-u jest wolontariat – w kraju lub za granicą. Zachowano też tę samą grupę docelową: do Korpusu może dołączyć każdy w wieku
od 18 do 30 lat. Po utworzeniu profilu w internetowej bazie EKS wolontariusz sam wybiera swoje miejsce pracy wolontariackiej albo czeka, aż organizacja pozarządowa odezwie się do niego z propozycją.

Wolontariat to nie wolonturystyka
Inicjatywa EKS-u ruszyła na dobre w 2018 roku. W bazie figuruje już ponad 260 tys. wolontariuszy. Dla niektórych z nich pobyt za granicą okazał się przełomowym momentem w życiu. Fundacja Rozwoju Systemu Edukacji promuje wolontariat właśnie poprzez historie młodych ludzi, którzy zaangażowali się w działania społeczne w innym kraju, przeżyli przygodę, zdobywając przy tym nowe umiejętności. Za udział w programie nie trzeba płacić (a tak dzieje się w przypadku niektórych wolontariatów w egzotycznych miejscach). Wolontariusz ma zapewnione wszystko: od dojazdu po zakwaterowanie, wyżywienie, ubezpieczenie i kurs językowy. – Efekt wolontariatu w ramach EKS-u jest poza tym dużo trwalszy od tak zwanej wolonturystyki (krótkoterminowy wyjazd opłacany przez uczestnika, łączący turystykę i pomaganie), bo wolontariusz przebywa za granicą dłużej, zwykle od 9 do 12 miesięcy. Dzięki temu ma czas na poznanie nowej kultury, stworzenie więzi ze społecznością, z którą współpracuje, na naukę języka i nawiązywanie kontaktów – mówi Agnieszka Bielska.

Trzeba lubić ludzi
Praca z drugim człowiekiem zajmuje w działaniach wolontariackich pierwsze miejsce. Bezpośredni kontakt pozwala na przełamanie różnic kulturowych i bariery językowej, pomaga też w rozwijaniu inteligencji emocjonalnej – zdolności, która jest kluczem do udanego życia i kariery zawodowej. Ale wolontariat w ramach EKS-u to nie tylko dobra inwestycja w portfolio. Chodzi przede wszystkim o pomoc lokalnym społecznościom, które stają przed różnymi wyzwaniami: od migracji po starzenie się społeczeństwa.

Aby zachęcić młodzież do działania, EKS coraz częściej wykorzystuje media społecznościowe, bo młodzi ludzie nie rozstają się ze swoimi telefonami, lajkują też różne akcje charytatywne. W nowej kampanii „Pomagaj nie tylko lajkiem” – która ruszyła w grudniu – EKS stara się pokazać, że kciuk w górę na Facebooku stanowi dobry początek, ale trwałe zmiany dokonują się poza siecią.

Wolontariat często nie kończy się wraz z końcem wyjazdu. Wielu wolontariuszy pozostaje aktywnych po powrocie do domu – prowadzą warsztaty, zakładają stowarzyszenia, włączają się w działania Alumnów Europejskiego Korpusu Solidarności. – Takie starania trzeba nie tylko krzewić, ale też celebrować – mówi Agnieszka Bielska. Dlatego świętowanie Międzynarodowego Dnia Wolontariusza, przypadającego 5 grudnia, jest jej zdaniem takie ważne: – Warto docenić zaangażowanie młodych ludzi. Wierzę, że praca w charakterze wolontariusza stanie się w Polsce (i to już wkrótce!) czymś naturalnym, tak jak jest w wielu państwach Europy.

 

Ambasador z wielką stopą


To okazja, żeby wykorzystać swój potencjał. Nie trzeba mieć nawet złotówki, by wyjechać, choćby na rok, za granicę – mówi Bartosz Kurek. Siatkarz reprezentacji Polski i japońskiego klubu Wolf Dogs Nagoya to ambasador kampanii Europejskiego Korpusu Solidarności „Pomagaj nie tylko lajkiem”, zachęcającej do udziału w wolontariacie międzynarodowym

Jaki masz rozmiar buta?
Będę precyzyjny, bo w Japonii, gdzie teraz jestem, wszyscy są skrupulatni. Mam buty z numeracją 50 i 1/3.

Japończycy mają własny system miar. Mieścisz się na ich skali?
Łapią się za głowę, gdy słyszą, jak wielką mam stopę. Na ulicach trudno tu spotkać osobę z tak dużym butem. Jeżeli w Polsce widać mnie z kilku metrów, to w Japonii – z kilku kilometrów.

W Stanach to już nie byłaby taka sensacja. Michael Jordan ma rozmiar buta 48. Wspominam o nim, bo powiedziałeś, że to dla ciebie „najbardziej inspirująca postać ze sportowców”. Dlaczego?
Oczywiście mógłbym długo mówić o jego osiągnięciach, bo interesuję się ligą NBA, ale dla mnie to przede wszystkim ikona sportowca zwycięzcy. Nie akceptował innego wyniku niż pierwsze miejsce. Najwięcej wymagał od siebie. Na boisku dawał z siebie 100 procent. W ten sposób doprowadzał swój organizm do granic wytrzymałości.

