Od Erasmusa do Eurowizji


Wyjeżdżając, zawsze staram się poznawać ludzi, kulturę i dużo, dużo muzyki – mówi Salvador Sobral, portugalski muzyk, który podczas wymiany w ramach programu Erasmus odkrył i pokochał jazz. W 2017 r. wygrał Konkurs Piosenki Eurowizji, a wiosnę tego roku spędził na podróżach, promując swoją płytę m.in. w Krakowie

 

Kilka lat temu wziąłeś udział w programie Erasmus. Spędziłeś ten czas w Palma de Mallorca. Czy był to twój pierwszy tego typu wyjazd?

Nie. Wcześniej skorzystałem z wymiany – pojechałem do Kalifornii. I później już ciągle chciałem wyjeżdżać, cały czas mnie gdzieś ciągnęło. Stąd właśnie wziął się pomysł, by wyjechać w ramach Erasmusa.

Jak wspominasz ten czas?

Studiowałem psychologię, chciałem wyspecjalizować się w psychologii sportu. To było chyba w 2011 r. Erasmus jest zawsze zwariowanym czasem. Najlepiej wspominam zajęcia z psychologii sztuki.

I już podczas tego pobytu na Majorce śpiewałeś publicznie?

Tak, w hotelach, barach, restauracjach…

Można więc powiedzieć, że Erasmus miał wpływ na twoją karierę?

Tak, bo wtedy dużo ćwiczyłem. Poszerzyłem swój repertuar, nauczyłem się wielu jazzowych melodii. To była dla mnie bardzo dobra lekcja. Najlepszą szkołą dla muzyka są właśnie bary i restauracje. Kiedy występujesz, a ludzie cię lekceważą i po prostu nie słuchają, uczysz się pokory i skromności.

A dlaczego wybrałeś Majorkę?

Ponieważ polecono mi tamtejszą uczelnię jako dobre miejsce do studiowania psychologii sportu, czym byłem w tamtym czasie bardzo mocno zainteresowany. Jednak później zacząłem występować, w rezultacie coraz rzadziej pojawiałem się na zajęciach i ostatecznie porzuciłem te studia.

Czego nauczył cię pobyt na Erasmusie?

Nauczyłem się wiele o ludziach. Wyjeżdżając, zawsze staram się poznawać mieszkańców, kulturę i dużo, dużo muzyki. A jeśli chodzi o Erasmusa, to Majorka była miejscem, w którym odkryłem jazz. Z tego najbardziej się cieszę.

Teraz podróżujesz po świecie ze swoją muzyką. Promujesz nową płytę „Paris, Lisboa”. To prawda, że inspiracją do stworzenia albumu był dla ciebie film Wima Wendersa?

To nie do końca była inspiracja. Zaczerpnąłem nazwę oraz okładkę. Muzyka właściwie nie ma nic wspólnego z filmem. A w Paryżu i Lizbonie przebywałem, nagrywając album, ponieważ moja żona jest z Paryża, więc podróżowałem tam i z powrotem. Zależało mi, by umieścić nazwy tych dwóch miast w tytule płyty, a dopiero później pomyślałem o swoim ulubionym filmie – „Paryż, Teksas”.

Filmy są dla ciebie inspiracją do tworzenia? W jednym z wywiadów przyznałeś,  że z sympatii do twórczości Ingmara Bergmana zacząłeś uczyć się szwedzkiego.

Kocham i literaturę, i kino. Nie znam teorii kinematografii ani kwestii technicznych, ale dla mnie i mojej muzyki filmy są bardzo inspirujące. W „Paryżu, Teksasie” jest wiele kolorów – bardzo zależało mi, by uzyskać te same barwy w muzyce.

Jak proces tworzenia słów czy muzyki wygląda u ciebie? Zaczynasz od tekstu, a później dołącza muzyka?

Mam dwa różne sposoby. Czasami piszę tekst i ktoś inny dodaje do tego muzykę, a innym razem dostaję gotową muzykę i tworzę do niej słowa. Bardzo lubię tę drugą opcję.

Teraz jesteś bardzo zajętym człowiekiem, dużo podróżujesz, dużo pracujesz. A jeszcze dwa lata temu miałeś poważne problemy zdrowotne. Jak troszczysz się o siebie?

Przeszedłem bardzo ciężki czas. Teraz, kiedy wyszedłem ze szpitala i mogę grać, jestem szczęśliwy. I zakochany. Śpię dużo, osiem godzin dziennie, nie piję alkoholu. Jeśli jestem zdrowy, to jestem szczęśliwy. Ludzie, którzy nie chorują, nie myślą o tym, nie są za to wdzięczni. A ja myślę o tym codziennie, jestem szalenie wdzięczny za to, że jestem zdrowy i mam kolejny dzień przed sobą.

Sukces od kuchni


Na konkursach tylko niektórzy zdobywają nagrody, za to wszyscy zdobywają doświadczenie – mówi Maciej Pisarek, reprezentant Polski w gotowaniu

 

Gratulacje! Przygotowując się do konkursu WorldSkills wygrałeś brytyjskie eliminacje w konkurencji gotowanie. Co przyrządzałeś w Glasgow?

Podczas dnia polsko-brytyjskiego, który był w programie imprezy, przygotowałem typowo brytyjskie danie, czyli treacle tart z melasą, ale też nasz tradycyjny barszcz z uszkami.

Który główny szef kazał wam zabielić.

To nietypowe. Szef uznał, że powinien być podany z kwaśną śmietaną, trochę jak ukraiński. Ale wybaczam, bo barszcz wyszedł dobrze. Usłyszałem opinię, że miał „dużo płaszczyzn smakowych”.

No właśnie, co słyszałeś od jurorów?

Po każdym dniu mieliśmy odprawę, w trakcie której analizowaliśmy naszą pracę. Szefowie zwracali uwagę nie tylko na smak, ale też prezentację dania, podejście do pracy, utrzymanie czystości. Wszystko składało się na jedną ocenę, dokładnie tak, jak na konkursie WorldSkills.

Taki konkurs to przygoda, ale widać też było, że byłeś maksymalnie skupiony i naprawdę ciężko pracowałeś.

To wielka frajda, ale też harówa. Kończąc jeden dzień, musiałem już myśleć o następnym. Zwłaszcza że pracowało się na produktach u nas rzadko używanych. To m.in. przegrzebki, typowo szkocki specjał, czy szkocka dziczyzna z kością, którą trzeba było wytrybować, a z usuniętych kości zrobić sos i zupę. Oprócz tego były też tzw. tajemnicze składniki, które poznawaliśmy dopiero dzień przed gotowaniem. Mieliśmy więc jedną noc, żeby wszystko przemyśleć i rano wystartować ze swoimi pomysłami. W gotowaniu wszystko trzeba zaplanować, zwłaszcza w konkursach.

Co w pracy kucharza lubisz najbardziej?

Kuchnia zawsze była blisko mnie, a ja blisko kuchni. Jako małe dziecko lubiłem towarzyszyć babci czy mamie w gotowaniu i tak już mi zostało. Gastronomia była dla mnie naturalnym wyborem, bo po prostu zawsze sprawiała mi przyjemność. Później był pierwszy konkurs, drugi i tak doszedłem do WorldSkills.

Są uczniowie, którzy po prostu chodzą na lekcje, a później z nich wychodzą. A inni chcą robić więcej.

Miałem szczęście do ludzi, którzy mnie inspirowali. W czasach szkolnych poznałem takich szefów jak Paweł Salamon, Dawid Szkudlarek, Iwona Niemczewska. Oni mi pokazali, że warto dać z siebie więcej.

Ale inspiracja to nie wszystko, trzeba też chcieć.

Jeśli się coś kocha, to się to robi. W konkursach nie bierze się udziału tylko dla nagród. Często ktoś mnie pyta: „No dobra, ale co ty z tego masz?” To źle zadane pytanie. Tylko niektórzy zdobywają nagrody, ale wszyscy wyjeżdżają z ogromnym doświadczeniem, z radami od szefów z całego świata.

Z jakimi doświadczeniami wyjechałeś w ubiegłym roku z EuroSkills w Budapeszcie – konkursu, który wygrałeś?

Budapeszt niesamowicie mnie rozwinął. I nie mam na myśli tylko gotowania, ale też dyskusje, poznawanie nowych ludzi. Pokazałem się z dobrej strony i dzięki temu dostałem zaproszenie do udziału w eliminacjach w Wielkiej Brytanii, którą uwielbiam.

Kulinarnie też?

Jak najbardziej. Na Wyspach jest wiele składników, których w Polsce nie dostaniemy. Owoce morza, świeża sola, kraby. Niesamowite bogactwo!

Niektórych umiejętności można się nauczyć tylko za granicą?

Tak. Zwłaszcza że poziom na Zachodzie jednak różni się od tego w Polsce. Gdy się wyjeżdża, tę różnicę odczuwa się dużo mocniej. Wystarczy spojrzeć na college, w którym mieliśmy zawody. Jest olbrzymi, świetnie wyposażony, uczy się tam wielu profesji. Pracownie gastronomiczne są niesamowicie zaopatrzone, a za oknem jest ogród ze świeżymi warzywami. Świetne.

Jesteś absolwentem Zespołu Szkół Gastronomicznych w Gorzowie Wielkopolskim.  Jak byś przekonał do młodych ludzi do szkół branżowych?

Wystarczy spojrzeć na przykłady z góry. Jest mnóstwo świetnych szefów kuchni, którzy wygrywają konkursy, zakładają swoje biznesy, jeżdżą po świecie, uczą innych. Wiedzę ze szkoły trzeba tylko połączyć z ambicją i samozaparciem.

Gdzie widzisz siebie w przyszłości?

Właśnie w Wielkiej Brytanii.

Wszyscy dobrzy kucharze wyjadą z Polski?

Chciałbym zdobyć na Wyspach doświadczenie, a później wrócić z nim do Polski i stworzyć coś nowego, pokazywać inne spojrzenie. Ale żeby je mieć, najpierw trzeba wyjechać i coś zobaczyć.

Z pasji do zawodu


Chcemy, by szkoły branżowe i technika nie były placówkami gorszego wyboru. One dają zawód, średnie wykształcenie i możliwość dalszej nauki. A dobrze przygotowani absolwenci mogą pracować na całym świecie – mówi Joanna Żebrowska, dyrektor Zespołu Szkół nr 7 w Tychach, laureatka nagrody VET Excellence Awards 2018

 

Komisja Europejska, w ramach obchodów Europejskiego Tygodnia Umiejętności Zawodowych 2018, nagrodziła panią za innowacyjność. Co to właściwie znaczy?

