Setki powodów do wyjazdu


Po pobycie w Niemczech i Albanii, w ramach Europejskiego Korpusu Solidarności, wrócili otwarci na innych, przekonani, że mogą zmieniać świat, że warto pomagać. Teraz namawiają innych na przygodę z wolontariatem

Powody wyjazdów są różne – tłumaczy Magda Szykor z Narodowej Agencji EKS, była wolontariuszka, która teraz wspomaga organizacje wysyłające i przyjmujące młodych ludzi. – 18-latkowie, którzy skończyli szkoły, wyjeżdżają, bo nie bardzo wiedzą, co robić dalej, i szukają miejsc, w których mogą się rozwijać, poznawać nowych ludzi i pożytecznie działać. Decydują się więc na wolontariacki gap year. Dla części osób wyjazd to świadomy wybór, wynikający z wcześniejszej pracy na rzecz innych, jak w przypadku Karola i Olgi. Jeszcze inni jadą, bo mają chęć zmiany swojego życia i traktują wolontariat jak pierwszy krok ku nowemu. Tak właśnie zrobił Tomasz – mówi Magda.

Afryka w Berlinie
Tomasz Bilewicz pracował dla jednego z portali. Pisał o piłce nożnej, którą pasjonował się od najmłodszych lat. Gdy dobiegał trzydziestki, poczuł, że praca nie daje mu satysfakcji. – To nie jest to, co chciałbym robić dalej – pomyślał i rozpoczął poszukiwania. Czasu miał mało, bowiem wolontariuszem EKS można zostać, zanim ukończy się 31 lat.

Zdecydował się na Berlin. Z kilku powodów: znał francuski i angielski, języka niemieckiego chciał się nauczyć. Miasto – dzięki autostradzie A4 – jest nieźle skomunikowane z jego rodzinnymi Katowicami, mógł więc dość często odwiedzać bliskich, na czym mu zależało. Ale najważniejsze były sprawy, którymi zajmowała się AfricAvenir International, kameruńska organizacja, która szukała wolontariuszy do oddziału w Berlinie. – Działa ona na rzecz edukacji politycznej, rozpowszechnia informacje o Afryce, jej mieszkańcach, problemach z wykluczeniem rasowym – mówi Tomasz. W Berlinie był dziesięć miesięcy, do września 2018 r. Pomagał przy spotkaniach, eventach, targach. Pisał blog na portalu www.youthreporter.eu. – W Berlinie cały czas się coś dzieje. Staraliśmy się być obecni wszędzie – opowiada.

To było dla niego całkiem nowe doświadczenie. Przyznaje, że wcześniej nie zdawał sobie sprawy, jakie ma przywileje jako biały mężczyzna. Prezes AfricAvenir International polecił mu książkę autorstwa Reni Eddo-Lodge Why I’m No Longer Talking to White People About Race (pol. wyd. Dlaczego nie rozmawiam już z białymi o kolorze skóry), która miała na Tomasza ogromny wpływ. To wydawnictwo, a także praca z ludźmi z organizacji, bardzo otwartymi i przyjacielskimi, oraz kontakty z różnymi społecznościami sprawiły, że po przyjeździe
do Polski Tomasz nie wrócił do poprzedniego zajęcia. Otworzył firmę zajmującą się wideo content marketingiem i mediami społecznościowymi.

Szkoła samodzielności
Zagraniczny wyjazd zmienił też życie Magdy Szykor. – Nie jechałam do Lizbony ze względu na pogodę – mówi ze śmiechem. Szukała organizacji zajmującej się programami europejskimi. Do tej z Lizbony aplikowała kilka razy i wreszcie się udało. Wróciła nie tylko z doświadczeniami, które wykorzystuje dziś w pracy w polskiej Narodowej Agencji, ale także z przyjaźniami, znajomością portugalskiej kultury, kuchni i zwyczajów.
– Podczas wyjazdów pracuje się z lokalsami, więc szybko nawiązuje się znajomości. A codzienne życie w obcym kraju to niezła szkoła samodzielności
– przyznaje Magda.

Podkreślają to również inni byli wolontariusze. Karol Wysocki do tej pory wspomina pobyt w Albanii, choć minęły od tego czasu dwa lata. Zanim wyjechał do Kukës, niewielkiego miasta położonego około 30 kilometrów od granicy z Kosowem, miał doświadczenia wolontariackie z Euro 2012 i ze studiów w Poznaniu. Spodobało mu się. Szukał więc dalej i znalazł projekt Stowarzyszenia Aktywne Kobiety. Współpracowało ono z albańską organizacją pozarządową Center for Youth Progress, skupiającą się na edukacji młodzieży, promocji praw człowieka i wzmacnianiu społeczeństwa obywatelskiego. Co robił w Centrum Rozwoju Młodzieży w Kukës? Uczył młodych ludzi angielskiego i niemieckiego, opowiadał im o polskich świętach i zwyczajach, brał udział w lokalnych uroczystościach.
Przestał być obcym, zżył się z miejscowymi i zaprzyjaźnił. – To był pracowity i pożytecznie spędzony czas – wspomina Karol. Podkreśla, że jego przyjaciele z Centrum oraz młodzi podopieczni żyją w biednym regionie Albanii, mają potrzeby i styl życia inne niż ich rówieśnicy z innych europejskich krajów. – Czasami warto odbyć taką podróż, by z dystansu spojrzeć na codzienność u siebie – dodaje.

Va banque
Karolowi wtóruje Olga Kokot, która we wrześniu 2017 roku wróciła z wolontariatu w Poczdamie. – Szukałam ofert w Niemczech, bo chciałam podszkolić znajomość języka – mówi. Poszła na całość. Gdy znalazła organizację i została przyjęta na wolontariat, zrezygnowała z pracy. – Cały czas o tym myślałam – mówi o wolontariacie. – Nie chodziło o zarabianie pieniędzy – zastrzega zapytana, dlaczego nie podjęła po prostu pracy w Niemczech, bo tak też by się nauczyła języka. Ale ona chciała robić rzeczy pożyteczne i ważne.
Spodobała się jej koncepcja programu niemieckiego stowarzyszenia zajmującego się kształtowaniem postaw obywatelskich, propagowaniem równości płci, tolerancji, edukacją pozaformalną dzieci i młodzieży w wieku od 8 do 26 lat. W Poczdamie organizowała spotkania, szkoliła siebie oraz innych. – To intensywnie spędzony czas, który pokazał mi nowe możliwości i zmobilizował do zmiany życiowej drogi – podkreśla Olga.

Każdy może jechać
Tomasz, Olga, Karol i inni po powrocie z zagranicznych projektów postanowili opowiedzieć o doświadczeniach innym młodym ludziom w Polsce. Zaangażowali się w Sieć Alumnów Europejskiego Korpusu Solidarności. Organizację, powstałą przed rokiem, tworzy około 30 osób (jej odpowiednikiem w programie Erasmus+ jest Sieć EuroPeers – zob. s. 70). Gdy się spotykają, opowieściom o przygodach, które mieli na wolontariacie, i o tym, jak nauczyli się radzić sobie z trudnościami, nie ma końca.
– Ich pokonywanie dało nam pewność siebie, siłę przebicia, otwartość na innych – wyliczają. Z całym przekonaniem namawiają zatem rówieśników,
by korzystali z szansy wyjazdów na wolontariat.
– Przed koronawirusem spotykaliśmy się regularnie, by dzielić się doświadczeniami i pomysłami, jak bardziej rozpropagować europejski wolontariat – wyjaśnia Tomasz. – Choć teraz pozostał nam Zoom, nie zwalniamy i przygotowujemy online wiele wydarzeń – zapewnia.

