Yuri Drabent. Szczęśliwy człowiek


Współtworzył agencję social media, sprzedaną później za 26 mln zł. Przebiegł Półmaraton Warszawski, ścigał się na kartingowych torach, uprawia kitesurfing i skacze ze spadochronem. A apetytu na życie nabrał podczas… studenckiej wymiany.

Yuri, kiedy to wszystko zdążyłeś zrobić?

Jestem relatywnie stary, więc jak się rozłoży to wszystko w czasie, to przestanie to robić aż takie wrażenie (śmiech). A tak poważnie, to po prostu lubię, jak się dzieje. Lubię tak wypełniać sobie czas, aby było intensywnie. Choć odkąd jestem szczęśliwym mężem i ojcem, trochę się to pozmieniało.

Kilka lat temu postawiłeś sobie za cel latanie w kostiumie wiewiórki, tzw. wingsuicie. To też się udało?

To akurat nie (śmiech). Ale fakt, był taki moment, kiedy mi na tym zależało. Zaczęło się od skakania ze spadochronem. Po raz pierwszy skoczyłem z tatą. Było o tym nawet głośno – że ojciec skacze z synem. Krótko potem postanowiłem zrobić licencję i podczas badań lekarskich okazało się, że mam wadę wzroku – nie widzę pasteli. Pokazano mi rysunek, na którym było dużo kropek i jakaś liczba w pastelowym kolorze – ja jej nie rozpoznałem. Długo byliśmy jedynym krajem, który nie dopuszczał takich osób jak ja do skoków. To nic, że jest lotnisko 10 km na 10 km i masz trafić centralnie w jeden, wielki, biały plus. Skoro nie rozpoznajesz pasteli – sorry (śmiech). Na szczęście w końcu zniesiono ten przepis i udało mi się zrobić licencję. Już wtedy zamarzyło mi się, aby zostać tą wiewiórką i latać w wingsuicie. Wyskakujesz z samolotu i szybujesz. Mnie najbardziej kręciła odmiana proximity – skaczesz na przykład ze szczytu górskiego, szybko opadasz i szybujesz nad terenem – nad wierzchołkami drzew czy niższymi szczytami. Nawiasem mówiąc, to najbardziej śmiertelny sport na świecie. Ale w międzyczasie poznałem swoją wspaniałą żonę Asię, potem urodził się nasz synek Ludwik i stwierdziłem, zupełnie naturalnie, że to jest jednak głupie (śmiech). Dlatego ograniczam się do skoków ze spadochronem, a i to robię dużo rzadziej.

W życiu prywatnym jesteś hiperaktywny, w życiu zawodowym chyba nie mniej. Możesz zdradzić, jak zakłada się firmę, która po kilku latach jest warta miliony?

(Śmiech) Myślę, że to kwestia trzech czynników. Trzeba mieć dużo szczęścia, należy włożyć w przedsięwzięcie kupę pracy i muszą ci sprzyjać warunki zewnętrzne, o których człowiek uczy się między innymi na takich uczelniach jak moja, czyli w Koźmińskim. W naszym przypadku timing był idealny. Wyobraź sobie rok 2010. Facebook dopiero wchodzi do Polski. Jeszcze chwilę wcześniej jest dostępny tylko dla amerykańskich studentów, którzy do serwisu logowali się przy użyciu swoich uczelnianych adresów e-mail. Z perspektywy roku 2018 to aż nierealne, ale tak było. W 2010 r. największym portalem była Nasza Klasa. Dziesięć czy jedenaście milionów użytkowników, ludzie z IIIg umawiali się z kolegami z IVf. I nagle przychodzi taki Facebook, nikt nie wie, z czym to się je, ale każdy czuje, że to jest duże. Nagle wszyscy chcą się tam zapisać, firmy oszalały i też chcą tam być. Przychodzi rewolucja w komunikacji, tyle że nikt jeszcze tego nie umie obsługiwać. I wtedy z kumplem z uczelni – Maćkiem Bieleckim, zakładamy agencję „Lubię to”, z kapitałem zakładowym pięć tysięcy złotych (śmiech). W sumie my też nie umieliśmy tego obsługiwać, ale cechą rynków wschodzących jest to, że ci pierwsi często nie potrafią – ale działają, czasem po omacku. A potem patrzą, co będzie się działo. My, dzięki studiowaniu w Koźmińskim, mieliśmy super sieć kontaktów, przez co wkręcaliśmy się na spotkania, na których mówiłem: „Ja wam zrobię fejsa najlepiej w Polsce”. I co te biedne firmy miały robić? Nie mogły tego zweryfikować w żaden sposób. Mogły mi uwierzyć albo nie. Więc wierzyły i wyszło super. Były identyczne firmy, które powstały pół roku wcześniej – tylko że to było za wcześnie, i takie, które powstawały pół roku czy rok po nas – a to było już za późno. My ten rynek zagarnęliśmy.