Ale robił to po to, by zwyciężać.
W czasie pandemii udało ci się obejrzeć „Ostatni taniec”, serial dokumentalny o Jordanie.

Poznałeś go jeszcze lepiej?
Jest kilka scen, które warto zobaczyć. Bo Michael zdejmuje maskę twardego zawodnika i odsłania się jako wrażliwy sportowiec, który mocno przeżywa krytykę. A dostawało mu się np. za to, jak dowodził drużyną. To nie było tak, że niepowodzenia spływały po nim jak woda po kaczce. Musiał mieć mocny charakter i być twardym zawodnikiem, skoro wytrzymywał ataki i bycie pod presją mediów. Wiedział, że jego każdy krok i zagranie będą komentowane. Nie bał się tego i brał to na klatę.

Jest taka scena z 1997 r. po słynnym meczu Chicago Bulls – Utah Jazz, gdy Michael Jordan, schodząc z boiska, podpisuje się na swoich czarno-czerwonych butach, by chwilę później wręczyć je młodemu wolontariuszowi, który podawał mu w czasie meczu ręcznik. Teraz to dorosły mężczyzna. Kilka lat temu było znów o nim głośno, gdy buty Jordana wystawił na aukcję. Pewnie zbił na tym fortunę, a dostał je przecież niespodziewanie. Ta historia skojarzyła mi się z twoimi początkami. Też zaczynałeś od podawania ręcznika zawodnikom i stania po drugiej stronie bandy. To ważne doświadczenie, jeśli marzy się o karierze sportowej?
Oczywiście, a świadczy o tym choćby obecna sytuacja pandemiczna. Teraz wszystkie mecze rozgrywane są w ścisłym reżimie sanitarnym. Na boisku czy wokół niego mogą być tylko zawodnicy, trenerzy, sędziowie oraz wolontariusze. To najczęściej młode osoby, które zgłaszają się do pomagania przy organizacji meczu. Podają piłki, wycierają parkiet między akcjami, dbają o to, by spotkanie odbywało się bez długich przerw. Jako dziecko trenowałem siatkówkę, ale wiedziałem, że jeśli chcę uprawiać ten sport, muszę być blisko profesjonalistów. Dlatego stałem kilka metrów od zawodników, podsłuchiwałem, jak ze sobą rozmawiają, patrzyłem na ich gesty i zachowania między akcjami. Starałem się wyłapać sytuacje, których nie pokazywano podczas transmisji meczu. To była praktyczna lekcja siatkówki, nie mniej ważna niż treningi. I wcale nie przeszkadzało mi, że musiałem wycierać pot z parkietu czy podawać piłki. Wiedziałem, że taka jest naturalna kolej rzeczy, jeśli marzę o wielkiej sportowej karierze.

Co z tych pierwszych lat spędzonych na boisku, jeszcze w charakterze wolontariusza, najbardziej zaprocentowało?
Siatkówka to dynamiczna gra, a kibice podążają wzrokiem za piłką. Najciekawsze jest jednak to, co się dzieje w tle: zawodnicy zmieniają pozycję, przemieszczają się po boisku, wymieniają uwagami. Podczas meczu idealnie widać relacje panujące w drużynie. Obserwując to na miejscu, zauważymy, czy zawodnicy są zgraną ekipą, jak radzą sobie z porażkami i czy potrafią się po nich podnieść.
To widać tylko z bliska. Gdy oglądam mecz z większej odległości – jako kibic – łapię się na tym, że jestem zbyt daleko od akcji, by zrozumieć, co dzieje się w drużynie. Dlatego wolontariusze, którzy bezpośrednio pomagają przy meczu, mają niepowtarzalną okazję wyłapać sporo niuansów w zachowaniu graczy. Mnie takie doświadczenie bardzo pomogło dogadywać się później z kolegami, rozwiązywać konflikty w drużynie i odpowiednio na nie reagować.

A teraz namawiasz młodych, by byli aktywni. Jesteś ambasadorem Europejskiego Korpusu Solidarności, który umożliwia udział w wolontariacie. Hasło kampanii „Pomagaj nie tylko lajkiem” nawiązuje do tego, co robimy codziennie w internecie. Klik, klik i zostawiamy ikonkę kciuka wyciągniętego w górę. To za mało?
Tą kampanią wspólnie z pozostałymi ambasadorami absolutnie nie chcemy krytykować osób, które wybierają ten sposób pomagania. W końcu dzięki tym lajkom udaje się zorganizować sporo zbiórek pieniędzy dla potrzebujących. Posty, które mają wiele polubień, lepiej rozchodzą się w sieci, a to zwiększa szanse na powodzenie akcji charytatywnych. Wierzę jednak, że jest w nas pierwiastek dobra, który powinniśmy w sobie odnaleźć. Chodzi mi o naturalną ciekawość świata, chęć poznania drugiego człowieka, innego kraju, zdobycia doświadczenia. Dlatego zachęcam wszystkich, by spróbowali swoich sił w roli wolontariusza. To może być świetny moment w życiu, by nauczyć się działania w zespole, odkrywania nieznanego, rozwoju samego siebie. To też doskonała okazja, by zrobić coś dobrego dla drugiej osoby, a przy okazji aktywnie spędzić czas i doświadczyć jeszcze pełniej świata.