Jaki cel stawiają sobie Alumni? Chodzi przede wszystkim o popularyzację wiedzy o EKS, bo– jak przyznaje Magda Szykor – wiele osób nie zna możliwości, jakie daje program. Kojarzą go często z darmową pracą. – A tak nie jest – tłumaczy Magda. Wolontariusz dostaje kieszonkowe (Tomasz dodaje, że jest wystarczające nawet na tak drogie miasto jak Berlin). Ma zapewniony zwrot kosztów podróży, zakwaterowanie, ubezpieczenie zdrowotne, bilety na lokalny transport i inne rzeczy związane z utrzymaniem. – Organizacje, które przyjmują i wysyłają wolontariuszy EKS, są przez nas sprawdzone i mają Znak Jakości Europejskiego Korpusu Solidarności – podkreśla Magda. Nigdy wolontariusz nie zostaje sam. Ma wsparcie mentora, organizacji wysyłającej i goszczącej.

Polacy najchętniej wybierają wolontariat w Portugalii, Grecji, we Francji, Włoszech, w Hiszpanii oraz Niemczech. Do Polski od początku programu w 2018 r. najwięcej przyjechało wolontariuszy EKS z Hiszpanii oraz Ukrainy. Magda Szykor tłumaczy to nie najlepszą sytuacją ekonomiczną w tych krajach. Młodzi ludzie zamiast siedzieć na bezrobociu decydują się na pracę na rzecz lokalnych społeczności w Polsce.

O tych wszystkich zaletach Europejskiego Korpusu Solidarności Alumni mówią podczas spotkań z chętnymi do wyjazdu na wolontariat. W grudniu zaplanowano ich szczególnie dużo.
– 5 grudnia przypada Międzynarodowy Dzień Wolontariusza. To dla nas okazja, by podzielić się doświadczeniami i namawiać rówieśników, by odważyli się, jak my, ruszyć w świat – mówi Karol. Wolontariuszem może zostać każdy w wieku od 18 do 30 lat. Nie trzeba mieć doświadczenia. Nie ma wymogu znajomości języka obcego, choć oczywiście to się przydaje. Wybór miejsc i organizacji, które przyjmują chętnych, jest bardzo duży. Można je znaleźć samemu lub wspomóc się bazą ze strony Europejskiego Portalu Młodzieżowego (https://europa.eu/youth/solidarity).

*Europejski Korpus Solidarności jest nową inicjatywą Unii Europejskiej, która umożliwia młodym ludziom udział w projektach z zakresu wolontariatu lub rozwoju zawodowego – we własnym kraju lub za granicą. Uczestnicy muszą zaakceptować misję i zasady programu. Rejestrować mogą się osoby w wieku od 17. r.ż. (ale w chwili rozpoczęcia
projektu muszą mieć ukończone 18 lat) do 30. r.ż.

Po zakończeniu rejestracji są zapraszane do udziału w projektach związanych przede wszystkim z ekologią, kulturą, pracą z młodzieżą i dziećmi. Zdarzają się też projekty dotyczące zapobiegania klęskom żywiołowym i odbudowy w następstwie klęsk, a także pomocy w ośrodkach dla osób ubiegających się o azyl czy rozwiązywania problemów w różnych społecznościach.
Projekty wspierane przez Europejski Korpus Solidarności trwają od dwóch do dwunastu miesięcy. Mogą być realizowane w krajach UE oraz krajach partnerskich. Dodatkowo można brać udział w projektach krajowych (w roku 2020 z uwagi na pandemię było to dość popularne rozwiązanie).

Zdjęcie: Kalina Strzałba-Krawczyk

Uczyć architektury nowocześnie


W czasach wszechobecnej konsumpcji kluczowym słowem wydaje się równowaga. W tym kontekście mówi się dziś o modzie, żywieniu, korzystaniu z surowców naturalnych. Czym w takim razie jest zrównoważona ochrona dziedzictwa kulturowego?

Terminem tym zajęli się naukowcy z Politechniki Lubelskiej, inicjatorzy i liderzy międzynarodowego projektu „Sustainable Urban Rehabilitation in Europe” („SURE”).
Pod tą nazwą kryje się nowoczesny program nauczania (który po polsku możemy odczytać jako: „Zrównoważona rewitalizacja obszarów miejskich”) odnoszący się do architektury, urbanistyki i ochrony dziedzictwa kulturowego. Program powstał w wyniku połączenia – dzięki programowi Erasmus+ – czterech tradycji nauczania w tych obszarach: włoskiej (reprezentowanej przez Università degli Studi di Roma „La Sapienza”), hiszpańskiej (Universidad Politecnica de Madrid), litewskiej (Vilniaus Gedimino Technikos Universitetas) i polskiej (Politechnika Lubelska).

Zmieniamy myślenie o dziedzictwie
Przedstawiciele uczelni zaczęli współpracę od porównania istniejących już programów studiów. Na tym etapie ważna była wymiana dobrych praktyk i doświadczeń, ale też zwrócenie uwagi na to, czego w procesie nauczania może brakować przyszłym architektom, konserwatorom i urbanistom.
– We współczesnej konserwacji zabytków odchodzi się od statystycznego traktowania obiektów, chronienia ich wyłącznie poprzez zakazy i nakazy. Teraz liczy się odpowiednie zarządzanie zabytkami (promocyjne, finansowe) oraz ich użytkowanie. Tym, co charakteryzuje nasz program, jest właśnie dynamiczne podejście do dziedzictwa – mówi prof. Bogusław Szmygin z Politechniki Lubelskiej, koordynator projektu.

Idea „SURE” opiera się na zmianie myślenia. To dlatego w proponowanym programie studiów znalazło się kilka bloków tematycznych podzielonych na przedmioty, takie jak Zrównoważona architektura i urbanistyka, Zrównoważone dziedzictwo oraz Dziedzictwo i społeczeństwo. W ramach przedmiotów opracowano kursy dotyczące na przykład rozumienia ducha danego miejsca oraz relacji między architekturą a terenem, który ją otacza. Studenci mają spojrzeć na środowisko naturalne w szerszej perspektywie. Miejsca zaliczane do światowego dziedzictwa kulturowego przyciągają bowiem tak dużą liczbę zwiedzających, że rodzi się pytanie, w jaki sposób łączyć turystykę z troską o środowisko. Wszyscy, którzy chcą zostać Le Corbusierami XXI wieku, mogą znaleźć program studiów „SURE” na platformie e-learningowej projektu (sure-platform.pollub.pl/ELearning). Tam zamieszczono też materiały dydaktyczne przygotowane przez naukowców z partnerskich uczelni.

Podejście interdyscyplinarne
Politechnika Lubelska na każdym kroku potwierdza, że to uczelnia pełna wartościowych i nowoczesnych pomysłów. Jej działania w zakresie innowacyjności i patentów zostały po raz kolejny wyróżnione w tegorocznym rankingu szkół wyższych „Perspektywy”. A w podsumowaniu Urzędu Patentowego Rzeczypospolitej Polskiej uzyskała najwięcej pozytywnych decyzji w kraju. Jednym z ostatnich osiągnięć naukowców z Wydziału Budownictwa i Architektury jest dotacja w postaci ponad trzech milionów złotych z Narodowego Centrum Badań i Rozwoju w ramach konkursu „Projekty aplikacyjne”. Tym razem badacze przez następne dwa lata zajmą się odpadami uciążliwymi dla środowiska. Z innej perspektywy więc spojrzą na zrównoważony rozwój.

Nowoczesna edukacja zakłada interdyscyplinarność, gwarantującą studentom rozwój na wielu płaszczyznach. Projekt „SURE” idealnie wpisuje się w ideę tego typu studiów.
– Przygotowany przez nas program ma stać się podstawą do stworzenia wspólnych studiów magisterskich – joint master degree. Ta niezwykle ciekawa formuła jest możliwa właśnie dzięki programowi Erasmus+ – podkreśla prof. Bogusław Szmygin. Kiedy wspólne studia magisterskie Sustainable Urban Rehabilitation wejdą w życie, przyszli architekci będą mogli uczyć się na tym kierunku na trzech uczelniach.

