Potrzebny przyjaciel


Może tegoroczni erasmusowcy nie wrócą do domów z setką nowych znajomych, ale za to poznają kilka osób, z którymi będą mieli kontakt na całe życie – mówi Pola Plaskota, przewodnicząca Erasmus Student Network Polska

Czy na polskich uczelniach są teraz erasmusowcy?
Nie na wszystkich, ale są. W wakacje robiliśmy badanie na ten temat. Prosiliśmy sekcje ESN działające przy największych uczelniach w całej Polsce, by ustaliły ze swoimi biurami wymiany, ilu erasmusowców przyjedzie na ten semestr i czy w ogóle jacyś się pojawią. Z kilku uczelni dostaliśmy odpowiedź, że wymiany studenckie są całkowicie wstrzymane, ale większość sekcji przekazała informację, że erasmusowcy przyjadą. Miało być ich mniej, ale mieli się pojawić – na uczelniach, na których zwykle było 300 studentów z wymiany, teraz spodziewano się np. 50. Te dane dodatkowo zweryfikowało życie. Większość uczelni prowadzi teraz nauczanie hybrydowe lub całkowicie online, więc nie wszyscy erasmusowcy ostatecznie zdecydowali się
na przyjazd.

Można pomyśleć: nic dziwnego. No bo co ich tu czeka? Siedzenie przed komputerem?
Mimo wszystko jako ESN mamy za zadanie pomóc przyjeżdżającym do Polski osobom, zaopiekować się nimi i zapewnić atrakcje. Co roku każda z sekcji na początku października organizuje tzw. orientation week. To tydzień, który przybliża zagranicznym studentom zasady roku akademickiego, ale też codziennego życia w obcym kraju. W tym roku sekcje również organizowały tydzień wprowadzający, ale w wydaniu hybrydowym, bo najważniejsze dla nas jest bezpieczeństwo zarówno studentów, jak i naszych wolontariuszy. W niektórych miastach, tam gdzie uczelnie wyraziły na to zgodę, odbywały się tradycyjne spotkania, zwykle na wolnym powietrzu, np. wspólne zbieranie grzybów czy gry miejskie. Większość wydarzeń miała jednak miejsce online. Robiono wirtualne spacery po miastach, integracje, wspólne oglądanie filmów przez internet, quizy. Mimo że przed komputerem, erasmusowcy i tak mieli możliwość poznania nawzajem siebie, naszych wolontariuszy oraz nabrania do nas zaufania.

Jak teraz wygląda wasze wsparcie dla studentów z zagranicy?
Wciąż organizowane są wydarzenia, ale ze względu na restrykcje żadne nie odbywają się stacjonarnie. Najważniejsze jest przekazywanie aktualnych informacji, by erasmusowcy wiedzieli, co się dzieje w kraju. Robimy serię infografik związanych z pandemią. Gdy wchodzą nowe obostrzenia, przygotowujemy informacje dla erasmusowców, bo Ministerstwo Zdrowia publikuje je w języku angielskim z opóźnieniem. Chcemy, by wszyscy byli na bieżąco i czuli się bezpiecznie.

Erasmus to nie tylko nauka, ale też poznawanie ludzi i chodzenie na imprezy. Bez tego da się przekonać młodych do korzystania z programu?
Przyjazd do innego kraju zawsze jest ogromną wartością. Sama możliwość uczenia się na innym uniwersytecie to fantastyczna sprawa. I nawet jeśli odbywa się online, i tak otwiera nowe perspektywy. A kontakt z innymi? Szczęśliwie tegoroczni erasmusowcy zdążyli się jeszcze poznać na początku października, gdy sytuacja epidemiczna była bezpieczniejsza. Wiele osób mieszka razem, wprowadziło się do tych samych akademików, więc mają ze sobą kontakt. Z pewnością nie jest już tak łatwo nawiązać relacje, ale z drugiej strony mówi się, że to właśnie w najtrudniejszych czasach poznajemy najlepszych przyjaciół. Może tegoroczni erasmusowcy nie wrócą do swoich krajów z setką nowych znajomych, ale jestem pewna, że mogą poznać chociaż kilka osób, z którymi będą mieli kontakt na całe życie.

Mentorzy, czyli polscy opiekunowie zagranicznych studentów, działają mimo pandemii?
Tak. Mentor to program, do którego mogą dołączyć nie tylko członkowie ESN, ale każdy polski student. Mentorzy odpowiadają za pierwszy kontakt z erasmusowcami, często odbierają ich już z lotniska, pomagają znaleźć mieszkanie, umówić wizytę u lekarza, załatwić formalności na uczelni. Mnie samej zdarzyło się oglądać mieszkanie i sprawdzać panujące w nim warunki dla kogoś, kto jeszcze nie przyjechał do Polski. W trakcie semestru mentorzy i erasmusowcy zwykle dalej spotykają się, spędzają wspólnie czas. Wiemy, że nasi mentorzy mimo pandemii utrzymują kontakt z podopiecznymi.

W tym roku zostałaś przewodniczącą ESN. Co ci daje praca w organizacji?
Studiuję biotechnologię na Politechnice Warszawskiej. To mało społeczny kierunek. ESN daje mi możliwość spróbowania nowych rzeczy, wzmacnia poczucie własnej wartości. Gdy
podejmowałam decyzję o kandydowaniu na przewodniczącą, myślałam przede wszystkim o tym, że dzięki tej funkcji będę miała okazję poznać nowych ludzi, podglądać to, co robią, inspirować się nimi i szukać własnej ścieżki. Wkrótce chciałabym zacząć pracować zawodowo, ale jestem pewna, że organizacja szybko z głowy mi nie wyjdzie.

Swoją przyszłość zawodową wiążesz z biotechnologią czy raczej z działaniami społecznymi?
To trudne pytanie. W tym roku będę pisać pracę inżynierską i będę musiała podjąć decyzję, co dalej. ESN z pewnością pokazało mi, że kontakt z innymi jest dla mnie najważniejszy. Raczej nie pójdę więc w stronę biotechnologii, zwłaszcza w formie pracy w laboratorium. Brakowałoby mi w nim ludzi.