Angażujesz się w akcje charytatywne. Współpracujesz z fundacją Herosi, która zajmuje się dziećmi z chorobami nowotworowymi. Co roku widać cię na kalendarzach, które można zdobyć na licytacjach. Odwiedzasz też chore dzieci. To jest właśnie jeszcze pełniejsze doświadczanie świata?
Z pewnością tak, bo spotkania twarzą w twarz z podopiecznymi fundacji Herosi zmieniły moją perspektywę. To lekcja pokory, która uświadamia, że jesteśmy szczęściarzami i powinniśmy patrzeć dalej niż na czubek własnego nosa. Zachęcam, by przestać się bać i zrobić pierwszy krok. Najtrudniej jest zacząć. Warto działać, a nie tylko o tym mówić. Nie ma nic przyjemniejszego niż świadomość, że to, co robimy, daje realne rezultaty.

Łatwo ci mówić, bo masz za sobą wyjazdy zagraniczne. Grałeś w kilku klubach poza Polską, często wyjeżdżasz na mistrzostwa czy igrzyska olimpijskie. Jak przekonasz tych, którzy boją się ruszyć do innego kraju?
Pamiętam doskonale swój wyjazd na kontrakt do Moskwy. To nie był dla mnie udany sportowo okres. Ale nigdy wcześniej nie nauczyłem się tak wiele jak w Rosji. To wtedy odkryłem, że najbardziej rozwijam się, gdy wychodzę poza strefę komfortu. Wcześniej grałem cztery lata w Skrze Bełchatów. Czułem się tam świetnie, osiągałem sukcesy, ale zrozumiałem, że żeby wykorzystać maksimum własnego potencjału, muszę wyjść z oswojonej przestrzeni. Dlatego zdecydowałem się na wyjazd. Chciałem być najlepszą wersją samego siebie. Ta myśl wciąż mnie motywuje. Dlatego wahającym się radzę, by nie bali się opuścić na jakiś czas ludzi, których znają i lubią, oraz miejsc, w których czują się dobrze. Jeśli chcesz się rozwijać, rusz w świat i zaryzykuj!

A bariera językowa? Nie bałeś się rozmawiać w obcym języku?
W żadnym razie. Podróże nauczyły mnie, że w każdym miejscu na kuli ziemskiej znajdziesz podobnych do siebie ludzi, którzy chętnie ci pomogą. Zresztą wyjazd w ramach Europejskiego Korpusu Solidarności to świetna okazja, żeby podszlifować np. angielski. Program wolontariatu oferuje na miejscu szkolenia językowe. A poza tym nie ma lepszego sposobu na opanowanie języka niż wyjazd za granicę i obracanie się wśród tubylców. I znów odwołam się do własnej historii. Gdy grałem we włoskim klubie, bardzo szybko nauczyłem się języka na tyle, żeby swobodnie się komunikować z chłopakami z drużyny. I to przy minimalnym wysiłku, bo jedynie słuchałem rozmów w szatni.

Nawet jeśli zawodnicy znają ten sam język, nie zawsze potrafią się dogadać. Praca zespołowa to coś szalenie ważnego zarówno w sporcie, jak i w akcjach wolontariackich. Łatwo można się tego nauczyć?
To umiejętność, którą można wypracować. Nie da się funkcjonować bez kontaktu z innymi. Dlatego warto umieć odpowiedzieć na pytanie, jaką pozycję zajmuję w grupie, czy i jak dogaduję się z ludźmi, jak oni mnie odbierają. W klubach często zmieniają się składy, a drużyna ma być zgrana. W sporcie musimy dogadać się z ludźmi, z którymi będziemy grać razem w danym sezonie. Czasem przychodzi to naturalnie, a czasem trzeba nad taką relacją popracować. Im więcej transferów czy wyjazdów, tym łatwiej człowiek adaptuje się do otoczenia. Ale to wymaga pracy nad sobą. Podobnie jest z wolontariatem, to są zbliżone doświadczenia. Dlatego warto się angażować, bo zdobyte umiejętności później bardzo przydają się w życiu.
Warto jeszcze nauczyć się pokory. W filmie promującym kampanię „Pomagaj nie tylko lajkiem” przyznajesz, że na początku kariery siatkarskiej ciężko było ci zaakceptować, że kolega z drużyny może być lepszy i musisz zejść z boiska, by ustąpić mu miejsca. To trudna lekcja.