Jak zdobywaliście kolejne kontrakty?

Wiesz, obietnica mediów społecznościowych jest seksowna. To sprzedawanie historii, opowieści, emocji. Jak się uda, to przełoży się to na wymierne efekty sprzedażowe. Czyli ja opowiadam w imieniu twojej marki ładną historię, a ty w następnym kwartale więcej sprzedajesz. I teraz kontrowersyjna teza, ale ja się z nią zgadzam: tu nie trzeba było mieć szczególnych umiejętności, po prostu sprzedawaliśmy historie. Wtedy to my ustalaliśmy, jak się to robi. To była mieszanka bezczelności i wiary we własne możliwości. Nie znając się na tym, siadaliśmy z rosnącą grupą współpracowników i zastanawialiśmy się – gdyby Nivea była postacią, to jaką? Co by mówiła na Facebooku? A może to i to? O, podoba się, robimy to. Wszystko było oddolne, żywiołowe, spontaniczne, robiliśmy to, co myśleliśmy, że trzeba robić, a potem rynek to weryfikował i faktycznie okazało się, że mieliśmy dobrą strategię. Czuliśmy trochę media, bo mieliśmy przewagę pokoleniową nad tymi, którzy te usługi kupowali. Reasumując, to wszystko było w miarę łatwe.

Co się robi, jak się ma 34 lata i taki sukces za sobą? Co się planuje?

Aktualnie niewiele. Zwolniłem. Jak poznałem żonę, miałem 30 lat, ona 29. Od początku zakładaliśmy, że teraz mamy życie 1.0. Pracujemy na maksa i zarabiamy, aby potem odciąć to czerwoną kreską i zacząć życie 2.0. Na czym ono ma polegać, nie wiemy. Może kitesurfing w najlepszych miejscówkach świata? A może nie? Czas pokaże. Życie daje dużo możliwości. Można podróżować, pomagać innym, robić kupę fajnych rzeczy.

Wspomniałeś, że studia w Koźmińskim i networking były ważnymi elementami w kreowaniu firmy. Wiem też, że podczas studiów byłeś na wymianie.

Jestem tak wielkim orędownikiem wymian, jakim tylko można być. Jako nastolatek miałem dużo możliwości, rodzice wypychali mnie z domu, proponując ukończenie szkoły średniej w Anglii czy USA. Powtarzali: jedź, jedź, jedź! A ja miałem swoją ławkę, kiosk, ekipę, z którą nadal jestem zżyty, i wołami od ławki nie dawałem się odciągnąć. Niemalże siłą rodzice wypchnęli mnie na kurs językowy do Londynu. Miałem wtedy 18 lat i to mi otworzyło oczy. Wow, a więc to jest Świat! To mnie zmieniło. Gdy rozpocząłem studia, wziąłem udział w rekrutacji na wymianę i wybrałem najbardziej egzotyczny kierunek, jaki wtedy proponowano – Singapur. Tych kilka miesięcy to był time of my life.

