Dwie strony medalu


Marzę o pracy przy igrzyskach olimpijskich, na które nie udało mi się dostać, trenując gimnastykę artystyczną – mówi Aleksandra Szutenberg, dziennikarka sportowa Polsatu. Wyjazd na Erasmusa do Niemiec, choć wiązał się z końcem jej sportowej kariery, okazał się punktem zwrotnym w życiu 

Przez kilkanaście lat uprawiała pani wyczynowo gimnastykę artystyczną. Teraz żyje pani sportem z perspektywy redakcji telewizyjnej. Pomiędzy tymi dwoma światami pojawiły się jednak finanse międzynarodowe i bankowość. Skąd taki daleki od sportu temat? 

Zawsze lubiłam matematykę i byłam w niej dobra. Wybierając kierunek studiów, wiedziałam, że nie chcę iść na AWF. Wówczas jeszcze wyczynowo uprawiałam sport na wysokim poziomie i znałam realia niszowych dyscyplin. Szukałam więc czegoś, co może mi zapewnić spokojne życie. Myślałam już wówczas o dziennikarstwie, ale wiele osób odradzało mi ten kierunek jako pierwszy. Dodatkowo dziennikarstwo wiązałoby się z wyprowadzką z Gdyni do Warszawy, bo ta oferuje większe możliwości pracy w zawodzie. Szukałam więc kierunku, który z jednej strony umożliwiłby mi kontynuowanie uprawiania sportu, a z drugiej zapewnił duże pole manewru – mam tu na myśli zarówno wykształcenie, jak i wyjazd na Erasmusa, bo już wtedy planowałam taki ruch w trakcie studiów. Ostatecznie padło więc na ekonomię na Uniwersytecie Gdańskim, a później specjalizację z finansów międzynarodowych i bankowości.

Erasmus, o którym pani wspomniała, był przełomowym momentem. Zakończyła pani karierę jako zawodniczka kadry narodowej w gimnastyce…

Tak, wszystko miałam dobrze zaplanowane. Na podjęcie decyzji o zakończeniu kariery wpłynęło kilka czynników, głównym było jednak zdrowie. Zresztą gimnastyka artystyczna jest sportem, który się uprawia mniej więcej do takiego wieku. Wiedząc, że będę żegnać się z karierą sportową, odpowiednio wcześnie wszystko przemyślałam, tak żeby po jej zakończeniu mieć już zorganizowany wyjazd na Erasmusa.

Jaki kraj pani wybrała?

Wyjechałam do Niemiec na Uniwersytet w Mannheim, który wówczas był jedną z najlepszych biznesowych uczelni w Europie. Dodatkowo moim drugim językiem jest niemiecki. Liczyłam więc, że uda mi się go podszlifować.

I tak się stało?

Wśród erasmusowców rozmawialiśmy głównie po angielsku i w tym zakresie moje umiejętności bardzo się rozwinęły. Niemiecki też podszkoliłam. Oczywiście języki są bardzo przydatne w pracy dziennikarskiej. Swoboda w rozmowie z zagranicznymi sportowcami jest ważna. Nie ma jednak co ukrywać, że to tylko jeden z plusów erasmusowych wyjazdów. Ważne było też zdobywanie doświadczeń w aspekcie społecznym i nawiązywanie znajomości z całego świata. Wymiana studencka daje możliwość sprawdzenia się w zupełnie nowym otoczeniu. Wszystko to przydaje mi się dziś w pracy.

Zanim trafiła pani do świata mediów, musiała jednak zawrócić z drogi finansów i bankowości?

Intensywność mojego życia przed wyjazdem na Erasmusa była bardzo duża. Wstawałam wcześnie rano. O 7.30 miałam pierwszy trening, potem studia, kolejny trening, a do tego wyjazdy na zawody. Gdy wróciłam z Niemiec, gdzie również dużo się działo, nagle okazało się, że mam wakacje i nie muszę robić zupełnie nic. To była dla mnie bardzo dziwna, nowa sytuacja. Potrzebowałam aktywności. Rozpoczęłam płatny staż w korporacji finansowej, a po trzech tygodniach zaproponowano mi pracę na pełen etat i na piątym roku studiów łączyłam naukę z pracą. Kiedy się obroniłam, została tylko praca i znowu poczułam, że mało się dzieje. Siedzenie za biurkiem przez osiem godzin dziennie nie do końca mi odpowiadało. Stwierdziłam, że spróbuję wrócić do planu związanego z dziennikarstwem. Rzuciłam pracę i wyjechałam do Warszawy. W stolicy rozpoczęłam podyplomowe dziennikarstwo. Dałam sobie rok, żeby dostać się do wymarzonej stacji, i tak się stało. Dziś mija już osiem lat, od kiedy zaczęłam pracę w Polsacie Sport.

Zawodowi sportowcy często mówią o tym, że po zakończeniu kariery brakuje im ekscytacji związanej z występami. Czy w pani przypadku dziennikarstwo sportowe miało być taką odtrutką na nudę, dać zastrzyk adrenaliny, którego zabrakło po zakończeniu kariery sportowej?

Oczywiście. To był dla mnie bardzo ważny element. Wcześniej mówiłam o tym, że się nudziłam, ale pewnie bardziej właściwym określeniem byłoby, że brakowało mi adrenaliny, która wiąże się ze sportowymi zawodami. Ponownie odnalazłam ją w występach na żywo przed kamerą. Każda taka sytuacja oraz podejmowanie nowych wyzwań z obszaru dziennikarstwa to są właśnie zastrzyki emocji, które wcześniej dawał mi sport.

Ten zastrzyk dziennikarskiej adrenaliny pojawił się chyba bardzo szybko, bo też szybko zaczęła pani prowadzić na żywo serwis informacyjny w programie Cafe Euro. Wykonała więc pani skok na głęboką wodę.

Dyrektor do spraw sportu telewizji Polsat, pan Marian Kmita, bardzo szybko dostrzegł we mnie potencjał i stwierdził, że warto mnie sprawdzić. Już po dwóch miesiącach stażu dostałam szansę występu na żywo. To nie był skok na głęboką wodę. Zostałam do niej po prostu wrzucona. Miałam wówczas sporo wątpliwości. Docierały do mnie głosy od doświadczonych dziennikarzy, że nie jestem jeszcze na to gotowa. Poszłam nawet do dyrektora i powiedziałam, że nie czuję się jeszcze gotowa. Usłyszałam wówczas: pani Olu, da pani radę. I faktycznie dałam.

Czy rzeczywiście stres, jaki towarzyszy przed kamerą, jest podobny do tego podczas zawodów sportowych, które odbywają się przed publicznością?

Myślę, że emocje są zbliżone. Początkowo, gdy stałam w studiu za stolikiem, czułam np., że trzęsie mi się jedna noga. To są reakcje organizmu podobne do tych, które przeżywałam w momencie występów sportowych. Gdy miałam poprowadzić studio gali mistrzów sportu, czułam się dokładnie jak przed zawodami. Te emocje uzależniają. Sprawiają ogromną frajdę, dają przyjemność i satysfakcję.

Czy to, że była pani sportowcem i rozumie sportowe życie, powoduje, że w jakimś stopniu patrzy pani inaczej na kolegów z sali treningowej?

Czuję, że dzięki mojemu doświadczeniu potrafię być bardziej obiektywna. Na samym początku pracy w telewizji bywałam wręcz oburzona, gdy moi koledzy dziennikarze krytykowali sportowca, który zajął np. czwarte miejsce na igrzyskach. Toczyłam wtedy z nimi zażarte dyskusje. Dla człowieka, który siedząc na kanapie, ogląda rywalizację, czwarte miejsce jest porażką, ale są setki tysięcy sportowców, którzy nawet nie mają możliwości wyjazdu na igrzyska, bo są w ich kraju jedna lub dwie osoby lepsze. Sama kwalifikacja olimpijska jest już naprawdę dużym sukcesem. A sportowcy, którzy dostaną się na igrzyska, to wybitne jednostki, naprawdę poświęcające kawał swojego życia, żeby znaleźć się w tym miejscu. Wiedząc, jak sportowy świat wygląda od środka, zdecydowanie więcej czuję, widzę i rozumiem. Z drugiej strony sprawia to, że jest mi łatwiej rozmawiać ze sportowcami. Oni też czują, że ja wiem, o co chodzi, wiem, o czym mówimy, i przez to są w stanie bardziej się otworzyć. Sportowiec z drugim sportowcem rozmawia inaczej niż z dziennikarzem. Bywa też, że spotykam w swojej pracy zawodników, których znam jeszcze np. z czasów zgrupowań w Wałczu czy Cetniewie. Relacja między nami jest więc jeszcze bliższa.

Spotyka też pani w swojej pracy osoby reprezentujące gimnastykę artystyczną? Dyscyplinę, którą uprawiała pani przez lata.

Tak. Moja dyscyplina jest sportem niszowym, który potrzebuje uwagi i zainteresowania ze względu na to, ile życia i zdrowia trzeba mu poświęcić. Uważam, że gimnastyka artystyczna jest niedoceniana. Staram się więc, na tyle, na ile jest to możliwe, wyłapywać różne historie związane z tą dziedziną, by pokazywać je szerszej publiczności. Chcę tym dziewczynom, które poświęcają życie gimnastyce, w jakiś sposób pomóc.

Zaczynając pracę w branży dziennikarskiej, spełniła pani jedno ze swoich marzeń. Jakie jednak jest pani największe marzenie już w zawodzie?

Marzę o pracy przy igrzyskach olimpijskich, na które nie udało mi się pojechać jako sportowiec. Było blisko, ale akurat w momencie jednych kwalifikacji byłam po operacji i wychodziłam z poważnej kontuzji, a kolejnych kwalifikacji już nie doczekałam. Igrzyska też były jednym z powodów, dla którego po zakończeniu kariery sportowej udałam się w stronę dziennikarstwa sportowego. Wierzę, że kiedyś pojadę na nie jako dziennikarka. Chciałabym znaleźć się tam w samym środku wydarzeń. Wyjazd na igrzyska byłby moim spełnieniem.

Rozmawiał Jacek Łosak – korespondent FRSE
Zdjęcie: Szymon Łaszewski

Zadbaj o well-being. Poradnik dla koordynatora projektu


Coraz więcej młodych ludzi doświadcza zaburzeń zdrowia psychicznego. Dotyczy to także uczestników projektów Erasmus+ czy Europejskiego Korpusu Solidarności. Wybuch pandemii koronawirusa dodatkowo zaostrzył problem. Jak z taką sytuacją mogą radzić sobie koordynatorzy projektów?