I umiejętność, którą – szczególnie w sporcie – boleśnie się zdobywa. Najważniejsza jest gra do jednej bramki. O sile zespołu świadczy to, czy lider nie boi się oddać władzy. Każdy zawodnik powinien znać swoje miejsce w drużynie i wiedzieć, za co jest odpowiedzialny. Podobnie działa to w projektach wolontariackich. Nawet najlepszy szef czy koordynator nie wykona sam całej pracy. Dlatego deleguje zadania swoim współpracownikom, znając ich możliwości i umiejętności.

I najważniejsze: wzajemne zaufanie. Jak je budować w zespole?
Krok po kroku. Ostatnio mój japoński trener pokazał badanie Google’a, w którym zadano pytanie, jakie wartości są najważniejsze dla grupy. Na pierwszym miejscu było zaufanie. Ludzie chcą wiedzieć, że to, co mówią, nie zostanie wyśmiane. Dlatego nie wolno negować pomysłów innych. Liczą się także poczucie bezpieczeństwa i zrozumienie.

Wolontariat Europejskiego Korpusu Solidarności ma sporo atutów. Którego argumentu byś użył, żeby zachęcić młodych do zgłaszania się do programu?
Żyjemy w takich czasach, w których dużo spraw i projektów rozbija się o pieniądze. A tu nie trzeba mieć nawet złotówki, żeby móc wyjechać – choćby na rok – za granicę. I można być spokojnym, że w trakcie pobytu na wolontariacie jesteśmy bezpieczni, mamy zapewnione środki na odpowiednim poziomie. Warto się zgłaszać, tym bardziej że – gdyby nie inicjatywa EKS-u – niewielu młodych ludzi byłoby stać na zorganizowanie sobie takiego wyjazdu. Ale chcę dodać, że ten program przede wszystkim daje możliwość zaangażowania się w ważne projekty społeczne. To idealna okazja, żeby wykorzystać swój potencjał: wiedzę, umiejętności, kreatywność, i włączyć się w pomoc lokalnym społecznościom. Każdy z wolontariuszy wnosi do organizacji, dla której będzie pracował, ogromny wkład.

Skoro wspomniałeś o pieniądzach, to zakończmy rozmowę tym wątkiem. Przekazałeś na licytację swoje mistrzowskie ogromne buty. Ktoś je zgarnął, wpłacając dużą sumę pieniędzy na leczenie chorego nastolatka. Radość?
Na pewno tak. Mam nadzieję, że osoba, która te buty wylicytowała, cieszyła się, gdy otwierała paczkę. Wystarczy zrobić jeden krok, by coś zmienić, a przynajmniej wywołać uśmiech po drugiej stronie. Czyli po prostu działać. Niech każdy próbuje. Za tym pierwszym krokiem bardzo szybko pójdą następne.

Kampanię „Pomagaj nie tylko lajkiem” można obejrzeć na kanale Europejskiego Korpusu Solidarności w serwisie YouTube.

*Europejski Korpus Solidarności (EKS) to program, który pozwala osobom w wieku 18–30 lat angażować się w projekty z zakresu wolontariatu oraz rozwoju zawodowego (staże, miejsca pracy) we własnym kraju lub za granicą. Wszystkie działania są wyrazem solidarności ze społecznościami lokalnymi w Europie. Organizacje mogą zapraszać wolontariuszy, pracowników i stażystów, a także wspierać działania podejmowane przez młodzież. Program jest finansowany ze środków unijnych. Funkcję Narodowej Agencji Europejskiego Korpusu Solidarności pełni Fundacja Rozwoju Systemu Edukacji. Więcej informacji na: www.eks.org.pl.

Zdjęcie: Luka Łukasiak

Setki powodów do wyjazdu


Po pobycie w Niemczech i Albanii, w ramach Europejskiego Korpusu Solidarności, wrócili otwarci na innych, przekonani, że mogą zmieniać świat, że warto pomagać. Teraz namawiają innych na przygodę z wolontariatem

Powody wyjazdów są różne – tłumaczy Magda Szykor z Narodowej Agencji EKS, była wolontariuszka, która teraz wspomaga organizacje wysyłające i przyjmujące młodych ludzi. – 18-latkowie, którzy skończyli szkoły, wyjeżdżają, bo nie bardzo wiedzą, co robić dalej, i szukają miejsc, w których mogą się rozwijać, poznawać nowych ludzi i pożytecznie działać. Decydują się więc na wolontariacki gap year. Dla części osób wyjazd to świadomy wybór, wynikający z wcześniejszej pracy na rzecz innych, jak w przypadku Karola i Olgi. Jeszcze inni jadą, bo mają chęć zmiany swojego życia i traktują wolontariat jak pierwszy krok ku nowemu. Tak właśnie zrobił Tomasz – mówi Magda.

Afryka w Berlinie
Tomasz Bilewicz pracował dla jednego z portali. Pisał o piłce nożnej, którą pasjonował się od najmłodszych lat. Gdy dobiegał trzydziestki, poczuł, że praca nie daje mu satysfakcji. – To nie jest to, co chciałbym robić dalej – pomyślał i rozpoczął poszukiwania. Czasu miał mało, bowiem wolontariuszem EKS można zostać, zanim ukończy się 31 lat.