Zdjęcie: Szymon Łaszewski

Otworzyłem się na świat


Bez wolontariatu we Włoszech nie byłoby późniejszej wyprawy na K2 ani Nanga Parbat. O wyjeździe, który pomógł mu zawalczyć o siebie, opowiada Robert Jałocha, dziennikarz, wieloletni reporter TVN 24, Faktów TVN i TVP

Wszystko zaczęło się od sześciomiesięcznego pobytu w Sienie w ramach Wolontariatu Europejskiego (dziś Europejski Korpus Solidarności). Co pan tam robił?
Pracowałem w urzędzie miasta, w dziale, który zajmował się głównie projektami dla dzieci i młodzieży. Były dwie opcje: praca z nastolatkami z trudnych rodzin albo z dziećmi autystycznymi. Przydzielono mi to drugie zadanie. Trafiłem do przedszkola z trójką autystycznych chłopców. Miałem się nimi opiekować i być swego rodzaju animatorem. Chociaż od tamtego czasu minęło 15 lat, świetnie wszystko pamiętam, nawet imiona tych moich dzieciaków: Marco, Giulio i Lorenzo.

Pomysł, by zajmować się dziećmi autystycznymi, był więc dziełem przypadku?
Tak. W tamtym okresie nie wiedziałem nawet, czym jest autyzm. Miałem 23 lata. Pierwsze spotkanie z podopiecznymi było poruszające: pamiętam, że jeden z nich – Marco – płakał. Nie, on właściwie krzyczał i uciekał na drugi koniec pokoju. Nie rozumiałem, o co chodzi. Myślałem, że opieka nad takim dzieckiem jest niemożliwa. Wtedy nie miałem pojęcia, jak się zajmować dziećmi w ogóle, a już na pewno tak wymagającymi. Bałem się, że mógłbym je skrzywdzić. Dopiero później zrozumiałem, że autystyczne dzieci mogą tak reagować. Wiele dowiedziałem się z forum rodziców dzieci ze spektrum autyzmu. Choć w przedszkolu pracowałem krótko, udało mi się wytworzyć więź z podopiecznymi. Kiedy się z nimi żegnałem, Marco nie chciał puścić mojej ręki. Tak, ten sam Marco, który kilka miesięcy wcześniej nie chciał się nawet przywitać. Myślę, że w pracy pomogło mi to, że zawsze lubiłem dzieci i dobrze się z nimi dogadywałem. Moje najlepsze materiały reporterskie to te, w których bohaterami są właśnie ci najmłodsi.

Utrzymywał pan później kontakt z podopiecznymi?
Niestety nie, ale do dziś czasem o nich myślę. Zastanawiam się, jak sobie radzą. Z perspektywy czasu praca w tym przedszkolu była dla mnie cennym doświadczeniem. Zauważyłem, że łatwiej jest mi rozmawiać na trudne tematy. Nawet zrobiłem kilka reportaży o dzieciach autystycznych, w tym – niedawno – o grupie, która się wspina. Pamiętam, jak wychowawcy mnie ostrzegali, że taki materiał może być trudny do zrealizowania. Przygotowałem na to moich operatorów, ale sam wiedziałem już, czego się mogę spodziewać.

Jak to się stało, że w ogóle zainteresował się pan wolontariatem?
Z tematem zetknąłem się po raz pierwszy w 2005 roku. Byłem wtedy na stażu w biurze prasowym Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej. W tym okresie poznałem Agnieszkę Bielską [obecna koordynatorka Zespołu EKS-u – przyp. red.], która opowiadała mi, jaki potencjał ma wolontariat. Zastanawiałem się, który kraj wybrać. Nie zabrzmi to pewnie zbyt poważnie, ale mieszkałem wtedy w akademiku z Albańczykiem, który uwielbiał nucić włoskie piosenki. Nie jakieś tam hity Erosa Ramazzottiego, tylko klasyki, które śpiewają Włosi. No i jak tak sobie razem podśpiewywaliśmy, pomyślałem: może do tych Włoch bym pojechał.

Czyli z Włochami to też był spontan?
No tak. Umiałem wtedy powiedzieć dwa zdania po włosku: Dove la banca? [pol. Gdzie jest bank?] i Gdzie jest męska toaleta? plus Pronto. Języka uczyłem się na miejscu.

Zdecydował się pan na wyjazd mimo bariery językowej. Zostawił pan pracę i studia…
Bo stwierdziłem, że praca pracą, a studia studiami. Widziałem w wyjeździe potencjał. Szukałem doświadczeń, które mnie wzmocnią. Chciałem rozwinąć nowe kompetencje. Takie pozauczelniane.
O wyjeździe zadecydował też fakt, że przed wolontariatem za granicą byłem raptem dwa razy. Pierwszy raz w wieku 21 lat, w Amsterdamie, dokąd zabrała mnie dziewczyna, i później w Mediolanie, po tym jak już zdecydowałem się na wyjazd do Włoch. Poleciałem na trzy dni, żeby zobaczyć, jak tam jest. Spałem w koszmarnym hostelu za 5 euro. Ale jest co wspominać, bo przy okazji wyjazdu odwiedziłem piłkarską świątynię – stadion San Siro. W towarzystwie 80 tysięcy kibiców nauczyłem się pierwszego włoskiego przekleństwa.
Sam wyjazd na wolontariat na pewno pozwolił mi też pozbyć się kilku kompleksów: np. że jestem ze Śląska, z Siemianowic, że godom po śląsku. Dzisiaj jestem dumny
ze swojego pochodzenia. Pobyt w toskańskiej Sienie uświadomił mi, jak pięknie można pielęgnować kulturę, jakim jest ona atutem. I to nawet jeżeli pochodzi się z małego miasteczka.

Jak dawał pan sobie radę w obcym kraju?
Niestety, od początku musiałem sobie radzić sam, bo trafiłem na liderkę projektu, która niespecjalnie interesowała się wolontariuszami. Nigdy nie zaprosiła nas nawet na symboliczne espresso. Taka urzędniczka, która raczej patrzy na zegarek, niż inspiruje do działania. Wystawiłem jej później negatywną opinię, bo oczekiwaliśmy od niej innej postawy. Dobrze, gdyby liderka służyła radą w odkrywaniu nowego miejsca. A ona nie potrafiła nam nawet załatwić kart na stołówkę. Wieczorem gotowaliśmy więc sobie sami. Przełamałem wtedy swoją niechęć do makaronu. Teraz penne z cukinią i sosem czosnkowym jest moją specjalnością.
Ta liderka zostawiła nas w pewnym momencie na lodzie. Kazała nam się wyprowadzić z mieszkania, bo zaprosiliśmy koleżankę z Polski. Nie zrobiliśmy żadnej imprezy, tylko siedzieliśmy w ogrodzie, popijając wodę, i uczyliśmy się włoskiego. Kolejne lokum, pewnie za karę, załatwiła nam… w klasztorze. Tam spędziłem najgorszą zimę swojego życia. Nawet pod K2 nie zmarzłem tak bardzo jak w tych klasztornych murach.
Mam nadzieję, że znalazł się ktoś, kto okazał się bardziej pomocny?
Miałem znajomych z różnych części Włoch. To oni tłumaczyli mi, że sieneńczycy są raczej zamknięci w sobie i lubią zadzierać nosa. Złapałem też dobry kontakt z moją profesorką włoskiego. I mamy go do dziś, ona często komentuje mi zdjęcia na Facebooku: Troppo bello, Roberto! To właśnie na uniwersytecie poznałem fajnych ludzi. Szybko nauczyłem się włoskiego, bo miałem potrzebę rozmów.

