(Nie) dla frajerów


Trudno jest namówić Polaków na pracę społeczną. Niektórzy uważają, że to dla naiwniaków – mówi Małgorzata Żołądziejewska, malarka z Zielonej Góry, która w ramach projektu Europejskiego Korpusu Solidarności przepracowała rok w Dublinie

Jako wolontariuszka EKS-u pracowałaś w biurze irlandzkiej organizacji zajmującej się…wolontariatem?

W Dublinie byłam już cztery lata, kiedy przypadkiem dowiedziałam się, że Voluntary Service International (irlandzki oddział Service Civil International, istniejącej od 1920 r. organizacji pozarządowej działającej na rzecz pokoju na świecie) szuka wolontariuszy mieszkających na miejscu. Aby się zgłosić, przyszło mi do głowy dosłownie w ostatniej chwili, bo miałam już skończone 29 lat [w projektach Europejskiego Korpusu Solidarności mogą brać udział osoby od 18 do 30 r. ż. – przyp. red.]. Pomyślałam jednak, że jeśli nie teraz, to kiedy! Później nie będzie już może okazji, by dołączyć do tego typu inicjatywy. Projekt trwał 12 miesięcy, rozpoczęłam go w czerwcu ubiegłego roku. W zasadzie nie miałam pojęcia, czego mogę się spodziewać. Wiedziałam jedynie, że będę pracować w biurze, a moje stanowisko to placement officer. Trochę się na początku obawiałam, czy w ogóle będę tam pasować.

To była typowa praca biurowa?

To była raczej nietypowa praca biurowa (śmiech). Zadania były dosyć zróżnicowane. Moim głównym obowiązkiem było kontaktowanie się z ludźmi, którzy chcą przyjechać w ramach wolontariatu do Irlandii i wziąć udział w letnich projektach naszej organizacji. Przeprowadzałam badania ewaluacyjne z każdą grupą, jeździłam też na targi, żeby promować wolontariat wśród studentów. Najbardziej interesującą częścią tej pracy było jednak wykonywanie tzw. pre departure trainings, czyli szkoleń dla osób, które wyjeżdżały z Irlandii w ramach projektów naszej organizacji. Zwłaszcza że byli to ludzie z różnych środowisk i krajów. Obowiązków miałam dużo, przygotowywałam też posty na media społecznościowe, newsletter, opracowywałam logo.

Co sprawiało ci największą trudność?

Voluntary Service International to mała organizacja. Zdarzały się jednak dni, w których byłam dosłownie zawalona pracą, tak że nie byłam w stanie tego uporządkować. Największe wyzwanie stanowiła organizacja zadań i ustalanie priorytetów. Planowanie nigdy nie było zresztą moją najmocniejszą stroną, ale wydaje mi się, że po tym roku zrobiłam pewien postęp. Lepiej radzę też sobie ze stresem. Jestem teraz w stanie podchodzić do zadań z większym dystansem i luzem emocjonalnym. Czuję, że zyskałam siłę przebicia.

Jesteś artystką, malarką, to musiał był dla ciebie trochę obcy świat…

Podczas udziału w projekcie starałam się wykorzystywać swoje artystyczne zdolności, między innymi robiłam ilustracje. Sztuką i tak mogę się zajmować głównie w czasie wolnym, jest więc dla mnie ważne, by go po prostu mieć. Szczęśliwie biuro VSI było parę minut drogi od mojego domu. W Dublinie, razem z lokalnymi artystami, wzięłam też udział w projekcie społecznym polegającym na malowaniu skrzynek na prąd, sterujących sygnalizacją świetlną. Dobrze jest móc trochę upiększyć świat.

Czym różni się podejście do wolontariatu Irlandczyków i Polaków?

Tego, by nie zamykać się na innych, nauczyłam się właśnie w Irlandii. Tu ludzie są bardzo chętni do podejmowania takich inicjatyw. Często udzielają się w zarządach organizacji pozarządowych albo zajmują się działalnością wolontaryjną poza godzinami pracy.