Ta nagroda to podsumowanie mojej działalności w Zespole Szkół nr 7 w Tychach. Od 2005 r. wysłaliśmy stąd ponad 300 uczniów na zagraniczne staże, na które zdobyliśmy ponad milion euro dofinansowania. Ale nie chodzi tylko o same wyjazdy. Przez cały rok uczymy tak, by młodzież była przygotowana do wyjazdu – zarówno na staż, jak i później do pracy. Wprowadziliśmy w naszej szkole lekcje prowadzone wspólnie przez nauczyciela przedmiotów zawodowych i nauczyciela języków obcych.

Czyli nauka języka w praktyce?

Jest przecież dużo skuteczniejsza niż ta standardowa. Najpierw anglista przygotowuje uczniów językowo: nazywa surowce, wyroby cukiernicze, czynności. Później wszyscy spotykają się w pracowni. Na przykład w mojej pracowni cukierniczej tłumaczę po polsku, jak należy zrobić ciasto, jakiego sprzętu użyć, jakich produktów, a później to samo robi anglista. W trakcie pracy zadaje uczniom pytania. Nie ma wtedy czasu na sprawdzanie słówek w słowniku, trzeba reagować szybko, naturalnie.

Tak jak w prawdziwej cukierni za granicą.

W ten sposób młodzież zdobywa umiejętności językowe, ale też nabiera śmiałości, otwiera się. Nie boi się składać wniosków o zagraniczne wyjazdy. Większość uczniów, którzy uczestniczą w innowacyjnych lekcjach, wyjeżdża później na staż.

Młodzież chce się kształcić za granicą?

Zazwyczaj jest tak, że za pierwszym razem uczeń jest onieśmielony, ale po powrocie chce jechać znowu. Po pierwszym stażu dzieci zupełnie inaczej patrzą na świat, zyskują pewność siebie, przekonanie, że mogą podołać trudnym sytuacjom. Uczą się także pracy pod presją czasu, używania języka obcego w codziennych sytuacjach, przyglądają się innej kulturze, poznają ludzi.

I uświadamiają sobie, że ze swoim zawodem mogą pracować nie tylko w Polsce, lecz także na całym świecie?

Oczywiście. I mamy tego przykłady, bo nasi uczniowie często po stażu dostają propozycje pracy. Mam wychowanka, który odbywał staż na Malcie, wrócił do Polski, skończył szkołę i znów pojechał na Maltę. Teraz pracuje tam w znanej restauracji, gdzie został wyróżniony tytułem najbardziej kreatywnego szefa kuchni. Właśnie widziałam jego zdjęcia na Facebooku. Zresztą często docierają do mnie wieści o moich absolwentach, którzy otwierają swoje restauracje, wygrywają konkursy. Potrafią odnaleźć się w tej branży.

Co się liczy w zawodzie? To, co wyniesione ze szkoły, czy praktyka?

Najważniejsze są umiejętności miękkie: odpowiedzialność, punktualność, systematyczność, utożsamianie się z tym, co robimy. Jeśli ktoś wkłada w pracę serce, to umiejętności zawodowe zdobędzie bardzo szybko. To właśnie na stażach młodzież rozwija swoje kompetencje miękkie. Dziecko wyjeżdża z dala od rodziny, leci samolotem, musi samo o siebie zadbać, musi być punktualne. Mama go na ten staż nie obudzi.

Młodzież wybiera szkoły zawodowe z pasji?

Różnie. Chcę wierzyć, że to przede wszystkim zainteresowanie i pasja, ale nie oszukujmy się, niektórzy przychodzą, bo koleżanka czy kolega wybrali tę samą szkołę, bo gdzieś się nie dostali. Ale są też tacy, którzy wiedzą, po co tu są. W tym roku zapraszamy do swoich pracowni gimnazjalistów i uczniów ósmych klas. Podpatrują, dowiadują się, jak wyglądają te lekcje. Dla mnie to była najpiękniejsza laurka, że dzieci w ogóle nie chciały wyjść z mojej pracowni. Robiliśmy faworki i ciasto zawijane, jedna uczennica przygotowywała się do konkursu i trenowała ciasto na bazie herbaty matcha, które podpatrzyłam na stażu w Barcelonie. Gimnazjaliści byli tak ciekawi tego, co się tam działo, że nie chcieli wychodzić. Mam nadzieję, że to się przełoży na rekrutację.

Dziś trend społeczny jest taki, że wszyscy chcą iść na studia.

Chcemy, żeby szkoły branżowe i technika były placówkami pierwszego wyboru. To nie jest gorszy wybór, bo to dobre szkoły, które dają zawód, średnie wykształcenie i możliwość dalszej nauki, zrobienia matury i studiowania. Znam cukiernie, które zatrudniają absolwentów Akademii Sztuk Pięknych, bo bardzo cenią umiejętności zawodowe połączone ze zdolnościami manualnymi.

Żeby szkolnictwo zawodowe się rozwijało, potrzebna jest też współpraca z pracodawcami, prawda?

W mojej szkole jest ona od zawsze. Praktyki zawodowe realizowane są w prawdziwych zakładach pracy. Młodzi cukiernicy na przykład spędzają trzy dni w tygodniu w szkole, a dwa u pracodawcy. I biorą udział w normalnej produkcji. My dajemy im pierwsze szlify, dzięki czemu na praktykach wiedzą już, jak obsługiwać urządzenia, przygotowywać określone rodzaje ciast.

Ale czy dla pracodawcy uczeń może być atrakcyjny?

W zawodach, w których kształci moja szkoła, pracodawcy wręcz proszą o uczniów, praktykantów. Często dotyczy to specjalnych wydarzeń, uroczystości np. w restauracji. Wtedy większa grupa młodzieży razem z nauczycielem bierze udział w obsłudze tej uroczystości. Jako szkoła gastronomiczna pomagamy również w organizacji wydarzeń specjalnych w innych szkołach. Korzyści są obopólne, a dla młodzieży to najlepsza forma nauki.

Pracuje pani również w Radzie Dyrektorów Szkół Zawodowych powołanej przez Ministerstwo Edukacji Narodowej. Jakie rozwiązania są potrzebne na poziomie systemowym?

Ważna jest właśnie współpraca pracodawców i szkół. Chciałabym, choć jest to bardzo trudne, by włączyć pracodawców w proces tworzenia programów nauczania. Oni nie lubią tworzenia dokumentacji, procedur, ale w praktyce mają określone wymagania. I one mogą być świetną wskazówką dla nauczycieli. My zapraszamy do naszej szkoły pracodawców raz na semestr, by opowiedzieli nam, jakie mają oczekiwania. I później staramy się je realizować w pracy z młodzieżą. Warto, by konkretne zapisy pojawiły się w samych programach nauczania.

Wspominała pani, że sama pojechała na staż. Nauczyciel też powinien się uczyć?

Nie tylko powinien się wciąż uczyć. Nauczyciel wręcz musi to robić. W ustawie jest zapisane, że każdy nauczyciel przedmiotów zawodowych jest zobowiązany odbyć 40 godzin stażu u pracodawcy. W naszej szkole dzieje się to już od czterech lat. Zarówno nauczyciele przedmiotów zawodowych, jak i języków obcych wyjeżdżają na zagraniczne staże związane ze stanowiskiem pracy. Nauczyciel hotelarstwa stanął w recepcji zagranicznego hotelu, nauczyciel produkcji stanął w kuchni. Natomiast mnie udało się wyjechać na staż w cukierni japońskiej w Barcelonie. Jej właściciel, Japończyk, w 2016 r. wygrał konkurs na najlepszego croissanta w mieście. Rzeczywiście, ten jego rogalik jest niesamowity. Przygotowywałam go razem z nim.

I po powrocie nauczyciele wiedzę, którą zdobyli na zagranicznych wyjazdach, przekazują swoim uczniom?

Właśnie po to jeździmy. Uczymy tego wszystkiego na lekcjach, w pracowniach czy przy okazji przygotowań do konkursów. Ja pokazuję teraz uczennicy, jak twórczo można wykorzystać zieloną herbatę, która nadaje wyrobom cukierniczym oryginalność.

Dlaczego została pani nauczycielką?

Kończyłam nietypowy kierunek: wydział inżynieryjno-ekonomiczny przemysłu spożywczego. Zamarzyłam o pracy w laboratorium naszego Browaru Tyskiego. Przy pisaniu pracy magisterskiej współpracowałam z ówczesnym dyrektorem laboratorium dr. Jerzym Hetmańskim. Ciężko wtedy było dostać pracę w browarze, więc doktor podpowiedział mi, żebym spróbowała w zawodzie nauczyciela w technikum browarniczym. Poszłam tam i okazało się, że brakowało fachowców od szkolnictwa zawodowego. Właśnie tak zaczęłam swoją karierę. Moja mama zawsze mówiła, że chciała zostać nauczycielką. Jej się nie udało, ale córce już tak.

Czy dziś uważa pani, że to była dobra decyzja?

Początki były trudne, bo prowadziłam kilkanaście różnych przedmiotów i musiałam wyspecjalizować się w różnych branżach. Szybko zaczęłam jeździć z młodzieżą po zakładach: piekarniach, cukierniach. Chciałam, by uczniowie poznali zawód od strony praktycznej. Wicedyrektor szkoły powiedział mi, że te moje lekcje są ciekawe, że jestem urodzonym nauczycielem. Dodał mi tym wiatru w żagle, uwierzyłam w siebie.

A dziś to pani jest dyrektorem szkoły.

I wciąż najważniejsi są dla mnie uczniowie. Pamiętam, że absolwenci technikum przyjeżdżali do mnie już jako studenci i mówili, że na pierwszym roku studiów na politechnice właściwie nie mieli co robić, bo byli tak dobrze przygotowani dzięki prowadzonym przeze mnie lekcjom. To dla mnie największe wyróżnienie. Uczniowie odwiedzają mnie po latach i opowiadają o swoich osiągnięciach. Jako szefowie zakładów pracy pozdrawiają mnie przez obecnych moich uczniów, którzy tam praktykują. Wielu moich absolwentów, dziś już 40-letnich, zostało głównymi technologami w browarach. Jeden występuje nawet w reklamie browaru Okocim z Brzeska i co chwila widzę go w telewizji. To wielka satysfakcja.

Erasmus na fali


Dwa razy była na Erasmusie, pracowała w Parlamencie Europejskim, a za swoje radiowe audycje otrzymała Europejska Nagrodę im. Karola Wielkiego dla Młodzieży oraz statuetkę EDUinspiracje-Media. Dla Gabrieli Jelonek życie bez radia i Erasmusa istnieć nie może

Czy jesteś uzależniona od Erasmusa?