Wymiana otworzyła mi oczy i głowę – kulturowo i biznesowo. Był tygiel kulturowy, wymiana idei, pomysłów, planów. Z wymiany wraca się z nowymi pomysłami, z nową energią, z perspektywą zmian. Im dalej pojedziesz, tym lepiej. Im egzotyczniej będzie, tym bardziej będziesz w stanie spojrzeć na Polskę w skali makro – ile znaczy w Europie, ile znaczy Europa w odniesieniu do innych kontynentów. Do dzisiaj mam grupę serdecznych przyjaciół, których poznałem właśnie na wymianie jedenaście lat temu! Wszyscy mamy już rodziny, każdy ma jakieś zobowiązania zawodowe, ale co roku się spotykamy. Istnieje mnóstwo banałów, które są w tej swojej banalności prawdziwe, jak ten, że podróże kształcą, a życie jest jak książka – ci, którzy nie podróżują, czytają jedynie pierwszą stronę (śmiech). Ale to jest po prostu prawda. Im młodszy będziesz, kiedy to zrozumiesz, tym dłużej to będzie procentować w twoim życiu.

Moim zdaniem wymiana powinna być obowiązkowym elementem studiów. Takich doświadczeń nie da się opowiedzieć. A sam okres wymiany był na tyle szczególny, że po licencjacie zdecydowałem się na gap year przed podjęciem magisterki. Udałem się do Szanghaju – pojechałem na praktyki i dodatkowo uczyłem się chińskiego na tamtejszym uniwersytecie. Szanghaj otworzył mi jeszcze bardziej oczy i dał energię, dokładnie tak samo, jak Singapur. Do tego stopnia cię taki wyjazd zmienia, że kiedy po kilku miesiącach życia w takim dużym mieście zbliżasz się do lądowania, spoglądasz przez okno na Warszawę i myślisz: Co to jest…? Co tu się stało…? Czemu to wszystko takie powolne, ospałe, gdzie ta energia? To, co jest absolutnie piękne, to to, że wracasz i masz siatkę kontaktów absolutnie na całym świecie.

Co jest na Twojej obecnej bucket list?

Wbrew pozorom moja lista się nie zdezaktualizowała. Po prostu dostosowuje się do czasów. Latanie w kostiumie wiewiórki jest najlepszym przykładem. Chciałem to zrobić, ale też chciałem mieć rodzinę. Teraz ją mam i wiewiórka już mnie nie kręci.

To czego można Ci życzyć na przyszłość?

Czasu i zdrowia. Resztę ogarnę. I może tego, abym mógł rozpocząć z bliskimi moje życie 2.0. Cóż mogę powiedzieć na zakończenie… Lubię to!

Rozmawiała Marzena Indra

Fot. Krzysztof Pacholak

Podróż za jeden projekt


– Dzięki wyjazdom na Erasmusa oraz Wolontariat Europejski moje życie wygląda zupełnie inaczej. To podczas tych podróży nauczyłam się kultury dyskusji – mówi Natalia Skoczylas, aktywistka, dziennikarka i podróżniczka.

Podobno jesteś nadpobudliwa ruchowo i intelektualnie…

Tak mówią (śmiech). Skończyłam politologię na Uniwersytecie Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie. Studiowałam też filologię niderlandzką na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim i socjologię na Uniwersytecie Śląskim, ale żadnego z tych kierunków nie ukończyłam, bo wyjechałam.

Na Erasmusa?

Tak. To było na trzecim roku studiów. Pamiętam dzień, w którym szłam uczelnianym korytarzem i zobaczyłam na tablicy ogłoszenie o naborze. Spojrzałam na listę dostępnych krajów: Hiszpania, Czechy, Francja, Włochy, Niemcy i Islandia. Ten ostatni szczególnie mnie zainteresował, bo od 18. roku życia jestem dziennikarką muzyczną, a Islandia to jedno z tych państw, w których funkcjonuje fantastyczna scena muzyczna. Wiele zespołów stamtąd uwielbiam i słucham ich od lat. Poszłam na rozmowę kwalifikacyjną. Były dwa miejsca na wyjazd do Islandii i dwie chętne osoby, więc żadnej konkurencji. Reszta chciała jechać do Pragi albo gdzieś do Hiszpanii. Zupełnie nie wiem, dlaczego.