Stan zdrowia psychicznego współczesnych ludzi budzi coraz więcej niepokoju. „Wskaźniki epidemiologiczne różnego rodzaju zaburzeń psychicznych nasilają się i dotyczy to różnych kultur i narodów, co z jednej strony odzwierciedla stan permanentnych napięć, konfliktów i pogarszających się warunków życia w kontekście określonych tendencji społeczno-demograficznych, z drugiej strony globalny charakter problemów kształtujących jakość naszego życia” [1]. Badanie przeprowadzone przez European College of Neuropsychopharmacology (ECNP) i European Brain Council (EBC) wykazało, że każdego roku 164,8 miliona mieszkańców Unii Europejskiej (38,2%) cierpi z powodu zaburzeń zdrowia psychicznego. Najczęstszymi zaburzeniami zdrowia psychicznego są: zaburzenia lękowe (14%), bezsenność (7%), depresja (6,9%), zaburzenia somatyczne (6,3%), zaburzenia spowodowane używaniem alkoholu oraz substancji psychoaktywnych (>4%), ADHD u dzieci i młodzieży (5%), demencja (1-30% w zależności od  wieku). Raport stawia diagnozę, że zaburzenia psychiczne będą największym wyzwaniem zdrowotnym w Europie w XXI wieku.

Problemy uczestników projektów

Niestety, te liczby dotyczą także młodzieży. Badacze wskazują, że 1 na 6 osób w wieku 10-19 lat doświadcza zaburzeń psychicznych. Przy czym skala i przyczyny tych problemów są różne. Jak wygląda to w przypadku osób biorących udział w mobilnościach?

Liczną grupę stanowią młodzi ludzie, którzy nie radzą sobie (z różnych powodów) z własnym życiem i wybierają wyjazd zagraniczny jako remedium na problemy. Często powtarzającym się stwierdzeniem jest: „Miałam nadzieję, że moje kłopoty z […] skończą się, jak zmienię środowisko”. Tak się jednak nie dzieje. Przyjeżdżają z bagażem dotychczasowego życia, trafiają do odmiennego kulturowo i językowo środowiska, zaczynają działać w organizacji i dość szybko pojawiają się różnego typu kłopoty. Mogą to być problemy tożsamościowe, ale także z nadużywaniem alkoholu czy braniem narkotyków.

Do drugiej, dużo mniejszej, grupy zaliczają się osoby niezdiagnozowane wcześniej albo te, u których zaczęły pojawiać się nawroty problemów w wyniku zmiany środowiska, opuszczenia znanych i bezpiecznych warunków życia. Wśród wymienianych przez koordynatorów zaburzeń pojawiają się: depresja, zachowania ze spektrum autyzmu, Zespół Aspergera, choroba dwubiegunowa.

Czasem w wyniku stresu akulturacyjnego (szoku kulturowego) ujawniają się traumy z lat wcześniejszych, w wyniku których pojawiają się napady paniki i ich somatyzacja w postaci uczuleń i duszności, a nawet próby samobójcze.

O ile w przypadku wyjazdów krótkoterminowych problemy te łatwo przeoczyć, o tyle nie da się ich nie zauważyć przy działaniach długoterminowych. Mogą wówczas prowadzić do znaczących trudności, a nawet do przerwania mobilności. Koordynator, by móc zadbać o osobę, która przeżywa kłopoty, musi zacząć od zorientowania się, z czym tak naprawdę ma do czynienia.

Zdrowie psychiczne a dobrostan psychiczny

Zdrowie psychiczne to, zgodnie z definicją Światowej Organizacji Zdrowia (WHO), dobrostan, w którym jednostka realizuje swoje możliwości i potrafi poradzić sobie z różnorodnymi sytuacjami życiowymi, jest w stanie uczestniczyć w życiu społecznym oraz produktywnie pracować. Wyróżnia się cztery podstawowe grupy zaburzeń zdrowia psychicznego:
− zaburzenia nerwicowe, charakteryzujące się występowaniem lęku i zachowań mających na celu uniknięcie ekspozycji na „lękotwórczą sytuację”;
− zaburzenia związane z nadużywaniem przyjmowania i uzależnieniem od substancji psychoaktywnych (alkoholu, tytoniu, narkotyków);
− zaburzenia nastroju, w tym epizody depresji, manii oraz trwające ponad dwa lata depresyjne zaburzenia nastroju, tj. dystymia;
− zaburzenia zachowania o charakterze wybuchowym, impulsywnym, z konsekwencjami w zakresie współżycia społecznego.

Te zaburzenia można oczywiście rozpoznać u osób korzystających z mobilności. Często jednak mamy do czynienia nie tyle z zaburzeniem, ile z czasową zmianą w dobrostanie psychicznym. Bywa, że zły nastrój wynikający z niedbania o dietę (ponieważ uczestnik np. nigdy wcześniej nie gotował), brak snu czy tęsknota za domem mylone są z depresją. Niechęć do wystąpień publicznych i poprzedzające je złe samopoczucie brane są za zaburzenia lękowe. Powraca tu także kwestia szoku kulturowego, który dotyka każdą z osób zmieniających na dłużej środowisko życia i pracy. Cała ta mieszanka może, ale nie musi prowadzić do niepokojących zachowań, nadużywania substancji psychoaktywnych, poczucia bezsensu życia.

Należy zatem pamiętać, że nie wszystkie trudne przypadki wśród uczestników mobilności to zaburzenia zdrowia psychicznego. Część z nich wynika z braku zadbania o siebie i braku samorealizacji oraz z pozostawania poza swoją strefą komfortu. Konieczne jest zatrzymanie się i zajęcie się tymi zaniedbanymi aspektami: przyjrzenie się sobie, poszukanie swoich mocnych stron, zrelaksowanie się. Rolą koordynatora jest zachęcić do takiej postawy uczestników mobilności. To jest właśnie dbanie o swój dobrostan (z angielskiego well-being). Możemy o nim mówić wówczas, gdy człowiek realizuje własny potencjał, potrafi radzić sobie ze stresem, buduje odporność psychiczną, odczuwa zadowolenie i radość z życia, uważa siebie za osobę wartościową, a swoje życie za sensowne, docenia siebie, buduje z uważnością wspierające relacje, troszczy się o swoje zdrowie i jest aktywny fizycznie.

Jak organizować pomoc?

Po pierwsze – należy odróżnić zaburzenia zdrowia psychicznego od załamań w zakresie dobrostanu.

Po drugie – nie wahać się korzystać z pomocy specjalistów: psychologów, terapeutów, psychiatrów. Mając do czynienia z paniką uczestnika, konieczne może być wezwanie karetki. O ile w  dużych miastach łatwo jest znaleźć terapeutów prowadzących sesje po angielsku, o tyle w mniejszych miejscowościach bywa to utrudnione. Dochodzi do tego wciąż pokutujące w polskim społeczeństwie przekonanie, że to wstyd prosić o poradę psychologiczną. Warto jednak skorzystać z możliwości, jakie daje ubezpieczenie Cigna.

Po trzecie – wprowadzić w organizacji proste metody pozwalające zachować well-being.

Po czwarte – zadbać o własny dobrostan psychiczny. To ważna zasada dotycząca każdej osoby pracującej z innymi ludźmi. Zdrowa dieta, sen, aktywność fizyczna i zachowanie dystansu emocjonalnego potrzebne są koordynatorom i pracownikom organizacji jak oddychanie. Łatwiej wtedy znaleźć dobre rozwiązanie, ale też zaakceptować fakt, że skierowanie kogoś na terapię lub zakończenie mobilności jest również okazaniem wsparcia.

Zadbać o siebie

Zapewnienie wsparcia emocjonalnego i psychicznego osobom uczestniczących w projektach bywa ogromnym wysiłkiem w czasach względnej stabilności. W momencie wybuchu pandemii koronawirusa stało się jeszcze trudniejsze, wymagało większej uważności i odporności psychicznej. By wzmocnić własną odporność na stres, można skorzystać z metody rozwijania dobrostanu opracowanej przez prof. Martina Seligmana [2]. Jej celem jest określenie kluczowych elementów, które wpływają na dobre samopoczucie, oraz rozwijanie ich. Są to:

  • P: Positive emotions (pozytywne emocje)
  • E: Engagement (zaangażowanie)
  • R: Relationships (relacje)
  • M: Meaning (poczucie sensu / znaczenia)
  • A: Achievement / Accomplishment (osiągnięcia i docenienie tego, co się robi)

Model ten można odnieść do praktyki życia codziennego w sytuacji pandemii, podczas której wiele osób utknęło w domu w zawieszeniu, jeśli chodzi o pracę i cele, w obawie o zdrowie własne i innych. Niektórzy musieli zacząć od wprowadzenia i utrzymania nowej rutyny dnia codziennego: znalezienia czasu na aktywność fizyczną, sen, relaks pracę i posiłki, czasu dla bliskich, czasu dla siebie (odpowiada to P, E i R).

W pandemii istotne stało się spojrzenie na zaistniałą sytuację z innej perspektywy i przedefiniowanie dotychczasowych celów. Niektórzy odnaleźli  nowe pasje lub wrócili do tych zapomnianych. W projektach oznaczało to nadanie znaczenia „siedzeniu w domu” oraz uzgodnienie nowych zadań, co wielu uczestnikom pozwoliło nie tylko przetrwać w zamknięciu, ale i wyzwoliło pokłady kreatywności (np. wykorzystując platformy online). Wieczorne spotkanie na platformie zoom połączone z rozmową o naturalnych sposobach dbania o siebie to także sposób na wytwarzanie pozytywnych emocji, dzielenie się wiedzą, skierowanie uwagi na to, co dobrego może wyniknąć z bycia w odosobnieniu, budowanie poczucia sensu (M).

Najważniejsze jednak (zarówno w przedstawionym wyżej modelu, jak i w życiu) jest zauważenie i docenienie tego, co zrobiliśmy, osiągnęliśmy (A). Nazwanie tego, co zrealizowaliśmy, przyczynia się do ogólnego poczucia szczęścia i spełnienia, ponieważ w ten sposób zamyka się pewien etap. Można się zatrzymać, odetchnąć, zrobić przestrzeń na zmiany. Świadomość osiągnięć jest bezpośrednio związana z poczuciem sensu i znaczenia, daje nam potwierdzenie siły, zdolności i wytrwałości. Dobrze jest też podzielić się swoimi osiągnięciami z innymi. Jeśli koordynujemy projekt, możemy przygotować wraz z uczestnikami tablicę sukcesu, na której każdy umieści swoje mniejsze i większe osiągnięcia. Pomoże to docenić siebie i innych. Im większą mamy świadomość podejmowanych działań, tym większy wpływ mamy na to, jak się czujemy i jak reagujemy.

Teoria w praktyce:

  • Pamiętaj, aby przyjmować pozytywną perspektywę tak często, jak tylko możesz, w myśl zasady: szklanka jest do połowy pełna.
  • Znajdź rzeczy, które sprawiają, że jesteś szczęśliwy i zaangażowany.
  • Skup się na swoich relacjach z rodziną i przyjaciółmi; poszukaj swoich sposobów na nawiązywanie dobrego kontaktu z uczestnikami projektów.
  • Szukaj znaczenia, sprawdzaj, jak realizujesz własne wartości, ustalaj i realizuj cele długoterminowe.