Nie tyle od samego Erasmusa, ile od tego, co on ze sobą niesie. Każdy, kto chociaż raz był na takim wyjeździe, zna powiedzenie: once Erasmus, always Erasmus. Nie ma lepszego podsumowania. Po Erasmusie nic nie jest już takie samo. To, co przezywa się z ludźmi, będąc rzuconym na głęboka wodę i trochę jakby wyrwanym z własnej, znanej rzeczywistości, jest wyjątkowe. To doświadczenie zmieniające życie, otwierające umysł, które nie równa się z niczym innym. Jest okazja do tego, zęby nauczyć się wielu rzeczy, poznać różne miejsca i ludzi, ale tez samego siebie. Starsze pokolenia nie miały takiej możliwości, dlatego bardzo cieszę się, ze swoja szanse wykorzystałam najlepiej, jak mogłam.

Niektórzy boja się wyjść ze strefy komfortu, by przeżyć takie doświadczenie. Czy chęć wyjazdu była u Ciebie od zawsze, czy może ktoś Ciebie do tego zmotywował?

Chciałam jechać na Erasmusa, odkąd dowiedziałam się o takiej możliwości. Zakwalifikowanie się do programu nie było dla mnie jednak takie łatwe. O pierwszy wyjazd starałam się dwa lata.

Dlaczego?

Wtedy można było wyjechać jedynie raz w zżyciu, a moim marzeniem była Hiszpania. Od małego tańczyłam tance latynoskie i kultura latynoska jest mi szczególnie bliska. Jednakże by wyjechać, trzeba było znać hiszpański na poziomie pozwalającym na uczęszczanie na zajęcia w tym języku. Przy pierwszej rekrutacji samodzielna nauka języka nie wystarczyła. Przez kolejny rok uczyłam się bardziej intensywnie, także na kursie językowym. I znów się nie dostałam. Zanim jednak rozpoczęto drugi nabór, zdałam egzamin językowy, który stał się przepustka do przyjęcia mnie na uczelnie w Madrycie.

A wiec czy sam wyjazd na Erasmusa należy już rozpatrywać jako sukces?

Tak, tym bardziej że aby wyjechać, na mojej uczelni trzeba było nie tylko znać języki, ale także mieć bardzo dobra średnia ocen i angażować się w życie akademickie. Na Erasmusa wyjeżdżali zawsze także ci odważni i gotowi, by po powrocie nadrobić różnice programowe.

Czy drugi Erasmus, w Portugalii, był dla Ciebie wynikiem apetytu po pierwszym?

Zdecydowanie! Gdy dowiedziałam się, ze program LLP-Erasmus zmieni się w Erasmus+, co stworzy możliwość ponownego wyjazdu, uznałam, ze nie mogę przepuścić takiej okazji. Na pierwszym Erasmusie byłam na I roku studiów magisterskich. Na kolejnego pojechałam już wtedy, gdy zaczęłam studiować drugi kierunek.

Twoja przygoda z Erasmusem to nie tylko wyjazdy. Zaczęłaś tez prowadzić audycje radiowe związane z programem. Jakie były początki?

Nie były trudne. Na pierwszym Erasmusie postanowiłam zapisywać swoje wspomnienia z wyjazdu nie na papierze, ale w formie nagrań. Miałam już doświadczenie z radia studenckiego w Polsce, wiec podjęłam współprace z pojęłam podobna rozgłośnia w Madrycie. Chodziłam do niej nagrywać po polsku „Pocztówkę z Erasmusa”. To była moja pierwsza „erasmusowa” audycja. Nagrywałam swoje wspomnienia, ale także rozmowy z różnymi gośćmi, np. Polakami, którzy mieszkają w Hiszpanii od lat. Bardzo często zdradzali oni historie związane z życiem w Madrycie, o których nie przeczytasz w przewodnikach turystycznych. W ten sam sposób dzieliłam się wrażeniami ze swojego drugiego wyjazdu na studia do Portugalii.

Po powrocie z pierwszego Erasmusa pomyślałam jednak, ze przed wyjazdem bardzo dużo czasu zajęło mi poszukiwanie praktycznych informacji dotyczących studiowania czy życia za granica. A przed Erasmusem trzeba było zdać egzaminy, spakować się, wyprowadzić z mieszkania, znaleźć nowe lokum w obcym kraju. Czasu na wszystko było mało. Postanowiłam wiec stworzyć międzynarodową audycje w języku angielskim, odpowiadająca na mnóstwo pytań, które wiele osób ma przed swoim wyjazdem. Owszem, na blogach tych, którzy na Erasmusie już byli, można znaleźć różne wskazówki. Jednakże nie każdy w natłoku obowiązków ma czas, by je wyszukiwać i czytać. Słuchając radia, można robić, co się chce, np. pakować walizki, a jednocześnie zdobywać potrzebne informacje.

Tak powstała audycja „Erasmus evening”?

Tak, i tym razem potrzeba stała się matka wynalazku. „Erasmus evening” stworzyłam zaraz po moim powrocie z Madrytu. Audycja emitowana była w studenckim Radiu Meteor na UAM, a dziś, po studiach, kontynuuje ja w formie comiesięcznych podcastów na swoim kanale na YouTube. To program, w którym rozmawiam zarówno z obcokrajowcami, którzy przyjechali do Polski, jak i z Polakami, którzy na swojego Erasmusa pojechali do innego kraju. Wszystko po to, by zmierzyć się z dwoma punktami widzenia. Goście opowiadają o swoich wyjazdach, doświadczeniach czy przygodach, zarażając pasja do poznawania nowych miejsc, kultur, ludzi, i pokazując, jak piękna jest różnorodność.

Na tym polega największa siła tej audycji?

Zdecydowanie. Na pewno język angielski, w którym prowadzony jest program, umożliwił jego umiędzynarodowienie i rozpowszechnienie poza granicami Polski. Program był retransmitowany w studenckich radiostacjach w Bułgarii, Portugalii i Hiszpanii. Studenccy radiowcy sami zgłaszali się z prośbami o taka możliwość. Siła tej audycji jest tez to, ze przede wszystkim służy odbiorcom i zawiera w sobie trzy najważniejsze elementy, jakie powinny dawać im media: informować, edukować oraz dostarczać rozrywki. Nie da się ukryć, studenckie historie są często śmieszne albo wręcz tragikomiczne. To taki element rozrywki z życia wzięty, bliski słuchaczowi. Każda audycja dotyczy jednego państwa, a dodatkowo zawarte są w niej utwory z kraju, o którym mowa. To pozwala wejść w klimat danego miejsca i jego kultury. Niedawno podjęłam tez współprace z Erasmus Mundus Association, co sprawi, ze w kolejnych odcinkach pojawia się liczne opowieści o studiowaniu także poza Europa. Już listopadowy program dotyczył Indii.

Twoje audycje zostały docenione zarówno w kraju, jak i za granica. Jesteś laureatka Europejskiej Nagrody im. Karola Wielkiego dla Młodzieży, a w swoim dorobku masz tez statuetkę EDUinspiracje-Media. Co czułaś, obierając te wyróżnienia?

Nagrody to wyraz docenienia, ale także potwierdzenia, ze to, co tworze, ma sens i wartość dla odbiorców. Były tez o tyle ważne, ze w studenckim radiu praca ma charakter wolontariatu. Na audycje poświeciłam wiele dni i często nocy, jednocześnie studiując dwa kierunki i pracując zawodowo. Dzisiaj kontynuuje prace nad nią na takiej samej zasadzie, ale wciąż robię to z przyjemnością, bo lubię radio oraz rozmowy z ludźmi.

Pamiętam, ze kiedy wygrałam eliminacje krajowe do nagrody im. Karola Wielkiego to już był dla mnie szok i ogromny sukces. Później pojechałam do Akwizgranu, gdzie odbywały się eliminacje europejskie. O swojej audycji myślałam bardziej jak o ciekawostce pośród innych projektów tworzonych przez duże organizacje, jak AEGEE, AIESEC czy ESN. Miałam poczucie, ze nie może mierzyć się z pozostałymi projektami, które angażowały wiele osób i miały spory budżet, podczas gdy ja sama byłam odpowiedzialna za przygotowanie, zmontowanie i wyprodukowanie audycji, by wyemitować ja w radiu studenckim.

Kiedy wiec uwierzyłaś, ze to możliwe?

Tak naprawdę dopiero wtedy, gdy podczas rozdania nagród usłyszałam, ze obchodzimy 30-lecie programu Erasmus i ze „jest wśród taka osoba, która spośród 350 projektów zgłoszonych w całej Europie zrobiła ten jeden sama” i wykorzystała do tego zarówno stare, jak i nowe media. Wtedy już wiedziałam, ze chodzi o mój projekt. Nie spodziewałam się tego, ale byłam dumna, ze zostałam pierwsza osoba w historii, która dostała te nagrodę indywidualnie.

Co po niej zmieniło się w Twoim życiu?

Można powiedzieć, ze jej prawdziwy efekt pojawił się prawie rok później. Kiedy w Parlamencie Europejskim powstawał projekt radiowy, realizowany w 24 oficjalnych językach Unii, ktoś pamiętał o mnie i zaprosił do jego współtworzenia. Wyjechałam znów na pół roku, tym razem do Luksemburga. Od paru miesięcy jestem z powrotem w Polsce i mogę podsumować ten czas jako szalenie ciekawe doświadczenie zawodowe. Wyjątkowe na tyle, ze trudno porównać je z czymkolwiek innym. To było tez trochę jak Erasmus, tyle ze dla ludzi pracujących i w okolicach trzydziestki (śmiech).

Czy masz wiec takie poczucie, ze Erasmus dał Ci w życiu niespodziewanie wiele?

Sadze, ze tak. A kiedy na początku naszej rozmowy pytałeś, czy jestem uzależniona od Erasmusa, to pomyślałam, ze po prostu Erasmus stał się moim życiem. Gdyby nie ten pierwszy wyjazd, pewne rzeczy na pewno by się nie zdarzyły. Wszyscy, którzy maja taka możliwość przed sobą, powinni pamiętać, ze warto nie tylko chcieć pojechać, ale także dobrze ten czas wykorzystać. Swojego życia bez Erasmusa i radia już sobie nie wyobrażam. _

 

Rozmawiał Krzysztof Grzadzielski

Autor jest uczestnikiem projektu

„Mobilni dziennikarze programu Erasmus+”

Gabriela Jelonek – absolwentka Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu na kierunkach politologia oraz dziennikarstwo i komunikacja społeczna. Stypendystka programu LLP-Erasmus w Hiszpanii (2014 r.) i Erasmus+ w Portugalii (2016 r.) W 2017 r. za swoje audycje poświęcone Erasmusowi otrzymała Europejska Nagrodę im. Karola Wielkiego dla Młodzieży oraz statuetkę EDUinspiracje-Media. Zawodowo związana m.in. z „Gazeta Wyborcza”, Radiem Zet Gold,

Francuz, który zajada się mielonym


Możesz Erasmusa potraktować jak jedną wielką imprezę. Ale możesz też poznawać innych, poszerzać swoje horyzonty, myśleć o przyszłości – mówi David Gaboriaud, pół Francuz, pół Polak, który przyjechał do Warszawy na wymianę studencką i tu został

Wchodzę do księgarni, widzę Davida. Włączam telewizor, widzę Davida. Otwieram lodówkę, na wieczku serka widzę Davida. Skąd jeszcze wyskoczysz?