Mam wrażenie, że wolontariat mocno zaważył na pana życiu.
Ukształtował mnie jako człowieka i reportera. To dzięki pobytowi we Włoszech częściowo pozbyłem się kompleksów dotyczących swojego pochodzenia i braku obycia w świecie. Uznałem, że nie ma dla mnie granic, bo wyjechałem bez znajomości języka i dałem sobie radę. Dziś wiem, że poradzę sobie w każdej sytuacji. To doświadczenie
na pewno pozwoliło mi też uwierzyć w siebie. Otworzyłem się na świat. Ten świat się do mnie zbliżył. Dlatego nie boję się trudnych projektów. Jestem przekonany, że bez wolontariatu nie byłoby np. wyprawy na K2 i Nanga Parbat. Nikt mi tego nie zaproponował. Sam wybłagałem w redakcji zgodę na dołączenie do ekspedycji. Taki wtedy postawiłem sobie cel i konsekwentnie o niego walczyłem.
Poza tym przebojowość przed wyjazdem, w skali od 1 do 10, miałem zaledwie na 3, a po powrocie dałbym już sobie 12. Pobyt we Włoszech bardzo mnie wzmocnił. To tam poznałem ludzi z całego świata, którzy byli ciekawi tego mojego. Przez jakiś czas spotykałem się nawet z dziewczyną z Australii. Pomyślałem: skoro chłopak z Siemianowic może poderwać dziewczynę z Melbourne,
to znaczy, że ten chłopak nie jest gorszy od przystojnych Włochów ze Sieny. Że musi mieć coś ciekawego do powiedzenia. Wtedy zdałem sobie sprawę, że można znać pięć języków i w żadnym nie mieć nic do powiedzenia. Ja znałem włoski słabo, ale miałem tyle do opowiedzenia, że świetnie potrafiłem się komunikować.

Jak zatem wyciągnąć dla siebie z wolontariatu jak najwięcej?
Ja popełniłem błąd, bo niedostatecznie się przygotowałem. Dlatego wiele rzeczy mnie zaskakiwało. Gdybym wyjeżdżał teraz, postudiowałbym kulturę i podłapał trochę języka. Co mogę doradzić? Żeby pojechać z nastawieniem, że to może być najważniejszy okres w życiu i że trzeba go wykorzystać. Nie można przyjechać na miejsce i grzebać w telefonie. Każdy dzień jest na wagę złota.
Po wolontariacie wielokrotnie wracał pan do Włoch.
Tak naprawdę marzyłem o pracy korespondenta we Włoszech. To się nie udało, ale byłem na miejscu zawsze, gdy działo się coś ważnego: relacjonowałem trzęsienia ziemi, byłem na beatyfikacji Jana Pawła II. Dzięki znajomości włoskiego mogłem robić najróżniejsze materiały. Na przykład o włoskiej gospodarce (wtedy na dwie godziny dostałem kluczyki do nowego ferrari). A raz wszystkie zagraniczne gazety rozpisywały się o polskim dziennikarzu, który poszkodowanemu w wypadku Robertowi Kubicy przywiózł papieską relikwię…
To byłem ja!

Zdjęcie: Dawid Janocha

Pomoc czy praca?


Dla większości z nas pierwszym skojarzeniem ze słowem wolontariat jest pomoc. Tym pojęciem często posługujemy się na co dzień, nierzadko w kontekście barwnych porzekadeł. Mówimy na przykład: „Pomagając innym – pomagasz sobie”, „Co przed siebie rzucisz, to za sobą zbierzesz”. Lecz nie każdy tę potrzebę niesienia pomocy odczuwa jako odruch zgoła naturalny. Tym bardziej nie każdy rozumie, że wolontariat nie jest tym samym co pomaganie. Pomocą nazwać można np. odgarnięcie śniegu zalegającego na chodniku przed domem sąsiada albo zrobienie zakupów babci. Wolontariat to znacznie więcej: z definicji to nieodpłatne wykonywanie usługi, pracy czy zlecenia na rzecz osób, organizacji pozarządowych lub instytucji.

Dlaczego pomagamy? Powodów jest wiele: bo chcemy, bo jesteśmy empatyczni, często impulsem są pobudki religijne (któż z nas nie słyszał przypowieści o dobrym Samarytaninie), a niekiedy potrzeba pokazania światu, że potrafimy nieść pomoc wtedy, kiedy inni tylko ją deklarują. Niezależnie od rodzaju motywacji pomaganie daje satysfakcję. Wolontariat natomiast, oprócz tych korzyści, pozwala też nawiązać nowe kontakty, zdobyć wiedzę, doświadczenia i umiejętności, a w związku z tym – lepszą pozycję na rynku pracy.

Wolontariatem, jak pomaganiem, możemy zająć się w każdym wieku. Ale, zupełnie jak z uczeniem się języka obcego, najlepiej zacząć już w dzieciństwie. Zatem kiedy tylko mogę, staram się uwrażliwiać moje dzieci na potrzeby i troski innych ludzi, przemycając im do uszu takie mądrości: „Poprawiłam ci poduszeczkę, bo zależy mi na tym, żebyś spała wygodnie” czy też: „Jaki piękny obrazek narysowałeś! Będzie ozdobą paczki dla koleżanki” (chwilę prawdziwej próby emocjonalnej przeżywam ułamek sekundy później, kiedy muszę z całym spokojem dokończyć: „Ojej, synku, ten obrazek namalowałeś na dokumencie bardzo ważnym dla twojej mamy!”).