Jak przygotowywałaś się do wyjazdu?

Islandia to kraj, którego nie znał prawie nikt z moich znajomych, więc trudno było zasięgnąć wiedzy (śmiech). Miałam jednak szczęście, bo na wyspie mieszkała siostra koleżanki, z którą w tamtym czasie pracowałam w radiu. Podpytałam ją tylko o podstawowe rzeczy, a później spakowałam walizkę i pojechałam.

Jakie były Twoje pierwsze wrażenia po przyjeździe?

Reykjavik jest pięknym, ale malutkim miastem. Myślę, że gdybym teraz tam wyjechała, to miałabym inne odczucia niż wtedy. To było pierwsze miejsce za granicą, w którym mieszkałam. Nie miałam jeszcze wtedy porównania. Islandia była dla mnie egzotyczna. Niesamowite morze, zupełnie inna przyroda, płaski krajobraz ze skałami, żadnych drzew, tylko gejzery, wodospady, lodowce. To wszystko było magiczne i zupełnie inne niż to, co się widzi w Europie.

Tamtejszy uniwersytet okazał się naprawdę świetny. Miałam wolną rękę przy wyborze przedmiotów. Mogłam studiować rzeczy trochę mniej związane z programem, który miałabym w tym samym czasie na UMCS w Lublinie. Wybrałam socjologię, a konkretnie teorię i praktykę ruchów społecznych. W mojej grupie było wielu Niemców. Wtedy po raz pierwszy zobaczyłam na własne oczy, jak wygląda kultura rozmowy. Na zajęcia mieliśmy zadane konkretne lektury do przeczytania i całe półtorej godziny dyskutowaliśmy. Niemcy są bardzo zaangażowani: potrafią protestować, mają dobrze rozwinięte i świadome społeczeństwo obywatelskie. To było doświadczenie, które mnie uformowało.

Czułaś, że rozwijasz się naukowo?

Bardzo. Miałam zajęcia o metropoliach z kanadyjskim profesorem, który zaraził mnie pasją do tego zagadnienia. Postanowiłam napisać pracę magisterską o Berlinie. Nie pamiętam, dlaczego wybrałam akurat to miasto. Gdy po powrocie powiedziałam o tym mojemu promotorowi z UMCS – który jest jedną z najbardziej otwartych i ciekawych osób, jakie znam – stwierdził, że skoro chcę pisać o stolicy Niemiec, to powinnam tam pomieszkać. Pojechałam autostopem. Miał być tydzień, a skończyło się na miesięcznym pobycie. Mieszkałam kątem u znajomych, jeździłam na rowerze, eksplorowałam miasto i pisałam.

Wyjazdy do Islandii i Niemiec obudziły w Tobie podróżniczkę?

Po obronie pracy magisterskiej pojawiło się pytanie, co robić dalej. Pomyślałam: „Skończyłaś politologię na UMCS-ie, będzie ciekawie” (śmiech). Pojechałam na koncert do Krakowa i spotkałam kolegę, który podsunął mi broszurę na temat Wolontariatu Europejskiego (EVS) i poradził: „Jak nie wiesz, co zrobić z życiem, to tutaj masz podpowiedź”. Rzuciłam więc drugie studia i pojechałam na wolontariat do Włoch. Mieszkałam tam dziewięć miesięcy. W międzyczasie dostałam się na doktorat na UMCS. Zapytałam mojego profesora, czy chce, żebym została jego doktorantką. Odpowiedział, że tak, ale jednocześnie wie o moim intelektualnym ADHD i daje głowę, że za rok zadzwonię do niego z informacją, że jestem w Brazylii. I co on wtedy ze mną zrobi? I tak się stało, ale nie była to Brazylia. Doktorat rzucałam z Paryża.