Na billboardach mnie jeszcze nie widać.

Ale pracujesz nad tym?

Cieszę się, że moja kariera nabrała tempa i jestem dziś w tym miejscu. W maju minęło 10 lat od mojego przyjazdu do Polski.

Ludzie zaczepiają Cię na ulicy i mówią: „O! To ten, który gotuje w telewizji, jeździ po Europie i reklamuje np. serki”?

Czasem podchodzą, żeby podziękować mi za program i pogratulować. Zawsze z nimi rozmawiam, daję autograf, robimy wspólne zdjęcie.

Nigdy nie odmawiasz?

No co ty. Nie tędy droga. Nie chcę gwiazdorzyć.

Czy we Francji, gdzie się urodziłeś i wychowałeś, też Cię rozpoznają?

Pochodzę z małej miejscowości w Alpach, gdzie mieszka ok. 350 osób. Moi znajomi wiedzą, że żyję w Polsce i tam robię karierę. Pytają, co się u mnie dzieje, ale bez przesady. Zresztą, gdy opuszczałem Francję jako student z dyplomem, to jeszcze w ogóle nie myślałem o gotowaniu.

To zatrzymajmy się w tamtym czasie. Studiowałeś marketing w Paryżu. Co się stało, że wpadłeś na pomysł, by ruszyć na wymianę studencką? I czemu wybrałeś Warszawę?

Jak powiedziałem znajomym, że tam jadę, to pukali się w głowę. Słyszałem: „Masz takie możliwości w innych, atrakcyjnych krajach, co ty będziesz robił w tej Polsce?”. Byłem na czwartym roku studiów. Działał program Erasmus, więc mogłem jechać do dowolnego kraju w Europie, na przykład do ciepłej Hiszpanii czy Portugalii, a ja wybrałem Polskę.

Jako nastolatek trochę świata zjechałeś – byłeś w Kanadzie i w Stanach Zjednoczonych. Dlaczego postawiłeś na Polskę?

Wtedy nie wiedziałem jeszcze, że tu zostanę. Ale kraj nie był mi obcy. Moja mama jest Polką, w Polsce mieszkali moi dziadkowie. Chciałem z nimi pobyć dłużej. Pomyślałem: leć, spróbuj, zobacz. Pojechałem, zakochałem się i to była dobra decyzja.

Zakochałeś się w Polsce?

I to po raz drugi – po ośmiu latach, bo tyle minęło od ostatniej wizyty u dziadków. Gdy byłem dzieckiem, odwiedzałem ich co roku z mamą i braćmi w wakacje. Jak wróciłem nad Wisłę, miałem 23 lata. Jechałem z lotniska do centrum Warszawy i nie mogłem uwierzyć, jak dużo tu się zmieniło: dookoła budowy, na ulicach nowoczesne auta, ludzie inaczej ubrani. Przyjechałem w najlepszym momencie.

Spotkałeś tu Francuzów?

Przyjechałem na Erasmusa na SGH z dwoma kolegami z mojej uczelni we Francji, więc nie byłem sam. Ale zależało mi na kontakcie przede wszystkim z Polakami. Chciałem wiedzieć, co się u was dzieje, jak ludzie tu myślą, jakie jest ich podejście do życia, jak widzą przyszłość Polski i – ze względu na kierunek studiów – jak zapatrują się na gospodarkę. I tak zaprzyjaźniłem się z Polakami w kole studenckim. Pewnie było mi łatwiej, bo już trochę znałem język. Mama ze mną od małego rozmawiała po polsku. Mimo że wynajmowałem kawalerkę i nie mieszkałem w akademiku, jak wielu moich znajomych z Erasmusa, to trzymaliśmy się razem. Wspólnie spędzaliśmy czas między zajęciami, robiliśmy imprezy, gotowaliśmy.

Mama wysłała Ci książkę kucharską.

Dostałem ją rok wcześniej, gdy z Paryża ruszałem na studia do Normandii. Miała tytuł: Książka kulinarna dla facetów, którzy chcą imponować dziewczynom.

Czyli nie chodziło tylko o gotowanie?

Mówi się: „Przez żołądek do serca”…

Mówi się, czy tak jest?

Gotowanie to świetny sposób na podryw, serio. Ale wracając do książki, miała fajne przepisy na studenckie czasy. Podano tam nawet listę sprzętów niezbędnych w kuchni do przygotowania tych potraw: patelnia, garnek, łyżka drewniana, nóż, widelec…

Brzmi zabawnie.

Traktowałem ją jak źródło inspiracji. Więc np. ciasto na tartę robiłem z tego, co miałem akurat w kuchni. Tu dodałem krem według własnego pomysłu, tam truskawki zamieniłem na maliny. Było kolorowo oraz smacznie. I o to chodziło.

Gotowałeś też dla znajomych ze studiów?

Jak mieliśmy przerwy, to jedliśmy w SGH albo w okolicy. A wieczorami czasem gotowaliśmy sobie w akademiku, bo były tam otwarte kuchenki. Odkrywaliśmy kuchnie z całego świata. Student z Indii przygotowywał hinduskie potrawy, kolega z Niemiec robił currywursta. Mieszały się smaki, zapachy, siedzieliśmy przy piwie, rozmawialiśmy, co chwila ktoś dochodził. I nagle zrobiła się impreza w kuchni. Później zapraszałem ich także do siebie.

Czas szybko leciał.

Erasmus się kończył, a my dostaliśmy informację, że musimy odbyć staż. To był warunek zakończenia naszych studiów. Miałem wtedy ogromny dylemat: wracać do Francji, czy zostać w Polsce, gdzie bardzo mi się podobało. Dla mnie Erasmus to był powrót do korzeni, zacząłem lepiej mówić po polsku, poznałem ciekawych ludzi z całego świata. Rozglądałem się więc za pierwszą pracą w Polsce. I tak trafiłem na Dni Kariery na SGH. Rozmawiałem z dziewczyną z Carrefour Polska. Musiałem wypaść dobrze, bo dostałem tam staż w dziale komunikacji. Cieszyłem się, że udało mi się przedłużyć pobyt w Polsce. Ale potem wróciłem do Francji i w Paryżu zacząłem szukać pracy. I pożałowałem wyjazdu do Warszawy.

Erasmus źle wygląda w CV?

Często w oczach rekrutujących Erasmus nie do końca pozytywnie się kojarzy. Postrzegają to jak imprezownię, bo tak też mówią o nym sami studenci. Bądźmy szczerzy, mnóstwo znajomych z Erasmusa rzeczywiście nie chodziło na wykłady albo zaliczało przedmiot na ostatnich zajęciach, bo profesor nie chciał robić problemu. Ale twoja przyszłość jest w twoich rękach i to, co zrobisz w ramach wymiany, zależy tylko od ciebie. Możesz Erasmusa potraktować jak jedną wielką imprezę, ale możesz też poznawać innych, otworzyć oczy na świat, poszerzać swoje horyzonty, myśleć o swojej przyszłości. Dla mnie powrót do Francji okazał się bardzo trudny, bo przez kilka miesięcy nie mogłem znaleźć pracy. Żałowałem wyjazdu tym bardziej, że moi znajomi ze studiów w Paryżu, którzy zostali w kraju, złapali świetne posady. Miałem doła. Nie poddałem się jednak. Zapisałem się w bazie danych, która umożliwiała studentom z Francji wyjazd za granicę do pracy w korporacji. Wylądowałem znów w Polsce.

Planowałeś to?

Nie, bo były tam zgłoszenia firm z całego świata. Myślałem o Singapurze, Australii, USA. Ale w moim CV była Polska: staż w Polsce, Erasmus w Polsce i jeszcze mówię po polsku.

Polska była Ci pisana.

A ja sobie myślałem: nie teraz, Polska dopiero za kilka lat. A jednak po ośmiu miesiącach znowu pojawiłem się w Warszawie i zacząłem pracę w wymarzonej korporacji. Byłem konsultantem, umawiałem się na spotkania, konferencje, duża odpowiedzialność, tempo pracy, ciągły pęd. Aż nagle

po dwóch latach zdałem sobie sprawę, że to nie dla mnie.

I w całej tej historii nie ma ani słowa o gotowaniu, którym się teraz zajmujesz i z którego jesteś znany w Polsce.

Bo wtedy gotowałem dla siebie i jeszcze nie wiedziałem, że to będzie moja przyszłość. Wiedziałem już, że nie chcę żyć w świecie korpoludków. I załatwiłem sobie wizę Work&Holiday do Australii. Znowu coś mnie pchało poza Europę, chciałem odkrywać świat. Miałem wyjechać na pół roku do pracy, a potem przez kolejne sześć miesięcy podróżować po całym świecie z plecakiem.

Pamiętam, jak mi to wtedy opowiadałeś. Z jednej strony Ci zazdrościłem, a z drugiej – patrzyłem na Ciebie jak na dziwoląga.

Moi rodzice się przestraszyli, że nagle porzucam stabilne życie w korporacji i chcę ruszyć w nieznane. Ale zdania nie zmieniłem.

Ostatecznie nie wyjechałeś. Zamiast tego przyszła fascynacja gotowaniem.

Pewnego czerwcowego wieczora wybrałem się w Warszawie na otwartą dla wszystkich kolację. Dwóch Włochów – Alfredo i Leonardo – gotowało włoskie potrawy dla gości, czytało Dantego, wygłupiało się. Zobaczyłem, że świetnie się ze sobą dogadują, zabawiają zebranych, pokazują, że można się śmiać z jedzenia, a przy okazji udowadniają, że można jeść w fajnym towarzystwie.

To bardzo francuskie.

A nawet łacińskie, bo Włosi, Francuzi, Hiszpanie uwielbiają biesiadować.

A Ty zawsze podkreślasz, że we Francji celebruje się posiłki, bardzo ważna jest rozmowa przy stole, niespieszne jedzenie, rozsmakowywanie się nie tylko w potrawach, ale też w czasie, który spędza się razem.

Tak jest. I nagle pomyślałem: „Czemu i ja nie miałbym spróbować?”. Gotowałem dla siebie, rodzice wszczepili we mnie i w braci kulturę jedzenia, biesiadowania, szukania dobrych lokalnych i sezonowych produktów. Po pokazie podszedłem nieśmiało do jednego z tych Włochów, który mówił po francusku. Pogratulowałem pomysłu i zapytałem, czy jest szansa, żebym zrobił taką mini-francuską rewolucję w Warszawie z nim w duecie. Usłyszałem: „Śmiało, spróbujmy”. Umówiliśmy się na pierwsze spotkanie po wakacjach.

I tak powstał cykl spotkań After Work.