Zdecydował się na Berlin. Z kilku powodów: znał francuski i angielski, języka niemieckiego chciał się nauczyć. Miasto – dzięki autostradzie A4 – jest nieźle skomunikowane z jego rodzinnymi Katowicami, mógł więc dość często odwiedzać bliskich, na czym mu zależało. Ale najważniejsze były sprawy, którymi zajmowała się AfricAvenir International, kameruńska organizacja, która szukała wolontariuszy do oddziału w Berlinie. – Działa ona na rzecz edukacji politycznej, rozpowszechnia informacje o Afryce, jej mieszkańcach, problemach z wykluczeniem rasowym – mówi Tomasz. W Berlinie był dziesięć miesięcy, do września 2018 r. Pomagał przy spotkaniach, eventach, targach. Pisał blog na portalu www.youthreporter.eu. – W Berlinie cały czas się coś dzieje. Staraliśmy się być obecni wszędzie – opowiada.

To było dla niego całkiem nowe doświadczenie. Przyznaje, że wcześniej nie zdawał sobie sprawy, jakie ma przywileje jako biały mężczyzna. Prezes AfricAvenir International polecił mu książkę autorstwa Reni Eddo-Lodge Why I’m No Longer Talking to White People About Race (pol. wyd. Dlaczego nie rozmawiam już z białymi o kolorze skóry), która miała na Tomasza ogromny wpływ. To wydawnictwo, a także praca z ludźmi z organizacji, bardzo otwartymi i przyjacielskimi, oraz kontakty z różnymi społecznościami sprawiły, że po przyjeździe
do Polski Tomasz nie wrócił do poprzedniego zajęcia. Otworzył firmę zajmującą się wideo content marketingiem i mediami społecznościowymi.

Szkoła samodzielności
Zagraniczny wyjazd zmienił też życie Magdy Szykor. – Nie jechałam do Lizbony ze względu na pogodę – mówi ze śmiechem. Szukała organizacji zajmującej się programami europejskimi. Do tej z Lizbony aplikowała kilka razy i wreszcie się udało. Wróciła nie tylko z doświadczeniami, które wykorzystuje dziś w pracy w polskiej Narodowej Agencji, ale także z przyjaźniami, znajomością portugalskiej kultury, kuchni i zwyczajów.
– Podczas wyjazdów pracuje się z lokalsami, więc szybko nawiązuje się znajomości. A codzienne życie w obcym kraju to niezła szkoła samodzielności
– przyznaje Magda.

Podkreślają to również inni byli wolontariusze. Karol Wysocki do tej pory wspomina pobyt w Albanii, choć minęły od tego czasu dwa lata. Zanim wyjechał do Kukës, niewielkiego miasta położonego około 30 kilometrów od granicy z Kosowem, miał doświadczenia wolontariackie z Euro 2012 i ze studiów w Poznaniu. Spodobało mu się. Szukał więc dalej i znalazł projekt Stowarzyszenia Aktywne Kobiety. Współpracowało ono z albańską organizacją pozarządową Center for Youth Progress, skupiającą się na edukacji młodzieży, promocji praw człowieka i wzmacnianiu społeczeństwa obywatelskiego. Co robił w Centrum Rozwoju Młodzieży w Kukës? Uczył młodych ludzi angielskiego i niemieckiego, opowiadał im o polskich świętach i zwyczajach, brał udział w lokalnych uroczystościach.
Przestał być obcym, zżył się z miejscowymi i zaprzyjaźnił. – To był pracowity i pożytecznie spędzony czas – wspomina Karol. Podkreśla, że jego przyjaciele z Centrum oraz młodzi podopieczni żyją w biednym regionie Albanii, mają potrzeby i styl życia inne niż ich rówieśnicy z innych europejskich krajów. – Czasami warto odbyć taką podróż, by z dystansu spojrzeć na codzienność u siebie – dodaje.

Va banque
Karolowi wtóruje Olga Kokot, która we wrześniu 2017 roku wróciła z wolontariatu w Poczdamie. – Szukałam ofert w Niemczech, bo chciałam podszkolić znajomość języka – mówi. Poszła na całość. Gdy znalazła organizację i została przyjęta na wolontariat, zrezygnowała z pracy. – Cały czas o tym myślałam – mówi o wolontariacie. – Nie chodziło o zarabianie pieniędzy – zastrzega zapytana, dlaczego nie podjęła po prostu pracy w Niemczech, bo tak też by się nauczyła języka. Ale ona chciała robić rzeczy pożyteczne i ważne.
Spodobała się jej koncepcja programu niemieckiego stowarzyszenia zajmującego się kształtowaniem postaw obywatelskich, propagowaniem równości płci, tolerancji, edukacją pozaformalną dzieci i młodzieży w wieku od 8 do 26 lat. W Poczdamie organizowała spotkania, szkoliła siebie oraz innych. – To intensywnie spędzony czas, który pokazał mi nowe możliwości i zmobilizował do zmiany życiowej drogi – podkreśla Olga.