*Projekt „Sustainable Urban Rehabilitation in Europe” („SURE”), finansowany ze środków programu Erasmus+ Szkolnictwo wyższe w ramach akcji 2. Partnerstwa strategiczne, trwał 36 miesięcy. Jego celem była poprawa jakości i zwiększenie adekwatności oferty edukacyjnej uczestniczących uczelni oraz dostosowanie jej do współczesnych potrzeb poprzez opracowanie multidyscyplinarnego programu wspólnych studiów magisterskich w języku angielskim. Budżet projektu wynosił 363 814 euro.

Ładne rzeczy!


W ludziach jest głód sztuki – mówi Anna Skorko, prezes Fundacji DOM w Białymstoku, której wolontariuszki przygotowują wystawę o legendarnym zakładzie włókienniczym Fasty

Działalność powstałej w 2004 r. Fundacji DOM skupia się na organizowaniu aktywności dla dorosłych, głównie seniorów. We wrześniu br. grupa wolontariuszek wyjechała do Finlandii, do West Finland College – Uniwersytetu Ludowego w Huittinen. Doświadczenie zdobyte w czasie kilkudniowego kursu przyda się im podczas realizacji projektu „Ładne rzeczy”, którego założeniem jest wykorzystanie historii dawnego Kombinatu Włókienniczego w Fastach do działań edukacyjnych na rzecz dorosłych.

Wyjechałyście w trudnym okresie pandemii. Nie obawiała się pani?
Anna Skorko: Muszę przyznać, że zainwestowanie pieniędzy, chociażby w bilety lotnicze, wymagało ode mnie dużo odwagi. 19 września, kiedy wyjeżdżałyśmy, Finlandia wpisała Polskę na zieloną listę – mogłyśmy więc wjechać i wyjechać bez dodatkowych formalności. Jako organizatorka bałam się trochę, że wykorzystujemy europejskie dofinansowanie w sytuacji, gdy grupa może być zawrócona z granicy. Zaryzykowałam, bo dobrze znam Finlandię, w szczególności uczelnię Länsi-Suomen opisto (West Finland College), ponieważ jako fundacja organizujemy tam kursy nauki języka angielskiego dla seniorów. Finowie bardzo przestrzegają zaleceń sanitarnych, choć nie było wymogu noszenia masek.

Co wizyta w Finlandii przyniosła wam w kontekście realizowanego projektu?
AS: Nasz projekt jest wynikiem dotychczasowej pracy Fundacji nad reaktywowaniem pamięci o tradycji włókienniczej Białegostoku i okolic. Nazwałyśmy go „Ładne rzeczy” ze względu
na nieodkryte wciąż piękno wzornictwa produkowanych u nas tkanin. Kolejny zaplanowany kurs – mamy nadzieję – odbędzie się w Anglii, gdzie będziemy się uczyć upcyklingu, czyli wytwarzania nowych rzeczy ze starych.
Podczas pobytu w Finlandii mogłyśmy wejść do wielu muzeów, spotkać się z dyrektorami, projektantami, osobami odpowiedzialnymi za archiwizację zabytków, za kontakty z twórcami – i to jest nie do przecenienia. W Finlandii, zanim otworzy się wystawę czy nową placówkę muzealną, przeprowadza się konsultacje społeczne. Pyta się mieszkańców, jak ma wyglądać muzeum, co i gdzie ma być wyeksponowane. Burmistrz miasta przez jeden dzień w roku pracuje w muzeum, żeby zobaczyć od środka, co się tam dzieje. Myślę, że to po prostu kapitalne!

Podobnie działamy dziś przy realizacji naszego projektu, w ramach którego przygotowujemy wystawę o białostockich Fastach, czołowym zakładzie przemysłu bawełnianego minionej epoki. Fasty odcisnęły ogromne piętno na Białymstoku. Pracowało tam niegdyś równocześnie ok. 5 tys. osób, głównie kobiet.
Podczas rozmów z byłymi pracownikami zakładu okazało się, że oni bardzo chcą pomóc przy organizacji wystawy. Chcą brać udział w pracach dokumentacyjnych, uświadamiają sobie i nam, jak ważną rolę odegrali w historii miasta i że to właściwie ostatni moment, żeby
ją utrwalić. Niektórzy z nich mają po 80 lat.
Uczestnicy będą zaangażowani w archiwizację i dokumentację rzeczy, które od nich dostaniemy. Zorganizujemy dla nich między innymi warsztaty plastyczne nt. kreatywnego wykorzystania starych materiałów i wzorów.

Wasza działalność pokazuje, że warto korzystać z wyjazdów edukacyjnych, będąc już dawno po studiach.
AS: Nawet na emeryturze, jak ja! Jestem emerytowaną nauczycielką języka rosyjskiego i angielskiego. Trzeba być otwartym na innych, na zawieranie nowych przyjaźni, uczyć się przez całe życie, a to wszystko robimy, realizując projekty w ramach programu Erasmus+. W krajach nordyckich idea uczenia się przez całe życie to podstawa rozumienia świata. Inspirujmy się!

Projekt „Ładne rzeczy” realizowany jest w ramach programu Erasmus+ Edukacja dorosłych przez Fundację DOM z Białegostoku.
Okres realizacji: 1.10.2019 r. – 30.11.2021 r. (wydłużony w związku z pandemią). W ramach projektu kadra i wolontariusze Fundacji wyjechali do Finlandii uczyć się, jak wykorzystywać dziedzictwo kulturowe w działaniach edukacyjnych na rzecz osób dorosłych.

*Zdjęcie: Szymon Łaszewski

Świecie, nadchodzę!


Rozmowa z 18-letnim Pawłem Piestrzeniewiczem, laureatem konkursu Komisji Europejskiej dla młodych tłumaczy „Juvenes Translatores”

„Świecie, nadchodzę!” – tymi słowami rozpocząłeś przekład listu w konkursie Komisji Europejskiej „Juvenes Translatores” i okazałeś się najlepszy spośród polskich uczestników. Grozisz światu czy składasz mu obietnicę?
Chciałbym wierzyć, że to zwycięstwo to dobry omen, który zwiastuje powodzenie w mojej przygodzie z tłumaczeniami. Udział w konkursie to jednak moje pierwsze poważne doświadczenie z przekładem, więc nie łudzę się, że jestem już o krok od bycia profesjonalnym tłumaczem.

Udało ci się jednak przy pierwszym podejściu wygrać europejski konkurs. Owa przygoda z tłumaczeniami musiała wcześniej mieć swój początek.
Tak, wszystko zaczęło się od wyboru szkoły – gimnazjum, a potem liceum im. St. Sempołowskiej w Warszawie z oddziałami dwujęzycznymi. Trafiały tam osoby, które naprawdę chciały mieć coś wspólnego z językami. Muszę jednak przyznać, że ja tę intensywną naukę francuskiego rozpoczynałem
bez entuzjazmu, bo wcześniej nie miałem z nim w ogóle do czynienia…
Na szczęście świetni nauczyciele językowcy umieli wyzwolić w nas niezwykłą kreatywność. Każdy z nich robił to na swój sposób i – w przypadku native speakerów – ze swoim charakterystycznym, np. marokańskim, akcentem. Nam po prostu chciało się uczyć!

Receptą na nauczenie się języka w szkole są więc entuzjastyczni nauczyciele i zmotywowani koledzy?
Ale też okazje, by ten język poznawać na żywo. Za najskuteczniejsze uważam wymiany zagraniczne, będące efektem współpracy międzyszkolnej. Braliśmy w nich udział albo gościliśmy u siebie kolegów z Francji.
To, co z tych spotkań wyniosłem, pomogło mi podczas konkursu „Juvenes Translatores” najbardziej. Kontakty z językiem w realu sprawiają, że wykute na lekcjach słówka i przerobione konstrukcje gramatyczne nagle mają zastosowanie w codziennych sytuacjach. Myślę, że każdy, kto uczy się języka obcego, po trzech czy czterech latach nauki już
go zna. Ale co innego znać język, a co innego – umieć go używać.

