O co wam właściwie chodzi?


Jeśli chcesz zobaczyć najsmutniejszych ludzi w mieście, przyjdź do mojego liceum. Tego się nie da już znieść! – powiedziała przez łzy znajoma maturzystka. Długo rozmawiałyśmy. O szkole. O maturze. O jej problemach ze snem. O krzywdzących słowach, które słyszy od dorosłych. I o kryzysie ekologicznym, do którego doprowadziły poprzednie pokolenia.

Było to dla mnie trudne doświadczenie. Przede mną piękna, mądra i zdolna dziewczyna, wątpiąca w sens edukacji i zagubiona u progu dorosłego życia. Kiedy wyobraziłam sobie to, o czym mówiła – szkolny korytarz wypełniony smutnymi twarzami nastolatków – z trudem wróciłam do dobrej formy.

Problemu złego stanu psychicznego młodzieży nie da się już ominąć. Obserwuję to sama, piszą o tym media, biją na alarm eksperci. Polska zajmuje drugie miejsce w Europie pod względem liczby samobójstw nieletnich! Szacuje się, że objawy depresji ma obecnie co trzeci nastolatek.

Szukając przyczyn problemu, patrzę na stan relacji społecznych. Młodzi mają trudno. Osamotnieni w domu – bo rodzice zajęci zarabianiem na rodzinny dobrobyt. Osamotnieni wśród rówieśników – bo w szkole nie ma czasu na luźne rozmowy i zwyczajne pobycie ze sobą. Po szkole nauka i korepetycje, bo przecież, tylko ucząc się wieczorami, można mieć jako takie wyniki. Gubi ich wiara, że dzięki najnowszemu smartfonowi zacieśnią koleżeńskie stosunki. Najgorzej, gdy – podobnie jak moja nastoletnia koleżanka – tracą wiarę w to, czego uczy ich szkoła. Bo jak definicje i regułki mają się do dynamiki tego świata? I czy to w ogóle przygotowuje mnie do życia? Nie dziwię się ich poczuciu braku wpływu w dobie rządów silnych korporacji, mikroplastiku w wodzie i zmian klimatycznych.

Zanim znajdziemy na ten problem systemowe rozwiązanie, minie mnóstwo czasu. Trzeba jednak działać już teraz, i w możliwie prosty sposób. To młodzi wiedzą najlepiej, czego im brakuje, i to oni mają odwagę wyjść poza schematy, poszukać rozwiązań na innym poziomie. Nie dać się wpędzić w poczucie winy słowami: „Przecież macie wszystko, to o co wam chodzi?”.

Inicjatywą, która w moim odczuciu jest odpowiedzią na to, co się dzieje, są kręgi „Rośnie”, które wykiełkowały na bazie młodzieżowego strajku szkolnego. Pod tym szyldem w całej Polsce organizowane są jednodniowe Szkoły na Wagarach. – Bierzemy edukację we własne ręce i buntujemy się przez uczenie się – deklarują ich organizatorzy. Jak mówią, ich krąg polega na byciu razem i dawaniu sobie wsparcia. Na słuchaniu i mówieniu z serca. Można w nim mówić o uczuciach, wyzwaniach, można razem świętować, marzyć i odpoczywać.

O to im właśnie chodzi.

*Barbara Zamożniewicz – uczestniczka programu Wolontariat Europejski (EVS). Od 15 lat działa na rzecz młodzieży w woj. świętokrzyskim. W latach 2005–2015 prezeska młodzieżowej organizacji FARMa. W latach 2015–2019 Rzecznik Młodzieży przy Urzędzie Marszałkowskim Województwa Świętokrzyskiego.

 

Halo, tu radio Erasmus


Studia zagraniczne dają niepowtarzalne możliwości. Chodzi nie tylko o poznanie nowej kultury, zawarcie znajomości (a nawet miłości) i – rzecz jasna – walory edukacyjne. Pozwalają również zdobyć doświadczenie zawodowe.

Mam to szczęście, że praca to dla mnie przyjemność, a radio jest jak drugi dom. Zanim wyjechałam na stypendium do Madrytu, pracowałam w studenckim Radiu Meteor na UAM w Poznaniu. Wiedziałam więc, że pierwsze, co zrobię na Universidad Complutense de Madrid, to zgłoszę się do studenckiego radia. Zaskoczyło mnie! Zamiast małego studia – całe radio z prawdziwego zdarzenia: dwa pomieszczenia, z których nadawano program na żywo, a dodatkowo sześć innych, w których można nagrywać do tzw. puszki. Wszędzie mnóstwo ludzi, lampki z napisami „on air” i zamieszanie jak w profesjonalnym newsroomie. Szok!