Choć pierwsze nazwaliśmy Francuska rewolucja we włoskiej kuchni. Przyszło 35 osób. Byłem bardzo zestresowany, bo pierwszy raz gotowałem dla tylu ludzi. Wygłupialiśmy się z Alfredo, a gościom to się podobało. On robił makarony, sosy, polentę, a ja francuskie tarty, dipy, sałaty. To były dwie godziny świetnej zabawy dla nas i gości.

Mimo że – zgodnie z nazwą – przychodziliście tam po pracy. Tak jak Wasi smakosze.

Ludziom podobało się to, że byliśmy jak oni. Też po ośmiu godzinach harówki. O 17 biegłem do domu, zrzucałem krawat i marynarkę i pędziłem gotować dla innych. Ale to nie mogło trwać długo. W końcu opuściłem korporację.

Jesteś ryzykantem.

Poczułem, że pasja jest najważniejsza. Na początku bardzo się bałem. Miałem taki moment, kiedy finansowo nie było dobrze, ale gdy pojawiło się pierwsze zlecenie i podpisałem umowę, wszystko zaczęło się układać.

No i teraz zarażasz nas swoją pasją, optymizmem, uśmiechem i miłością do smakowania. Masz wrażenie, że nauczyłeś Polaków trochę inaczej patrzeć na jedzenie i zmieniłeś nasze przyzwyczajenia kulinarne?

Nie tylko ja. Jest wielu kucharzy w Polsce, którzy uczą nas, jak zmieniać styl życia i zdrowo się odżywiać. Mam wrażenie, że jesteśmy bardziej świadomi, a nasze podejście do jedzenia bardzo się zmieniło w ciągu ostatnich 10 lat. Teraz nadganiamy stracony w PRL-u czas. Wydaje mi się jednak, że nadal się „naszego” trochę wstydzimy.

A co jest naszym popisowym, smacznym daniem, którego nie powinniśmy się wstydzić?

Nawet jeśli twoja dieta jest zdrowsza i mniej tłusta, to jak dostaniesz mielonego, schabowego albo pierogi, to zjesz je z apetytem, bo na tym talerzu od razu pojawiają się wszystkie wspomnienia z dzieciństwa. Znajomi śmieją się z tego, że Francuz zajada się mielonym z ziemniakami i mizerią. A dla mnie to jest wspomnienie przepysznych kotletów robionych przez moją babcię i mizerii, którą jadłem u cioci. Ziemniaki z koperkiem zawsze kojarzą mi się z Polską, mój dziadek jadł je z kefirem. Uwielbiam szarlotkę. Bardzo polskie są jeszcze kiszonki i fermentacja. Tego nie powinniśmy się wstydzić, bo to jest zdrowe i smaczne. Uwielbiam pierogi, nie tylko z serem, mięsem czy ruskie, ale także z kurkami, kaczką, gęsią, dziczyzną czy na słodko. Kocham twaróg. Mamy coraz lepsze sery. Jak podróżuję po Polsce i rozmawiam z ludźmi, to chwalę nasz doskonały cydr, świetny ser kozi albo smaczną dziczyznę, a oni nie dowierzają, że coś takiego powstaje tutaj.

To rodzice zarazili Cię pasją do gotowania. Tęsknisz za domem?

Właśnie uświadamiam sobie: kurczę, teraz moja kolej. Muszę przekazać dalej to, co dostałem od rodziców, powtórzyć to dobro, tę tradycję biesiadowania, celebrowania posiłków, wspólnego gotowania z dziećmi. Jak wracam do Francji, to siadamy, rozmawiamy, jemy. Rodzice nadal mają tyle zapału. Tata zamawia często wino, bo buduje sobie piwnicę z winami. Mama czasem dzwoni do mnie i radzi się, jak np. ugotować bób, żeby był odpowiednio zielony. Kiedyś to ja dzwoniłem z podobnymi pytaniami. To piękne, że utrzymujemy tę relację. •

Rozmawiał Michał Radkowski

Autor jest uczestnikiem projektu

Mobilni dziennikarze programu Erasmus+

Moi uczniowie mówią do mnie na ty


Chcę pokazać młodym ludziom, że nauka języka obcego może być przygodą. Zależy mi też, by po prostu lubili mój przedmiot. Żeby na początku roku mówili między sobą:

„O, masz z Barbarą, czyli lekcje będą niesamowite, nie będziesz się nudził!”

Rozmowa z Barbarą Anną Zielonką, polską nauczycielką języka angielskiego pracującą w szkole średniej w norweskim Nannestad, która znalazła się w dziesięcioosobowym finale prestiżowego konkursu Global Teacher Prize

Po co przyszłemu norweskiemu stolarzowi czy kosmetyczce znajomość języka angielskiego? Po to, by w przyszłości ten stolarz czy kosmetyczka mogli tu normalnie funkcjonować. Norwegia to kraj wielokulturowy, a imigrantów przybywa z każdym dniem. Rola języka angielskiego rośnie. Uczniowie wiedzą, że trzeba szkolić ten język i to na wysokim poziomie. Ich klienci mogą przecież wcale nie mówić po norwesku.

Do polskiego ucznia ten argument mógłby nie trafić. To kwestia czasu. Mam nadzieję, że może za 20 lat polski uczeń też będzie miał na co dzień kontakt z ludźmi z całego świata. Poza tym coraz więcej Polaków decyduje się na życie za granicą czy wyjazd na Erasmusa+.

Ale pewnie i tak znajdą się przypadki, które będą argumentować: „Po co mi to?”, „Tracę czas”, „I tak mi się nie przyda”. Sama czasem tak mówiłam jako nastolatka. I na tym polega rola nauczyciela, by swoim zaangażowaniem i stosowaniem nowoczesnych metod zmienić podejście ucznia. Przez pierwszy rok pobytu w Norwegii pracowałam w szkole zawodowej w Trysil. I niestety uczyłam według starego podejścia, czyli książka, zeszyt ćwiczeń, dzielenie umiejętności na słuchanie, pisanie, czytanie, mówienie…

Też pamiętam ten schemat ze szkoły. W wielu szkołach króluje podręcznik, a nauczyciel pełni rolę szeryfa. Ja również się w tym systemie wychowałam i sądziłam, że tak właśnie powinien pracować nauczyciel.

Już po sześciu miesiącach w Norwegii zauważyłam, że ta metoda kompletnie nie działa. Uczniowie są znudzeni. Moim zadaniem jest pokazać im, że nauka języka obcego może być przygodą. Poza tym zależało mi, by uczniowie lubili mój przedmiot. Żeby na początku roku mówili między sobą: „O, masz Barbarę, czyli lekcje będą niesamowite, nie będziesz się nudził!”.

Dziś Pani uczniowie na lekcjach rozmawiają przez Skype’a z rówieśnikami z innych krajów. Ja w szkole rozmawiałam z koleżanką z ławki, zresztą głównie po polsku, bo i tak nikt nie słyszał. Przyjemność żadna. A tu poznajemy młodych ludzi z całego świata.

Sesje przez SkypeMe! czy Google Hangouts prowadzę od sześciu lat. Bardzo mi zależało, by moi uczniowie byli w stanie spotkać się z ludźmi, którzy posługują się angielskim jako ojczystym językiem. Zaczęłam szukać kontaktów w mediach społecznościowych, m.in. przez platformę dla europejskich nauczycieli eTwinning. Ostatnio do swojej klasy zaprosiłam również ludzi z innych kontynentów, z Kanady, Australii, Jamajki. By to zorganizować, wykorzystuję narzędzia, które nie wymagają abonamentu czy subskrypcji. Wystarczy zrobić plakat w Adobe Spark czy Canvas, napisać, że szuka się rozmówców, wrzucić to na LinkedIn i po godzinie czy dwóch zawsze ktoś się odezwie. Wiadomo, że są różne strefy czasowe, więc niekiedy musimy zostać dłużej albo przyjść do szkoły wcześniej.

Młodzież się nie buntuje? Większość uczniów w Norwegii pracuje po szkole, ale jeśli uprzedzi się ich wcześniej, to są przychylni. Cała klasa nie zostaje, ale jakieś trzy czwarte tak.

Jak reagują na taką formę rozmowy? Dla młodych ona jest naturalna. Oczywiście, gdy spotykamy się na pierwszych zajęciach i mówię im, że będziemy łączyć się z ludźmi z innych kontynentów, to jest konsternacja. Niektóre osoby boją się tego kontaktu, z początku nie pokazują twarzy, zakrywają kamery w smartfonach. Najważniejsze to pokazać uczniom, że takie sesje mogą im pomóc rozwinąć kompetencje, nie tylko językowe. W przyszłości ten młody człowiek na pewno w którymś momencie życia spotka kogoś, kto nie będzie posługiwał się językiem norweskim. I będzie na ten kontakt przygotowany.

Co jeszcze można robić na lekcji, na której nie ma podręcznika? Mimo że jestem współautorką książek do nauki angielskiego, to przestałam ich używać, bo informacje w nich zawarte natychmiast się przedawniają. Nieważne, czy podręcznik ukazał się w 2000 czy 2017 roku, dość szybko jest już nieaktualny. Na moich zajęciach pracujemy więc z gazetami czy serwisami internetowymi. „New York Times”, BBC, CNN. Nie zamykamy się w naszej norweskiej wiosce. Na zajęciach nazywanych Here comes the news co tydzień omawiamy jedno wydarzenie, uznane przez uczniów za ważne. Młodzi ludzie robią też blogi, vlogi, korzystają z innych narzędzi w telefonach A potem dzielą się tym z rówieśnikami z innych krajów. Mają większą motywację, bo wiedzą, że nie tylko Barbara wystawi ocenę, ale ich praca pójdzie w świat.

Takie zajęcia pokazują, że nauka angielskiego po prostu przydaje się w życiu.

Zależy mi na tym, by na moich lekcjach uczeń rozwijał swoje pasje, niezależnie czy będzie to historia, nanotechnologia czy biologia. Jeśli mam ucznia, który interesuje się astronomią, to chcę, by również na lekcjach angielskiego skupił się na tej dziedzinie. Misją szkoły jest to, by pokazywać uczniom, w czym są dobrzy i pomagać im rozwijać swoje pasje. Zawsze swoim podopiecznym mówię, że nie jestem zainteresowana znajdowaniem tego, co im nie wychodzi. Wolę skupić się na tym, co potrafią.

W swoim nauczycielskim credo zamieszczonym w internecie pisze Pani nie tylko o samej formie lekcji. Ważne jest też to, by traktować ucznia podmiotowo, a atmosfera w klasie była demokratyczna. Sam system norweski tego ode mnie wymaga.

Uczeń jest dla mnie partnerem. Tutaj nie ma dystansu, który czułam, zwracając się w swoim liceum do nauczycieli per panie profesorze. Tu każdy – dyrektor szkoły, uczeń – zwraca się do mnie na ty.