Delektuj się swoimi osiągnięciami i dąż do dalszych sukcesów.

Dbanie o dobrostan psychiczny jest potrzebne każdemu z nas, by móc realizować swoje marzenia, pasje, cele zawodowe i prywatne. Dotyczy to także osób doświadczających zaburzeń zdrowia psychicznego. Trzeba  zaznaczyć, że naprawdę trudnych przypadków, wymagających pomocy psychiatrycznej czy terapeutycznej, jest niewiele. Większość uczestników mobilności dobrze radzi sobie ze sobą i światem. A może robić to jeszcze lepiej, korzystając z podejścia well-being.

Wychodząc naprzeciw zapotrzebowaniu na dbanie o zdrowie psychiczne osób biorących udział w projektach i ich koordynatorów, narodowe agencje zaplanowały na jesień 2020 szkolenie wspierające uczestników w zakresie radzenia sobie z problemami związanymi z problemami natury psychicznej. Szkolenie podejmie kwestie rozpoznania charakteru problemu i odpowiedniego wsparcia psychicznego i emocjonalnego uczestnika projektu, pozwoli poznać i przećwiczyć narzędzia temu służące.

*Agnieszka Szczepanik – coach ICF z akredytacją ACC, trenerka, koordynatorka, ekspertka FRSE
Artykuł ukaże się w kwartalniku “Europa dla Aktywnych” nr 3/2020.

[1] P. Stecz, D. Podgórska-Jachnik, „Zdrowie psychiczne (także) studentów: komentarz do raportu EZOP Polska”, 2017.
[2] M. Seligman, „Pełnia życia. Nowe spojrzenie na kwestie szczęścia i dobrego życia”, Media Rodzina, Poznań 2011. M. Seligman, „Optymizmu można się nauczyć”, Media Rodzina, Poznań 2020

Uczyć zdalnie i z uśmiechem – rozmowa z Panem Belfrem


Technologia nie jest aż tak istotna. Uczniowie chcą sympatycznych, uśmiechniętych lekcji, na których będą się dobrze czuć – mówi Dawid Łasiński, nauczyciel chemii z Bolechowa, znany uczniom jako Pan Belfer. Opowiada, jak ciekawie prowadzić zdalne lekcje, czemu swoje zaczyna od śpiewania piosenki Elektrycznych Gitar i dlaczego na początku pandemii wystawił wszystkim uczniom piątki.

Koronawirus nie odpuszcza. Co, jeśli od września lekcje znów będą zdalne? Jak skutecznie uczyć w takich warunkach?

Dawid Łasiński*: Trzeba działać zespołowo. Namawiam wszystkich nauczycieli, by opracowali z dyrekcją jeden system, w którym będą wspólnie działać. Wiosną było tak, że np. pani od matematyki wysyłała zadania mailowo, lekcje historii odbywały się za pomocą aplikacji głosowej, a ćwiczenia z innego przedmiotu nauczyciel przekazywał przez Messengera. Wówczas dziecko i rodzic zaczynali się gubić, czy zadań z biologii szukać na Facebooku, czacie czy może w skrzynce mailowej. Najgorszy jest chaos.

To jak nad nim zapanować?

DŁ: Trzeba porzucić dotychczasowe nawyki, które nauczyciele sobie wypracowali w czasie pandemii. To nie jest trudne. Są dwa bezpłatne systemy do zdalnej pracy dostarczane przez internetowych gigantów: Microsofta i Google’a. Ten pierwszy proponuje pakiet podstawowy Office 365, w którym można z uczniami robić cuda. Bo da się tu stworzyć cyfrowy zeszyt, by być z nimi w ciągłym kontakcie czy zorganizować w ramach lekcji wideokonferencje. Drugi system to G Suite, w którym oprócz możliwości kontaktowania się i prowadzenia zdalnych lekcji można zostawić materiały dla uczniów do zapoznania się z nimi w późniejszym terminie. Dostępna jest też opcja przeprowadzania ankiet i testów. Dziś nadal wielu dyrektorów szkół nie wie o istnieniu tych programów. A one bardzo ułatwiają pracę.

Nagrywać filmik dla uczniów czy wysłać im materiał, który mają opanować?

DŁ: Zdecydowanie to pierwsze. Nie można uczniom podawać tylko stron z podręcznika, które mają przeczytać i opanować. To za mało. Trzeba im wytłumaczyć to, co jest tam napisane. To zadanie nauczyciela. A najłatwiej to zrobić, wykorzystując nowoczesne technologie. Dziś dostęp do nich jest bardzo łatwy. Przecież filmik, w którym w pasjonujący sposób opowiem uczniom o tym, co jest tematem lekcji, mogę nagrać swoim telefonem. Nie muszę być uzdolnionym operatorem i montażystą. Wystarczy, że na kubku do kawy, który posłuży mi za statyw, postawię komórkę i włączę nagrywanie. A potem gotowy materiał udostępnię uczniom.

Ale jak ma to zrobić nauczyciel, który nigdy wcześniej nie kręcił filmików i nie chce, żeby uczniowie mieli z niego bekę?

DŁ: Zawsze powtarzam kolegom, że nauczyciel ma prawo nie wiedzieć. Niech powie uczniom: „Słuchajcie, dopiero się tego uczę. Nie będzie to pewnie tak efektowne jak filmiki popularnych youtuberów, ale dla mnie najważniejsze jest to, żeby was zaciekawić lekcją”. Zresztą tu nie chodzi o to, żeby wideo miało mnóstwo animacji i innych bajerów, bo to nie powinno rozpraszać uwagi uczniów. To ma być okazja do przyjaznego przyswojenia wiedzy. Kto ma jednak opory przed nagraniem filmu, niech poprosi o pomoc uczniów. Mogą dodać planszę tytułową, poprawić dźwięk, wpleść podkład muzyczny. Wtedy sami staną się współodpowiedzialni za powstały materiał, co oznacza, że nie będą hejtować tego, co sami stworzyli. Można powiedzieć potem na lekcji, że ten film to efekt wspólnej pracy konkretnych uczniów i już nikt nie powie, że to siara.

Czy przygotowanie zdalnych lekcji wymaga więcej czasu?

DŁ: Jak się wie, jak to robić, to nie. Mnie to zajmowało ok. dwóch godzin. Miałem przygotowany materiał, wybrane linki do innych źródeł. Wystarczyło nagrać lekcję i przesłać ją dalej. Co ważne, można ją zduplikować. Zamiast 16 różnych nagrań dla każdej klasy mogłem przygotować trzy filmiki, osobne dla klas pierwszych, drugich i trzecich.

Jak sobie to dobrze zorganizować?

DŁ: W naszej szkole od początku epidemii zerwaliśmy z dotychczasowym planem zajęć i wprowadziliśmy nauczanie blokowe. To znaczy: w poniedziałki mieliśmy przedmioty humanistyczne udostępniane na następną lekcję wszystkim klasom w szkole. Wtorki to matematyka i języki obce, środa – przedmioty przyrodnicze, czwartki – zajęcia zawodowe, a piątki to luźniejsze przedmioty plus dodatkowe lekcje z polskiego i matematyki, bo tych było zawsze więcej w tygodniu. I to jest model, który się świetnie się sprawdził. Nie było sensu trzymać się sztywno podziału zgodnego z planem lekcji, bo ten często był podyktowany dostępnością sal i czasem, który nauczyciel musiał mieć dla każdej z klas. Teraz sytuacja się zmieniła. Zresztą wyobraźmy sobie, że dziecko ma spędzić siedem godzin przed ekranem komputera i wpatrywać się w kamerkę, w której co 45 minut będzie słuchać kolejnych gadających głów o fizyce, chemii, biologii czy matematyce. To potwornie męczące. Dlatego uczniowie się wylogowują, zostawiają tylko włączonego awatarka, a nam się wydaje, że mówimy do pełnej klasy. Ich jednak nie ma, a efektywność takich lekcji jest zerowa.

Pan jest showmanem, ale nie każdy ma taką osobowość i odnajdzie się w nowej roli. Czy lepiej więc skupić się na klasycznym przekazaniu wiedzy czy jednak wykorzystać dostępne narzędzia, by lekcja miała charakter bardziej interaktywny?

DŁ: Ja nagrywałem wcześniej swoje lekcje z chemii i w każdą środę udostępniałem je uczniom. Przygotowałem cyfrowy zeszyt w programie One Note, w którym oprócz nagrania zamieszczałem screeny z podręcznika, żeby nie musieli szukać odpowiednich fragmentów do nauczenia. Mogłem tam także osadzić symulacje reakcji chemicznych i wrzucić linki do filmików na kanałach edukacyjnych SciFun i Emce Kwadrat w serwisie YouTube, które są bardzo ciekawie zrealizowane, znacznie lepiej, niż sam byłbym w stanie przygotować. Wszystko w jednym miejscu. Taki poszerzony model źródeł wiedzy, na który normalnie nie ma czasu, w takich okolicznościach doskonale się sprawdza. Materiał co środę wstawiałem o godz. 8 i mówiłem uczniom, że mają czas do godz. 16, by się z nim zapoznać i na koniec rozwiązać krótki test, który traktuję jak potwierdzenie obecności na wirtualnej lekcji. Osiem godzin to sporo czasu, żeby znaleźć chwilę na naukę w tych trudnych warunkach domowych. Ale to nie wszystko. Jeśli klasa 1A miała ze mną przed epidemią lekcje chemii we wtorki między 9:45 a 10:30, to ten czas w tygodniu, już po wprowadzeniu pracy zdalnej, miałem zarezerwowany na konsultacje tylko z uczniami tej klasy. Pisali do mnie na czacie, czego nie rozumieją, sprawdzałem, czy dobrze wykonali zadania, albo konsultowali ze mną to, co było dla nich niejasne. W czasie pandemii tylko trzy razy zrobiłem wejścia na żywo, by podsumować omawiane wcześniej zagadnienia.

Ale zdalne lekcje na żywo, gdy wszyscy razem pracują i jest interakcja z uczniem, też są potrzebne?

DŁ: Zdecydowanie tak, bo nic nie zastąpi rozmowy. Dlatego na koniec roku szkolnego wysłałem uczniom ankietę. Poprosiłem, by ocenili zdalne lekcje i napisali, co im się podobało, a co można poprawić. Część z nich chciała więcej spotkań live. Ale to indywidualna kwestia do uzgodnienia z konkretnym nauczycielem. Wiadomo, że są przedmioty, które wymagają omówienia w grupie, a przy innych można pracować samodzielnie. I druga ważna uwaga, także dla innych nauczycieli. Technologia nie jest aż tak istotna. Uczniowie chcą sympatycznych, uśmiechniętych lekcji, na których będą się dobrze czuć. Dlatego zdalne lekcje nie powinny być zbyt długie. Moje filmiki nie trwają 45 minut, tyle co zwykła lekcja w klasie. Nikt by nie dotrwał do końca. Nagrania mają nie więcej niż 20 minut. Zaczynam zawsze od śpiewania dla nich piosenki „Dzieci” Elektrycznych Gitar, żeby było śmiesznie. To musi być coś innego, żeby chcieli obejrzeć materiał do końca. Pandemia sama w sobie nas mocno przytłacza, więc zamiast pogłębiać grobową atmosferę, staram się zrobić z lekcji show. I to im się podoba. Na koniec roku szkolnego napisali, że będzie im brakować mojego śpiewania.