W wymianach zagranicznych chodzi tylko o szlifowanie języka?
Nie! To bardziej skomplikowane. Moją koleżankę podczas wymiany gościła w Grenoble rodzina turecka, w której tylko jedna osoba posługiwała się francuszczyzną. Trudno więc powiedzieć,
że szlifowała język i poznawała lokalne obyczaje. Ja z kolei trafiłem do rodziny o typowo francuskich korzeniach w Nantes – miasta o niechlubnej historii, które rozwinęło się dzięki handlowi niewolnikami.

Co tam odkryłeś? Dało się zauważyć, że historia ukształtowała jego mieszkańców?
Tak, Nantes dąży do rozgrzeszenia za czyny z przeszłości. I wciąż szuka swojej tożsamości i sposobów na rozwój, co oczywiste, przeciwstawnych do tych, za które bije się w piersi. Choć wiele czasu upłynęło od tamtych wydarzeń, nadal tkwią
one w ludziach, których rodziny mieszkają tam od pokoleń. Takich jak moi gospodarze, których domem był wielki XIX-wieczny dworek. Sami jego właściciele okazali się bardzo otwarci
na świat i innych ludzi, co całkowicie przełamało mój stereotyp Francuza.

A jaki jest ten stereotyp?
Taki, że typowy Francuz niechętnie poznaje inne kultury, nie jest skłonny uczyć się języków obcych, przesadnie unika wprowadzania do języka francuskiego obcych zapożyczeń, nazywając uparcie komputer ordinateur, a smartfon – téléphone intelligent. Francuzi są swego rodzaju wyspą na tle innych krajów Europy. I nie dotyczy to tylko języka, bo mają np. własny układ klawiatury, w którym łatwo można się pogubić.

Wyjazdy serwują więc małe szoki kulturowe. Czy koledzy z Francji podczas wizyty w Polsce też ich doznawali?
Tak, ale chyba głównie ci, którzy odwiedzali nasz kraj ponad 20 lat temu, bo takich czasów sięga historia współpracy naszej szkoły z liceum w Nantes. Ówczesne warunki mieszkaniowe musiały zaskakiwać francuskich korespondentów, teraz te różnice się zatarły.

Wraz z rówieśnikami z Francji określacie się nawzajem korespondentami – dlaczego?
Są dwie teorie dotyczące tej nazwy. „Korespondujemy”, bo kontaktujemy się przez internet i prowadzimy wspólne projekty, ale także „korespondujemy”, bo się uzupełniamy, reprezentując różne miejsca Europy. Tak czy inaczej, sprowadza się to do osiągnięcia komunikacji jako celu naszych działań.
Czyli tego, czego często brakuje światu dorosłych.

Jak tę komunikację ułatwić?
Na przykład przez muzykę. Kiedy przechodziłem trudny okres szukania siebie, francuski i muzyka były moimi niemal równoczesnymi odkryciami. Zafascynował mnie jazz i zacząłem naukę gry na kontrabasie, w międzyczasie ucząc się francuskich zwrotów. Granie na instrumencie ma zresztą wiele wspólnego z posługiwaniem się językiem obcym, zwłaszcza w kontakcie z kimś, kto mówi biegle. Uwrażliwiając swoje uszy i głowę na melodię, uwrażliwiamy się na to, jak mówią do nas inni ludzie. To sposób na skuteczną komunikację.

*Ideą organizowanego od 2007 r. konkursu Komisji Europejskiej „Juvenes Translatores” jest propagowanie nauki języków obcych i zapoznawanie młodzieży ze sztuką przekładu. Wydarzenie ma wspierać rozwój nauczycieli i uczniów, uświadamiając znaczenie umiejętności tłumaczenia tekstów i nauki języków obcych w szkole
oraz promując współpracę ze szkołami z zagranicy.
Konkurs może być również inspiracją dla organizatorów innych przedsięwzięć związanych z językami i kulturą, takich jak wymiany edukacyjne czy współpraca szkół w ramach programu eTwinning.
Więcej informacji: www.bit.ly/3kWF624

Zdjęcie: archiwum prywatne

Siłą są ludzie


Co robić, gdy nasz projekt nie otrzyma dofinansowania, o które się ubiegaliśmy? Z pomocą przychodzi crowdfunding

Metoda polega na tym, że społeczność zgromadzona wokół idei lub miejsca (potocznie crowd) poprzez stronę internetową wpłaca pieniądze na konkretny cel (nasz pomysł). Istotą crowdfundingu jest to, że nie chodzi w nim o pojedyncze, duże wpłaty, a o liczne, ale raczej drobne. Wpłacane kwoty to często równowartość kawy z ciastkiem w kawiarni. Siłą jest tłum – im więcej wpłacających, tym lepiej dla kampanii.

Korzyść obustronna
Modeli crowdfundingu jest wiele. Można spotkać się m.in. z kampaniami charytatywnymi (na leczenie czy operacje) lub biznesowymi (na rozruch przedsiębiorstwa). My przyjrzymy się modelowi opartemu na nagrodach, w którym wpłacający zawsze dostają w zamian coś konkretnego. Gdy pomysłodawca zamierza wydać książkę – może to być książka. Gdy organizuje wyjazd, może to być np. zaproszenie na warsztaty. Realizując kampanię w takim schemacie, nie wyciągamy ręki po pieniądze, a bardziej wymieniamy się wartością. Kampania crowdfundingowa (czyli okres gromadzenia pieniędzy) staje się więc czymś więcej niż zwykłą zbiórką.
Ze strony organizatorów to zaproszenie do współtworzenia projektu – z takim nastawieniem można osiągnąć o wiele więcej!

Co ważne, dzięki internetowi chętnych do współtworzenia naszego przedsięwzięcia można znaleźć na całym świecie. Przypomina to projekty realizowane w ramach programu eTwinning, który daje szkołom i przedszkolom możliwość zawierania partnerstw międzynarodowych i wspiera realizację inicjatyw, dla których granice geograficzne już nie mają znaczenia.

Ogranicza nas tylko wyobraźnia
Dzięki crowdfundingowi możemy sfinansować każdy projekt edukacyjny. Załóżmy, że pracujemy nad podręcznikiem prezentującym nową metodę nauki języka obcego i chcemy go wydać samodzielnie. Akcja w sieci pomoże nam pozyskać pieniądze na redakcję, korektę, skład i druk, dodatkowo umożliwi też dotarcie z publikacją do szerokiej grupy odbiorców. W podobny sposób można zrealizować marzenia o zagranicznym wyjeździe z uczniami lub otwarciu świetlicy muzycznej, w której młodzież nauczy się grać na instrumentach i nagrywać płyty.
Wszystko to są idealne pomysły, wokół których można zbudować społeczność.

Jak zacząć?
Przede wszystkim warto przemyśleć, co tak naprawdę chcemy zrobić. Dobry pomysł jest konkretny i namacalny – wspierający musi rozumieć, w czym bierze udział. Gdy mamy pomysł, przychodzi czas, by pokazać się społeczności: musimy znaleźć ludzi, którzy mogliby się zainteresować naszym projektem. Wybór polskich i zagranicznych platform crowfundingowych jest duży (linki tutaj: www.bit.ly/CFplatformy). Co ważne, nie warto kierować się jedynie wysokością prowizji pobieraną na stronach, dobrze jest po prostu sprawdzić, które serwisy nam się podobają i na których pojawiają się interesujące projekty.