To nietypowe.

W Norwegii bardzo typowe, w Polsce pewnie trudno to sobie wyobrazić. Podoba mi się, że tu każdy jest na tym samym poziomie.

Jak to się objawia w pracy z uczniami? Mogą zgłaszać swoje uwagi, mówią, czego chcieliby się uczyć? Gdy chcę wprowadzić coś nowego, najpierw używam programu typu Mentimeter. Tworzę kwestionariusz i na lekcji decydujemy, czy chcemy zmiany. Wkrótce będziemy pisać egzamin i uczniowie mają cztery opcje do wyboru, jak on ma wyglądać. Wysyłają też własne sugestie e-mailem czy SMS-em. Podoba mi się, że młody człowiek wykazuje zainteresowanie i wpływa na pracę nauczyciela. Poza tym w Norwegii uczeń raz w roku wypełnia dość szczegółową ankietę na temat pracy nauczyciela. Nie muszę tego robić, ale wierzę w zasadę transparentności i zawsze pokazuję swoim podopiecznym wyniki tej ankiety. Razem dyskutujemy, co możemy ulepszyć w moim nauczaniu.

Oni to doceniają, przede wszystkim swoim zaangażowaniem. Gdy zmieniłam metody pracy, zmieniło się ich nastawienie. Młodzi tworzą. Filmy, blogi, produkty i strategie ich sprzedaży. Tak przecież będzie wyglądała ich przyszłość. W Nannestad High School, w której uczę, mam cztery klasy zawodowe i trzy licealne (w Norwegii obie te szkoły są połączone, dzięki czemu młodzież ma ze sobą kontakt). Większość z moich uczniów zostanie pewnie freelancerami, a w pracy będzie się od nich oczekiwać przede wszystkim umiejętności miękkich, czyli rozwiązywania problemów, empatii, zrozumienia drugiego człowieka, tworzenia czegoś nowego.

Musimy przygotować naszych studentów na nieznaną przyszłość – to Pani słowa. Świat się zmienia, więc i system edukacji musi się przeformułować? Tu, w Norwegii wciąż można znaleźć nauczycieli, którzy pracują metodami rodem z lat 50. czy 60. Jak w czasach rewolucji przemysłowej, gdy na tej samej linii produkcyjnej tworzyło się ciągle ten sam produkt. I w ten  sam sposób traktują ucznia. Jeśli nie dojdzie do transformacji edukacji, to wszyscy odczujemy tego tragiczne skutki. To dzisiejsza młodzież kiedyś urządzi nam świat.

Pani sama może być inspiracją dla swoich uczniów. Polka mieszkająca w Norwegii, ucząca angielskiego. Już na pierwszym roku studiów wiedziałam, że bardzo chcę wyjechać za granicę.

Żeby zobaczyć inny świat czy popracować w innym niż polski systemie nauczania? Spróbować swoich sił, przekonać się, czy byłabym w stanie mieszkać w innym kraju, z dala od rodziców, przyjaciół. Zawsze czytałam dużo książek podróżniczych. Poza tym interesowałam się kulturą skandynawską, pochłaniałam twórczość tamtejszych autorów. Moi rodzice byli nauczycielami w Śląskich Technicznych Zakładach Naukowych w Katowicach. Szkoła prowadziła wymianę z liceum znajdującym się w małej miejscowości na południu Norwegii. Byliśmy tam dwa razy z wizytą. Tuż po obronie magistra wysłałam CV do kilku szkół, po angielsku, bo norweskiego jeszcze nie znałam. Odezwały się trzy. Popatrzyłam na mapę i wybrałam tę najbliżej lotniska, by z łatwością odwiedzać rodziców. Dostałam umowę na zastępstwo na dziewięć miesięcy, potem trafiłam do szkoły, w której pracuję już dziesięć lat. 10 km od najważniejszego lotniska Gardermoen.

Blisko do domu. Półtorej godziny samolotem plus 50 minut samochodem z Balic do Katowic. Nie jest źle.

Chce Pani zostać w Norwegii, czy też gdzie indziej wyobraża sobie swoją przyszłość? Czuję się globalnym obywatelem. Marzy mi państwie. Ale dziś trudno mi powiedzieć, jak będzie wyglądać moje życie za 10 czy 20 lat.

A w najbliższej przyszłości? Chciałabym mieć większy wpływ na to, co dzieje się w edukacji w Norwegii, na kształtowanie podstaw programowych. Wiele osób z tutejszego ministerstwa edukacji nigdy nie było w dzisiejszej klasie. Warto dać głos ludziom, którzy na co dzień pracują z uczniami.

Nominacja do finału konkursu Global Teacher Prize, zwanego nauczycielskim Noblem, ośmiela do snucia planów? To coś niesamowicie pozytywnego, co pokazuje, że jeśli człowiek ma jasno określony cel, dąży do jego realizacji, to wcześniej czy później ktoś to zauważy. Moje nazwisko jest znane w Norwegii z powodu innych konkursów, do których byłam nominowana. Teraz o mojej pracy usłyszano na całym świecie. To dodaje skrzydeł. •

Rozmawiała Martyna Śmigiel

Autorka jest uczestniczką projektu

Mobilni dziennikarze programu Erasmus+

Yuri Drabent. Szczęśliwy człowiek


Współtworzył agencję social media, sprzedaną później za 26 mln zł. Przebiegł Półmaraton Warszawski, ścigał się na kartingowych torach, uprawia kitesurfing i skacze ze spadochronem. A apetytu na życie nabrał podczas… studenckiej wymiany.

Yuri, kiedy to wszystko zdążyłeś zrobić?

Jestem relatywnie stary, więc jak się rozłoży to wszystko w czasie, to przestanie to robić aż takie wrażenie (śmiech). A tak poważnie, to po prostu lubię, jak się dzieje. Lubię tak wypełniać sobie czas, aby było intensywnie. Choć odkąd jestem szczęśliwym mężem i ojcem, trochę się to pozmieniało.

Kilka lat temu postawiłeś sobie za cel latanie w kostiumie wiewiórki, tzw. wingsuicie. To też się udało?

To akurat nie (śmiech). Ale fakt, był taki moment, kiedy mi na tym zależało. Zaczęło się od skakania ze spadochronem. Po raz pierwszy skoczyłem z tatą. Było o tym nawet głośno – że ojciec skacze z synem. Krótko potem postanowiłem zrobić licencję i podczas badań lekarskich okazało się, że mam wadę wzroku – nie widzę pasteli. Pokazano mi rysunek, na którym było dużo kropek i jakaś liczba w pastelowym kolorze – ja jej nie rozpoznałem. Długo byliśmy jedynym krajem, który nie dopuszczał takich osób jak ja do skoków. To nic, że jest lotnisko 10 km na 10 km i masz trafić centralnie w jeden, wielki, biały plus. Skoro nie rozpoznajesz pasteli – sorry (śmiech). Na szczęście w końcu zniesiono ten przepis i udało mi się zrobić licencję. Już wtedy zamarzyło mi się, aby zostać tą wiewiórką i latać w wingsuicie. Wyskakujesz z samolotu i szybujesz. Mnie najbardziej kręciła odmiana proximity – skaczesz na przykład ze szczytu górskiego, szybko opadasz i szybujesz nad terenem – nad wierzchołkami drzew czy niższymi szczytami. Nawiasem mówiąc, to najbardziej śmiertelny sport na świecie. Ale w międzyczasie poznałem swoją wspaniałą żonę Asię, potem urodził się nasz synek Ludwik i stwierdziłem, zupełnie naturalnie, że to jest jednak głupie (śmiech). Dlatego ograniczam się do skoków ze spadochronem, a i to robię dużo rzadziej.

W życiu prywatnym jesteś hiperaktywny, w życiu zawodowym chyba nie mniej. Możesz zdradzić, jak zakłada się firmę, która po kilku latach jest warta miliony?

(Śmiech) Myślę, że to kwestia trzech czynników. Trzeba mieć dużo szczęścia, należy włożyć w przedsięwzięcie kupę pracy i muszą ci sprzyjać warunki zewnętrzne, o których człowiek uczy się między innymi na takich uczelniach jak moja, czyli w Koźmińskim. W naszym przypadku timing był idealny. Wyobraź sobie rok 2010. Facebook dopiero wchodzi do Polski. Jeszcze chwilę wcześniej jest dostępny tylko dla amerykańskich studentów, którzy do serwisu logowali się przy użyciu swoich uczelnianych adresów e-mail. Z perspektywy roku 2018 to aż nierealne, ale tak było. W 2010 r. największym portalem była Nasza Klasa. Dziesięć czy jedenaście milionów użytkowników, ludzie z IIIg umawiali się z kolegami z IVf. I nagle przychodzi taki Facebook, nikt nie wie, z czym to się je, ale każdy czuje, że to jest duże. Nagle wszyscy chcą się tam zapisać, firmy oszalały i też chcą tam być. Przychodzi rewolucja w komunikacji, tyle że nikt jeszcze tego nie umie obsługiwać. I wtedy z kumplem z uczelni – Maćkiem Bieleckim, zakładamy agencję „Lubię to”, z kapitałem zakładowym pięć tysięcy złotych (śmiech). W sumie my też nie umieliśmy tego obsługiwać, ale cechą rynków wschodzących jest to, że ci pierwsi często nie potrafią – ale działają, czasem po omacku. A potem patrzą, co będzie się działo. My, dzięki studiowaniu w Koźmińskim, mieliśmy super sieć kontaktów, przez co wkręcaliśmy się na spotkania, na których mówiłem: „Ja wam zrobię fejsa najlepiej w Polsce”. I co te biedne firmy miały robić? Nie mogły tego zweryfikować w żaden sposób. Mogły mi uwierzyć albo nie. Więc wierzyły i wyszło super. Były identyczne firmy, które powstały pół roku wcześniej – tylko że to było za wcześnie, i takie, które powstawały pół roku czy rok po nas – a to było już za późno. My ten rynek zagarnęliśmy.

Jak zdobywaliście kolejne kontrakty?

Wiesz, obietnica mediów społecznościowych jest seksowna. To sprzedawanie historii, opowieści, emocji. Jak się uda, to przełoży się to na wymierne efekty sprzedażowe. Czyli ja opowiadam w imieniu twojej marki ładną historię, a ty w następnym kwartale więcej sprzedajesz. I teraz kontrowersyjna teza, ale ja się z nią zgadzam: tu nie trzeba było mieć szczególnych umiejętności, po prostu sprzedawaliśmy historie. Wtedy to my ustalaliśmy, jak się to robi. To była mieszanka bezczelności i wiary we własne możliwości. Nie znając się na tym, siadaliśmy z rosnącą grupą współpracowników i zastanawialiśmy się – gdyby Nivea była postacią, to jaką? Co by mówiła na Facebooku? A może to i to? O, podoba się, robimy to. Wszystko było oddolne, żywiołowe, spontaniczne, robiliśmy to, co myśleliśmy, że trzeba robić, a potem rynek to weryfikował i faktycznie okazało się, że mieliśmy dobrą strategię. Czuliśmy trochę media, bo mieliśmy przewagę pokoleniową nad tymi, którzy te usługi kupowali. Reasumując, to wszystko było w miarę łatwe.