Każdy może jechać
Tomasz, Olga, Karol i inni po powrocie z zagranicznych projektów postanowili opowiedzieć o doświadczeniach innym młodym ludziom w Polsce. Zaangażowali się w Sieć Alumnów Europejskiego Korpusu Solidarności. Organizację, powstałą przed rokiem, tworzy około 30 osób (jej odpowiednikiem w programie Erasmus+ jest Sieć EuroPeers – zob. s. 70). Gdy się spotykają, opowieściom o przygodach, które mieli na wolontariacie, i o tym, jak nauczyli się radzić sobie z trudnościami, nie ma końca.
– Ich pokonywanie dało nam pewność siebie, siłę przebicia, otwartość na innych – wyliczają. Z całym przekonaniem namawiają zatem rówieśników,
by korzystali z szansy wyjazdów na wolontariat.
– Przed koronawirusem spotykaliśmy się regularnie, by dzielić się doświadczeniami i pomysłami, jak bardziej rozpropagować europejski wolontariat – wyjaśnia Tomasz. – Choć teraz pozostał nam Zoom, nie zwalniamy i przygotowujemy online wiele wydarzeń – zapewnia.

Jaki cel stawiają sobie Alumni? Chodzi przede wszystkim o popularyzację wiedzy o EKS, bo– jak przyznaje Magda Szykor – wiele osób nie zna możliwości, jakie daje program. Kojarzą go często z darmową pracą. – A tak nie jest – tłumaczy Magda. Wolontariusz dostaje kieszonkowe (Tomasz dodaje, że jest wystarczające nawet na tak drogie miasto jak Berlin). Ma zapewniony zwrot kosztów podróży, zakwaterowanie, ubezpieczenie zdrowotne, bilety na lokalny transport i inne rzeczy związane z utrzymaniem. – Organizacje, które przyjmują i wysyłają wolontariuszy EKS, są przez nas sprawdzone i mają Znak Jakości Europejskiego Korpusu Solidarności – podkreśla Magda. Nigdy wolontariusz nie zostaje sam. Ma wsparcie mentora, organizacji wysyłającej i goszczącej.

Polacy najchętniej wybierają wolontariat w Portugalii, Grecji, we Francji, Włoszech, w Hiszpanii oraz Niemczech. Do Polski od początku programu w 2018 r. najwięcej przyjechało wolontariuszy EKS z Hiszpanii oraz Ukrainy. Magda Szykor tłumaczy to nie najlepszą sytuacją ekonomiczną w tych krajach. Młodzi ludzie zamiast siedzieć na bezrobociu decydują się na pracę na rzecz lokalnych społeczności w Polsce.

O tych wszystkich zaletach Europejskiego Korpusu Solidarności Alumni mówią podczas spotkań z chętnymi do wyjazdu na wolontariat. W grudniu zaplanowano ich szczególnie dużo.
– 5 grudnia przypada Międzynarodowy Dzień Wolontariusza. To dla nas okazja, by podzielić się doświadczeniami i namawiać rówieśników, by odważyli się, jak my, ruszyć w świat – mówi Karol. Wolontariuszem może zostać każdy w wieku od 18 do 30 lat. Nie trzeba mieć doświadczenia. Nie ma wymogu znajomości języka obcego, choć oczywiście to się przydaje. Wybór miejsc i organizacji, które przyjmują chętnych, jest bardzo duży. Można je znaleźć samemu lub wspomóc się bazą ze strony Europejskiego Portalu Młodzieżowego (https://europa.eu/youth/solidarity).

*Europejski Korpus Solidarności jest nową inicjatywą Unii Europejskiej, która umożliwia młodym ludziom udział w projektach z zakresu wolontariatu lub rozwoju zawodowego – we własnym kraju lub za granicą. Uczestnicy muszą zaakceptować misję i zasady programu. Rejestrować mogą się osoby w wieku od 17. r.ż. (ale w chwili rozpoczęcia
projektu muszą mieć ukończone 18 lat) do 30. r.ż.

Po zakończeniu rejestracji są zapraszane do udziału w projektach związanych przede wszystkim z ekologią, kulturą, pracą z młodzieżą i dziećmi. Zdarzają się też projekty dotyczące zapobiegania klęskom żywiołowym i odbudowy w następstwie klęsk, a także pomocy w ośrodkach dla osób ubiegających się o azyl czy rozwiązywania problemów w różnych społecznościach.
Projekty wspierane przez Europejski Korpus Solidarności trwają od dwóch do dwunastu miesięcy. Mogą być realizowane w krajach UE oraz krajach partnerskich. Dodatkowo można brać udział w projektach krajowych (w roku 2020 z uwagi na pandemię było to dość popularne rozwiązanie).

Zdjęcie: Kalina Strzałba-Krawczyk

(Nie) dla frajerów


Trudno jest namówić Polaków na pracę społeczną. Niektórzy uważają, że to dla naiwniaków – mówi Małgorzata Żołądziejewska, malarka z Zielonej Góry, która w ramach projektu Europejskiego Korpusu Solidarności przepracowała rok w Dublinie

Jako wolontariuszka EKS-u pracowałaś w biurze irlandzkiej organizacji zajmującej się…wolontariatem?