Kolejny krok to policzenie, ile pieniędzy potrzebujemy, i wymyślenie nagrody – co zaoferujemy wpłacającym? Elementy oferty są uzależnione od wielkości wpłaty – za najmniejsze kwoty nasi sponsorzy dostają symboliczne podziękowania, za większe przelewy – wartościowe przedmioty, vouchery na noclegi czy zaproszenia na ciekawe spotkania. Warto sięgnąć po inspiracje: www.bit.ly/CFnagrody.

I wreszcie – decyzja, kiedy ruszamy. Kto pomoże nam na starcie? Czy mamy zespół? Czy damy radę rozesłać wszystkie obiecane nagrody i jak sfinansujemy ich koszty?
A potem już nic nie stoi na przeszkodzie, by zaplanować promocję i działać. Aby kampania crowdfundingowa była skuteczna, wymaga sporo zaangażowania. Poniższa checklista pomoże zaplanować działania i sprawdzić, czy wszystko mamy gotowe do startu: www.bit.ly/checklistaCF.
Powodzenia!

Przykłady projektów edukacyjnych finansowanych przez społeczność:
» działania w ramach „Space Cafe” (wirtualna kawiarenka wspierająca naukę języka angielskiego – projekt eTwinning związany z crowdfundingiem): www.bit.ly/space-cafe
» wyjazd młodzieży na finał konkursu „Apps for Good” do Lizbony: www.wspieram.to/zoe
» stworzenie zielonej sali lekcyjnej: www.wspieram.to/projektzielonasala
» wprowadzenie do Polski metody nauczania łączącej praktyki biznesowe i wspierającej dzieci w nabywaniu kompetencji XXI wieku: www.wspieram.to/eduscrum

Obserwuj teren z powietrza


Już niedługo każdy będzie mógł sprawdzić, jak szybko zmniejsza się powierzchnia zajmowana przez lasy. Wszystko dzięki międzynarodowemu projektowi, w którym udział bierze także Uniwersytet Warszawski

Mowa o finansowanej w ramach programu Erasmus+ „Partnerstwa strategiczne w sektorze szkolnictwa wyższego” inicjatywie pod nazwą „E-learning course on Time Series Analysis in Remote Sensing for Understanding Human-Environment Interactions”. Projekt dotyczący teledetekcji prowadzony będzie przez należące do sojuszu uczelni 4EU+ Uniwersytet Warszawski, Uniwersytet Karola w Pradze, Uniwersytet w Heidelbergu oraz Uniwersytet w Innsbrucku.

Wylesianie to niejedyne zjawisko, które można badać dzięki teledetekcji, czyli pozyskiwaniu informacji o terenie w sposób zdalny. Teledetekcja umożliwia też opracowanie szczegółowych map danego obszaru oraz obserwowanie zmian na nim zachodzących. Przykładowo w parku narodowym można zauważyć, że gdzieś pojawia się gatunek inwazyjny, który może zagrozić dobrostanowi roślinności, którą chcielibyśmy zachować.

– Teledetekcja znajduje zastosowanie między innymi właśnie w ochronie środowiska, a w zasadzie wszędzie tam, gdzie trzeba analizować przestrzeń. Metoda ta nie zastąpi oczywiście badań terenowych, ale te są czasochłonne, zwłaszcza jeśli dotyczą obszarów o dużej powierzchni, jak parki narodowe – mówi doktor Adriana Marcinkowska-Ochtyra z Wydziału Geografii i Studiów Regionalnych UW, koordynatorka projektu po stronie polskiej.

Inną ważną zaletą teledetekcji jest obiektywizm. Kiedy w ocenę stanu roślinności danego terenu zaangażowanych jest kilka osób, to – chcąc nie chcąc – wkrada się tu subiektywizm. W projekcie „E-learning course on Time Series Analysis in Remote Sensing for Understanding Human-Environment Interactions” bardzo istotny będzie jeszcze… czas. Badania terenowe robione są zwykle dość rzadko. Badania teledetekcyjne można wykonywać systematycznie, z określonym interwałem czasowym, i dzięki temu mieć o wiele więcej informacji na temat zachodzących w danym miejscu zjawisk.

Kurs nie tylko dla studentów

W jaki sposób będzie można z tego wszystkiego skorzystać? Efektem projektu ma być e-learningowy kurs, podzielony na cztery moduły. Pierwszy dotyczyć będzie teorii, pojawią się tam informacje na temat metod wykorzystywanych do prowadzenia analiz wieloczasowych. Kolejne trzy moduły prowadzone będą równolegle. Koordynowany przez UW dotyczyć będzie wielospektralnych danych satelitarnych, Uniwersytet w Heidelbergu skupi się na chmurach punktów z lotniczego skaningu laserowego, z kolei Uniwersytet Karola w Pradze przybliży dane hiperspektralne z poziomu lotniczego. Wszystkie będą się niekiedy ze sobą łączyć na bazie studiów przypadków, by pokazać, że zdobyte   informacje mogą być komplementarne i pozwalać na o wiele lepsze analizowanie interesujących nas terenów. Tym bardziej że dane teledetekcyjne są bardziej szczegółowe niż zwykłe zdjęcia, pozwolą na przykład odróżnić gatunki drzew liściastych od iglastych.

Kurs przeznaczony będzie dla studentów, zarówno geografii, ochrony środowiska, jak i kierunków informatycznych – ze względu na operowanie wielkimi zbiorami danych i algorytmami. Docelowo jednak będzie mógł z niego skorzystać każdy, tym bardziej że wszystko ma się opierać w jak największym stopniu na danych open source, czyli ogólnodostępnych i darmowych. W kursie pokazany zostanie też łańcuch przetwarzania danych, od ich pobrania, przez korekcję, aż po wykorzystanie do analizy.

– Chodzi o to, by korzystać z danych oraz oprogramowania, do których każdy będzie mógł mieć dostęp. Dodatkowo zapewnimy wiedzę teoretyczną, podpowiemy, z jakich źródeł oraz baz danych korzystać. Analizy wieloczasowe można przeprowadzić nawet na wiele lat wstecz, ponieważ mamy dane, które są pozyskiwane co szesnaście dni przez amerykańskie satelity Landsat od 1972 roku. Od 2014 roku funkcjonuje też europejska misja Sentinel, która gromadzi dane co pięć dni. Każdy dostanie możliwość przeprowadzenia badań retrospektywnych, co pozwoli na przykład na o wiele lepszą i bardziej kompleksową analizę chociażby tempa, z jakim postępuje wycinka lasów na naszej planecie – tłumaczy dr Marcinkowska-Ochtyra.

Koordynowany przez cztery uniwersytety projekt, który zakończy się w 2023 roku, ma zatem szansę ułatwić pracę m.in. leśnikom, geografom i pracownikom organizacji pozarządowych. Pomoże też uwidocznić, jak wielkim problemem jest wylesianie, mocno przyczyniające się do coraz szybciej postępujących zmian klimatycznych. Pozostaje mieć nadzieję, że nie zabraknie nam czasu na opracowanie rozwiązań tego problemu.

(Nie) dla frajerów


Trudno jest namówić Polaków na pracę społeczną. Niektórzy uważają, że to dla naiwniaków – mówi Małgorzata Żołądziejewska, malarka z Zielonej Góry, która w ramach projektu Europejskiego Korpusu Solidarności przepracowała rok w Dublinie

Jako wolontariuszka EKS-u pracowałaś w biurze irlandzkiej organizacji zajmującej się…wolontariatem?