Za to uwrażliwianie doczekałam się niespodziewanej nagrody. Z racji tego, że dzieci przyzwyczaiły mnie do radosnego rozpoczynania dnia kwadrans po piątej, skorzystałam w końcu z dobrej rady mojej mamy: „A może daj się Maksiowi pobawić samemu, kiedy wstanie?”. Maks (lat 5) telepatycznie podchwycił słowa babci. Wstał jak zawsze o 5.15, wyszedł z pokoju i na krótką chwilę nastał najpiękniejszy dźwięk na świecie: cisza. Lecz niedługo potem do pokoju wpadła Ada (3), piszcząc radośnie, że mają dla mnie niespodziankę w łazience. Kiedy tam weszłam – zamarłam. „Zrobiliśmy ci pranie, mamusiu, żebyś w spokoju mogła wypić kawkę”. W wannie, wypełnionej wodą ubarwioną różową pianką, pływały dwa stosy wypranych i wyprasowanych wczoraj ubrań… Pomogli? W swoim przekonaniu na pewno, choć przyznaję, nie od razu mnie ta pomoc ucieszyła.

Jednego jestem za to dziś pewna: jeżeli nie pokażemy dziecku, że pomaganie jest ważne i potrzebne, dorosły, który z niego wyrośnie, wolontariuszem raczej nie zostanie.

*prof. dr hab. Ewa Murawska – wykładowca Akademii Muzycznej im. I.J. Paderewskiego w Poznaniu, prezes Fundacji Eve&Culture, dyrektor Polsko-Norweskiego Centrum Kultury w Poznaniu. Tytuł profesora zwyczajnego odebrała od prezydenta RP w maju 2019 r., przed skończeniem 40 lat.

Po co te wolontariaty?


To pytanie usłyszałam lata temu od osoby, u której kupowałam polisę ubezpieczeniową dla wolontariuszy naszej małej organizacji. Pytanie wywołało we mnie lekki niepokój, bo nie potrafiłam wytłumaczyć kobiecie, która widać w życiu o wolontariacie nie słyszała, po co młodzi ludzie przez długie tygodnie czy miesiące pracują bez wypłaty. Wyskoczyłam spontanicznie z szybką odpowiedzią i olbrzymim uśmiechem na twarzy: „Dla zabawy!”. Miła pani to kupiła. Wiadomo, skoro młodzi, to i bawić się chcą. A ja do dziś myślę o tym, by do niej wrócić i opowiedzieć o wolontariacie zupełnie inaczej.

Długo uczyłam się rozmawiać o wolontariacie. Rodzicom czasami nie umiałam wytłumaczyć, dlaczego takie działania mają sens. Jeśli sami byli kiedyś w harcerstwie, sprawa wyglądała prościej. Z wójtami i burmistrzami bywało trudniej, bo często jedyne odwołania, jakie znajdowali w pamięci, dotyczyły tzw. czynu społecznego. Wolontariat poprzedniego wieku. Spotykałam się czasami z niezrozumieniem, kiedy prosiłam o pieniądze na kolejny rewelacyjny projekt. By przekonać, dlaczego warto nas wspierać, często wyciągałam temat edukacji (ileż my się w działaniu uczymy!) i profilaktyki (mamy co robić, więc nie podnosimy statystyk alkoholowych). Dziś myślę, że to były słabe argumenty, mimo że skuteczne. Bo tego, czego wtedy potrzebowałam do rozmów, to konkretne historie konkretnych ludzi z naszej małej gminy, dla których wolontariat okazał się szansą na rozwój.

Stało się to trochę przypadkowo. Na dziesięciolecie naszej organizacji poprosiliśmy dawnych wolontariuszy o nagranie krótkich filmów. Ze wzruszeniem słuchałam wówczas słów o wartości, jaką dla niektórych z nich miało doświadczenie wspólnej pracy przy festiwalach, warsztatach, kinach plenerowych i wymianach młodzieży: „Nigdy nie pracowałam w równie kreatywnej grupie”, „80 proc. umiejętności potrzebnych, żeby założyć swoją firmę, nabyłam właśnie na wolontariacie”, „Gdyby nie to, że organizowałem u was warsztaty fotograficzne, nigdy nie odkryłbym swojej pasji do fotografii”.

To, co kiedyś nazywaliśmy zabawą, dla wielu okazało się doświadczeniem kształtującym światopogląd i osobowość. A im dalej od czasu wspólnych wolontariackich projektów, tym łatwiej jest to ocenić. Ja z kolei odczuwam dumę, obserwując tych młodych ludzi, choćby ułomnym okiem social mediów. Widzę osoby, które się uczą i rozwijają, wierzą w swoje możliwości, są odważne, robią ciekawe rzeczy i potrafią zbudować relacje. Jeśli brali udział w projekcie zagranicznym, są otwarci na inne kultury i tolerancyjni, bo wiedzą, że świat jest piękny w swej różnorodności.
Są też wrażliwi na otoczenie i przekonani, że mogą mieć wpływ na rzeczywistość. Niektórzy zostali moimi przyjaciółmi, bo więzi, jakie zbudowaliśmy, wspólnie działając, są niezwykle silne.

Marzę o świecie, w którym każdy doświadczyłby wolontariatu.

*Barbara Zamożniewicz – uczestniczka programu Wolontariat Europejski (EVS). Od 15 lat działa na rzecz młodzieży w województwie świętokrzyskim. W latach 2005-2015 prezeska młodzieżowej organizacji FARMa. W latach 2015-2019 Rzecznik Młodzieży przy Urzędzie Marszałkowskim Województwa Świętokrzyskiego.

Dzieląc czas, wiele zyskasz


Wszystkie moje sukcesy zawodowe były możliwe dzięki wolontariatowi, w ramach którego pracowałam w radiu i różnych organizacjach. Dlatego
5 grudnia (w którym przypada Międzynarodowy Dzień Wolontariusza) jest dla mnie ważną datą.