Wydaje mi się, że Polaków wciąż trudno jest namówić na wolontariat. Niektórzy w ogóle uważają, że wolontariat jest dla frajerów, bo ludzie, którzy mają olej w głowie, robią rzeczy za pieniądze, i to naprawdę porządne pieniądze. Mam też wrażenie, że w Irlandii wolontariatem zajmują się osoby w różnym wieku, za to w Polsce – najczęściej młodzież licealna albo studenci. Pamiętam, że kiedyś, w ostatniej klasie liceum, ludzie łapali się za jakikolwiek wolontariat, ale tylko po to, żeby dostać dodatkowe punkty na koniec szkoły. I chyba nie spotkałam w naszym kraju wolontariusza, który by był po trzydziestce. Mam jednak nadzieję, że to się już zmienia. Tutaj, w Irlandii, to zupełnie normalnie. Szczególnie emeryci biorą się za wszelkiego rodzaju prace społeczne, ale robią to również osoby pracujące, które mają czas. Ta różnica mentalna między społeczeństwem polskim a irlandzkim jest wyraźna.

Zdjęcie: archiwum prywatne

Bezpieczeństwo na stażu to priorytet!


Jak bezpiecznie wyjechać i wrócić ze stażu w czasie pandemii? Radzi Waldemar Gardiasz.

  1. Porozmawiaj szczerze z rodzicami i uczniami. Powiedz im o wszystkich wątpliwościach i zagrożeniach. Przedstaw plan wyjazdu. Opowiedz, jaka sytuacja epidemiczna panuje w kraju, gdzie odbędzie się staż. Niech wcześniej wiedzą, na jakich warunkach zorganizujesz praktyki. Daj rodzicom czas na podjęcie decyzji.
  2. Szalenie ważny jest partner zagraniczny, który na miejscu organizuje uczniom praktyki, czas wolny i wszystkie atrakcje, by pobyt był ciekawy. Jeśli jest wiarygodny, masz z nim same pozytywne doświadczenia i – co ważne – realizuje wszystkie zapisy z umowy, to nie podejmujesz ryzyka.
  3. Zadbaj o bezpieczeństwo uczestników. Warto przecierpieć dwa dni w autokarze, ale mieć wszystko pod kontrolą niż zapewnić krótszą podróż samolotem, ale ryzykując kontakt z wieloma osobami. Umówiliśmy się z firmą przewozową, że jeśli któryś z uczestników zachoruje, to w ciągu trzech dni od naszego zgłoszenia, podstawią autokar, którym wrócimy do Polski.
  4. Dobierz odpowiednie osoby. Jeśli masz w szkole zaufanych ludzi, którzy myślą podobnie jak ty, wiedzą, po co jest wyjazd na Erasmusa, i nie bagatelizują zagrożenia koronawirusem, nie będziesz miał problemu z przydzieleniem ról i scedowaniem na nich odpowiedzialności za konkretne zadania.
  5. Zdrowy rozsądek! Trzeba się nastawić, że przy wyjeździe na ten projekt w czasie pandemii nie da się nic przewidzieć. Dlatego trzeba mieć przygotowane plany awaryjne i reagować na bieżąco.

Porady są częścią reportażu z pierwszego wyjazdu stażystów ze Zwierzyńca w ramach programu Erasmus+ Kształcenie i szkolenia zawodowe.

Artykuły powiązane:
Wyjechali na staż – maseczki na twarz
Odwagi – wyjazd w czasie pandemii

Zdjęcie: archiwum projektu

Wyjechali na staż, maseczki na twarz


To był najtrudniejszy wyjazd ze wszystkich erasmusowych, ale nie żałuję. Odetchnąłem z ulgą dopiero dwa tygodnie po powrocie – mówi dyrektor technikum w Zwierzyńcu, pierwszej szkoły w Polsce, która zdecydowała się wysłać uczniów na praktyki zawodowe w czasach pandemii koronawirusa.

Nie wiadomo, czego bardziej zazdrościć: kąpieli w ciepłym morzu, tańca flamenco w centrum Sewilli czy suszonych maleńkich krewetek kupionych na targu. To jeszcze rzut oka na zdjęcia. Jak plaża, to błękit nieba, lazur wody, jasny piasek, lekko przypalone plecy, parasole chroniące przed słońcem i uśmiech. To z Kadyksu. Teraz sceny z filmu. Najpierw targ rybny, gdzie także sprzedają owoce morza. – To camarones! Kto się odważy? – pyta przewodniczka. Chłopaki wyciągają dłoń. Z malutkiego zawiniętego w lejek pudełka wyskakują suszone krewetki wielkości gwoździka. – Dobre! – uśmiechają się do kamery i wyciągają w górę kciuk. Przeskakujemy na pl. Hiszpański w Sewilli. Tutejsi tańczą flamenco. Kobiety w falbaniastych sukniach energicznie ruszają ramionami i biodrami, raz podnoszą ręce, to je opuszczają, nogi rytmicznie przesuwają do przodu, patrzą na siebie bez przerwy. W tle śpiewa mężczyzna w krótkich spodenkach, drugi gra na gitarze, a trzeci wybija rytm uderzając dłońmi w pudło. To próba przed koncertem. I inspiracja. Bo na tym samym filmie dziewczyny klaszczą, tańczą i śpiewają. W rolach głównych na plaży, targu i pl. Hiszpańskim uczniowie ze Zwierzyńca. Co jeszcze łączy te obrazy? Maseczki, które wszyscy mają na sobie.