W Dublinie byłam już cztery lata, kiedy przypadkiem dowiedziałam się, że Voluntary Service International (irlandzki oddział Service Civil International, istniejącej od 1920 r. organizacji pozarządowej działającej na rzecz pokoju na świecie) szuka wolontariuszy mieszkających na miejscu. Aby się zgłosić, przyszło mi do głowy dosłownie w ostatniej chwili, bo miałam już skończone 29 lat [w projektach Europejskiego Korpusu Solidarności mogą brać udział osoby od 18 do 30 r. ż. – przyp. red.]. Pomyślałam jednak, że jeśli nie teraz, to kiedy! Później nie będzie już może okazji, by dołączyć do tego typu inicjatywy. Projekt trwał 12 miesięcy, rozpoczęłam go w czerwcu ubiegłego roku. W zasadzie nie miałam pojęcia, czego mogę się spodziewać. Wiedziałam jedynie, że będę pracować w biurze, a moje stanowisko to placement officer. Trochę się na początku obawiałam, czy w ogóle będę tam pasować.

To była typowa praca biurowa?

To była raczej nietypowa praca biurowa (śmiech). Zadania były dosyć zróżnicowane. Moim głównym obowiązkiem było kontaktowanie się z ludźmi, którzy chcą przyjechać w ramach wolontariatu do Irlandii i wziąć udział w letnich projektach naszej organizacji. Przeprowadzałam badania ewaluacyjne z każdą grupą, jeździłam też na targi, żeby promować wolontariat wśród studentów. Najbardziej interesującą częścią tej pracy było jednak wykonywanie tzw. pre departure trainings, czyli szkoleń dla osób, które wyjeżdżały z Irlandii w ramach projektów naszej organizacji. Zwłaszcza że byli to ludzie z różnych środowisk i krajów. Obowiązków miałam dużo, przygotowywałam też posty na media społecznościowe, newsletter, opracowywałam logo.

Co sprawiało ci największą trudność?

Voluntary Service International to mała organizacja. Zdarzały się jednak dni, w których byłam dosłownie zawalona pracą, tak że nie byłam w stanie tego uporządkować. Największe wyzwanie stanowiła organizacja zadań i ustalanie priorytetów. Planowanie nigdy nie było zresztą moją najmocniejszą stroną, ale wydaje mi się, że po tym roku zrobiłam pewien postęp. Lepiej radzę też sobie ze stresem. Jestem teraz w stanie podchodzić do zadań z większym dystansem i luzem emocjonalnym. Czuję, że zyskałam siłę przebicia.

Jesteś artystką, malarką, to musiał był dla ciebie trochę obcy świat…

Podczas udziału w projekcie starałam się wykorzystywać swoje artystyczne zdolności, między innymi robiłam ilustracje. Sztuką i tak mogę się zajmować głównie w czasie wolnym, jest więc dla mnie ważne, by go po prostu mieć. Szczęśliwie biuro VSI było parę minut drogi od mojego domu. W Dublinie, razem z lokalnymi artystami, wzięłam też udział w projekcie społecznym polegającym na malowaniu skrzynek na prąd, sterujących sygnalizacją świetlną. Dobrze jest móc trochę upiększyć świat.

Czym różni się podejście do wolontariatu Irlandczyków i Polaków?

Tego, by nie zamykać się na innych, nauczyłam się właśnie w Irlandii. Tu ludzie są bardzo chętni do podejmowania takich inicjatyw. Często udzielają się w zarządach organizacji pozarządowych albo zajmują się działalnością wolontaryjną poza godzinami pracy.

Wydaje mi się, że Polaków wciąż trudno jest namówić na wolontariat. Niektórzy w ogóle uważają, że wolontariat jest dla frajerów, bo ludzie, którzy mają olej w głowie, robią rzeczy za pieniądze, i to naprawdę porządne pieniądze. Mam też wrażenie, że w Irlandii wolontariatem zajmują się osoby w różnym wieku, za to w Polsce – najczęściej młodzież licealna albo studenci. Pamiętam, że kiedyś, w ostatniej klasie liceum, ludzie łapali się za jakikolwiek wolontariat, ale tylko po to, żeby dostać dodatkowe punkty na koniec szkoły. I chyba nie spotkałam w naszym kraju wolontariusza, który by był po trzydziestce. Mam jednak nadzieję, że to się już zmienia. Tutaj, w Irlandii, to zupełnie normalnie. Szczególnie emeryci biorą się za wszelkiego rodzaju prace społeczne, ale robią to również osoby pracujące, które mają czas. Ta różnica mentalna między społeczeństwem polskim a irlandzkim jest wyraźna.

Zdjęcie: archiwum prywatne

Bezpieczeństwo na stażu to priorytet!


Jak bezpiecznie wyjechać i wrócić ze stażu w czasie pandemii? Radzi Waldemar Gardiasz.

  1. Porozmawiaj szczerze z rodzicami i uczniami. Powiedz im o wszystkich wątpliwościach i zagrożeniach. Przedstaw plan wyjazdu. Opowiedz, jaka sytuacja epidemiczna panuje w kraju, gdzie odbędzie się staż. Niech wcześniej wiedzą, na jakich warunkach zorganizujesz praktyki. Daj rodzicom czas na podjęcie decyzji.
  2. Szalenie ważny jest partner zagraniczny, który na miejscu organizuje uczniom praktyki, czas wolny i wszystkie atrakcje, by pobyt był ciekawy. Jeśli jest wiarygodny, masz z nim same pozytywne doświadczenia i – co ważne – realizuje wszystkie zapisy z umowy, to nie podejmujesz ryzyka.
  3. Zadbaj o bezpieczeństwo uczestników. Warto przecierpieć dwa dni w autokarze, ale mieć wszystko pod kontrolą niż zapewnić krótszą podróż samolotem, ale ryzykując kontakt z wieloma osobami. Umówiliśmy się z firmą przewozową, że jeśli któryś z uczestników zachoruje, to w ciągu trzech dni od naszego zgłoszenia, podstawią autokar, którym wrócimy do Polski.
  4. Dobierz odpowiednie osoby. Jeśli masz w szkole zaufanych ludzi, którzy myślą podobnie jak ty, wiedzą, po co jest wyjazd na Erasmusa, i nie bagatelizują zagrożenia koronawirusem, nie będziesz miał problemu z przydzieleniem ról i scedowaniem na nich odpowiedzialności za konkretne zadania.
  5. Zdrowy rozsądek! Trzeba się nastawić, że przy wyjeździe na ten projekt w czasie pandemii nie da się nic przewidzieć. Dlatego trzeba mieć przygotowane plany awaryjne i reagować na bieżąco.

Porady są częścią reportażu z pierwszego wyjazdu stażystów ze Zwierzyńca w ramach programu Erasmus+ Kształcenie i szkolenia zawodowe.

Artykuły powiązane:
Wyjechali na staż – maseczki na twarz
Odwagi – wyjazd w czasie pandemii

Zdjęcie: archiwum projektu

Wyjechali na staż, maseczki na twarz


To był najtrudniejszy wyjazd ze wszystkich erasmusowych, ale nie żałuję. Odetchnąłem z ulgą dopiero dwa tygodnie po powrocie – mówi dyrektor technikum w Zwierzyńcu, pierwszej szkoły w Polsce, która zdecydowała się wysłać uczniów na praktyki zawodowe w czasach pandemii koronawirusa.

Nie wiadomo, czego bardziej zazdrościć: kąpieli w ciepłym morzu, tańca flamenco w centrum Sewilli czy suszonych maleńkich krewetek kupionych na targu. To jeszcze rzut oka na zdjęcia. Jak plaża, to błękit nieba, lazur wody, jasny piasek, lekko przypalone plecy, parasole chroniące przed słońcem i uśmiech. To z Kadyksu. Teraz sceny z filmu. Najpierw targ rybny, gdzie także sprzedają owoce morza. – To camarones! Kto się odważy? – pyta przewodniczka. Chłopaki wyciągają dłoń. Z malutkiego zawiniętego w lejek pudełka wyskakują suszone krewetki wielkości gwoździka. – Dobre! – uśmiechają się do kamery i wyciągają w górę kciuk. Przeskakujemy na pl. Hiszpański w Sewilli. Tutejsi tańczą flamenco. Kobiety w falbaniastych sukniach energicznie ruszają ramionami i biodrami, raz podnoszą ręce, to je opuszczają, nogi rytmicznie przesuwają do przodu, patrzą na siebie bez przerwy. W tle śpiewa mężczyzna w krótkich spodenkach, drugi gra na gitarze, a trzeci wybija rytm uderzając dłońmi w pudło. To próba przed koncertem. I inspiracja. Bo na tym samym filmie dziewczyny klaszczą, tańczą i śpiewają. W rolach głównych na plaży, targu i pl. Hiszpańskim uczniowie ze Zwierzyńca. Co jeszcze łączy te obrazy? Maseczki, które wszyscy mają na sobie.