Jedynym moim problemem był… język, a właściwie kulawa znajomość hiszpańskiego. Koleżankom Włoszkom szybciej przyszło komunikowanie się po kastylijsku, pewnie przez pokrewieństwo z ich językiem ojczystym. Ja miałam „wschodni akcent”. Ale to okazało się plusem! W Madrycie byłam w 2014 r. – akurat wtedy, gdy z Rosji na Ukrainę jechał tzw. biały konwój. Wszyscy wiedzieliśmy, że na Krymie dzieje się coś niepokojącego. Zaczęliśmy więc przygotowywać program Noticias de Ucrania, czyli wiadomości z Ukrainy. W związku z tym, że dużo łatwiej było mi wyszukać informacje o sytuacji na Krymie, a na dodatek miałam „wschodni akcent” – to właśnie ja zaczęłam go prowadzić, i to w języku hiszpańskim! Nasza audycja spodobała się na tyle, że szybko zapadła decyzja o jej retransmisji w publicznych rozgłośniach hiszpańskich. To było coś!

By nie stracić kontaktu z radiem w Polsce, w tym samym czasie dla Radia Meteor nagrywałam Pocztówki z Erasmusa, czyli wspomnienia z wyjazdu. Po powrocie do Poznania postanowiłam, że nie mogę stracić tej niezwykłej, międzynarodowej atmosfery radia. Zdecydowałam, że zacznę nagrywać Erasmus Evening – audycję ze studentami zagranicznymi i z Polakami, którzy wyjechali na wymianę. Różne sposoby patrzenia na studia zagraniczne dały świetną mieszankę!

Dwa lata później wyjechałam na Erasmusa do Portugalii. Tam też pracowałam w studenckiej rozgłośni, Radiu RUBI. Nagrywałam także po polsku Pocztówkę z Erasmusa 2 dla Radia Meteor. Efekt? Oprócz satysfakcji, zaczęłam za swoją pracę zdobywać nagrody. Pocztówka z Erasmusa dała mi wyróżnienie w konkursie EDUinspiracje – Media. Erasmus Evening
przyniósł najważniejsze wyróżnienie w moim życiu – Europejską Nagrodę im. Karola Wielkiego dla młodzieży. Dzięki niej rok później zaczęłam pracować w Parlamencie Europejskim w Luksemburgu – tym razem w „prawdziwym, dorosłym” radiu, w poważnej instytucji.

Tego wszystkiego nie byłoby, gdybym nie wykorzystała szans, jakie dały mi wyjazdy na Erasmusa. Marzenia stały się rzeczywistością – między innymi dlatego, że Erasmus dał mi odwagę, aby je spełniać.

Gabriela Jelonek – stypendystka programu Erasmus  i Erasmus+. Związana m.in. z „Gazetą Wyborczą”, Radiem Zet, obecnie z grupą Polska Press.

Ze skarbem na uczelni


Z zainteresowaniem przeczytałam artykuł Luka opiekuńcza, który ukazał się we wrześniowym numerze „Europy dla Aktywnych” (3/2019). Problem w nim poruszony dotyczy także mnie – z przymrużeniem oka mogę bowiem o sobie powiedzieć, że też jestem „młodą mamą” z sektora szkolnictwa wyższego.

Ze mną los obszedł się dość łaskawie – niani musiałam szukać dopiero dla drugiego dziecka. Żłobek, z różnych względów, nie wchodził w rachubę. Niestety, nikt nie polecił mi odpowiedniej kandydatki, nie byłam też zapisana w żadnej kolejce do tych najlepszych opiekunek (owszem, istnieją takie listy!). Zostałam więc sam na sam z rozmaitymi portalami.

Zaczęłam poszukiwania. Szybko okazało się, że każda kolejna kandydatka na nianię jest: odpowiedzialna, niepaląca, empatyczna, ma bogate doświadczenie, kreatywne pomysły na zabawy sensoryczno-ruchowe, doskonale zna teorię E.E. Gordona i C. Orffa, tańczy, umie prowadzić zabawę z dzieckiem w dwóch językach obcych, kocha czytać na głos i śpiewać. A kiedy dzidziuś zaśnie – sama nie śpi, lecz prasuje mu ubranka.

Pierwsze dwie panie w ogóle nie przyszły na spotkanie. Do trzeciej odważyłam się napisać SMS pół godziny po umówionym czasie; zapewniła, że lada moment dojedzie. Po półtorej godziny oczekiwania napisała jednak, że wysiadła na pętli i zorientowała się, że to dla niej za daleko. I rezygnuje.