Śpiewanie na chemii to element dodatkowy. A co z klasówkami? Robić je?

DŁ: Absolutnie nie! Na ich miejscu bym ściągał, bo trudno to kontrolować poprzez zdalne nauczanie. Zresztą zanim cokolwiek wymyślimy, to już na Brainly nasze zadanie rozwiązują tysiące osób. Robienie klasówek to oszukiwanie samego siebie. W zdalnej edukacji nie chodzi o to, jak oceniać, tylko  o to, jak uczyć. Teraz powiem coś, z czego jestem dumny. Zazwyczaj, gdy kończę jakiś dział, robię sprawdzian. W czasie pandemii to nie ma sensu. Gdy przyszło do podsumowania działu dotyczącego składników chemicznych w żywności, zaproponowałem uczniom nietypowe zadanie. Przez cztery dni w aplikacji, którą im udostępniłem, wpisywali wszystkie swoje posiłki. Podawali godziny i składniki. Aplikacja to przeliczała i w ten sposób mogli przeanalizować swoje nawyki żywieniowe. Skoro z lekcji wiedzą, czym jest białko czy tłuszcz i za co są odpowiedzialne w naszym organizmie, to mogą wyciągnąć wnioski, czy dobrze się odżywiają. Poprosiłem ich, by podsumowali swoje posiłki i zamieniając się w dietetyka, ocenili, co mogą zmienić w harmonogramie jedzenia, by jeść zdrowiej. Większość podeszła do zadania poważnie. Jedni pisali, że za mało piją wody, inni, że jedzą nieregularnie, jeszcze inni, że mają za dużo cukru w swojej diecie. Nagle sami sobie uświadomili, że nie potrzebują wizyty u lekarza, bo wystarczy aplikacja, obserwacja samego siebie i wiedza wyniesiona z lekcji. To jest istota edukacji. Gdyby lekcje odbywały się normalnie w szkole, nie byłoby na to czasu. A epidemia to był najlepszy moment, by przyjrzeć się sobie, bo i tak byliśmy zamknięci w domach, więc przynajmniej można było ten okres sensownie wykorzystać, a przy okazji zaliczyć jeden dział z chemii.

Czy to oznacza, że na koniec roku wystawił pan uczniom same piątki?

DŁ: Było ich bardzo dużo i nie mam z tym problemu. Zresztą przejście na zdalne nauczanie zacząłem od rozdania każdemu po piątce. Przed pandemią nie zdążyłem sprawdzić kartkówek, które zabrałem do domu. Termin mnie gonił, szkoła była już zamknięta, a uczniowie pytali, co z ocenami. I żona mi mówi: „Właśnie się dowiedzieli, że jeśli nie są pełnoletni, to nie mogą wyjść na dwór, a ty im będziesz sprawdzał kartkówki?”. A były wśród nich i puste kartki. Żona miała rację. Co ta jedynka czy dwójka zmieni w ich życiu? Na pewno im nie pomoże. A na początku epidemii wszyscy byliśmy zestresowani, nie wiedzieliśmy, co nas czeka. Po co im dowalać kolejną przykrą wiadomość? Dlatego wystawiłem od góry do dołu piątki. Napisałem, żeby potraktowali to jak prezent pandemiczny. I jeszcze poprosiłem, żeby poszli do rodziców i zapytali ich, czy są w stanie jakoś im pomóc. „Jeśli uważacie, że ta piątka jest dla was ważna, to byłoby mi miło, gdybyście porozmawiali z rodzicami o ich sytuacji” – tak napisałem. Niektórzy dziękowali za ocenę i pisali, że rozmawiali z mamą, tatą i wiedzą, że sytuacja jest dla nich bardzo stresująca, bo nie są pewni, czy utrzymają pracę. Dostałem też dwie wiadomości od rodziców. Zacytuję jedną: „Nie wiem, co pan napisał synowi, ale usiedliśmy przy stole, długo rozmawialiśmy i on płakał przy mnie. Dziękuję”. Tyle mogłem zrobić tą piątką. To był trudny czas i nie chciałem nikogo obarczać dodatkowymi problemami. Poza tym coraz mniej wierzę w oceny. Przecież w dniu klasówki ktoś może mieć gorszy moment, trudną sytuację w domu albo nie miał możliwości się nauczyć. Moim zadaniem jest przede wszystkim zaciekawić ucznia, a nie straszyć ocenami.

Przybyło panu lajków na koncie, odkąd wprowadzono zdalną edukację?

DŁ: Oczywiście. Na Facebooku w tym czasie polubiło mój profil wielu nauczycieli, bo udało mi się zorganizować dla nich kilka ważnych webinarów. Chciałem pokazać, jak uczyć zdalnie. Wielu z nich nigdy wcześniej tego nie robiło, a teraz tego od nich wymagano. Nie wiedzieli, jak do tego podejść, nie znali żadnych narzędzi. Z kolei na moje konto na YouTubie zaglądali przede wszystkim uczniowie, szczególnie w marcu i kwietniu. To wtedy strony rządowe zaczęły polecać Pana Belfra w programie „Zdalna Szkoła+” i umieszczały linki do moich lekcji. A że był to materiał rekomendowany przez Ministerstwo Edukacji Narodowej, bo wisiał w sieci już trzeci rok, to i nauczyciele tam zaglądali i polecali moje lekcje chemii swoim uczniom. Dlatego nie narzekam. Epidemia przysporzyła mi wielu nowych fanów.

* Dawid Łasiński jest nauczycielem chemii od 13 lat. Uczy w Zespole Szkół im gen. Dezyderego Chłapowskiego w Bolechowie pod Poznaniem. Jest współtwórcą portalu „Lekcje w sieci”. Od trzech lat prowadzi kanał edukacyjny w serwisie YouTube, w którym wciela się w postać Pana Belfra – nauczyciela z Internetów. Prowadzi tam liczne kursy dla uczniów i nauczycieli, webinary, a także warsztaty autorskie dotyczące nowoczesnych technologii w edukacji. Jego kanał subskrybuje 47 tys. fanów, a liczba wyświetleń zbliża się do dwóch milionów. Jako jeden z trzech najbardziej innowacyjnych nauczycieli w Polsce został zaproszony przez Microsoft na międzynarodową konferencję dla nauczycieli „Education Exchange” do Singapuru. W roku szkolnym 2019/2020 był jednym z finalistów konkursu Nauczyciel Roku 2019. Jest członkiem grupy Superbelfrzy RP. Posiada tytuł Microsoft Innovative Educator Expert.

Zdjęcie: archiwum prywatne

Kto szuka, nie błądzi


Na platformie EPALE edukatorzy osób dorosłych poszukują inspiracji do wzbogacenia swojego warsztatu, a organizacje – partnerów, z którymi mogłyby zrealizować międzynarodowy projekt.

Umożliwia to specjalna wyszukiwarka

Wyszukiwarka powstała po to, aby stworzyć przestrzeń do współpracy organizacjom z całej Europy, planującym projekt w obszarze uczenia się dorosłych, na przykład w programie Erasmus+. Można w niej znaleźć zaproszenia do udziału w projekcie lub informacje o profilach organizacji, które są chętne do nawiązania współpracy. Można też zamieścić własne ogłoszenie. Zaproszeń jest dużo, zwłaszcza przed terminem składania wniosków. Są to najczęściej zaproszenia do udziału w partnerstwie, publikowane przez przyszłych koordynatorów projektu. Przez niemal sześć lat pojawiło się na EPALE 98 ogłoszeń z Polski, a co piąte skutecznie zachęciło zagranicznych partnerów do podjęcia współpracy.

Zapytaliśmy cztery koordynatorki o to, jak udaje się znaleźć partnera, na co warto zwracać uwagę podczas pisania ogłoszenia i nawiązywania międzynarodowej współpracy. To szczególnie cenne, bo za kilka miesięcy rozpocznie się nowa perspektywa finansowa programu Erasmus i wyszukiwarka może się stać pomocna.

Dlaczego warto skorzystać z wyszukiwarki?

– Zależało nam na poznaniu rozwiązań stosowanych w obszarze ekonomii społecznej w Europie. Od lat zajmujemy się tą tematyką i dostrzegamy wiele wyzwań związanych z jej rozwojem w Polsce. Chcieliśmy zobaczyć, jak inne kraje sobie z nimi radzą, i podzielić się naszymi doświadczeniami. Uznaliśmy, że idealnie nadaje się do tego projekt realizowany w ramach programu Erasmus+, a że nie mieliśmy organizacji partnerskich, postanowiliśmy szukać ich za pośrednictwem EPALE. Dzięki temu nasze ogłoszenie mogło dotrzeć to szerokiego grona potencjalnie zainteresowanych instytucji – opowiada Katarzyna Potoniec z Ośrodka Wspierania Organizacji Pozarządowych.

– Ubiegając się o dofinansowanie nowych projektów, zawsze staramy się zaprosić jedną lub dwie instytucje całkowicie nieznane. Chcemy nawiązywać kontakty z tymi, z którymi jeszcze nie współpracowaliśmy. Czasami zachodzi potrzeba realizacji określonego zadania, a wśród instytucji, które znamy, żadna nie jest w stanie podjąć się tego zadania – mówi dr Ludmiła Walaszczyk z Instytutu Technologii Eksploatacji.

Jak napisać ogłoszenie?

– Ogłoszenie powinno być zwięzłe, zawierać jak najwięcej konkretnych informacji napisanych w sposób jasny i nieformalny. Tak kształtuje się obraz naszej instytucji jako przyjaźnie nastawionej, a jednocześnie rzeczowej i odpowiedzialnej. To zachęca do kontaktu – mówi Sylwia Kurszewska z Centrum Kształcenia Ustawicznego w Sopocie.

Co powinno się w nim znaleźć?

Ogłoszenie to rodzaj wizytówki organizacji i warto przygotować je tak, aby nas samych zachęciło do współpracy. Kilka podstawowych informacji pomoże partnerom ocenić, czy warto zaangażować się w projekt:

  • Opis działalności: ogólne informacje o naszej organizacji, obszarze współpracy i grupie odbiorców korzystających z jej oferty.

à Warto podkreślić swoje doświadczenie w realizacji projektów zarówno w roli koordynatora, jak i partnera.