W Dublinie byłam już cztery lata, kiedy przypadkiem dowiedziałam się, że Voluntary Service International (irlandzki oddział Service Civil International, istniejącej od 1920 r. organizacji pozarządowej działającej na rzecz pokoju na świecie) szuka wolontariuszy mieszkających na miejscu. Aby się zgłosić, przyszło mi do głowy dosłownie w ostatniej chwili, bo miałam już skończone 29 lat [w projektach Europejskiego Korpusu Solidarności mogą brać udział osoby od 18 do 30 r. ż. – przyp. red.]. Pomyślałam jednak, że jeśli nie teraz, to kiedy! Później nie będzie już może okazji, by dołączyć do tego typu inicjatywy. Projekt trwał 12 miesięcy, rozpoczęłam go w czerwcu ubiegłego roku. W zasadzie nie miałam pojęcia, czego mogę się spodziewać. Wiedziałam jedynie, że będę pracować w biurze, a moje stanowisko to placement officer. Trochę się na początku obawiałam, czy w ogóle będę tam pasować.

To była typowa praca biurowa?

To była raczej nietypowa praca biurowa (śmiech). Zadania były dosyć zróżnicowane. Moim głównym obowiązkiem było kontaktowanie się z ludźmi, którzy chcą przyjechać w ramach wolontariatu do Irlandii i wziąć udział w letnich projektach naszej organizacji. Przeprowadzałam badania ewaluacyjne z każdą grupą, jeździłam też na targi, żeby promować wolontariat wśród studentów. Najbardziej interesującą częścią tej pracy było jednak wykonywanie tzw. pre departure trainings, czyli szkoleń dla osób, które wyjeżdżały z Irlandii w ramach projektów naszej organizacji. Zwłaszcza że byli to ludzie z różnych środowisk i krajów. Obowiązków miałam dużo, przygotowywałam też posty na media społecznościowe, newsletter, opracowywałam logo.

Co sprawiało ci największą trudność?

Voluntary Service International to mała organizacja. Zdarzały się jednak dni, w których byłam dosłownie zawalona pracą, tak że nie byłam w stanie tego uporządkować. Największe wyzwanie stanowiła organizacja zadań i ustalanie priorytetów. Planowanie nigdy nie było zresztą moją najmocniejszą stroną, ale wydaje mi się, że po tym roku zrobiłam pewien postęp. Lepiej radzę też sobie ze stresem. Jestem teraz w stanie podchodzić do zadań z większym dystansem i luzem emocjonalnym. Czuję, że zyskałam siłę przebicia.

Jesteś artystką, malarką, to musiał był dla ciebie trochę obcy świat…

Podczas udziału w projekcie starałam się wykorzystywać swoje artystyczne zdolności, między innymi robiłam ilustracje. Sztuką i tak mogę się zajmować głównie w czasie wolnym, jest więc dla mnie ważne, by go po prostu mieć. Szczęśliwie biuro VSI było parę minut drogi od mojego domu. W Dublinie, razem z lokalnymi artystami, wzięłam też udział w projekcie społecznym polegającym na malowaniu skrzynek na prąd, sterujących sygnalizacją świetlną. Dobrze jest móc trochę upiększyć świat.

Czym różni się podejście do wolontariatu Irlandczyków i Polaków?

Tego, by nie zamykać się na innych, nauczyłam się właśnie w Irlandii. Tu ludzie są bardzo chętni do podejmowania takich inicjatyw. Często udzielają się w zarządach organizacji pozarządowych albo zajmują się działalnością wolontaryjną poza godzinami pracy.

Wydaje mi się, że Polaków wciąż trudno jest namówić na wolontariat. Niektórzy w ogóle uważają, że wolontariat jest dla frajerów, bo ludzie, którzy mają olej w głowie, robią rzeczy za pieniądze, i to naprawdę porządne pieniądze. Mam też wrażenie, że w Irlandii wolontariatem zajmują się osoby w różnym wieku, za to w Polsce – najczęściej młodzież licealna albo studenci. Pamiętam, że kiedyś, w ostatniej klasie liceum, ludzie łapali się za jakikolwiek wolontariat, ale tylko po to, żeby dostać dodatkowe punkty na koniec szkoły. I chyba nie spotkałam w naszym kraju wolontariusza, który by był po trzydziestce. Mam jednak nadzieję, że to się już zmienia. Tutaj, w Irlandii, to zupełnie normalnie. Szczególnie emeryci biorą się za wszelkiego rodzaju prace społeczne, ale robią to również osoby pracujące, które mają czas. Ta różnica mentalna między społeczeństwem polskim a irlandzkim jest wyraźna.