Ale zanim to zrobiłaś, był jeszcze staż, czyli Erasmus Internship…

…w Słowenii. Mieszkałam tam sześć miesięcy i pracowałam dla Muzeum Architektury i Designu. Później był kolejny projekt – w ramach programu „Młodzież w działaniu”, który umożliwiał wyjazdy młodym ludziom pracującym w organizacjach pozarządowych. Właśnie wtedy wyjechałam do Paryża. Pracowałam tam zdalnie dla brukselskiej organizacji EdgeRyders, z którą związałam się jeszcze podczas mojego EVS-u we Włoszech. Dzięki niej w 2015 r. wyjechałam do Nepalu, gdzie przez kilka miesięcy byłam konsultantką ONZ.

I gdzie przeżyłaś trzęsienie ziemi.

Drobny incydent (śmiech). Po powrocie pojechałam na tygodniowy trening na Cypr z programu Erasmus+. Poznałam tam mojego chłopaka i zamieszkałam razem z nim po tureckiej stronie wyspy. Cały czas pracowałam zdalnie dla EdgeRyders: opisywałam historie aktywistów, pomagałam organizować wydarzenia, pisałam wnioski o kolejne projekty. Kilka miesięcy temu dostałam stypendium w Indonezji i teraz wykładam na uniwersytecie we wschodniej Jawie. Uczę tam urban politics i wprowadzenia do nauki o rządzeniu. To prywatna uczelnia muzułmańska, więc większy nacisk położony jest np. na ubiór niż na uczenie. Indonezyjczycy są kolektywni, nie ma tam indywidualizmu i krytycznego myślenia. Jest za to dużo patriotyzmu i jawajskocentryzmu, co na archipelagu składającym się z 17 tys. wysp, tysięcy języków i setek kultur jest problematyczne.

Wróćmy więc do Polski – jak myślisz, dlaczego wielu naszych studentów nie chce wyjeżdżać na Erasmusa?

Trudno mi oceniać, bo większość osób, które ja poznaję, to podróżujący, stypendyści, aktywiści… Może ludzie, zupełnie niesłusznie, nie widzą wartości w takich wyjazdach? Nie rozumieją, co mogłyby im dać. W ciągu pięciu lat moich studiów tylko dwie osoby – ja i jeden z kolegów – wyjechały na Erasmusa. Ze 150 osób tylko dwie skorzystały z tego programu. Powodem mogą być stosunkowo niskie stypendia i bariera językowa. Młodzi nie chcą podejmować ryzyka.

Dlaczego warto wyjechać?

Mnie wyjazdy otworzyły na mnóstwo nowych rzeczy. To był przełom. Moje życie wygląda dziś zupełnie inaczej właśnie dlatego, że wyjechałam na pierwszego Erasmusa do Islandii. Wtedy uformowały się moje naukowe zainteresowania. Znalazłam coś nowego, świeżego, bardzo ciekawego. Nauczyłam się kultury dyskusji, o czym już mówiłam. Zobaczyłam, w jak odmienny sposób ludzie są edukowani w innych krajach.

W którym z nich najwięcej się nauczyłaś?

Nie da się tego ocenić. Mieszkanie w Azji jest ciekawe, zupełnie inne od życia w Europie. Podczas pobytu w sześciu krajach Starego Kontynentu wiedziałam, czego się spodziewać, jak się przemieszczać, było dużo łatwiej niż tutaj. W Azji widzisz biedę, której nie potrafiłabyś sobie wyobrazić. To odciska piętno, zmienia sposób myślenia o świecie. Poznajesz zupełnie inną kulturę: nieznane religie, tradycje. To poszerza horyzonty. Pozwala wyjść z własnych ograniczeń małego świata, w którym często żyjemy.

Jak szukać projektów umożliwiających wyjazd za granicę?

Najlepiej zacząć od wolontariatu. Przed 30. rokiem życia praktycznie każdy może wyjechać i spotkać innych młodych ludzi, którzy podpowiedzą, co innego jest jeszcze „do zdobycia”. Warto zaglądać też na grupy na Facebooku, strony Eduactive, Youth i programu Erasmus+.

Co po powrocie z Indonezji? Jakie są Twoje plany?