  • Profil projektu: zakres działań, grupa odbiorców, informacje o warunkach, jakie powinna spełnić organizacja partnerska. Jedno, dwa zdania o projekcie lub nawet sam jego tytuł sugerujący tematykę są niezbędne.

à Pomocne są hasła: „Reliable organisation is looking for Partners”, „Ready project – looking for Partners”.

  • Język: ogłoszenia zawsze zamieszczamy w języku angielskim, bo to zwiększa szanse na znalezienie partnera, na którym nam zależy.
  • Oczekiwania wobec partnerów: jakiego partnera szukamy i jakie będzie miał zadania w projekcie, konkretny zakres tematyczny oraz oczekiwania względem potencjalnie zainteresowanych (np. partnerstwo lub kierowanie projektem, cele – np. opracowanie innowacyjnej metody). Pomoże to określić, czy dany projekt wpisuje się w krąg zainteresowania potencjalnych partnerów i czy są w stanie podjąć się realizacji naszych oczekiwań.
  • Kraje pochodzenia: różnorodność geograficzna jest zaletą wniosku konkursowego. Umożliwia wymianę doświadczeń organizacji z wielu regionów Europy, dlatego warto określić, kogo zapraszamy do współpracy. Jeśli zależy nam na partnerach z konkretnych krajów, warto to jasno opisać.
  • Dane umożliwiające kontakt: adres strony internetowej naszej organizacji i e-mail osoby, która potrafi udzielić dodatkowych informacji. Dzięki temu odpowiedzi na ogłoszenie będą przychodziły na skrzynkę mailową, a my będziemy mieli pewność, że nic nam nie umknie.

Kiedy warto zamieścić ogłoszenie?

Poszukiwanie dobrze jest rozpocząć kilka miesięcy przed złożeniem wniosku. Wówczas mamy czas na rozeznanie, jakie zadania dany partner mógłby wykonywać.–  Bywa, że odpowiedzi spływają szybko, a niekiedy jest ich tyle, że analiza zajmuje sporo czasu. Nie warto czekać na ostatnią chwilę – radzi Katarzyna Potoniec. – Ogłoszenie zamieściliśmy jesienią, a nabór był planowany na marzec. Mieliśmy dość czasu, aby spotkać się online, zanim podjęliśmy decyzję o włączeniu się do partnerstwa. Następnie cały styczeń wspólnie pisaliśmy wniosek i spotykaliśmy się na wideokonferencjach. Dzięki temu, że mieliśmy czas na poznanie się przed napisaniem wniosku, a potem wspólnie go przygotowywaliśmy, wszyscy partnerzy byli świadomi zadań, jakie mają do wykonania, celu projektu i wpływu, na jakim nam zależy – mówi Ewa Kubel z Fundacji Ad Meritum.

Czego nie robić?

– Nie warto pisać w ogłoszeniu, że możemy zostać partnerem w dowolnym projekcie. Sugeruje to, że nie zależy nam na tematyce, tylko na uzyskaniu dofinansowania, a to stwarza wrażenie, że nie zaangażujemy się w realizację zadań. Na platformie nie poszukujmy także partnera, który miałby kluczowe znaczenie dla realizacji projektu i osiągnięcia jego głównego rezultatu. Jest to zbyt ryzykowne. Gdyby okazało się, że nie wywiązuje się z obowiązków, to nasz projekt straciłby na tym. Kierujmy się ograniczonym zaufaniem i dawajmy nowo poznanemu partnerowi zadania, które w razie nieprzewidzianych komplikacji, mogą zostać zrealizowane lub wsparte przez pozostałych – radzi dr Ludmiła Walaszczyk.

Jakie projekty udaje się realizować dzięki pośrednictwu EPALE?

– Dzięki ogłoszeniu otrzymaliśmy zaproszenie do partnerstwa od firmy szkoleniowej z Niemiec. Projekt był skierowany do małych organizacji pozarządowych i firm szkoleniowych z Polski, Niemiec, Austrii i Hiszpanii. Najpierw to my, jako uczestnicy projektu, uczyliśmy się technik cyfrowej wizualizacji, a w kolejnej fazie prowadziliśmy szkolenia z wykorzystania programu VideoScribe, a jednocześnie tworzyliśmy platformę e-learningową i przygotowywaliśmy program szkolenia edukatorów osób dorosłych, aby przekazać im zdobytą wiedzę – tak o swoim projekcie opowiada Ewa Kubel.

– Jeden projekt już zakończyliśmy, a obecnie jesteśmy w trakcie realizacji drugiego. W tym pierwszym wzięło udział pięć instytucji, a partnerów z trzech krajów udało się znaleźć na EPALE. Projekt polegał na wymianie dobrych praktyk i opracowaniu kompendium wiedzy na temat modeli biznesowych dla przedsiębiorców i innych osób dorosłych zainteresowanych tą tematyką. W drugim projekcie działa sześć instytucji. Tym razem przez EPALE udało się nam pozyskać organizację z Portugalii. Współpraca z partnerami w pierwszym projekcie układała się dobrze. Wszystkie zadania zrealizowaliśmy w pełni. Co dla nas bardzo satysfakcjonujące, mieliśmy z nimi dobry kontakt, każdy wykonywał zadania w wyznaczonym czasie. Raporty też pisaliśmy wspólnie. Byliśmy bardzo zadowoleni z partnerów wybranych przez platformę, chociaż mieliśmy obawy, że są to instytucje całkowicie nieznane – mówi dr Ludmiła Walaszczyk.

***

Wyszukiwarka partnerów EPALE działa pod adresem: https://epale.ec.europa.eu/pl/partner-search

Kompetencje przyszłości w akcji


Kompetencje przyszłości to cechy i umiejętności, które warto rozwijać, aby zwiększyć swoją konkurencyjność i szanse zatrudnienia w przyszłości. Rozwój technologiczny, postępująca cyfryzacja, automatyzacja to procesy związane z rynkiem pracy, które następują na tyle dynamicznie, że trudno w myśleniu o zawodowej przyszłości stawiać na naukę konkretnych zawodów. Rozwój w oparciu o kompetencje jest więc bardziej bezpiecznym i dającym lepszą perspektywę podejściem. Mimo tego, kompetencje przyszłości są przez wielu postrzegane jako modnie brzmiące hasło lub teoria, nie do końca związana z otaczającą nas rzeczywistością. Do czasu.

Covid-19 w mgnieniu oka zmienił sytuację na rynku pracy, wymuszając natychmiastowe przejście od teorii do praktyki. Które z kompetencji przyszłości okazały się kluczowe i najważniejsze podczas tej niespodziewanej zmiany?

Pandemia uświadomiła nam przede wszystkim jak ważna jest ELASTYCZNOŚĆ.  Szybkie reagowanie na zmieniającą się rzeczywistość, dostosowywanie się do nowego stylu życia i pracy okazały się kluczowe dla wielu pracowników i firm w walce o przetrwanie. Elastyczność stała się niezbędna zarówno w sposobie wykonywanej pracy (przejście na tryb zdalny), w podejściu do uzyskiwanych korzyści (tymczasowa redukcja wynagrodzeń) jak i zakresu wykonywanych zadań (tymczasowa zmiana zakresu obowiązków). Niektóre firmy błyskawicznie zareagowały na zmianę sytuacji rynkowej, dostosowując profil swoich produktów lub usług do aktualnych potrzeb. Wiele firm kosmetycznych zaczęło wytwarzać żele i płyny antybakteryjne, których nie mieli wcześniej w swojej ofercie. Tesla –  koncern Ellon’a Musk’a rozpoczął współpracę w zakresie produkcji sprzętu medycznego potrzebnego pacjentom zakażonym Covid-19. Ford ogłosił, że pracuje nad rozszerzeniem swojej linii produkcyjnej również o respiratory. To samo zrobił koncern General Motors oraz producent designerskich odkurzaczy Dyson.

Gdyby nie elastyczność, skutki pandemii mogłyby być znacznie dotkliwsze zarówno dla pracowników jak i pracodawców. To dzięki niej lepiej radzimy sobie ze stresem i łatwiej dostosowujemy się do zmian.

Na czele listy kompetencji przyszłości od lat znajduje się KOMPLEKSOWE ROZWIĄZYWANIE PROBLEMÓW. To umiejętność analizowania wielu danych i informacji, podejmowania decyzji i wdrażania rozwiązań często pod presją czasu. Trudno dziś wyobrazić sobie większą presję niż obwieszczony niemal z dnia na dzień lockdown.

Po ogłoszeniu stanu nadzwyczajnego w Estonii, niemal natychmiast rząd zorganizował hackathon „Hack The Crisis” – czyli maraton projektowania nastwiony na szybkie prototypowanie. W projekt zaangażowało się blisko trzydzieści startupów, szukając pomysłów na to, jak wykorzystać technologie w walce z pandemią. Na bazie tej inicjatywy powstały m.in. interaktywny kwestionariusz pomagający ustalić ryzyko infekcji czy mapa rozprzestrzeniania się wirusa. Najlepsze z pomysłów otrzymały granty finansowe.

Kompleksowe podejście do problemów, umiejętność dogłębnej analizy ich przyczyn, patrzenie na zagadnienie z różnych perspektyw pomagają w znalezieniu najlepszych rozwiązań w krótkim czasie. Tym samym przyczyniają się eliminacji podobnych problemów w przyszłości.

Dlaczego jest nam potrzebne KRYTYCZNE MYŚLENIE? Umiejętność logicznego rozumowania i chłodnej analizy, zyskuje coraz bardziej na znaczeniu w świecie, w którym jesteśmy bombardowanymi informacjami. Konieczne jest więc, aby umieć odróżniać fakty od opinii. W czasach globalnego „lockdownu” media społecznościowe stały się jednym z głównych kanałów komunikacji o masowym zasięgu. Badanie Carnegie Mellon dotyczące tweetów opublikowanych do stycznia 2020 i związanych z Covid-19 wykazało, że ok. 45% z nich może być nieprawdziwa.

Media są dla nas źródłem informacji, ale w dobie zdalnej edukacji również nauki. Dlatego wszyscy powinniśmy zachować czujność. Warto korzystać ze sprawdzonych i wartościowych źródeł rekomendujących ofertę edukacyjną np. Nauka i Praca w Europie – która odnosi się do aktualnych trendów na rynku pracy i daje możliwość dopasowania kierunków nauki do Twoich potrzeb. Więcej na temat tego nowego narzędzia, jakie oferuje nam Nowy Europass na stronie Komisji Europejskiej: https://europa.eu/europass/pl

Kryzys to nade wszystko czas KREATYWNOŚCI. To ona umożliwia generowanie nowych pomysłów i rozwiązań, kiedy stare sposoby postępowania przestają być możliwe lub skuteczne. Trudno sobie wyobrazić rozwiązywanie problemów czy elastyczne podejście bez wykorzystania kreatywności. Jest ona przydatna niemal w każdej dziedzinie życia i pracy oraz stanowi element przewagi konkurencyjnej człowieka nad „maszyną”. Dlatego rozwojowi kreatywności warto poświęcić szczególną uwagę.