Bilety w styczniu, wirus w marcu

– To była szalenie trudna decyzja: jechać do Hiszpanii czy odpuścić praktyki? – przyznaje Waldemar Gardiasz, dyrektor Zespołu Szkół Drzewnych i Ochrony Środowiska w Zwierzyńcu. Wyjazdy uczniów na zagraniczne staże zawodowe to tam tradycja. – Uczestniczyliśmy już w dziewięciu takich projektach, z czego pięć odbyło się w ramach programu Erasmus+ – przypomina dyrektor. Wyjazd do Hiszpanii planowali dużo wcześniej. W styczniu kupili bilety na samolot. W połowie marca zamknięto w Polsce szkoły. Odtąd mówiło się już tylko o koronawirusie. Wiosną najwięcej zakażeń w Europie było we Włoszech i Hiszpanii. – Do połowy maja nie myślałem o wyjeździe. To było ogromne ryzyko – przyznaje Gardiasz. – Ale pod koniec roku szkolnego rodzice i uczniowie dopytywali, co z praktykami zawodowymi w Sewilli. Mówiłem, że nie jedziemy, a oni pytali dlaczego. Przekonywali, że pandemia jest tak samo groźna tu i tam, choć wiedziałem, że w Hiszpanii zachorowań było znacznie więcej niż w Polsce.

Dyrektor uległ prośbie. Zaprosił do szkoły rodziców, którzy chcieli wysłać dzieci na staż. – Postawiłem sprawę jasno: jeśli mamy jechać, to muszą wszystko wiedzieć. Powiedziałem o zagrożeniach związanych z wyjazdem, obostrzeniach panujących w Hiszpanii i warunkach, które trzeba spełnić, żeby wyjazd był bezpieczny dla dzieciaków – wspomina. Zdecydowali, że rezygnują z samolotu i do Sewilli jadą autokarem. – To najbezpieczniejsze rozwiązanie. Na lotniskach mielibyśmy kontakt z wieloma osobami, do tego długie procedury przy odprawach, później lot z załogą samolotu i innymi pasażerami. Duże ryzyko, a jedyna korzyść to czas dotarcia na miejsce – przekonuje Waldemar Gardiasz.

Pustki na ulicach

Ze Zwierzyńca do Sewilli jest ponad 3,5 tys. km. Jedzie się głównie autostradami, ale to i tak dwa dni podróży. – Zasady były proste: wychodzisz z autokaru zakładasz maseczkę, gdy wracasz dezynfekujesz ręce. I nie ma wyjątku – opowiada. Ruszyli 5 lipca. Kolejne cztery tygodnie spędzili w Sewilli. Dwa razy wyskoczyli poza miasto: do Kadyksu, uznanego za najstarsze miasto w Europie Zachodniej i do urokliwej Taviry w Portugalii. – Byliśmy zaskoczeni, bo to turystyczne miasta, środek wakacji, a tam pustki – mówi dyrektor. Przyznaje, że Hiszpanie byli mocno wystraszeni pandemią. Na początku lipca było tam ponad 250 tys. zakażonych (w Polsce prawie 36 tys.), zmarło 28 tys. osób (u nas „tylko” 1,5 tys.). – W komunikacji miejskiej ludzie dziwni na nas patrzyli, szczególnie starsi. Nikt nie chciał siadać przy nas. Szybko zrozumieliśmy, że bali się większych grup, dlatego dzieliliśmy się na mniejsze i podróżowaliśmy kilkoma autobusami – mówi Gardiasz.