Bilety w styczniu, wirus w marcu

– To była szalenie trudna decyzja: jechać do Hiszpanii czy odpuścić praktyki? – przyznaje Waldemar Gardiasz, dyrektor Zespołu Szkół Drzewnych i Ochrony Środowiska w Zwierzyńcu. Wyjazdy uczniów na zagraniczne staże zawodowe to tam tradycja. – Uczestniczyliśmy już w dziewięciu takich projektach, z czego pięć odbyło się w ramach programu Erasmus+ – przypomina dyrektor. Wyjazd do Hiszpanii planowali dużo wcześniej. W styczniu kupili bilety na samolot. W połowie marca zamknięto w Polsce szkoły. Odtąd mówiło się już tylko o koronawirusie. Wiosną najwięcej zakażeń w Europie było we Włoszech i Hiszpanii. – Do połowy maja nie myślałem o wyjeździe. To było ogromne ryzyko – przyznaje Gardiasz. – Ale pod koniec roku szkolnego rodzice i uczniowie dopytywali, co z praktykami zawodowymi w Sewilli. Mówiłem, że nie jedziemy, a oni pytali dlaczego. Przekonywali, że pandemia jest tak samo groźna tu i tam, choć wiedziałem, że w Hiszpanii zachorowań było znacznie więcej niż w Polsce.

Dyrektor uległ prośbie. Zaprosił do szkoły rodziców, którzy chcieli wysłać dzieci na staż. – Postawiłem sprawę jasno: jeśli mamy jechać, to muszą wszystko wiedzieć. Powiedziałem o zagrożeniach związanych z wyjazdem, obostrzeniach panujących w Hiszpanii i warunkach, które trzeba spełnić, żeby wyjazd był bezpieczny dla dzieciaków – wspomina. Zdecydowali, że rezygnują z samolotu i do Sewilli jadą autokarem. – To najbezpieczniejsze rozwiązanie. Na lotniskach mielibyśmy kontakt z wieloma osobami, do tego długie procedury przy odprawach, później lot z załogą samolotu i innymi pasażerami. Duże ryzyko, a jedyna korzyść to czas dotarcia na miejsce – przekonuje Waldemar Gardiasz.

Pustki na ulicach

Ze Zwierzyńca do Sewilli jest ponad 3,5 tys. km. Jedzie się głównie autostradami, ale to i tak dwa dni podróży. – Zasady były proste: wychodzisz z autokaru zakładasz maseczkę, gdy wracasz dezynfekujesz ręce. I nie ma wyjątku – opowiada. Ruszyli 5 lipca. Kolejne cztery tygodnie spędzili w Sewilli. Dwa razy wyskoczyli poza miasto: do Kadyksu, uznanego za najstarsze miasto w Europie Zachodniej i do urokliwej Taviry w Portugalii. – Byliśmy zaskoczeni, bo to turystyczne miasta, środek wakacji, a tam pustki – mówi dyrektor. Przyznaje, że Hiszpanie byli mocno wystraszeni pandemią. Na początku lipca było tam ponad 250 tys. zakażonych (w Polsce prawie 36 tys.), zmarło 28 tys. osób (u nas „tylko” 1,5 tys.). – W komunikacji miejskiej ludzie dziwni na nas patrzyli, szczególnie starsi. Nikt nie chciał siadać przy nas. Szybko zrozumieliśmy, że bali się większych grup, dlatego dzieliliśmy się na mniejsze i podróżowaliśmy kilkoma autobusami – mówi Gardiasz.

Najważniejsze były jednak praktyki zawodowe. Uczniowie z klas geodezyjnych wstawali przed szóstą i ruszali w teren. Musieli skończyć pomiary przed południem, bo temperatury przekraczały 40 st. C. W klimatyzowanym laboratorium pracowały dziewczyny z drugiej klasy w zawodzie technik ochrony środowiska. Białe kitle, w rękach probówki, a na twarzy maseczki i przyłbice. W zakładach spożywczych uczennice pod okiem dyrektora badały skład chemiczny lekarstw i tworzyły kosmetyki. Z kolei uczniowie klas informatycznych uczyli się programowania na przykładzie sygnalizacji świetlnej. Zajęcia odbywały się po angielsku. Na koniec wszyscy otrzymali certyfikaty. – Bardzo się cieszę, że nasi stażyści zdobyli nowe umiejętności, bo w marcu musieliśmy wprowadzić zdalne nauczanie, a dla kształcenia technicznego to nie jest dobra forma przekazywania wiedzy – przyznaje dyrektor.

Czwarta chwila radości

Uczestnikami byli również tegoroczni maturzyści. – Jestem dumny z moich absolwentów, którzy byli dla nas dużym wsparciem, bo przejęli częściowo odpowiedzialność za młodszych uczniów. Pomagali im nie tylko podczas praktyk, ale np. zorganizowali huczne urodziny, z balonami, tortem i śpiewaniem “Sto lat”. To dla mnie dowód, jak fantastyczną pracę wychowawczą wykonaliśmy przez kilka lat, że mamy tak świetnych wychowanków – cieszy się Waldemar Gardiasz. Dyrektor chwali też uczniów za dyscyplinę. – Nie musiałem im przypominać o zakładaniu maseczek i dezynfekowaniu rąk. Na miejscu bardzo szybko zrozumieli, jak poważnym zagrożeniem jest koronawirus. Mieszkańcy Sewilli traktowali poważnie wszelkie nakazy. Może z obawy przed srogimi mandatami? U nas w Zwierzyńcu tego zagrożenia nie było aż tak widać – przyznaje Gardiasz.

Do Polski wrócili 1 sierpnia. – Nie żałuję wyjazdu, choć był najtrudniejszy ze wszystkich erasmusowych. Zawsze mówię, że w życiu projektu są trzy chwile radości: gdy dostaniemy dofinansowanie na wyjazd, gdy ruszamy na Erasmusa i gdy szczęśliwie wrócimy. Tym razem doszła czwarta chwila radości: 15 sierpnia. Odetchnąłem z ulgą dopiero dwa tygodnie po powrocie. Nikt nie zadzwonił, że źle się czuje, że ma temperaturę, że ma koronawirusa. Wiem, że gdyby okazało się, że ktoś zachorował, czułbym się fatalnie, nawet wiedząc, że to nie z mojej winy, bo w zabezpieczenie tego wyjazdu włożyłem mnóstwo serca, pracy i energii. Ten miesiąc w Sewilli wcale nie był dla mnie spokojny. Wiedziałem, że zagrożenie jest realne, cały czas czułem presję, że ani na moment nie mogę stracić czujności. Wszystkie wyjścia w wolnym czasie po raz pierwszy w historii naszych praktyk zagranicznych odbywały się grupowo. Choć ufam dzieciakom, nie chciałem ryzykować. Po powrocie wielu uczniów, którzy nie zdecydowali się na staż, mówiło mi, że żałują. A ja wiem, że gdyby w Sewilli ktoś zachorował, to tych słów bym nie usłyszał.

Zdjęcie: archiwum projektu

Jadą ze mną


Zastanawialiście się kiedyś, co studenci Erasmusa zabierają ze sobą na studia? Ulubiona książka, przewodniki, zapas słoików, a może domowe zwierzę? To też, ale są także rzeczy mniej oczywiste!