Jeszcze nie wiem (śmiech). Na pewno dalej będę współpracować z moją organizacją z Brukseli. Zahaczę się w Berlinie, gdzie obecnie mieszka mój chłopak. Poza tym już rozglądam się, gdzie by pojechać. Jest kilka opcji. Muszę zmienić kontynent. Czas na Afrykę albo Amerykę Południową. Jest szansa na wyjazd do Etiopii i pracę w parku narodowym.

Czy kiedyś w ogóle osiądziesz w jednym kraju?

Po cichu mam nadzieję, że nigdy nie będzie to konieczne. Zbieram pieniądze, żeby kupić dom, swoje miejsce gdzieś nad morzem, w ciepłym regionie, np. w Ameryce Południowej. Będę mogła surfować i prowadzić hostel. Najlepiej w kooperatywie – z kilkorgiem znajomych, żebyśmy nie musieli być tam cały czas. Podzielimy się dyżurami. Przez resztę roku będę mogła podróżować.

Rozmawiała Martyna Słowik
Fot. archiwum prywatne

Wycisnąć cytrynę do końca


– Do wyjazdu namawiała mnie mama, mówiąc, że taka okazja może się już nie powtórzyć. Myliła się! – wspomina Mateusz Rybarczyk, student Politechniki Koszalińskiej, laureat konkursu na plakat z okazji 30-lecia programu Erasmus.

Mateuszu, gratuluję sukcesu.

Bardzo dziękuję! To dla mnie ogromne wyróżnienie i pierwsza tak prestiżowa wygrana.

Skąd wziął się pomysł na udział w konkursie?

O konkursie dowiedziałem się z internetu. Profesor Monika Zawierowska-Łozińska, wykładająca komunikację wizualną w Instytucie Wzornictwa Politechniki Koszalińskiej, zamieściła informację o tym na Facebooku. A ponieważ jestem stypendystą Erasmusa, idea konkursu była mi bardziej niż bliska.

A jak to się stało, że wyjechałeś na Erasmusa?

O możliwości wzięcia udziału w programie po raz pierwszy usłyszałem, gdy miałem 19 lat i byłem na pierwszym roku studiów. Przyznam, że nie sądziłem, abym miał duże szanse na wyjazd. Bałem się, że to starsi koledzy kończący studia mogą mieć pierwszeństwo. Wybór miejsca, do którego chciałem wyjechać na pół roku, był szybki. Zakładałem, że ma być inaczej niż w Polsce, abym mógł zakosztować innej rzeczywistości. Zdecydowałem się więc na Lizbonę. Kiedy okazało się, że zostałem zakwalifikowany, byłem szczęśliwy. Później przyszedł moment zwątpienia – czy to aby na pewno dla mnie, ale wtedy mocno wsparła mnie moja mama. Namawiała do wyjazdu, tłumacząc, że druga taka szansa może się nie powtórzyć. Myliła się.

?

Nie miała racji, że taka okazja się nie powtórzy. Właśnie wróciłem z czwartego wyjazdu w ramach programu Erasmus+ (śmiech).

Którego?

Czwartego! (śmiech). Czasem sam nie wierzę w to, ile przeżyłem dzięki udziałowi w programie, w to, jakim stałem się człowiekiem. Kiedyś byłem chłopakiem, który usiadłby i się rozpłakał, gdyby zginęła mu walizka na lotnisku. Dzisiaj jestem o wiele dojrzalszy, bogatszy o wiele doświadczeń – zarówno tych dobrych, jak i gorszych, które jednak pozwoliły mi się rozwinąć. Potrafię doskonale poradzić sobie z większymi problemami niż zagubiona walizka (śmiech).

Miło to słyszeć, szczególnie że dokładnie takie są założenia programu. Pozwól, że zapytam więc, gdzie byłeś i co robiłeś?