Najważniejsze były jednak praktyki zawodowe. Uczniowie z klas geodezyjnych wstawali przed szóstą i ruszali w teren. Musieli skończyć pomiary przed południem, bo temperatury przekraczały 40 st. C. W klimatyzowanym laboratorium pracowały dziewczyny z drugiej klasy w zawodzie technik ochrony środowiska. Białe kitle, w rękach probówki, a na twarzy maseczki i przyłbice. W zakładach spożywczych uczennice pod okiem dyrektora badały skład chemiczny lekarstw i tworzyły kosmetyki. Z kolei uczniowie klas informatycznych uczyli się programowania na przykładzie sygnalizacji świetlnej. Zajęcia odbywały się po angielsku. Na koniec wszyscy otrzymali certyfikaty. – Bardzo się cieszę, że nasi stażyści zdobyli nowe umiejętności, bo w marcu musieliśmy wprowadzić zdalne nauczanie, a dla kształcenia technicznego to nie jest dobra forma przekazywania wiedzy – przyznaje dyrektor.

Czwarta chwila radości

Uczestnikami byli również tegoroczni maturzyści. – Jestem dumny z moich absolwentów, którzy byli dla nas dużym wsparciem, bo przejęli częściowo odpowiedzialność za młodszych uczniów. Pomagali im nie tylko podczas praktyk, ale np. zorganizowali huczne urodziny, z balonami, tortem i śpiewaniem “Sto lat”. To dla mnie dowód, jak fantastyczną pracę wychowawczą wykonaliśmy przez kilka lat, że mamy tak świetnych wychowanków – cieszy się Waldemar Gardiasz. Dyrektor chwali też uczniów za dyscyplinę. – Nie musiałem im przypominać o zakładaniu maseczek i dezynfekowaniu rąk. Na miejscu bardzo szybko zrozumieli, jak poważnym zagrożeniem jest koronawirus. Mieszkańcy Sewilli traktowali poważnie wszelkie nakazy. Może z obawy przed srogimi mandatami? U nas w Zwierzyńcu tego zagrożenia nie było aż tak widać – przyznaje Gardiasz.

Do Polski wrócili 1 sierpnia. – Nie żałuję wyjazdu, choć był najtrudniejszy ze wszystkich erasmusowych. Zawsze mówię, że w życiu projektu są trzy chwile radości: gdy dostaniemy dofinansowanie na wyjazd, gdy ruszamy na Erasmusa i gdy szczęśliwie wrócimy. Tym razem doszła czwarta chwila radości: 15 sierpnia. Odetchnąłem z ulgą dopiero dwa tygodnie po powrocie. Nikt nie zadzwonił, że źle się czuje, że ma temperaturę, że ma koronawirusa. Wiem, że gdyby okazało się, że ktoś zachorował, czułbym się fatalnie, nawet wiedząc, że to nie z mojej winy, bo w zabezpieczenie tego wyjazdu włożyłem mnóstwo serca, pracy i energii. Ten miesiąc w Sewilli wcale nie był dla mnie spokojny. Wiedziałem, że zagrożenie jest realne, cały czas czułem presję, że ani na moment nie mogę stracić czujności. Wszystkie wyjścia w wolnym czasie po raz pierwszy w historii naszych praktyk zagranicznych odbywały się grupowo. Choć ufam dzieciakom, nie chciałem ryzykować. Po powrocie wielu uczniów, którzy nie zdecydowali się na staż, mówiło mi, że żałują. A ja wiem, że gdyby w Sewilli ktoś zachorował, to tych słów bym nie usłyszał.

Zdjęcie: archiwum projektu

Jadą ze mną


Zastanawialiście się kiedyś, co studenci Erasmusa zabierają ze sobą na studia? Ulubiona książka, przewodniki, zapas słoików, a może domowe zwierzę? To też, ale są także rzeczy mniej oczywiste!

Spakować więcej kosmetyków czy ubrań? A gitara? Jadąc na studia zagraniczne, stajemy przed logistycznym dylematem: jak upchnąć tysiące rzeczy do kilku walizek. Byli erasmusowcy zdradzają, jak sobie z nim poradzili i co zabrali.

Natalia Kostrzewa, semestr zimowy 2018/2019, AGH, Inżynieria Biomedyczna → IST Lisboa/ Information Systems and Computer Engineering, Portugalia

Na wymianę zabrałam ze sobą polaroid, aby dokumentować każdą ważną dla mnie chwilę, miejsce czy ludzi. W mojej walizce nie mogło też zabraknąć planera – czas na wymianie płynie inaczej i niezwykle przydaje się do organizacji dnia.
I najważniejsze – zdjęcie, które dostałam na wyjazd od moich przyjaciół. Sama później takie sprezentowałam przyjaciółce, która wyjeżdżała na swoją wymianę – super mieć kogoś przy sobie w tych pierwszych dniach wymiany, kiedy dopiero poznajemy nowych ludzi! 