Co się robi, jak się ma 34 lata i taki sukces za sobą? Co się planuje?

Aktualnie niewiele. Zwolniłem. Jak poznałem żonę, miałem 30 lat, ona 29. Od początku zakładaliśmy, że teraz mamy życie 1.0. Pracujemy na maksa i zarabiamy, aby potem odciąć to czerwoną kreską i zacząć życie 2.0. Na czym ono ma polegać, nie wiemy. Może kitesurfing w najlepszych miejscówkach świata? A może nie? Czas pokaże. Życie daje dużo możliwości. Można podróżować, pomagać innym, robić kupę fajnych rzeczy.

Wspomniałeś, że studia w Koźmińskim i networking były ważnymi elementami w kreowaniu firmy. Wiem też, że podczas studiów byłeś na wymianie.

Jestem tak wielkim orędownikiem wymian, jakim tylko można być. Jako nastolatek miałem dużo możliwości, rodzice wypychali mnie z domu, proponując ukończenie szkoły średniej w Anglii czy USA. Powtarzali: jedź, jedź, jedź! A ja miałem swoją ławkę, kiosk, ekipę, z którą nadal jestem zżyty, i wołami od ławki nie dawałem się odciągnąć. Niemalże siłą rodzice wypchnęli mnie na kurs językowy do Londynu. Miałem wtedy 18 lat i to mi otworzyło oczy. Wow, a więc to jest Świat! To mnie zmieniło. Gdy rozpocząłem studia, wziąłem udział w rekrutacji na wymianę i wybrałem najbardziej egzotyczny kierunek, jaki wtedy proponowano – Singapur. Tych kilka miesięcy to był time of my life.

Wymiana otworzyła mi oczy i głowę – kulturowo i biznesowo. Był tygiel kulturowy, wymiana idei, pomysłów, planów. Z wymiany wraca się z nowymi pomysłami, z nową energią, z perspektywą zmian. Im dalej pojedziesz, tym lepiej. Im egzotyczniej będzie, tym bardziej będziesz w stanie spojrzeć na Polskę w skali makro – ile znaczy w Europie, ile znaczy Europa w odniesieniu do innych kontynentów. Do dzisiaj mam grupę serdecznych przyjaciół, których poznałem właśnie na wymianie jedenaście lat temu! Wszyscy mamy już rodziny, każdy ma jakieś zobowiązania zawodowe, ale co roku się spotykamy. Istnieje mnóstwo banałów, które są w tej swojej banalności prawdziwe, jak ten, że podróże kształcą, a życie jest jak książka – ci, którzy nie podróżują, czytają jedynie pierwszą stronę (śmiech). Ale to jest po prostu prawda. Im młodszy będziesz, kiedy to zrozumiesz, tym dłużej to będzie procentować w twoim życiu.

Moim zdaniem wymiana powinna być obowiązkowym elementem studiów. Takich doświadczeń nie da się opowiedzieć. A sam okres wymiany był na tyle szczególny, że po licencjacie zdecydowałem się na gap year przed podjęciem magisterki. Udałem się do Szanghaju – pojechałem na praktyki i dodatkowo uczyłem się chińskiego na tamtejszym uniwersytecie. Szanghaj otworzył mi jeszcze bardziej oczy i dał energię, dokładnie tak samo, jak Singapur. Do tego stopnia cię taki wyjazd zmienia, że kiedy po kilku miesiącach życia w takim dużym mieście zbliżasz się do lądowania, spoglądasz przez okno na Warszawę i myślisz: Co to jest…? Co tu się stało…? Czemu to wszystko takie powolne, ospałe, gdzie ta energia? To, co jest absolutnie piękne, to to, że wracasz i masz siatkę kontaktów absolutnie na całym świecie.

Co jest na Twojej obecnej bucket list?

Wbrew pozorom moja lista się nie zdezaktualizowała. Po prostu dostosowuje się do czasów. Latanie w kostiumie wiewiórki jest najlepszym przykładem. Chciałem to zrobić, ale też chciałem mieć rodzinę. Teraz ją mam i wiewiórka już mnie nie kręci.

To czego można Ci życzyć na przyszłość?

Czasu i zdrowia. Resztę ogarnę. I może tego, abym mógł rozpocząć z bliskimi moje życie 2.0. Cóż mogę powiedzieć na zakończenie… Lubię to!

Rozmawiała Marzena Indra

Fot. Krzysztof Pacholak

Podróż za jeden projekt


– Dzięki wyjazdom na Erasmusa oraz Wolontariat Europejski moje życie wygląda zupełnie inaczej. To podczas tych podróży nauczyłam się kultury dyskusji – mówi Natalia Skoczylas, aktywistka, dziennikarka i podróżniczka.

Podobno jesteś nadpobudliwa ruchowo i intelektualnie…

Tak mówią (śmiech). Skończyłam politologię na Uniwersytecie Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie. Studiowałam też filologię niderlandzką na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim i socjologię na Uniwersytecie Śląskim, ale żadnego z tych kierunków nie ukończyłam, bo wyjechałam.

Na Erasmusa?

Tak. To było na trzecim roku studiów. Pamiętam dzień, w którym szłam uczelnianym korytarzem i zobaczyłam na tablicy ogłoszenie o naborze. Spojrzałam na listę dostępnych krajów: Hiszpania, Czechy, Francja, Włochy, Niemcy i Islandia. Ten ostatni szczególnie mnie zainteresował, bo od 18. roku życia jestem dziennikarką muzyczną, a Islandia to jedno z tych państw, w których funkcjonuje fantastyczna scena muzyczna. Wiele zespołów stamtąd uwielbiam i słucham ich od lat. Poszłam na rozmowę kwalifikacyjną. Były dwa miejsca na wyjazd do Islandii i dwie chętne osoby, więc żadnej konkurencji. Reszta chciała jechać do Pragi albo gdzieś do Hiszpanii. Zupełnie nie wiem, dlaczego.

Jak przygotowywałaś się do wyjazdu?

Islandia to kraj, którego nie znał prawie nikt z moich znajomych, więc trudno było zasięgnąć wiedzy (śmiech). Miałam jednak szczęście, bo na wyspie mieszkała siostra koleżanki, z którą w tamtym czasie pracowałam w radiu. Podpytałam ją tylko o podstawowe rzeczy, a później spakowałam walizkę i pojechałam.

Jakie były Twoje pierwsze wrażenia po przyjeździe?

Reykjavik jest pięknym, ale malutkim miastem. Myślę, że gdybym teraz tam wyjechała, to miałabym inne odczucia niż wtedy. To było pierwsze miejsce za granicą, w którym mieszkałam. Nie miałam jeszcze wtedy porównania. Islandia była dla mnie egzotyczna. Niesamowite morze, zupełnie inna przyroda, płaski krajobraz ze skałami, żadnych drzew, tylko gejzery, wodospady, lodowce. To wszystko było magiczne i zupełnie inne niż to, co się widzi w Europie.

Tamtejszy uniwersytet okazał się naprawdę świetny. Miałam wolną rękę przy wyborze przedmiotów. Mogłam studiować rzeczy trochę mniej związane z programem, który miałabym w tym samym czasie na UMCS w Lublinie. Wybrałam socjologię, a konkretnie teorię i praktykę ruchów społecznych. W mojej grupie było wielu Niemców. Wtedy po raz pierwszy zobaczyłam na własne oczy, jak wygląda kultura rozmowy. Na zajęcia mieliśmy zadane konkretne lektury do przeczytania i całe półtorej godziny dyskutowaliśmy. Niemcy są bardzo zaangażowani: potrafią protestować, mają dobrze rozwinięte i świadome społeczeństwo obywatelskie. To było doświadczenie, które mnie uformowało.

Czułaś, że rozwijasz się naukowo?

Bardzo. Miałam zajęcia o metropoliach z kanadyjskim profesorem, który zaraził mnie pasją do tego zagadnienia. Postanowiłam napisać pracę magisterską o Berlinie. Nie pamiętam, dlaczego wybrałam akurat to miasto. Gdy po powrocie powiedziałam o tym mojemu promotorowi z UMCS – który jest jedną z najbardziej otwartych i ciekawych osób, jakie znam – stwierdził, że skoro chcę pisać o stolicy Niemiec, to powinnam tam pomieszkać. Pojechałam autostopem. Miał być tydzień, a skończyło się na miesięcznym pobycie. Mieszkałam kątem u znajomych, jeździłam na rowerze, eksplorowałam miasto i pisałam.

Wyjazdy do Islandii i Niemiec obudziły w Tobie podróżniczkę?

Po obronie pracy magisterskiej pojawiło się pytanie, co robić dalej. Pomyślałam: „Skończyłaś politologię na UMCS-ie, będzie ciekawie” (śmiech). Pojechałam na koncert do Krakowa i spotkałam kolegę, który podsunął mi broszurę na temat Wolontariatu Europejskiego (EVS) i poradził: „Jak nie wiesz, co zrobić z życiem, to tutaj masz podpowiedź”. Rzuciłam więc drugie studia i pojechałam na wolontariat do Włoch. Mieszkałam tam dziewięć miesięcy. W międzyczasie dostałam się na doktorat na UMCS. Zapytałam mojego profesora, czy chce, żebym została jego doktorantką. Odpowiedział, że tak, ale jednocześnie wie o moim intelektualnym ADHD i daje głowę, że za rok zadzwonię do niego z informacją, że jestem w Brazylii. I co on wtedy ze mną zrobi? I tak się stało, ale nie była to Brazylia. Doktorat rzucałam z Paryża.

Ale zanim to zrobiłaś, był jeszcze staż, czyli Erasmus Internship…

…w Słowenii. Mieszkałam tam sześć miesięcy i pracowałam dla Muzeum Architektury i Designu. Później był kolejny projekt – w ramach programu „Młodzież w działaniu”, który umożliwiał wyjazdy młodym ludziom pracującym w organizacjach pozarządowych. Właśnie wtedy wyjechałam do Paryża. Pracowałam tam zdalnie dla brukselskiej organizacji EdgeRyders, z którą związałam się jeszcze podczas mojego EVS-u we Włoszech. Dzięki niej w 2015 r. wyjechałam do Nepalu, gdzie przez kilka miesięcy byłam konsultantką ONZ.

I gdzie przeżyłaś trzęsienie ziemi.