Po raz pierwszy wyjechałem do Lizbony, na wymianę studencką. Po powrocie pomyślałem, że jeśli tylko się uda, to będę aplikował o kolejną szansę. I właściwie głównym powodem, dla którego rozpocząłem uzupełniające studia magisterskie była chęć ponownego wyjazdu na studia za granicę. Tym razem udało mi się odbyć ich część na partnerskiej uczelni w Palermo. Po powrocie okazało się, że w ramach Erasmusa studenci mogą ubiegać się o stypendium na realizację praktyk zagranicznych. Tak więc mój trzeci i czwarty wyjazd – do Malagi, z którego wróciłem w sierpniu – poświęciłem na zdobywanie doświadczenia w biurze projektowym.

Erasmus to spory kawałek Twojego życia.

Program pozwolił mi rozwinąć skrzydła, dał szansę na lepsze poznanie siebie, nie wspominając już o samej możliwości nauki na zagranicznych uczelniach czy zdobyciu doświadczenia zawodowego. I właśnie dlatego, że Erasmus jest dla mnie tak ważny, wziąłem udział w konkursie na plakat. A że dla mnie jednym z najważniejszych momentów każdego wyjazdu jest czas spędzony na lotnisku, na plakacie są walizki. I skoro to trzydzieste urodziny programu, nie mogło zabraknąć urodzinowego tortu (śmiech).

Jakie masz plany na przyszłość?

Erasmus 5.0 (śmiech). Planuję kolejny, ale ostatni już staż w ramach programu Erasmus+. Skoro mam możliwość, to chcę tę cytrynę wycisnąć do końca!

Rozmawiała Marzena Indra

Fot. Augustyna Grzybowska

Zwycięski plakat Mateusza Rybarczyka w konkursie z okazji 30-lecia programu Erasmus

Podróżnik przy tablicy


Rozmowa z Rafałem Mazurem, Ambasadorem programu Erasmus+, 35-letnim doktorem literaturoznawstwa z Rzeszowa. Pasjonuje go poznawanie innych kultur i nauka języków obcych. W tym roku postanowił sięgnąć dna…

Panie Rafale, dna?

Tak! Postanowiłem, by raz w roku zwiedzić stolicę jakiegoś państwa. W tym roku będzie to Nikozja, a tam można spróbować chodzenia po dnie morza. Więc sięgnę dna, w dodatku wyglądając jak pszczelarz, z racji kombinezonu, który trzeba przy tej okazji założyć. Uwielbiam poznawać obce kultury, innych ludzi. Gdybym nie był nauczycielem, zostałbym podróżnikiem!

Doskonale wpisuje się to w ideę programu Erasmus+.

Erasmus łączy wszystko to, co lubię: możliwość uczenia się, podróżowania, posługiwania się obcym językiem, poznawania innych ludzi… A przede wszystkim pozwala realizować się zawodowo. Kiedy go odkryłem, uznałem, że to inicjatywa dla mnie.

Dokąd Pan dotarł w ramach Erasmusa?

Za pierwszym razem wyjechałem do Lizbony, gdzie prowadziłem zajęcia z kultury Polski, miałem wykłady z poezji Szymborskiej oraz zajęcia z języka polskiego dla początkujących. Za drugim razem miałem szansę prowadzić zajęcia w szkole o profilu turystycznym w Saragossie, również z języka polskiego i z kultury polskiej. Obydwa wyjazdy były niesamowite.

Stąd pomysł na udział w konkursie na Ambasadora?

Jestem typem człowieka, który potrzebuje zmiany, aby co jakiś czas nowy projekt wyrzucił mnie z bieżących torów myślowych. Więc kiedy znalazłem ogłoszenie w internecie, pomyślałem: czemu nie, najwyżej nic się nie wydarzy.

I wygrał Pan!

Tak, przyznam, że się tego nie spodziewałem. I teraz już wiem, że tym bardziej Erasmusa+ nigdy nie opuszczę… (śmiech).

Fot. archiwum autora

Od Erasmusa do reportażu


Dziwię się, że tylko 10 proc. studentów w Polsce wyjeżdża na Erasmusa. To przecież doskonała okazja, by nawiązywać przyjaźnie – mówi Kamil Bałuk, jeden z najzdolniejszych młodych reportażystów, były stypendysta Erasmusa.