Justyna Zalesko, semestr zimowy 2017/2018, Uniwersytet w Białymstoku, Wydział Ekonomii i Finansów → IPCA, Barcelona, Portugalia

Na wymianę zabrałam buty trekkingowe. Podczas Erasmusa często podróżowałam, a dzięki nim zawsze byłam gotowa na wędrówki w każdym terenie. Poza tym świetnie sprawdziły się w deszczowe dni podczas zimowego semestru w Portugalii!

Katarzyna Poskrobko, semestr letni 2018/2019, Politechnika Białostocka (Wydział Architektury: kierunek Architektura) → Instituto Politécnico de Viana do Castelo (Escola Superior de Tecnologia e Gestão: kierunek Design de Ambientes), Portugalia

Decyzja, co ze sobą zabrać, nie była łatwa ze względu na ograniczenia
w rozmiarze i wadze bagażu. Jednak poza oczywistymi rzeczami, takimi jak zdjęcia rodziny/przyjaciół, ulubiona poduszka czy ważący zdecydowanie za dużo laptop, postawiłam na zaopatrzenie gastronomiczne. Wiedziałam, że w Portugalii dostanie produktów typowo polskich może być znacznie utrudnione lub wręcz niemożliwe.
W mojej walizce nie mogło więc zabraknąć kaszy gryczanej, budyniu i przypraw, których jestem wielką fanką.

Marta Ejsmont, semestr zimowy 2018/19, Uniwersytet Ekonomiczny w Poznaniu, kierunek Logistyka Międzynarodowa → ESSCA School of Management, Budapeszt, Węgry

Przed wymianą przygotowałam listę kilku praktycznych rzeczy, bez których nie wyobrażałam sobie wyjazdu. Wśród nich znalazły się m.in. blender, ulubione przyprawy, przedłużacz, zestaw pościeli, karta Revolut, szybkoschnący ręcznik oraz kilka zdjęć. Miały one duży wpływ na łatwość aklimatyzacji, a następnie codzienny komfort życia w nowym miejscu.

Szymon Kurdziel, zima 18/19, AGH, Informatyka -> Universidad de Malaga, Hiszpania

Oprócz laptopa zabrałem ze sobą dodatkowy monitor, klawiaturę i myszkę, ponieważ wbudowany ekran laptopa był bardzo słabej jakości i o niskiej rozdzielczości, co znacznie utrudniało pracę studentowi informatyki. Ponadto jako pasjonat gry na ukulele nie mogłem nie zabrać instrumentu i śpiewnika (czytnika e-booków
z własnym śpiewnikiem). Udało mi się przekazać podstawy gry kilku osobom na miejscu i niejednokrotnie grać z innymi erasmusowcami, a nawet lokalsami. Miałem też ze sobą podstawowe narzędzia rowerowe i komplet lampek, bo chciałem zaraz po przylocie kupić rower szosowy i zwiedzać okolicę. Moją determinację może potwierdzić to, że rower udało mi się kupić nawet wcześniej niż znaleźć pokój na wynajem. Miejsce w bagażu znalazło też kilka pamiątek z Krakowa – do rozdania (między innymi magnesy z obwarzankiem). Moje zainteresowanie kawą nie pozwoliło mi nie wziąć ze sobą zestawu do jej parzenia, czyli młynka ręcznego, aeropressu, drippera, czajniczka, termometru, miniaturowego palnika turystycznego (do którego na miejscu dokupiłem kartusz z gazem). Miałem ze sobą również dwie paczki kawy z polskich palarni, by podzielić się nią z właścicielami kawiarni w Maladze. Ciężko było się z tym wszystkim zabrać, ale trud wynagrodziła możliwość gry na ukulele na plaży poza miastem i popijanie pysznej, świeżo zaparzoną kawę!

Magda Kuczkowska, 2017/2018, UJ → Universidad de Deusto, Bilbao, Kraj Basków

Co zabrać ze sobą? Kurtkę przeciwdeszczową albo parasol, bo pamiętajmy, to nie Hiszpania, to Kraj Basków, a pogoda bywa bardziej okrutna niż w Londynie. Zawsze warto zabrać trochę specjałów z Polski – chociażby twaróg albo kapustę; lot zajmuje około trzech godzin, więc dobrze zapakowane produkty spokojnie przetrwają drogę,
a uśmiech nowych znajomych, kiedy przygotujesz dla nich pierogi, jest bezcenny!