Drobny incydent (śmiech). Po powrocie pojechałam na tygodniowy trening na Cypr z programu Erasmus+. Poznałam tam mojego chłopaka i zamieszkałam razem z nim po tureckiej stronie wyspy. Cały czas pracowałam zdalnie dla EdgeRyders: opisywałam historie aktywistów, pomagałam organizować wydarzenia, pisałam wnioski o kolejne projekty. Kilka miesięcy temu dostałam stypendium w Indonezji i teraz wykładam na uniwersytecie we wschodniej Jawie. Uczę tam urban politics i wprowadzenia do nauki o rządzeniu. To prywatna uczelnia muzułmańska, więc większy nacisk położony jest np. na ubiór niż na uczenie. Indonezyjczycy są kolektywni, nie ma tam indywidualizmu i krytycznego myślenia. Jest za to dużo patriotyzmu i jawajskocentryzmu, co na archipelagu składającym się z 17 tys. wysp, tysięcy języków i setek kultur jest problematyczne.

Wróćmy więc do Polski – jak myślisz, dlaczego wielu naszych studentów nie chce wyjeżdżać na Erasmusa?

Trudno mi oceniać, bo większość osób, które ja poznaję, to podróżujący, stypendyści, aktywiści… Może ludzie, zupełnie niesłusznie, nie widzą wartości w takich wyjazdach? Nie rozumieją, co mogłyby im dać. W ciągu pięciu lat moich studiów tylko dwie osoby – ja i jeden z kolegów – wyjechały na Erasmusa. Ze 150 osób tylko dwie skorzystały z tego programu. Powodem mogą być stosunkowo niskie stypendia i bariera językowa. Młodzi nie chcą podejmować ryzyka.

Dlaczego warto wyjechać?

Mnie wyjazdy otworzyły na mnóstwo nowych rzeczy. To był przełom. Moje życie wygląda dziś zupełnie inaczej właśnie dlatego, że wyjechałam na pierwszego Erasmusa do Islandii. Wtedy uformowały się moje naukowe zainteresowania. Znalazłam coś nowego, świeżego, bardzo ciekawego. Nauczyłam się kultury dyskusji, o czym już mówiłam. Zobaczyłam, w jak odmienny sposób ludzie są edukowani w innych krajach.

W którym z nich najwięcej się nauczyłaś?

Nie da się tego ocenić. Mieszkanie w Azji jest ciekawe, zupełnie inne od życia w Europie. Podczas pobytu w sześciu krajach Starego Kontynentu wiedziałam, czego się spodziewać, jak się przemieszczać, było dużo łatwiej niż tutaj. W Azji widzisz biedę, której nie potrafiłabyś sobie wyobrazić. To odciska piętno, zmienia sposób myślenia o świecie. Poznajesz zupełnie inną kulturę: nieznane religie, tradycje. To poszerza horyzonty. Pozwala wyjść z własnych ograniczeń małego świata, w którym często żyjemy.

Jak szukać projektów umożliwiających wyjazd za granicę?

Najlepiej zacząć od wolontariatu. Przed 30. rokiem życia praktycznie każdy może wyjechać i spotkać innych młodych ludzi, którzy podpowiedzą, co innego jest jeszcze „do zdobycia”. Warto zaglądać też na grupy na Facebooku, strony Eduactive, Youth i programu Erasmus+.

Co po powrocie z Indonezji? Jakie są Twoje plany?

Jeszcze nie wiem (śmiech). Na pewno dalej będę współpracować z moją organizacją z Brukseli. Zahaczę się w Berlinie, gdzie obecnie mieszka mój chłopak. Poza tym już rozglądam się, gdzie by pojechać. Jest kilka opcji. Muszę zmienić kontynent. Czas na Afrykę albo Amerykę Południową. Jest szansa na wyjazd do Etiopii i pracę w parku narodowym.

Czy kiedyś w ogóle osiądziesz w jednym kraju?

Po cichu mam nadzieję, że nigdy nie będzie to konieczne. Zbieram pieniądze, żeby kupić dom, swoje miejsce gdzieś nad morzem, w ciepłym regionie, np. w Ameryce Południowej. Będę mogła surfować i prowadzić hostel. Najlepiej w kooperatywie – z kilkorgiem znajomych, żebyśmy nie musieli być tam cały czas. Podzielimy się dyżurami. Przez resztę roku będę mogła podróżować.

Rozmawiała Martyna Słowik
Fot. archiwum prywatne

Wycisnąć cytrynę do końca


– Do wyjazdu namawiała mnie mama, mówiąc, że taka okazja może się już nie powtórzyć. Myliła się! – wspomina Mateusz Rybarczyk, student Politechniki Koszalińskiej, laureat konkursu na plakat z okazji 30-lecia programu Erasmus.

Mateuszu, gratuluję sukcesu.

Bardzo dziękuję! To dla mnie ogromne wyróżnienie i pierwsza tak prestiżowa wygrana.

Skąd wziął się pomysł na udział w konkursie?

O konkursie dowiedziałem się z internetu. Profesor Monika Zawierowska-Łozińska, wykładająca komunikację wizualną w Instytucie Wzornictwa Politechniki Koszalińskiej, zamieściła informację o tym na Facebooku. A ponieważ jestem stypendystą Erasmusa, idea konkursu była mi bardziej niż bliska.

A jak to się stało, że wyjechałeś na Erasmusa?

O możliwości wzięcia udziału w programie po raz pierwszy usłyszałem, gdy miałem 19 lat i byłem na pierwszym roku studiów. Przyznam, że nie sądziłem, abym miał duże szanse na wyjazd. Bałem się, że to starsi koledzy kończący studia mogą mieć pierwszeństwo. Wybór miejsca, do którego chciałem wyjechać na pół roku, był szybki. Zakładałem, że ma być inaczej niż w Polsce, abym mógł zakosztować innej rzeczywistości. Zdecydowałem się więc na Lizbonę. Kiedy okazało się, że zostałem zakwalifikowany, byłem szczęśliwy. Później przyszedł moment zwątpienia – czy to aby na pewno dla mnie, ale wtedy mocno wsparła mnie moja mama. Namawiała do wyjazdu, tłumacząc, że druga taka szansa może się nie powtórzyć. Myliła się.

?

Nie miała racji, że taka okazja się nie powtórzy. Właśnie wróciłem z czwartego wyjazdu w ramach programu Erasmus+ (śmiech).

Którego?

Czwartego! (śmiech). Czasem sam nie wierzę w to, ile przeżyłem dzięki udziałowi w programie, w to, jakim stałem się człowiekiem. Kiedyś byłem chłopakiem, który usiadłby i się rozpłakał, gdyby zginęła mu walizka na lotnisku. Dzisiaj jestem o wiele dojrzalszy, bogatszy o wiele doświadczeń – zarówno tych dobrych, jak i gorszych, które jednak pozwoliły mi się rozwinąć. Potrafię doskonale poradzić sobie z większymi problemami niż zagubiona walizka (śmiech).

Miło to słyszeć, szczególnie że dokładnie takie są założenia programu. Pozwól, że zapytam więc, gdzie byłeś i co robiłeś?

Po raz pierwszy wyjechałem do Lizbony, na wymianę studencką. Po powrocie pomyślałem, że jeśli tylko się uda, to będę aplikował o kolejną szansę. I właściwie głównym powodem, dla którego rozpocząłem uzupełniające studia magisterskie była chęć ponownego wyjazdu na studia za granicę. Tym razem udało mi się odbyć ich część na partnerskiej uczelni w Palermo. Po powrocie okazało się, że w ramach Erasmusa studenci mogą ubiegać się o stypendium na realizację praktyk zagranicznych. Tak więc mój trzeci i czwarty wyjazd – do Malagi, z którego wróciłem w sierpniu – poświęciłem na zdobywanie doświadczenia w biurze projektowym.

Erasmus to spory kawałek Twojego życia.

Program pozwolił mi rozwinąć skrzydła, dał szansę na lepsze poznanie siebie, nie wspominając już o samej możliwości nauki na zagranicznych uczelniach czy zdobyciu doświadczenia zawodowego. I właśnie dlatego, że Erasmus jest dla mnie tak ważny, wziąłem udział w konkursie na plakat. A że dla mnie jednym z najważniejszych momentów każdego wyjazdu jest czas spędzony na lotnisku, na plakacie są walizki. I skoro to trzydzieste urodziny programu, nie mogło zabraknąć urodzinowego tortu (śmiech).

Jakie masz plany na przyszłość?

Erasmus 5.0 (śmiech). Planuję kolejny, ale ostatni już staż w ramach programu Erasmus+. Skoro mam możliwość, to chcę tę cytrynę wycisnąć do końca!

Rozmawiała Marzena Indra

Fot. Augustyna Grzybowska

Zwycięski plakat Mateusza Rybarczyka w konkursie z okazji 30-lecia programu Erasmus

Podróżnik przy tablicy


Rozmowa z Rafałem Mazurem, Ambasadorem programu Erasmus+, 35-letnim doktorem literaturoznawstwa z Rzeszowa. Pasjonuje go poznawanie innych kultur i nauka języków obcych. W tym roku postanowił sięgnąć dna…

Panie Rafale, dna?

Tak! Postanowiłem, by raz w roku zwiedzić stolicę jakiegoś państwa. W tym roku będzie to Nikozja, a tam można spróbować chodzenia po dnie morza. Więc sięgnę dna, w dodatku wyglądając jak pszczelarz, z racji kombinezonu, który trzeba przy tej okazji założyć. Uwielbiam poznawać obce kultury, innych ludzi. Gdybym nie był nauczycielem, zostałbym podróżnikiem!

Doskonale wpisuje się to w ideę programu Erasmus+.

Erasmus łączy wszystko to, co lubię: możliwość uczenia się, podróżowania, posługiwania się obcym językiem, poznawania innych ludzi… A przede wszystkim pozwala realizować się zawodowo. Kiedy go odkryłem, uznałem, że to inicjatywa dla mnie.

Dokąd Pan dotarł w ramach Erasmusa?

Za pierwszym razem wyjechałem do Lizbony, gdzie prowadziłem zajęcia z kultury Polski, miałem wykłady z poezji Szymborskiej oraz zajęcia z języka polskiego dla początkujących. Za drugim razem miałem szansę prowadzić zajęcia w szkole o profilu turystycznym w Saragossie, również z języka polskiego i z kultury polskiej. Obydwa wyjazdy były niesamowite.

Stąd pomysł na udział w konkursie na Ambasadora?

Jestem typem człowieka, który potrzebuje zmiany, aby co jakiś czas nowy projekt wyrzucił mnie z bieżących torów myślowych. Więc kiedy znalazłem ogłoszenie w internecie, pomyślałem: czemu nie, najwyżej nic się nie wydarzy.

I wygrał Pan!

Tak, przyznam, że się tego nie spodziewałem. I teraz już wiem, że tym bardziej Erasmusa+ nigdy nie opuszczę… (śmiech).

Fot. archiwum autora