Wolontariat nie jest pracą za darmo. Nigdy go w ten sposób nie traktowałam, ponieważ dzięki wolontariatowi zdobywamy nowe umiejętności, doświadczenia i kontakty. Stajemy się mądrzejsi i możemy poszerzać horyzonty. Przekonałam się o tym na własnej skórze. Radio Meteor na Wydziale Nauk Politycznych i Dziennikarstwa UAM w Poznaniu to miejsce, w którym mogłam się rozwijać, tworzyć coś wyjątkowego i doskonalić umiejętności. Pozwolić sobie na popełnianie błędów, aby nie powielać ich w prawdziwej pracy zawodowej. Tak samo było w Radiu Afera Politechniki Poznańskiej, organizacjach AIESEC czy Erasmus Student Network. O programie Mentor pisałam już w poprzednich felietonach: dzięki kontaktom z wolontariuszami z uczelni przyjmujących zagraniczni studenci przyjeżdżający na Erasmusa nie tylko stawiają łatwiej pierwsze kroki w nieznanym kraju, ale bywa, że zyskują nowych przyjaciół. Dobrze jest wiedzieć i czuć, że robi się coś dobrego i potrzebnego.

W Portugalii, w której studiowałam, zakres działań wolontariackich był jeszcze szerszy. Oprócz studentów angażowały one lokalną społeczność. Program Social Erasmus, działający w ramach Erasmus Student Network w miejscowości Covilhã, miał aktywizować przede wszystkim seniorów. Mieszkańcy uczyli zagranicznych studentów gry na gitarze, gotowania tradycyjnych portugalskich potraw czy kroków tańców ludowych.

Obcokrajowcy z kolei prezentowali seniorom podstawy swoich języków i pokazywali inne kultury. Co czwartek dwudziestoparolatkowie z różnych części Europy i świata spotykali się ze starszymi Portugalczykami, aby wspólnie gotować posiłki dla ubogich, które później rozdawali. Studenci jeździli też na zbiory winogron, gdzie w ramach zapłaty mogli spędzić czas na wsi z nielimitowaną ilością jedzenia i portugalskiego wina. To tylko niektóre przykłady wolontariatu. Takich inicjatyw jest w Europie wiele. Wystarczy spojrzeć na laureatów Europejskiej Nagrody im. Karola Wielkiego dla Młodzieży. Większość projektów jest tworzona przez wolontariuszy. Czasami wystarczy dobry pomysł, aby pociągnąć za sobą sporą grupę ludzi i zachęcić do działań wolontariackich, które będą dla nich przyjemnością.

Życzę więc wolontariuszom wszystkiego najlepszego i nieustających chęci! Gratulacje za podjęcie decyzji o spędzaniu wolnego czasu na pomocy innym. A pozostałych zachęcam – nie bójcie się! Macie więcej czasu, niż myślicie. Warto się nim podzielić!

*Gabriela Jelonek – stypendystka programu Erasmus i Erasmus+. W 2017 r. otrzymała Europejską Nagrodę im. Karola Wielkiego dla Młodzieży oraz statuetkę EDUinspiracje Media za audycję radiową. Obecnie związana z grupą Polska Press.

Lifelong learning – sposób na pracę


Koncepcja uczenia się, rozwijania i doskonalenia zawodowego przez całe życie pomoże zachować pewność zatrudnienia

Prognozy dotyczące rynku pracy przewidują, że osoby rozpoczynające obecnie swą drogę zawodową zmienią profesję nawet kilkanaście razy. Taki będzie skutek dynamicznego rozwoju technologii, a co za tym idzie – zmieniającego się zapotrzebowania na kompetencje. W raporcie „The Future Jobs” przygotowanym przez Światowe Forum Ekonomiczne (2020) oszacowano, że w najbliższym czasie nowe zawody, wymagające nowych umiejętności, zapewnią na świecie ok. 97 mln miejsc pracy (jednocześnie jednak 85 mln stanowisk zostanie zastąpionych przez zautomatyzowane systemy i sztuczną inteligencję). Już teraz ponad połowa polskich pracodawców, na co wskazuje raport „Niedobór talentów” ManpowerGroup (2018), ma kłopoty z zatrudnianiem nowych pracowników z uwagi na ich niewystarczające kompetencje.

Strategią pozwalającą utrzymać pewność zatrudnienia i bezpieczeństwo finansowe wydaje się zatem uczenie przez całe życie. Pracodawcy mają już tego świadomość – w badaniach jedna trzecia z nich deklaruje, że zapewnia pracownikom różnego rodzaju szkolenia i możliwości rozwoju. Najpopularniejsze z nich to Skilling, Reskilling i Upskilling. O co w nich chodzi?
SKILLING oznacza zdobywanie nowych umiejętności, których opanowanie z zasady otwiera więcej możliwości. Jest to naturalny etap na początku drogi zawodowej, ale obecnie odnosi się też do dalszych etapów kariery. Organizacje na całym świecie mierzą się dziś zwłaszcza z niedoborem kompetencji cyfrowych u pracowników. W Wielkiej Brytanii co czwarta osoba nie posiada podstawowych umiejętności cyfrowych, niezbędnych, by wykonywać pracę w blisko 90 proc. nowo powstałych zawodów. Zapotrzebowanie na wykwalifikowanych w tym obszarze pracowników będzie rosło, a luka kompetencyjna będzie się powiększać, ponieważ postęp technologiczny następuje szybciej niż przyswajanie zmian.
RESKILLING (przebranżowienie) to działanie polegające na zdobywaniu zupełnie nowego zestawu umiejętności, co ma prowadzić do przyjęcia nowej roli w organizacji lub wręcz do zmiany profesji.

Motywacja związana z przebranżowieniem może być zewnętrzna (np. stanowisko pracy zagrożone automatyzacją) lub wewnętrzna (np. wypalenie zawodowe w obecnej roli). Dla przykładu: firma Amazon ogłosiła w 2019 r., że zainwestuje 700 mln dol. w program przekwalifikowania 100 tys. pracowników magazynów zagrożonych automatyzacją – otrzymają oni nowe role związane z sektorem IT, na które zapotrzebowanie stale rośnie.

Gdy w grę wchodzi motywacja wewnętrzna, decyzję o zmianie zawodu dobrze jest podejmować ostrożnie. Warto sprawdzić, czy nowe zajęcie spełni nasze oczekiwania i jest perspektywiczne. Należy również zadbać o bezpieczeństwo finansowe w okresie przejściowym, potrzebnym do zdobycia nowych kompetencji i doświadczeń, pamiętając, że dojście do poprzedniego poziomu zarobków może wymagać czasu.