Ja zabrałam jeszcze ze sobą pluszową Pandę-Pandzillę, która towarzyszyła mi podczas każdej podróży i była najlepszym modelem na tle zabytków i natury. Poza tym wzięłam zdjęcia, które rozwiesiła potem w pokoju – zdecydowanie pomagały poczuć się jak w domu. Flaga Polski to też dobry pomysł, żeby zebrać  na koniec wymiany podpisy od  znajomych.

Aleksandra Dolińska, semestr letni 2015-2016, SWPS → Universidad de Málaga, Hiszpania

Na swojego Erasmusa zabrałam kredki do malowania twarzy i flagę Polski, bo wymiany studenckie obfitują w wydarzenia, na których możemy z dumą pokazać, skąd pochodzimy, takie jak Flag Parade czy International Dinner. Prócz tego warto zabrać polskie smakołyki i trunki. To świetny sposób, żeby „zaplusować” u nowo poznanych osób z całego świata!

Czas w drogę

Wielu studentów wyjeżdzających na studia zagraniczne kieruje się przede wszystkim ekonomią. Kalkuluje, co opłaca im się zabrać, a co kupić na miejscu, porównuje ceny. Kolejnym czynnikiem, który decyduje o wyborach podczas pakowania, są pasje i przyzwyczajenia. Jeśli ktoś lubi grać na instrumencie, a nie jest to np. kontrabas, to całkiem prawdopodobne, że znajdzie się on w jego bagażu. To samo dotyczy fotografowania czy sprzętu trekkingowego. Ważny jest także laptop, który przydaje się nie tylko do nauki, ale i do kontaktu z rodziną i przyjaciółmi w Polsce. Wszystko zależy oczywiście od środka transportu, wiadomo, że jadąc samochodem można zabrać więcej rzeczy niż podczas podróży samolotem. Jedno jest pewne – przemyślane wybory mogą zaoszczędzić kłopotów i dodatkowych kosztów.

Ankieta. Co zabieram/ zabrałem, jadąc na Erasmusa?

A – Dermokosmetyki – 31 głosów
B – Podstawowe leki (na kata, gardło, przeciwbólowe,) – 30 głosów
C – Książki, przewodniki – 20 głosów
D – Artykuły spożywcze – 16 głosów
E – Inne (pies, kot, pieniądze) – 5 głosów

Zdjęcia: archiwa prywatne

Podróż do wnętrza siebie


Carl Gustav Jung, znany jako twórca psychologii analitycznej, stwierdził kiedyś, że łatwiej przeniknąć wszechświat niż samego siebie. W jaki więc sposób dojść do prawdy o sobie? Może dobrym punktem wyjścia będą gry fabularne, czyli RPG-i? Albo wolontariat, podczas którego zmierzymy się z nowymi wyzwaniami? A najlepiej połączyć obie te rzeczy! To właśnie zrobili Dawid „Ryba” Reja i Franek Lewczuk z lubelskiej fundacji Sempre a Frente, twórcy projektu „Las rozwoju”.

Projekt „Las rozwoju” ma zaangażować studentów i licealistów do działania poprzez wolontariat w różnego rodzaju organizacjach. Uczestnicy, zanim zmierzą się z nowymi zadaniami i wyzwaniami, mają najpierw poznać swoje słabe i mocne strony. W tym celu wykorzystywane są elementy grywalizacji, czyli mechanizmów znanych z gier.
Franek: W luźnych rozmowach ze znajomymi, którzy są w trakcie studiów, często wychodzi, że nie do końca wiedzą, jacy są, czym się interesują, co chcą w życiu robić. A świetnym sposobem poznania siebie jest właśnie RPG (Role-Playing Game).

Dawid: Korzystając z gier fabularnych, chcemy, żeby młodzi ludzie spojrzeli z innej perspektywy na wolontariat, zobaczyli, że niejedno ma imię. Od początku projektu założyliśmy sobie, że chcemy odczarować słowo „wolontariat”, które jest często źle rozumiane i spłycane. A wolontariusze wcale nie muszą przez kilka lat trzymać się tej samej organizacji. Mogą eksperymentować i sprawdzać się w różnych działaniach.