Rynek pracy podlega dynamicznym zmianom. Aby sprostać wymaganiom należy być świadomym konieczności rozwoju kompetencji i zdobywania nowych przez całe życie. Często to właśnie elastyczność, kreatywność, umiejętność krytycznego myślenia i rozwiązywania problemów, są ważniejsze niż wyspecjalizowanie się w konkretnym zawodzie. Mamy teraz tę niecodzienną okazję, by móc przekonać się o tym na własnej skórze.

A jeśli już będziemy chcieli pochwalić się wyżej wymienionymi umiejętnościami szukając pracy zarówno w Polsce, jak i zagranicą warto wykorzystać nowoczesne narzędzia, jakie na mocy Decyzji Parlamentu Europejskiego i Rady UE 2018/646 z dnia 18 kwietnia 2018 roku udostępniła Komisja Europejska. Narzędzia i informacje udostępnione na platformie Nowego Europass pomogą wszystkim użytkownikom lepiej zarządzać edukacją i karierą. Użytkownicy platformy mogą utworzyć m. in. bezpłatny profil, wygenerować CV lub list motywacyjny w wybranym formacie, a całość zachować w bibliotece dokumentów.

Na platformie dostępne są również ciekawe propozycje ofert pracy i kursów, które system automatycznie dostosowuje do umiejętności i zainteresowań wskazanych w profilu użytkownika. Nowy Europass wprowadza jednocześnie możliwość wykorzystania cyfrowych poświadczeń (ang. digital credentials) tj. narzędzi cyfrowego opisu i walidacji efektów nauczania, uprawnień zawodowych i kwalifikacji. Wszystkie informacje i funkcjonalności na platformie Europass dostępne są bezpłatnie w 29 językach. Zapraszamy na stronę KCE: www.europass.org.pl  oraz oficjalną stronę UE: www.europa.eu/europass/pl

Autorka: Sylwia Korycka-Fortuna – doradca kariery, coach ICF

Narodowa lekcja informatyki


Faktycznie, straszny ten kryzys: ludzie zaczęli kupować tylko to, czego naprawdę potrzebują – kpił niedawno mój znajomy. Miał trochę racji. Epidemia – poza całym dramatem, który przyniosła – pokazała, jak wiele czasu poświęcamy na zaspokajanie sztucznie wykreowanych potrzeb, i jak wiele pieniędzy tracimy na przedmioty w istocie zbędne. Kryzys dał szansę na otrzeźwienie i chłodną analizę: lista prawdziwych priorytetów okazała się krótka.

Co się na niej znalazło? Po pięciu tygodniach kwarantanny nikt już chyba nie ma wątpliwości: spotkanie drugiego człowieka. Przy stole, na ulicy lub choćby przez internet. To nie jest fanaberia: to warunek zdrowia psychicznego i rozwoju społeczeństw. Kto więc szukał argumentu, by ograniczyć np. międzynarodową aktywność w programie Erasmus+, będzie zawiedziony. Komisja Europejska wcale nie straciła wiary w sens i możliwość bezpośredniej współpracy. Pod koniec maja na nowy program – na lata 2021-2027 – zaproponowała aż
27,4 mld euro! Może w pociągach i barach uczestnicy mobilności siedzieć będą dalej od siebie, może czasem w maskach, ale nie przestaną się spotykać. To dlatego w tym numerze „Europy dla Aktywnych” znów tak wiele piszemy o sensie i korzyściach z międzynarodowych wyjazdów: na studia (s. 44, 48), wolontariat czy wymiany młodzieżowe (s. 26).

Czego jeszcze nauczył nas kryzys? Pokazał, że nawet wielkie europejskie programy edukacyjne można w kilka dni przestawić na nowe tory. Zajęcia na uniwersytetach przez internet? Do zrobienia (s. 8-15)! Międzynarodowe spotkania przeniesione do sieci w jeden weekend? Proszę bardzo! (s. 58) Nowe webinaria uruchomione ad hoc? Dla chcącego – nic trudnego! (s. 66) Potrzeba spotkań i wymiany doświadczeń była tak wielka, że organizatorzy działań w całej Europie wykazywali się niebywałą determinacją i kreatywnością. Nagle okazało się, że pod ręką jest mnóstwo dobrych narzędzi, pozwalających nie tylko widzieć się i słyszeć, ale także wspólnie pracować nad dokumentami, a nawet zdalnie animować ćwiczenia fizyczne (s. 56). Niektórzy po raz pierwszy odkryli takie możliwości, jak Erasmus Virtual Exchanges (s. 36).

W trakcie pandemii przekonaliśmy się również, w jakim miejscu jest polska szkoła na drodze do cyfryzacji. W normalnych warunkach nagły, masowy eksperyment przejścia na zdalne nauczanie nazwalibyśmy szaleństwem. Pandemia okazała się doskonałym uzasadnieniem dla rewolucji i wielkim motywatorem dla uczniów i pedagogów. Na placu boju dowiedzieliśmy się na przykład, jak cenne są cyfrowe kompetencje nauczycieli zaangażowanych w eTwinning i że w polskich szkołach nie powinno być miejsca dla tych, którzy pracę w chmurze mylą z bujaniem w obłokach.

Kryzys związany z koronawirusem był pełen paradoksów. Nie rozwinąłby się tak szybko, gdyby ludzie mniej podróżowali po świecie. Ale z drugiej strony – nie poradzilibyśmy sobie z nim w trzy miesiące (a na to wygląda), gdyby nie międzynarodowa współpraca. Szykując się na kolejne kryzysy, warto o tym pamiętać. Nie wiem, czy wiosna 2020 r. trwale zmieni zwyczaje zakupowe, ale może chociaż w dziedzinie edukacji nie trzeba już będzie udowadniać oczywistego.
Miłej lektury!

Krzysztof Szwałek

Efekt motyla


Rok akademicki 2019/2020. Tysiące studentów w Europie przygotowują się do wyjazdu na zagraniczne uczelnie w ramach programu Erasmus+. Nie wiedzą, że w stolicy jednej z chińskich prowincji pali się lont, który sprawi, że ich plany wylecą w powietrze

Chiny, Wuhan. Miasto w centrum kraju, ponad 11 mln mieszkańców. W szpitalu centralnym lekarz Li Wenliang zapoznaje się z raportem na temat pacjenta, u którego objawy zbliżone są do tych, jakie wywołuje wirus SARS, m.in.: wysoka gorączka, kaszel, bóle mięśni. W 2003 roku podczas epidemii SARS (trwającej osiem miesięcy) zanotowano 8096 przypadków zakażenia, zmarło 812 osób. Wenliang łączy fakty, porównuje objawy u innych pacjentów. Przeczuwa najgorsze. Jest 31 grudnia 2019 roku. W kolejnych dniach chińscy naukowcy odkrywają, że przyczyną ostrego zapalenia płuc w Wuhan jest nowy rodzaj koronawirusa. 23 stycznia 2020 roku liczba potwierdzonych przypadków zarażeń wzrasta do ponad 500, a ofiar śmiertelnych do 17, władze decydują się zamknąć miasto. Temat epidemii trafia na nagłówki światowych mediów. Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) oficjalnie nazywa chorobę wywoływaną przez koronawirusa COVID-19 (akronim od coronavirus disease 2019).

Hongkong. Od początku roku na The Education University of Hong Kong przebywa Beata Krzywosz-Rynkiewicz, profesor Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie, stypendystka Programu Operacyjnego Wiedza Edukacja Rozwój (PO WER). Jeszcze się nie spodziewa, że będzie towarzyszyła swoim kolegom, naukowcom i studentom w jednym z największych kryzysów, jaki dotknął Hongkong w ostatnich kilkudziesięciu latach. Z zagrożenia zdaje sobie sprawę dopiero na zajęciach. – Kiedy weszłam do sali wykładowej, natychmiast zaoferowano mi płyn dezynfekujący i maskę. Gdy zaczęłam tłumaczyć, że prawdopodobieństwo zakażenia z powietrza jest minimalne, więc ja zakażenia się nie obawiam, usłyszałam zdecydowaną odpowiedź: „Nie chodzi tylko o to, że ty możesz się zarazić, ale też o to, że gdybyś była nosicielem, zarażałabyś innych”. Zrozumiałam, że ta sytuacja nie skończy się szybko – wspomina. Władze w Hongkongu zamykają uniwersytety
25 stycznia. Uczelnia szybko wprowadza tryb nauczania online. Dzięki doświadczeniu wyniesionemu z poprzednich epidemii i wielkiej dyscyplinie mieszkańców, w 7,5-milionowym mieście notuje się tylko dwa-trzy zachorowania dziennie. Uczelnia profesor Krzywosz-Rynkiewicz pustoszeje. Zdecydowana większość kolegów z pracy wyjechała lub zrobi to lada dzień. Epicentrum pandemii przenosi się do Europy.

Włochy. 19 lutego 2020 r. na stadionie San Siro w Mediolanie odbywa się mecz Ligi Mistrzów Atalanty z Valencią. Do Mediolanu przyjeżdża 40 tys. kibiców z Bergamo. Kilka tygodni później dowiedzą się, że wzięli udział w jednym wielkim korona-party. Mecz przyczynia się do gwałtownego rozwoju epidemii w Mediolanie i Bergamo. 23 lutego 2020 r.
władze regionu zamykają dziesięć najbardziej dotkniętych epidemią miasteczek w północnych Włoszech. Zostają odwołane wydarzenia publiczne. W Polsce Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego informuje, że „w ramach programu Erasmus+ we Włoszech przebywa 603 polskich studentów oraz 15 pracowników akademickich”. Wśród nich jest Mateusz Kalfas, student Wydziału Zarządzania Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie, który od 5 lutego przebywa na wymianie na Uniwersytecie w Bergamo w Lombardii. Na własne oczy obserwuje, jak wybucha koronawirusowe piekło. – Zacząłem uczęszczać na wykłady i jeszcze wtedy nie zdawałem sobie sprawy, że będzie to zarazem mój pierwszy i ostatni tydzień zajęć na uniwersytecie – wspomina Kalfas. – Mimo oficjalnych zaleceń życie toczyło się normalnie. W mieście przebywało wiele osób, w restauracjach i pubach tłoczyli się ludzie – dodaje.

Z dnia na dzień sytuacja staje się jednak coraz poważniejsza. Władze regionu wprowadzają tak zwane czerwone strefy. 8 marca obejmują Bergamo, dwa dni później już całe Włochy. Przemieszczać można się tylko w sytuacjach wyższej konieczności. Bilans danych tego dnia to ponad 9 tys. zakażonych i 460 zgonów. – Uniwersytet został zamknięty szybko. Uczelnia potrzebowała chwili na organizację. Od tego czasu wszystkie zajęcia odbywają się w trybie online i działa to całkiem dobrze, egzaminy również zostaną przeprowadzone w ten sam sposób – wyjaśnia Kalfas.