Naturalnym dla organizacji sposobem inwestowania w rozwój pracowników jest UPSKILLING (podnoszenie kwalifikacji). W odróżnieniu od Reskillingu podnoszenie kwalifikacji nie wiąże się ze zmianą roli czy profesji. Jest to doskonalenie umiejętności, poszerzanie specjalistycznej wiedzy i stawanie się ekspertem w konkretnym obszarze.
Zdarza się, że procesy Reskillingu i Upskillingu mają miejsce jednocześnie. Mogą dotyczyć zarówno osób bezrobotnych, jak i czynnych zawodowo, w każdym wieku. Ważne jest, aby nabyte kompetencje (twarde i miękkie) mogły być szybko stosowane w praktyce, co buduje motywację i chęć dalszego rozwoju.

Wykorzystywanie nowych strategii funkcjonowania na rynku pracy przynosi korzyść i pracownikom (rozwój kariery, bezpieczeństwo zatrudnienia), i pracodawcom – metody te pozwalają zatrzymać w szeregach organizacji cennych ekspertów. Niestety, wciąż zbyt mało pracodawców podejmuje realne wysiłki związane z dbałością o rozwój pracowników.
Mając pewność, że uczenie się przez całe życie jest nieuniknione, dobrze jest uwzględnić ten fakt już przy wyborze potencjalnego pracodawcy. Jeśli organizacja, w której zamierzamy pracować, nie zadba o podnoszenie naszych kompetencji, będziemy zmuszeni robić to we własnym zakresie, aby móc przetrwać na rynku pracy w długoterminowej perspektywie.

 

Siłą są ludzie


Co robić, gdy nasz projekt nie otrzyma dofinansowania, o które się ubiegaliśmy? Z pomocą przychodzi crowdfunding

Metoda polega na tym, że społeczność zgromadzona wokół idei lub miejsca (potocznie crowd) poprzez stronę internetową wpłaca pieniądze na konkretny cel (nasz pomysł). Istotą crowdfundingu jest to, że nie chodzi w nim o pojedyncze, duże wpłaty, a o liczne, ale raczej drobne. Wpłacane kwoty to często równowartość kawy z ciastkiem w kawiarni. Siłą jest tłum – im więcej wpłacających, tym lepiej dla kampanii.

Korzyść obustronna
Modeli crowdfundingu jest wiele. Można spotkać się m.in. z kampaniami charytatywnymi (na leczenie czy operacje) lub biznesowymi (na rozruch przedsiębiorstwa). My przyjrzymy się modelowi opartemu na nagrodach, w którym wpłacający zawsze dostają w zamian coś konkretnego. Gdy pomysłodawca zamierza wydać książkę – może to być książka. Gdy organizuje wyjazd, może to być np. zaproszenie na warsztaty. Realizując kampanię w takim schemacie, nie wyciągamy ręki po pieniądze, a bardziej wymieniamy się wartością. Kampania crowdfundingowa (czyli okres gromadzenia pieniędzy) staje się więc czymś więcej niż zwykłą zbiórką.
Ze strony organizatorów to zaproszenie do współtworzenia projektu – z takim nastawieniem można osiągnąć o wiele więcej!

Co ważne, dzięki internetowi chętnych do współtworzenia naszego przedsięwzięcia można znaleźć na całym świecie. Przypomina to projekty realizowane w ramach programu eTwinning, który daje szkołom i przedszkolom możliwość zawierania partnerstw międzynarodowych i wspiera realizację inicjatyw, dla których granice geograficzne już nie mają znaczenia.

Ogranicza nas tylko wyobraźnia
Dzięki crowdfundingowi możemy sfinansować każdy projekt edukacyjny. Załóżmy, że pracujemy nad podręcznikiem prezentującym nową metodę nauki języka obcego i chcemy go wydać samodzielnie. Akcja w sieci pomoże nam pozyskać pieniądze na redakcję, korektę, skład i druk, dodatkowo umożliwi też dotarcie z publikacją do szerokiej grupy odbiorców. W podobny sposób można zrealizować marzenia o zagranicznym wyjeździe z uczniami lub otwarciu świetlicy muzycznej, w której młodzież nauczy się grać na instrumentach i nagrywać płyty.
Wszystko to są idealne pomysły, wokół których można zbudować społeczność.

Jak zacząć?
Przede wszystkim warto przemyśleć, co tak naprawdę chcemy zrobić. Dobry pomysł jest konkretny i namacalny – wspierający musi rozumieć, w czym bierze udział. Gdy mamy pomysł, przychodzi czas, by pokazać się społeczności: musimy znaleźć ludzi, którzy mogliby się zainteresować naszym projektem. Wybór polskich i zagranicznych platform crowfundingowych jest duży (linki tutaj: www.bit.ly/CFplatformy). Co ważne, nie warto kierować się jedynie wysokością prowizji pobieraną na stronach, dobrze jest po prostu sprawdzić, które serwisy nam się podobają i na których pojawiają się interesujące projekty.

Kolejny krok to policzenie, ile pieniędzy potrzebujemy, i wymyślenie nagrody – co zaoferujemy wpłacającym? Elementy oferty są uzależnione od wielkości wpłaty – za najmniejsze kwoty nasi sponsorzy dostają symboliczne podziękowania, za większe przelewy – wartościowe przedmioty, vouchery na noclegi czy zaproszenia na ciekawe spotkania. Warto sięgnąć po inspiracje: www.bit.ly/CFnagrody.

I wreszcie – decyzja, kiedy ruszamy. Kto pomoże nam na starcie? Czy mamy zespół? Czy damy radę rozesłać wszystkie obiecane nagrody i jak sfinansujemy ich koszty?
A potem już nic nie stoi na przeszkodzie, by zaplanować promocję i działać. Aby kampania crowdfundingowa była skuteczna, wymaga sporo zaangażowania. Poniższa checklista pomoże zaplanować działania i sprawdzić, czy wszystko mamy gotowe do startu: www.bit.ly/checklistaCF.
Powodzenia!

Przykłady projektów edukacyjnych finansowanych przez społeczność:
» działania w ramach „Space Cafe” (wirtualna kawiarenka wspierająca naukę języka angielskiego – projekt eTwinning związany z crowdfundingiem): www.bit.ly/space-cafe
» wyjazd młodzieży na finał konkursu „Apps for Good” do Lizbony: www.wspieram.to/zoe
» stworzenie zielonej sali lekcyjnej: www.wspieram.to/projektzielonasala
» wprowadzenie do Polski metody nauczania łączącej praktyki biznesowe i wspierającej dzieci w nabywaniu kompetencji XXI wieku: www.wspieram.to/eduscrum

Pisać każdy może


Platforma EPALE to idealne miejsce, by zaprezentować tematy związane z edukacją dorosłych i pochwalić się własnym projektem. To bezpłatne i proste!