Spakować więcej kosmetyków czy ubrań? A gitara? Jadąc na studia zagraniczne, stajemy przed logistycznym dylematem: jak upchnąć tysiące rzeczy do kilku walizek. Byli erasmusowcy zdradzają, jak sobie z nim poradzili i co zabrali.

Natalia Kostrzewa, semestr zimowy 2018/2019, AGH, Inżynieria Biomedyczna → IST Lisboa/ Information Systems and Computer Engineering, Portugalia

Na wymianę zabrałam ze sobą polaroid, aby dokumentować każdą ważną dla mnie chwilę, miejsce czy ludzi. W mojej walizce nie mogło też zabraknąć planera – czas na wymianie płynie inaczej i niezwykle przydaje się do organizacji dnia.
I najważniejsze – zdjęcie, które dostałam na wyjazd od moich przyjaciół. Sama później takie sprezentowałam przyjaciółce, która wyjeżdżała na swoją wymianę – super mieć kogoś przy sobie w tych pierwszych dniach wymiany, kiedy dopiero poznajemy nowych ludzi! 

Justyna Zalesko, semestr zimowy 2017/2018, Uniwersytet w Białymstoku, Wydział Ekonomii i Finansów → IPCA, Barcelona, Portugalia

Na wymianę zabrałam buty trekkingowe. Podczas Erasmusa często podróżowałam, a dzięki nim zawsze byłam gotowa na wędrówki w każdym terenie. Poza tym świetnie sprawdziły się w deszczowe dni podczas zimowego semestru w Portugalii!

Katarzyna Poskrobko, semestr letni 2018/2019, Politechnika Białostocka (Wydział Architektury: kierunek Architektura) → Instituto Politécnico de Viana do Castelo (Escola Superior de Tecnologia e Gestão: kierunek Design de Ambientes), Portugalia

Decyzja, co ze sobą zabrać, nie była łatwa ze względu na ograniczenia
w rozmiarze i wadze bagażu. Jednak poza oczywistymi rzeczami, takimi jak zdjęcia rodziny/przyjaciół, ulubiona poduszka czy ważący zdecydowanie za dużo laptop, postawiłam na zaopatrzenie gastronomiczne. Wiedziałam, że w Portugalii dostanie produktów typowo polskich może być znacznie utrudnione lub wręcz niemożliwe.
W mojej walizce nie mogło więc zabraknąć kaszy gryczanej, budyniu i przypraw, których jestem wielką fanką.

Marta Ejsmont, semestr zimowy 2018/19, Uniwersytet Ekonomiczny w Poznaniu, kierunek Logistyka Międzynarodowa → ESSCA School of Management, Budapeszt, Węgry

Przed wymianą przygotowałam listę kilku praktycznych rzeczy, bez których nie wyobrażałam sobie wyjazdu. Wśród nich znalazły się m.in. blender, ulubione przyprawy, przedłużacz, zestaw pościeli, karta Revolut, szybkoschnący ręcznik oraz kilka zdjęć. Miały one duży wpływ na łatwość aklimatyzacji, a następnie codzienny komfort życia w nowym miejscu.

Szymon Kurdziel, zima 18/19, AGH, Informatyka -> Universidad de Malaga, Hiszpania

Oprócz laptopa zabrałem ze sobą dodatkowy monitor, klawiaturę i myszkę, ponieważ wbudowany ekran laptopa był bardzo słabej jakości i o niskiej rozdzielczości, co znacznie utrudniało pracę studentowi informatyki. Ponadto jako pasjonat gry na ukulele nie mogłem nie zabrać instrumentu i śpiewnika (czytnika e-booków
z własnym śpiewnikiem). Udało mi się przekazać podstawy gry kilku osobom na miejscu i niejednokrotnie grać z innymi erasmusowcami, a nawet lokalsami. Miałem też ze sobą podstawowe narzędzia rowerowe i komplet lampek, bo chciałem zaraz po przylocie kupić rower szosowy i zwiedzać okolicę. Moją determinację może potwierdzić to, że rower udało mi się kupić nawet wcześniej niż znaleźć pokój na wynajem. Miejsce w bagażu znalazło też kilka pamiątek z Krakowa – do rozdania (między innymi magnesy z obwarzankiem). Moje zainteresowanie kawą nie pozwoliło mi nie wziąć ze sobą zestawu do jej parzenia, czyli młynka ręcznego, aeropressu, drippera, czajniczka, termometru, miniaturowego palnika turystycznego (do którego na miejscu dokupiłem kartusz z gazem). Miałem ze sobą również dwie paczki kawy z polskich palarni, by podzielić się nią z właścicielami kawiarni w Maladze. Ciężko było się z tym wszystkim zabrać, ale trud wynagrodziła możliwość gry na ukulele na plaży poza miastem i popijanie pysznej, świeżo zaparzoną kawę!

Magda Kuczkowska, 2017/2018, UJ → Universidad de Deusto, Bilbao, Kraj Basków

Co zabrać ze sobą? Kurtkę przeciwdeszczową albo parasol, bo pamiętajmy, to nie Hiszpania, to Kraj Basków, a pogoda bywa bardziej okrutna niż w Londynie. Zawsze warto zabrać trochę specjałów z Polski – chociażby twaróg albo kapustę; lot zajmuje około trzech godzin, więc dobrze zapakowane produkty spokojnie przetrwają drogę,
a uśmiech nowych znajomych, kiedy przygotujesz dla nich pierogi, jest bezcenny!

Ja zabrałam jeszcze ze sobą pluszową Pandę-Pandzillę, która towarzyszyła mi podczas każdej podróży i była najlepszym modelem na tle zabytków i natury. Poza tym wzięłam zdjęcia, które rozwiesiła potem w pokoju – zdecydowanie pomagały poczuć się jak w domu. Flaga Polski to też dobry pomysł, żeby zebrać  na koniec wymiany podpisy od  znajomych.

Aleksandra Dolińska, semestr letni 2015-2016, SWPS → Universidad de Málaga, Hiszpania

Na swojego Erasmusa zabrałam kredki do malowania twarzy i flagę Polski, bo wymiany studenckie obfitują w wydarzenia, na których możemy z dumą pokazać, skąd pochodzimy, takie jak Flag Parade czy International Dinner. Prócz tego warto zabrać polskie smakołyki i trunki. To świetny sposób, żeby „zaplusować” u nowo poznanych osób z całego świata!

Czas w drogę

Wielu studentów wyjeżdzających na studia zagraniczne kieruje się przede wszystkim ekonomią. Kalkuluje, co opłaca im się zabrać, a co kupić na miejscu, porównuje ceny. Kolejnym czynnikiem, który decyduje o wyborach podczas pakowania, są pasje i przyzwyczajenia. Jeśli ktoś lubi grać na instrumencie, a nie jest to np. kontrabas, to całkiem prawdopodobne, że znajdzie się on w jego bagażu. To samo dotyczy fotografowania czy sprzętu trekkingowego. Ważny jest także laptop, który przydaje się nie tylko do nauki, ale i do kontaktu z rodziną i przyjaciółmi w Polsce. Wszystko zależy oczywiście od środka transportu, wiadomo, że jadąc samochodem można zabrać więcej rzeczy niż podczas podróży samolotem. Jedno jest pewne – przemyślane wybory mogą zaoszczędzić kłopotów i dodatkowych kosztów.

Ankieta. Co zabieram/ zabrałem, jadąc na Erasmusa?

A – Dermokosmetyki – 31 głosów
B – Podstawowe leki (na kata, gardło, przeciwbólowe,) – 30 głosów
C – Książki, przewodniki – 20 głosów
D – Artykuły spożywcze – 16 głosów
E – Inne (pies, kot, pieniądze) – 5 głosów

Zdjęcia: archiwa prywatne