Podczas naszej rozmowy padło i z pewnością jeszcze wiele razy padnie słowo RPG. Czym tak właściwie są gry fabularne, które zyskują na popularności?
Dawid: W Role-Playing Games tak zwany mistrz gry, czyli prowadzący, pobudza graczy do wyobrażania sobie pewnej przygody w określonym uniwersum, czyli jakimś świecie wyobrażonym, kreowanym przez graczy, ich decyzje i elementy losowe (rzuty kośćmi). Wszystko jest dla nich przygodą. Choćby taki świat fantasy, w którym są jednorożce, orki, czarodzieje, a grupa młodych ludzi wyrusza w podróż, żeby rozwiązać tajemnicę działania kamienia filozoficznego. Mamy więc zawsze pewną fabułę gry, która buduje nastrój i motywuje graczy do zdobywania kolejnych poziomów, punktów doświadczenia czy osiągania drużynowych celów. RPG-i dają nieograniczoną możliwość poszukiwania różnych pomysłów. Do tego każda z postaci posiada swoje statystyki: określoną liczbę siły, celności czy sprytu. A gracz decyduje o kierunku rozwoju tych umiejętności. Te statystyki weryfikowane są na karcie postaci, która jest idealnym narzędziem do monitorowania postępów.

Franek: Prekursorem RPG-ów były gry paragrafowe w USA w latach 70. Czytelnik miał przed sobą książkę, czytał paragraf, w którym było napisane: jeżeli uważasz, że twój bohater powinien zrobić A – idź na stronę 100, jeśli ma zrobić B – idź na stronę 20. Wybierając dane opcje, czytelnik tworzył własną historię.

Podobnie jak w odcinku serialu Black Mirror: Bandersnatch, w którym widz poprzez dwa przyciski na ekranie decydował, co zrobi bohater?
Franek: Dokładnie, koncepcja tego odcinka jest zbudowana na tym systemie. Co ciekawe, pojawia się tam wątek, że bohater znajduje książkę, paragrafówkę, i w taki sposób w jego głowie powstaje pomysł na grę wideo opartą o taki wybór. Podejrzewam, że tak też było w przypadku twórców Dungeons & Dragons, pierwszej gry fabularnej fantasy. Pewnie wpadli na paragrafówkę i pomyśleli: Hej! Po co nam książka, która ogranicza nam wybory? Zróbmy coś takiego w formie bardziej otwartej i abstrakcyjnej. I tak mistrz gry przejął tę możliwość dawania graczom opcji.

Wcześniej RPG-i kojarzyły się raczej z małymi grupami trochę aspołecznych graczy, nerdami, kujonami, którzy gdzieś w piwnicy uciekają do świata fantastyki. Ale wcale tak nie jest. RPG-i ostatnimi czasy przechodzą do mainstreamu i wy odpowiadacie na ten trend.
Dawid: Na pewno RPG-i nie są czymś nowym w świecie popkultury. Ludzie raczej kojarzą, czym są gry fabularne, być może nie każdy w nie grał, ale na pewno nie są już tematem tabu. I nie są hermetycznie zamknięte na nowych graczy jak kiedyś. I co ważne, gry fabularne nie są wyłącznie dla nastolatków. Grałem w nie z ludźmi, którzy mieli po siedem lat, ale też z osobami, które pierwszy raz spróbowały RPG-ów po sześćdziesiątce. RPG-i mogą być więc atrakcyjne dla każdej grupy wiekowej. My zdecydowaliśmy, że pomogą nam w aktywizacji młodzieży przy projekcie „Las Rozwoju”.

Franek: Jestem mistrzem gry od dziewięciu lat. Kiedy jeździłem na konwenty [zjazd fanów fantastyki, gier fabularnych, mangi i anime, komiksu, seriali telewizyjnych – przyp. red], siedziałem na prelekcjach w salach pełnych nerdów. Słuchałem o mechanikach i systemach gier RPG i w głowie pojawiła mi się myśl: Dlaczego nikt nie widzi, jaki to ma potencjał edukacyjny?! Sama mechanika i dynamika RPG-ów bardzo dużo dają graczom. Dla przykładu: kiedy mój brat miał osiem lat, czyli pięć lat temu, włóczył się po domu bez większego pomysłu, co ze sobą zrobić. Postanowiłem więc wprowadzić go w świat RPG-ów, żeby znalazł sobie jakieś sensowne zajęcie. Najpierw prowadziłem mu tzw. solówki, czyli gry, w których jest jeden gracz i mistrz gry. Potem dołączyli jego znajomi. Zauważyłem, że po kilku sesjach stali się odważniejsi. Powiększył się ich wokabularz, wiedzieli, jak formułować myśli i umieć się kłócić, argumentować. Na tym opierają się RPG-i – argumentujemy, dlaczego nasza postać może coś zrobić. Jestem silny, więc podniosę tę bramę, jestem sprytny, więc prześlizgnę się niezauważony. RPG-i uczą też ważnej rzeczy, jaką jest podejmowanie inicjatywy i radzenie sobie ze skutkami naszych działań. Nieważne, czy są to porażki, czy zwycięstwa. Gra toczy się dalej.