Na EPALE (Elektronicznej platformie na rzecz uczenia się dorosłych w Europie) publikowane są artykuły, relacje z projektów, wywiady, studia przypadków, materiały edukacyjne. Z platformy mogą korzystać nie tylko beneficjenci programów Erasmus+ i PO WER, realizujący działania z zakresu edukacji dorosłych, ale też wszyscy zarejestrowani użytkownicy, zainteresowani tą tematyką.
Metody pracy stosowane w szkołach dla dorosłych, edukacja w instytucjach kultury, doradztwo zawodowe, warsztat trenera – to tylko przykładowe tematy poruszane przez użytkowników EPALE. Oto krótki poradnik o tym, jak pisać, by wzbudzić zainteresowanie i osiągnąć zamierzone cele.

1. Rejestracja
Aby móc publikować na platformie, należy się zarejestrować. Korzystanie ze strony jest bezpłatne.

2. Prezentacja tematu w atrakcyjny sposób
Ciekawy tytuł i intrygujący wstęp na pewno zachęcą do lektury całego tekstu. Na platformie jest miejsce zarówno na materiały o bardziej naukowym charakterze, jak i na typowe wpisy blogowe. Można więc wybrać formę, która najlepiej pasuje do danego tematu. Jest tylko jeden warunek – wpisy muszą dotyczyć edukacji dorosłych.

3. Myślenie o czytelnikach
Chodzi o to, by inspirować odbiorców tekstu. Największym zainteresowaniem cieszą się artykuły poradnikowe oraz takie, które budzą emocje. Jeśli więc chcecie się pochwalić projektem swojej organizacji, przemyślcie,czy napisanie tradycyjnego sprawozdania z przebiegu współpracy będzie najlepszym rozwiązaniem. Może lepiej opisać poznaną metodę pracy, zaprezentować narzędzia, podzielić się refleksjami czy praktycznymi radami, które mogą się przydać innym ekspertom zaangażowanym w edukację dorosłych.

4. Przyciąganie uwagi
Linki do filmów, infografiki, wykresy czy cytaty z wypowiedzi uczestników przedsięwzięcia podnoszą atrakcyjność wpisu. Przy publikowaniu zdjęć z projektu warto pamiętać, że osoby przedstawione na fotografiach muszą wyrazić zgodę na wykorzystanie ich wizerunku. Możecie także skorzystać z banków zdjęć – w takim przypadku należy upewnić się, że autor grafiki zezwolił na bezpłatne wykorzystanie jej w internecie. Do publikacji w sieci zdjęcie najlepiej zapisać w formacie PNG.

5. Reklama organizacji
Artykuł może posłużyć do zaprezentowania działalności organizacji. Niezależnie, czy będzie to studium przypadku, czy kilka zdań wplecionych w tekst o projekcie – EPALE to dobre miejsce, żeby pochwalić się dokonaniami. Taka prezentacja może zaowocować nawiązaniem kontaktów z innymi edukatorami, także z zagranicy.

6. Tagi
Słowa kluczowe pozwalają innym użytkownikom na szybkie odnalezienie na platformie tekstów o interesującej ich tematyce. Wystarczy użyć 1–3 tagów z gotowej listy.

7. Źródło dofinansowania
Jeśli materiał dotyczy konkretnego projektu, powinien zawierać informację o dofinansowaniu.

8. Nie tylko po polsku
Napisanie tekstu po angielsku, niemiecku czy francusku pozwoli zwiększyć grupę odbiorców artykułu. Obcojęzyczne wersje powinny też mieć ogłoszenia o poszukiwaniu partnera do projektu lub zaproszenia na seminaria. Z EPALE korzystają mieszkańcy 36 krajów europejskich, a platforma jest dostępna w 24 językach.

9. Odpowiadanie na komentarze użytkowników
Jeśli inny użytkownik skomentuje tekst lub materiał, można włączyć się w dyskusję i odpowiedzieć na ewentualne pytania.

10. Kontakt!
W ustawieniach profilu na platformie warto wyrazić zgodę na kontakt z Krajowym Biurem EPALE. Wtedy można liczyć na pomoc podczas publikacji tekstu!

W czym pomaga krajowe biuro EPALE?
Doradza, jak publikować.
Poprawia usterki językowe i proponuje atrakcyjne rozwiązania graficzne.
Tłumaczy najciekawsze treści na inne języki, aby docierać do nowych odbiorców.
Promuje wybrane materiały w mediach społecznościowych.
Wybiera najciekawsze teksty do comiesięcznego newslettera, a raz w roku wydaje publikację ze zbiorem trzydziestu artykułów.
Tworzy strony tematyczne z linkami do tekstów i materiałów dotyczących danej problematyki.
Organizuje konkursy z nagrodami dla użytkowników publikujących artykuły.

Platforma EPALE dostępna pod adresem: epale.ec.europa.eu/pl

Współpraca: Karolina Kwiatosz – ekspertka FRSE

Młodzi dla młodych


Młodzieżowe rady, stowarzyszenia i organizacje są coraz bardziej popularne w Polsce. Wiemy, jak funkcjonują i czym się zajmują. Ale czy zastanawialiście się kiedyś nad tym, jak to wygląda za granicą? Przyjrzyjmy się działalności wybranych organów młodzieżowych w kilku europejskich państwach.

Finlandia
Młodzieżowe rady w Finlandii są bardzo dobrze zorganizowane! Jak się okazuje, jednostki terytorialne w tym kraju mają obowiązek mieć organ reprezentujący głos młodych.
Jak pisze Janika Takatalo, przedstawicielka Fińskiej Narodowej Rady Młodzieży Allianssi: „Rady takie zgodnie z prawem muszą mieć możliwość wpływania na planowanie, przygotowanie, wdrażanie i działania w różnych sektorach, które są istotne dla dobrego samopoczucia mieszkańców. […] Oprócz udziału w podejmowaniu decyzji wiele rad młodzieżowych ma własny budżet, który może wykorzystać na organizację wydarzeń dla młodych ludzi mieszkających w gminie”. Jest czego zazdrościć.