Epidemia rozlewa się na całe Włochy: od Lombardii, przez Toskanię, do Sycylii. Na południu kraju, w Salerno, w ramach Erasmusa+ przebywa Bartłomiej Kamiński, student Wydziału Nauk Ekonomicznych Uniwersytetu Warszawskiego. – Momentem kluczowym było wprowadzenie czerwonej strefy na terytorium Włoch. Zgiełk na ulicach Salerno ucichł. Mieszkańcy zaczęli zakładać maseczki, w sklepie zaczynało brakować produktów, jeździły radiowozy. Tego samego dnia wyszedłem z mieszkania, aby trochę pobiegać. Byłem pewien, że było to zgodne z prawem. Nagle zatrzymali mnie funkcjonariusze Korpusu Karabinierów. Zrozumiałem, że natychmiast powinienem udać się
do domu. Wtedy zdałem sobie sprawę z trudności życia w państwie, którego przepisów nie znam. Nie byłem pewny, co mogę, a czego nie – wyjaśnia Kamiński. Zaczął myśleć o zakończeniu programu i powrocie do Polski. W połowie marca we Włoszech liczba ofiar śmiertelnych koronawirusa wynosi już 3405 i przekracza liczbę zmarłych w Chinach. Coraz bardziej dramatyczna staje się też sytuacja w Hiszpanii.

Hiszpania. 20 marca liczba ofiar w tym kraju przekracza tysiąc. Od września 2019 r. na rocznym Erasmusie+ w Universidad de Huelva przebywa Filip Banaszak, student Wydziału Ekonomii i Finansów na Uniwersytecie Ekonomicznym we Wrocławiu. – Zacząłem myśleć o zagrożeniu, gdy do Huelvy zjechali, a właściwie zlecieli z całego świata, erasmusowcy na nowy semestr. Liczba zakażeń w ciągu kolejnych tygodni zaczęła w Hiszpanii wzrastać. W końcu uczelnia ogłosiła zawieszenie zajęć. Od razu zostaliśmy poinformowani, jak będzie prowadzona dalsza edukacja oraz jak zostaną rozwiązane sprawy administracyjne, z ewentualnym odwołaniem wyjazdu włącznie. Z uczelnianych korytarzy przenieśliśmy się na skrzynkę mailową i platformę Moodle. Niektóre zajęcia odbywają się na zasadzie wideokonferencji, inne polegają na rozwiązywaniu testów po samodzielnym zapoznaniu się z wymaganym zagadnieniem – wyjaśnia Banaszak.

Siła wyższa

Już pod koniec lutego FRSE – polska Narodowa Agencja Programu Erasmus+ – informuje o możliwościach pomocy dla studentów. – Przypadki wcześniejszych powrotów czy rezygnacji z wyjazdu ze względu na sytuację związaną z wirusem w regionach Włoch i w Chinach zostają uznane za wystąpienie tzw. siły wyższej. Jest to sytuacja wyjątkowa, na którą żadna ze stron wymiany nie ma wpływu – wyjaśnia Beata Skibińska, dyrektor Biura Szkolnictwa Wyższego w Fundacji Rozwoju Systemu Edukacji. Uznanie wystąpienia „siły wyższej” powoduje, że osoba decydująca się na przerwanie pobytu nie musi zwracać części stypendium.

Reagują też polskie uczelnie. – Na Uniwersytecie Warszawskim błyskawicznie uruchomiliśmy stronę z odpowiedziami na najczęściej zadawane pytania. Ze wszystkimi studentami utrzymujemy kontakt e-mailowy, regularnie przekazujemy im komunikaty. Dotyczy to także studentów zagranicznych na naszej uczelni – informuje Sylwia Salamon, kierownik Biura Współpracy z Zagranicą na UW, uczelniany koordynator programu Erasmus+.

Podobnie postępują inne szkoły wyższe. Studenci przebywający za granicą dostają wybór: mogą przerwać Erasmusa i wrócić do kraju lub kontynuować program, uczestnicząc i zaliczając zajęcia w formie online. – Sytuacja jest trudna, wymaga od wszystkich solidarności, ale też elastyczności i dobrej woli. Siłą rzeczy zostaliśmy zmuszeni do szybkiego testowania nie tylko infrastruktury informatycznej, ale też wdrożenia rozmaitych rozwiązań „na już” – mówi Renata Decewicz, koordynator Zespołu Mobilności w Biurze Szkolnictwa Wyższego FRSE.

Kolejny krok
Polski rząd zamyka granice 15 marca. Tego dnia na całym świecie zakażonych jest prawie 146 tys. ludzi. Władze organizują akcję #LOTdoDomu. Studenci Erasmusa stają przed dylematem: wracać czy zostać. Profesor Beata Krzywosz-Rynkiewicz decyduje się wrócić z Hongkongu. Podobnie Bartłomiej Kamiński.
– Postanowiłem, że dokończę semestr na Uniwersytecie Warszawskim. Czas pokaże, czy to dobra decyzja – wyjaśnia. – Na szczęście do Włoch przyjechaliśmy z kolegą samochodem. Z Salerno w drogę powrotną wyruszyliśmy w niedzielę
15 marca 2020 r. i była to podróż, której już do końca życia nie zapomnę. Chciałbym to nazwać przygodą, ale wiem, że historia ta rozgrywała się w cieniu tragedii i cierpienia setek tysięcy Włochów – dodaje Kamiński.

Wielu innych Polaków postanawia jednak zostać za granicą i kontynuować studia. – Powrót wydawał mi się niepraktyczny także ze względu na to, że loty były organizowane z większych miast, w których sytuacja była o wiele gorsza niż w Huelvie – tłumaczy Filip Banaszak. – Uważałem, że nie ma sensu narażać siebie, swojej rodziny i ludzi postronnych, jeżeli mogę zminimalizować ryzyko zachorowania, siedząc na miejscu. Jestem w Huelvie już drugi semestr, znam to miasto i czuję się tu jak w domu. To poczucie bezpieczeństwa na pewno miało duży wpływ na decyzję, którą podjąłem.

Inni, jak Martyna Kuźma, studiująca w ramach Erasmusa w Polytechnic Institute of Castelo Branco w Portugalii, wrócili do Polski i kontynuują naukę na uczelni zagranicznej zdalnie. – Moja macierzysta placówka, czyli Szkoła Główna Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie, dała nam wolną rękę. Nie widziałam sensu zostawania tam, ponieważ tylko siedziałabym w wynajętym mieszkaniu – to równie dobrze mogę robić w domu w Polsce – tłumaczy.

RAPORT erasmus student network (ESN)
Z raportu opracowanego przez ESN wynika, że prawie dwie trzecie mobilności było kontynuowanych, a jedną czwartą anulowano. Wielu studentów zgłaszało problemy z transportem do domu lub ze znalezieniem zakwaterowania w miejscu, w którym zdecydowało się zostać. Ponad połowa osób, które nie wróciły z zagranicy, przeszła na zdalny tryb nauczania. Aż 24% studentów włoskich i 19% studentów azjatyckich skarżyło się, że w czasie pandemii doświadczyło dyskryminacji ze względu na narodowość. W badaniu wzięło udział 22 tys. studentów z całego świata.

Zdjęcie: Beata Krzywosz-Rynkiewicz

Czekają nas zmiany!


Nowa perspektywa finansowa UE przynosi zmiany w Erasmusie. Procedurę składania wniosków o dofinansowanie projektów mobilności uproszczą akredytacje

Podstawowym celem nowych rozwiązań jest usprawnienie procesu składania wniosków o dofinansowanie projektów mobilności. Obecnie planowane jest wprowadzenie akredytacji w Akcji 1. trzech z pięciu sektorów programu Erasmus: Edukacji szkolnej, Kształceniu i szkoleniach zawodowych oraz Edukacji dorosłych. Dokument będzie swego rodzaju biletem wstępu do świata mobilności lub oznaką członkostwa w programie Erasmus. Przeznaczony będzie dla wszystkich uprawnionych organizacji, także tych nieposiadających doświadczenia w realizacji zagranicznych wyjazdów.

Raz uzyskana akredytacja w konkretnym sektorze będzie ważna do końca perspektywy finansowej. Gdy organizacja zechce ubiegać się o środki z kilku sektorów jednocześnie, będzie musiała złożyć oddzielny wniosek w każdym z nich. Jeśli wnioskodawca ma Kartę jakości mobilności w sektorze kształcenie i szkolenia zawodowe, będzie mógł ubiegać się o akredytację w sposób uproszczony. Warunkiem pozytywnego rozpatrzenia wniosku będzie przygotowanie planu Erasmusa. Powinien on zawierać koncepcję funkcjonowania organizacji w co najmniej dwuletnim okresie oraz opis roli, jaką pełnią w jej rozwoju mobilności finansowane z programu Erasmus. Dzięki akredytacji zainteresowani międzynarodową wymianą nie będą musieli za każdym razem przedstawiać szczegółowego opisu działań i wypełniać pełnej wersji formularza. Wystarczy prosty wniosek budżetowy na działania w danym roku.

W nowej siedmiolatce będą dwa rodzaje akredytacji: dla pojedynczych organizacji oraz dla konsorcjów – w ich przypadku wystarczy, że o akredytację wystąpi koordynator. Pozostałe organizacje nie będą miały tego obowiązku, ale dzięki dołączeniu do konsorcjum również będą mogły realizować mobilności, podnosząc prestiż i poziom edukacyjny swojej placówki oraz zdobywając doświadczenie.
Termin składania wniosków o akredytacje upływa 29 listopada 2020 r. Instytucje, które nie aplikują w tym roku, będą mogły to zrobić w następnych latach.

Uwaga! Organizacja nie musi posiadać akredytacji w danym sektorze, by otrzymać środki na realizację projektów mobilnościowych. Nadal będzie możliwe składanie wniosków bez akredytacji, na co mogą się decydować zwłaszcza organizacje z mniejszymi potrzebami w zakresie mobilność.

Nowości dla uczelni

Propagowanie cyfrowych narzędzi, szersze wykorzystanie mobilności mieszanej, promocja przyjaznych dla środowiska naturalnego praktyk to tylko niektóre ze zmian, jakie pojawią się w programie Erasmus Szkolnictwo wyższe w latach 2021–2027.
Jego struktura pozostanie niezmieniona. Podobnie jak w obecnej siedmiolatce będzie można realizować projekty w ramach: Akcji 1. Mobilność edukacyjna, Akcji 2. Współpraca na rzecz innowacji i wymiany dobrych praktyk (projekty współpracy) oraz Akcji 3. Wsparcie dla rozwoju polityk i współpracy.