Zdjęcie: archiwum prywatne

Garaż doświadczeń


Pasjonaci dwóch kółek w ramach Projektu Solidarności Europejskiego Korpusu Solidarności stworzyli w Krakowie miejsce, w którym można było, pod okiem specjalistów, naprawić rower i wziąć udział w warsztatach

Polska zwariowała na punkcie rowerów. Na jednoślady masowo przesiadają się również mieszkańcy Krakowa. W mieście powstają nowe ścieżki dla cyklistów i kontrpasy.

– O popularności rowerów decyduje nie tylko infrastruktura. Sporo osób nie chce jeździć komunikacją miejską i przesiada się na dwa kółka ze względu na sytuację spowodowaną pandemią koronawirusa. Inni, po pracy w domu, szukają pomysłu na miłe spędzenie wolnego czasu na świeżym powietrzu – mówi Daniel Frankow, który wspólnie ze znajomymi ze Stowarzyszenia Inicjatyw Regionalnych w Krakowie postanowił stworzyć miejsce dla wszystkich niewyobrażających sobie życia bez rowerów.

Daniel o rowerach mógłby opowiadać godzinami. Sam jeździ na szosówce, weekendy najchętniej spędza na rowerze zjazdowym. Marzy też o kupnie gravela (roweru szutrowego) i o cruiserze (charakterystyczny typ roweru miejskiego), którym z chęcią wybrałby się na rekreacyjną przejażdżkę nad Wisłą. Sam od podstaw buduje też swój rower elektryczny.
Swoją pasją i wiedzą zdecydował się podzielić z innymi. Tak w garażu popularnego krakowskiego hotelu Forum – pod jednym z najbardziej pożądanych krakowskich adresów, tuż nad Wisłą – powstał „Warsztat doświadczeń”.

Zrób to sam

Skąd pomysł? Wiele osób nie ma ani sprzętu, ani warunków do samodzielnej naprawy roweru. Z drugiej strony nie wszystkich stać na profesjonalny serwis. Wtedy z pomocą przychodzi „Warsztat doś-
wiadczeń”. Mogą skorzystać z niego ci, którzy chcą sami naprawić rower, ale nie wiedzą jak. W „Warsztacie” czeka na nich i przestrzeń, i profesjonalny sprzęt. Otrzymają też pomoc fachowców i będą mogli wziąć udział w specjalnych zajęciach, poznając ludzi o podobnych zainteresowaniach.

Od września 2019 roku, kiedy ruszył Projekt Solidarności, odbyło się już kilkanaście warsztatów na temat podstawowego serwisowania rowerów. Ich uczestnicy uczyli się, jak przywrócić do życia napęd, wymienić suport, centrować koła. Organizatorom na chwilę plany pokrzyżował koronawirus, ale obecnie miejsce znów działa pełną parą. – Najczęściej odwiedzają nas osoby w wieku
20–35 lat. Zazwyczaj chcą po prostu naprawić swój dawno nieużywany rower. Czasem pojawiają się nietypowe problemy. Próbujemy zawsze pomóc, korzystamy też z wiedzy rowerowych mechaników – tłumaczy Daniel Frankow.

Akcja: reaktywacja

Iwonie Wasilewskiej zniszczony rower górski od dawna zagracał piwnicę. Koszt jego naprawy w serwisie przekraczałby wartość samego pojazdu. – Nie jeździłam nim już ponad dziesięć lat. W pewnym momencie powiedziałam sobie, że tak dalej być nie może. Albo do czegoś się nadaje, albo muszę go wyrzucić – opowiada. Wtedy dowiedziała się o rowerowym „Warsztacie doświadczeń”. – Umówiłam się na spotkanie i zabrałam ze sobą swój pojazd, by dowiedzieć się, czy da się z nim coś jeszcze zrobić – tłumaczy. I dodaje: – Dało się, choć wszystko było w moich rękach. To nie jest miejsce, w którym naprawią za darmo twój rower. Tutaj pod okiem fachowców, korzystając z profesjonalnego sprzętu, musisz zrobić to samemu.

– Dostałam fartuch, narzędzia i specjalne środki. No i konkretne instrukcje. Czyściłam m.in. kasetę, przednią i tylną przerzutkę, zdemontowałam koło. Niestety łańcucha nie dało się już uratować, musiałam kupić nowy – wylicza Iwona. Po trzech godzinach pracy rower nadawał się do jazdy.

Kacper Szymanek w przeszłości sam składał rowery z dostępnych części. Niedawno zatęsknił za tamtymi czasami i chciał znów stworzyć rower spełniający jego potrzeby. – By móc pojeździć po Krakowie i jego okolicach, skoczyć czasem do Lasku Wolskiego – tłumaczy. Tak trafił
na „Warsztat doświadczeń”. – Brakowało mi miejsca, niektórych narzędzi i ludzi z podobną pasją. To wszystko znalazłem w garażu hotelu Forum – mówi Kacper.

*Projekt, w ramach którego działał krakowski „Warsztat doświadczeń”, zakończył się 31 sierpnia 2020 r. Więcej o projektach realizowanych w ramach EKS można znaleźć na stronie: eks.org.pl/inspiracje/.

Zdjęcie: Szymon Łaszewski