W końcu jednak kogoś musiałam wybrać. Po półrocznej współpracy pani stanowczo poprosiła o podwyżkę. Starałam się najdelikatniej wytłumaczyć, że – niestety – na podniesienie jej wynagrodzenia mnie nie stać i że, prawdę powiedziawszy, niedługo będziemy zarabiały prawie tyle samo. – No tak – zripostowała niania – ale godzinowo biorąc, pani pracuje jakby tylko dwa dni w tygodniu… Jakby nie – o czym wie każdy pracownik naukowo-dydaktyczny.

W tych realiach macierzyństwa (i ojcostwa) strzałem w dziesiątkę okazał się program „Maluch na uczelni” – wspólne dziecko ministerstw nauki oraz rodziny i pracy. W pierwszej edycji tego przedsięwzięcia, w 2015 r. powstało w Polsce 1436 miejsc opieki przy 43 uczelniach. To sporo, choć i tak poniżej średniej europejskiej. W dodatku, na tle innych uczelni, te artystyczne wypadły słabo, czego – zapewne – podstawową przyczyną były obostrzenia programu dotyczące liczebności kadry.

Myślę jednak, że wśród pracowników uczelni artystycznych także jest popyt na klub malucha, i nie każda inicjatywa podejmowana w placówce musi wyjść od jej rektora. A jeśli tak, któż może być lepszym spiritus movens utworzenia klubu małych ludzi niż matka? Zatem do dzieła, rodzice – pracownicy i studenci uczelni! Warto przejść procedurę, znaleźć i zorganizować odpowiednią Tagesmutter* na uczelni, by mieć swoje skarby przy sobie.

* Instytucja Tagesmutter (matka dzienna/opiekunka zastępcza) funkcjonuje w Niemczech, zasady jej działania i finansowania są określane przez kraje związkowe.
Opiekunka do dziecka, która zazwyczaj sama jest matką, na kilka godzin dziennie przyjmuje dzieci w swoim domu (maksymalnie pięcioro).

Prof. dr hab. Ewa Murawska – wykładowca Akademii Muzycznej im. Ignacego Jana Paderewskiego w Poznaniu. Tytuł profesora zwyczajnego odebrała od Prezydenta RP w maju 2019 r., przed ukończeniem 40. roku życia

Najtrudniejszy pierwszy krok


Zwykle najtrudniej zacząć. Lecz wiadomo i to, jakkolwiek banalnie by to zabrzmiało, że zaczynamy nieustannie, codziennie od nowa. Zapraszam więc do wspólnego startu: mojego – w nowej roli, felietonistki, a państwa – do dzielenia ze mną refleksji nad aktualnymi zagadnieniami edukacyjnymi i kulturowymi. Politykę i konteksty religijne na razie proponuję pominąć.
Pewien życzliwy mi poznański polonista – z którego cennych rad już wiele razy korzystałam – zapewne pęknie ze śmiechu, gdy się dowie, że mam pisać felietony. Bo przecież nieraz miał okazję stwierdzić, że o niebo lepiej gram (na flecie), niż piszę, i właśnie instrumentalistyką, a nie pisarstwem – z troską – doradzał mi się zajmować. A więc wyjaśniam: moja aktywność w dziedzinie edukacji skupia się na działalności artystycznej. Jestem muzykiem, wykładowcą i nic wspólnego z dziennikarstwem nie mam. Lecz przecież zaproszenie akurat mnie do pisania felietonów to być może jest chichot przekornego losu – ale też wyzwanie, przed którego podjęciem nie chcę się uchylać. Tym bardziej że dotyczy ono kwartalnika wydawanego przez instytucję, bez współpracy z którą trudniej byłoby mi się rozwijać, a także zdobywać kolejne stopnie i tytuły naukowe.
Jednocześnie nieśmiało przypomnę, że można łączyć pisanie z graniem. Udowodnił to m.in. Claude Debussy (1862–1918), wybitny kompozytor francuski okresu belle époque. Swoje myśli twórcze po mistrzowsku przelewał na papier, nie tylko nutowy. Z tych literackich prób powstał zbiór „Monsieur Croche, Anti-Dilettante” (Paryż 1921). Oczywiście wiem, że nie dorównam
Debussy’emu w sztuce ani muzycznej, ani literackiej, ale spróbuję mieć ten sam, co on, dystans do świata i to samo poczucie humoru.
W kolejnych felietonach poświęcę więc uwagę zjawiskom swoistym dla szkolnictwa wyższego. Edukacja zaś to przede wszystkim ludzie, którzy na tej niwie najczęściej zgodnie współpracują – ale też nierzadko zachodzą między nimi nieporozumienia. Sądzę, że czytelnika zainteresuje zarówno jedna, jak i druga strona tego edukacyjnego medalu. W kolejnych felietonach odniosę się zatem m.in. do konstytucji dla nauki, trendów we współczesnej edukacji, internacjonalizacji i wielokulturowości w szkolnictwie wyższym.