Oznacza to, że studenci będą mogli nadal wyjeżdżać na studia i praktyki za granicę. Z kolei pracownicy uczelni utrzymają prawo do wyjazdów w celach szkoleniowych lub w celu prowadzenia zajęć dydaktycznych dla studentów zagranicznej uczelni.
Większą uwagę będzie się poświęcać zaangażowaniu byłych uczestników mobilności, głównie studentów i pracowników szkół wyższych, w działania promocyjne programu Erasmus w charakterze tzw. lokalnych ambasadorów. Duży nacisk położony zostanie również na kwestie ekologii i włączenia społecznego. Program ma być bardziej otwarty na studentów ze środowisk defaworyzowanych.
Kontynuowane będą przedsięwzięcia z perspektywy finansowej kończącej się w tym roku, czyli: wsparcie dla sojuszy uczelni tworzących tzw. Uniwersytety Europejskie, działania na rzecz „automatycznej” uznawalności akademickiej oraz tworzenie europejskiej karty studenckiej.

Fejk no more


Unia zdecydowała: marchewka to owoc, banany mają mieć regularny kształt, a bałwanów nie można lepić, bo to rasizm. Absurdy na miarę Kafki? Raczej fake newsy, które zalewają internet, a my dajemy się na nie nabrać

Pamiętacie palenie w knajpach, taksówkach czy na przystankach? Od 10 lat puszczanie dymka w miejscach publicznych w Polsce jest zakazane. Do dziś wielu mówi, że stoi za tym Unia Europejska.
– A to nieprawda – oburza się Piotr Maciej Kaczyński, ekspert Team Europe, specjalista do spraw europejskich i międzynarodowych.
– Nie ma dyrektywy unijnej, która nakazuje nam takie rozwiązania. Polska sama podjęła tę decyzję – tłumaczy. I obrazowo opisuje, jak działają fake newsy, czyli fałszywe informacje, których z dnia na dzień przybywa w mediach społecznościowych: – Wyobraźmy sobie kucharza, który szykuje potrawę. Do garnka wrzuca 90 proc. składników podanych w przepisie. Ale do tego dodaje 10 proc. trucizny. I tak się otrujesz. Tak właśnie skomponowany jest fake news: część informacji się zgadza, ale nie wszystko. W wielu krajach unijnych obowiązywał zakaz palenia w miejscach publicznych, więc być może ta moda przyszła do nas z Zachodu. Ale ostateczną decyzję podjęła Warszawa, a nie Bruksela, bo to nie należy do kompetencji Unii Europejskiej – mówi.

A co z absurdalnie brzmiącym pomysłem, który kilka lat temu udostępniano na potęgę na Facebooku? Ktoś wtedy napisał, że UE zakaże lepienia ze śniegu bałwanów. Powód? – To było nawiązanie do tego, że Unia jest rzekomo zbyt tolerancyjna. A bałwan jest przecież biały, co można odczytać jako rasistowską nierówność – wyjaśnia Piotr Świtalski z Przedstawicielstwa Komisji Europejskiej w Polsce. Informacja jest nieprawdziwa. Jednak wielu uwierzyło, bo eurosceptycy często używają argumentów o przesadnej poprawności politycznej Unii Europejskiej. I tak rodzą się fake newsy.

Wojownicy Klawiatury

– Walka z dezinformacją i mową nienawiści w sieci jest jednym z priorytetów Komisji Europejskiej. Współpracujemy z platformami internetowymi, zachęcając je do promowania wiarygodnych źródeł oraz usuwania nieprawdziwych lub wprowadzających w błąd treści – mówi Świtalski. Komisja wspiera merytorycznie projekty internetowe, które zajmują się weryfikacją treści w sieci.
Jednym z nich są Wojownicy Klawiatury.
– Jesteśmy grupą fact-checkerską, czyli sprawdzamy informacje zamieszczane w internecie i jeśli są fałszywe, to je prostujemy – wyjaśnia Filip Szarecki, koordynator inicjatywy. Na przeczesywaniu internetu spędza codziennie po osiem godzin. – To praca na pełen etat, ale gdy w wolnym czasie trafię na ewidentnego fejka, to głupio się za to nie zabrać – przyznaje. Wojownicy Klawiatury prowadzą swój profil na Facebooku. Wrzucają tam przykłady fałszywych doniesień. Ostatnio najwięcej dotyczy koronawirusa. I tak fake newsem było twierdzenie, że noszenie maseczek jest groźne dla zdrowia. Fałszywką jest też post, że w Niemczech robi się 350 tys. testów dziennie (memy krążą po Twitterze i Facebooku, a chodzi o 350 tys. testów, ale tygodniowo). – Nie tylko obalamy fake newsy, ale też szkolimy naszych wolontariuszy, którzy przekazują dalej wiedzę na spotkaniach, debatach, lekcjach czy np. podczas Forum Ekonomicznego Młodych Liderów w Nowym Sączu – mówi Szarecki.

Awaria w Warszawie, fotki z Wietnamu
Piotr Świtalski przyznaje, że czasem też daje się nabrać na fejki: – Jeżeli jest sensacyjny nagłówek czy zdjęcie, które oddziałuje mocno na emocje, od razu zapala mi się jednak czerwona lampka. Tak było, gdy w Warszawie doszło do awarii oczyszczalni „Czajka” i po sieci krążyły dramatyczne zdjęcia ścieków wpadających do rzeki. Tyle że to były fotki z Wietnamu, a nie Warszawy. Manipulacja o tyle skuteczna, że poza mieszkańcami stolicy mało kto wie, jak wygląda nabrzeże Wisły.

Przedstawiciel Komisji Europejskiej zachęca, by od najmłodszych lat uczyć dzieci krytycznego myślenia. – W Finlandii wpisano kształcenie tej umiejętności do podstawy programowej dla pierwszych klas podstawówki – dodaje.

Domena demokracji

Filip Szarecki czasem ma dość, gdy po raz setny czyta, że Unia Europejska uznaje marchewkę za owoc, że reguluje kształt bananów i jest jak Związek Radziecki, bo jeden z jej założycieli był komunistą.
– Walka z dezinformacją to taplanie się w najgorszych odmętach internetu – mówi. – Chcemy docierać do osób tworzących fejki, by nie powielały kłamstw. Ale jeśli ktoś wierzy w teorie spiskowe, to marne mamy szanse, by taką osobę przekonać. Bardziej liczymy na tych, którzy być może są nieświadomymi ofiarami fejków.

Piotr Maciej Kaczyński przyznaje, że w tworzeniu fake newsów specjalizują się Rosja, Chiny i USA. – Chodzi o rozbicie jedności europejskiej. Łatwiej jest rozgrywać poszczególne państwa niż mieć przeciw sobie spójny organizm. Fejki to domena społeczeństw demokratycznych. W filozofii państwa totalnego nie ma miejsca na wolność i wtedy treści kontroluje władza.

PS Do tekstu (celowo) wkradł się fejk. UE faktycznie zdecydowała, że marchew to owoc. W Portugalii robi się z niej dżemy. To przysmak, który Portugalczycy chcieli sprzedawać w innych krajach Unii. Ale wcześniej trzeba było zmienić regulacje, które nie pozwalały robić dżemu z warzyw. UE poszła na rękę Portugalczykom i ogłosiła marchewkę owocem

Halo, tu radio Erasmus


Studia zagraniczne dają niepowtarzalne możliwości. Chodzi nie tylko o poznanie nowej kultury, zawarcie znajomości (a nawet miłości) i – rzecz jasna – walory edukacyjne. Pozwalają również zdobyć doświadczenie zawodowe.

Mam to szczęście, że praca to dla mnie przyjemność, a radio jest jak drugi dom. Zanim wyjechałam na stypendium do Madrytu, pracowałam w studenckim Radiu Meteor na UAM w Poznaniu. Wiedziałam więc, że pierwsze, co zrobię na Universidad Complutense de Madrid, to zgłoszę się do studenckiego radia. Zaskoczyło mnie! Zamiast małego studia – całe radio z prawdziwego zdarzenia: dwa pomieszczenia, z których nadawano program na żywo, a dodatkowo sześć innych, w których można nagrywać do tzw. puszki. Wszędzie mnóstwo ludzi, lampki z napisami „on air” i zamieszanie jak w profesjonalnym newsroomie. Szok!

Jedynym moim problemem był… język, a właściwie kulawa znajomość hiszpańskiego. Koleżankom Włoszkom szybciej przyszło komunikowanie się po kastylijsku, pewnie przez pokrewieństwo z ich językiem ojczystym. Ja miałam „wschodni akcent”. Ale to okazało się plusem! W Madrycie byłam w 2014 r. – akurat wtedy, gdy z Rosji na Ukrainę jechał tzw. biały konwój. Wszyscy wiedzieliśmy, że na Krymie dzieje się coś niepokojącego. Zaczęliśmy więc przygotowywać program Noticias de Ucrania, czyli wiadomości z Ukrainy. W związku z tym, że dużo łatwiej było mi wyszukać informacje o sytuacji na Krymie, a na dodatek miałam „wschodni akcent” – to właśnie ja zaczęłam go prowadzić, i to w języku hiszpańskim! Nasza audycja spodobała się na tyle, że szybko zapadła decyzja o jej retransmisji w publicznych rozgłośniach hiszpańskich. To było coś!

By nie stracić kontaktu z radiem w Polsce, w tym samym czasie dla Radia Meteor nagrywałam Pocztówki z Erasmusa, czyli wspomnienia z wyjazdu. Po powrocie do Poznania postanowiłam, że nie mogę stracić tej niezwykłej, międzynarodowej atmosfery radia. Zdecydowałam, że zacznę nagrywać Erasmus Evening – audycję ze studentami zagranicznymi i z Polakami, którzy wyjechali na wymianę. Różne sposoby patrzenia na studia zagraniczne dały świetną mieszankę!

Dwa lata później wyjechałam na Erasmusa do Portugalii. Tam też pracowałam w studenckiej rozgłośni, Radiu RUBI. Nagrywałam także po polsku Pocztówkę z Erasmusa 2 dla Radia Meteor. Efekt? Oprócz satysfakcji, zaczęłam za swoją pracę zdobywać nagrody. Pocztówka z Erasmusa dała mi wyróżnienie w konkursie EDUinspiracje – Media. Erasmus Evening
przyniósł najważniejsze wyróżnienie w moim życiu – Europejską Nagrodę im. Karola Wielkiego dla młodzieży. Dzięki niej rok później zaczęłam pracować w Parlamencie Europejskim w Luksemburgu – tym razem w „prawdziwym, dorosłym” radiu, w poważnej instytucji.

Tego wszystkiego nie byłoby, gdybym nie wykorzystała szans, jakie dały mi wyjazdy na Erasmusa. Marzenia stały się rzeczywistością – między innymi dlatego, że Erasmus dał mi odwagę, aby je spełniać.

Gabriela Jelonek – stypendystka programu Erasmus  i Erasmus+. Związana m.in. z „Gazetą Wyborczą”, Radiem Zet, obecnie z grupą Polska Press.