Dania
Duńska Młodzieżowa Rada działa już od 1940 roku! W swoich strukturach zrzesza ponad 700 000 młodych ludzi. Jej zarząd składa się z przewodniczącego, wiceprzewodniczącego i 15 członków. W ramach ciekawostki warto dodać, że duńska młodzież w wieku od 16 do 25 lat poświęca średnio 16 godzin miesięcznie na wolontariat w organizacjach! Czy to nie wspaniałe?

Francja
Z informacji uzyskanych od francuskiej Międzynarodowej Rady Młodzieży wiemy, że „niektóre gminy utworzyły rady dla dzieci i/lub młodzieży o różnych nazwach, m.in. lokalne rady młodzieżowe czy fora młodzieżowe. Są to jednak nieformalne organy (zgodnie z obowiązującym we Francji prawem). […] Pełnią głównie funkcję doradczą, ale młodzi często mogą aktywnie działać na swoim terenie i podejmować konkretne działania”.
Rolą tamtejszych rad młodzieżowych jest zwiększanie świadomości obywatelskiej i demokratycznej oraz sprawianie, by głos młodych ludzi był słyszalny. Francuska młodzież najchętniej angażuje się w akcje związane z ekologią, klimatem czy środowiskiem, znacznie mniej interesuje się za to polityką globalną.

Belgia
Flamandzka Rada Młodzieży jest oficjalnym organem doradczym rządu we wszystkich sprawach dotyczących dzieci i młodzieży. Składa się z 16 członków i jest powoływana na trzy lata. Działają w niej również wolontariusze oraz młodzieżowi delegaci ONZ. W ramach tematycznych grup roboczych przeprowadzają burze mózgów i dyskutują z ekspertami.
Niedawno Rada zorganizowała dużą kampanię o nazwie „De Touristen”, aby przeprowadzić rozmowy z jak największą liczbą młodych i zbadać, które tematy są im bliskie. Brawo za zaangażowanie!

Wielka Brytania
Na stronie internetowej Brytyjskiej Rady Młodzieżowej możemy się dowiedzieć, że powstała, aby wspierać młodych ludzi poprzez programy i szkolenia. Obejmuje różne inicjatywy, takie jak: Brytyjski Parlament Młodzieżowy, Komisja ds. Młodzieży i Młodzi Ambasadorzy Wielkiej Brytanii. Rada podpisała kontrakt z brytyjskim Departamentem Kultury, Mediów i Sportu, by młodzi mogli mieć rzeczywisty wpływ na politykę państwa.

Widać, że młodzi w Europie chcą działać i potrafią się zrzeszać. Miejmy nadzieję, że polskie organizacje młodzieżowe będą nawiązywać coraz lepszą współpracę z zagranicznymi, a wzrost zaangażowania młodych Polaków we własne sprawy pokaże im, że mają realny wpływ na dokonywanie zmian.

Jeśli interesują cię sprawy europejskie i chciałbyś opublikować u nas tekst, napisz: mobilni@frse.org.pl. Skontaktujemy się z wybranymi osobami.

Budżet większy, ale nie od oczekiwań


Na jednej z eurolekcji Eurodesk Polska uczniowie wykonują ćwiczenie polegające na symulacji procesu decyzyjnego UE. Ciekawym tematem takiej zabawy mógłby być budżet następcy Erasmusa+. Gdy powstawał ten felieton, budżet czekał jeszcze na zatwierdzenie, ale kwoty były ustalone. Było pewne, że w nowym programie środków będzie więcej niż do tej pory, ale jednak mniej, niż zakładano.

Tysiące beneficjentów Erasmusa+ w całej Europie liczyło, że budżet wzrośnie w sposób spektakularny. Gdy rozpoczynały się prace nad nową edycją programu, trwała kampania Erasmusx10, w którą zaangażowało się kilkadziesiąt sieci i organizacji, w tym Eurodesk. Z dzisiejszej perspektywy postulat kampanii – dziesięciokrotne zwiększenie wydatków – był raczej w duchu sky is the limit, ale już trzykrotne podniesienie budżetu (a więc z 14,7 do ok. 44 mld euro na siedmiolatkę) wydawało się perspektywą realną. Tymczasem w maju 2018 r. Komisja Europejska zaproponowała budżet w wysokości 26 mld euro, czyli niespełna dwukrotnie większy niż w latach 2014-2020. Na kolejnych propozycjach niewątpliwe piętno odcisnęła pandemia. W maju 2020 r. KE zredukowała swoją propozycję do 24 mld euro. Przebiła ją Rada UE, która dwa miesiące później ścięła budżet do 21,8 mld euro. Zdecydowane „nie” tej propozycji powiedział Parlament Europejski, jego negocjatorzy poinformowali jednak w listopadzie o uzyskaniu zaledwie dwóch dodatkowych miliardów. Ostatecznym zatwierdzeniem budżetu programu – i całej Unii na lata 2021–2027 – mieli się zająć przywódcy Wspólnoty w połowie grudnia.

Co ważne, podniesienie budżetu programu Erasmus+ o połowę nie oznacza, że proporcjonalnie wzrosną wydatki na wszystkie jego „części składowe”. Według planów z końca listopada, środki na działania informacyjne prowadzone przez Eurodesk zwiększą się zaledwie o ok.
12 proc. To oznacza, że jedyna sieć w Polsce,
od lat starająca się dotrzeć z informacją o ofercie UE dla młodzieży, pozostanie jednym z najuboższych komponentów nowego programu.

Wszystko to nie są najlepsze wieści dla nowego pełnomocnika rządu ds. polityki młodzieżowej. Wraz z wrześniową rekonstrukcją rządu w KPRM urzędowanie rozpoczął podsekretarz stanu odpowiadający za tę tematykę, Piotr Mazurek. Poprzednio zadaniami tymi zajmował się Departament Młodzieży i Organizacji Pozarządowych w MEN, utworzony, jak się okazało, głównie w celu obsługi „młodzieżowych spraw” związanych z prezydencją Polski
w UE w 2011 r. Po prezydencji go rozwiązano.

Nowy minister w przeszłości działał na rzecz pamięci żołnierzy wyklętych i walczył z komunistycznymi symbolami w przestrzeni publicznej. Jak zapowiada, w KPRM w pierwszej kolejności zajmie się opracowaniem strategii młodzieżowej. Strategia, owszem, jest potrzebna, ale pieniądze na działania młodzieżowe również, a te pochodzą m.in. z budżetu Erasmusa. Złe wieści w sprawie budżetu mogą więc znacząco ograniczyć możliwości. I pełnomocnika, i młodzieży.