Tak jak Franek odkrył potencjał edukacyjny RPG-ów podczas prelekcji na konwentach, tak samo wy macie teraz za zadanie odkryć potencjał młodych ludzi. W jaki sposób będzie poprowadzona gra fabularna „Lasu rozwoju”, dzięki której gracze poznają swój typ osobowości?
Franek: Zaprojektowałem ten RPG zgodnie z testami psychologicznymi. Uczestnik gry najpierw rozwiązuje test i wydaje mu się, że wie, o co w nim chodzi. Myśli: Ha ha! Złamałem Matrix, nie oszukasz mnie, panie psycholog! A tak naprawdę chodzi o coś zupełnie innego. Ten główny cel jest ukryty.

Dawid: Gracze robią test osobowości na aplikacji w telefonie, ale po jego wypełnieniu nie otrzymują wyniku: jesteś analitykiem. Aplikacja mówi im, jakim są drzewem.

Oryginalnie! Jak więc wygląda sama rozgrywka?
Franek: Powiem, jak wygląda nasza rozgrywka. Przy stole siada mistrz gry z trójką graczy. Ale co ciekawe, ich zadaniem nie jest wczuć się w wykreowaną postać, dlatego siadają przed lustrem. Widzą się w nim i nie mogą obracać się w stronę innych graczy, nie mogą też mówić, bo są przecież drzewami. Mimo że wcielają się w to drzewo, dalej widzą siebie. To budzi pewien dysonans, dzięki któremu nie będą do końca czuć się sosną czy sekwoją, bo nie o to nam chodzi. Na początek gracze skanują kod QR umieszczony na karcie postaci, który przenosi ich do aplikacji „Las osobowości”, w której rozwiązują wspominany już test osobowości. Jako informacja zwrotna dostają informację, na przykład: jesteś sosną czarną, masz zapotrzebowanie na takie i takie światło, na wodę, masz określoną odporność, wigor i zdolność specjalną. Celem gracza jest rozwinąć się, rosnąć jak najbardziej. Mistrz gry zbiera potem od graczy informacje, jakimi są gatunkami, a pod każdym gatunkiem kryje się dany typ osobowości, o czym wie właśnie tylko prowadzący. Widzi na swoim ekranie, jakie są aspekty danego archetypu i wprowadza do gry takie zdarzenia losowe, które mają w jakiś sposób skonfrontować graczy. Mamy na przykład introwertyczce drzewo, które napadają dziki szukające żołędzi. Obserwujemy, jak zachowa się w takim momencie gracz. Mistrz gry notuje te zachowania i na koniec przeprowadza ewaluację, podczas której analizuje poszczególne reakcje. Mówię wtedy: Jesteś ekstrawertyczny. Pamiętasz, jak do lasu przyszły dziki? Nie miałeś problemu złapać z nimi kontaktu. Albo: Jesteś archetypem myślącym, bo przez całą grę myślałeś o tym, jak rozwinąć się najlepiej, postrzegałeś rzeczywistość faktami.

Dawid: Bycie w lesie to metafora życia w społeczeństwie i bycia solidarnym. Gracze będą musieli tworzyć fabułę tak, aby nie było dobrze tylko im, ale też innym drzewom.

Franek: Warstwa mechaniczna zakłada to, że jeśli wykonują np. ruch pozyskania energii światła, mogą wybrać to, czy tym samym zabiorą światło innym graczom, czy podzielą się nim. Sprawdzamy, czy ci ludzie są skłonni do altruizmu.

Ciąży na tobie odpowiedzialność, żeby powiedzieć ludziom, kim są!
Franek: Traktuję to raczej jako wskazówkę, która ma uświadomić ludziom, co o sobie wiedzą, a czego jeszcze nie są świadomi. To może być ważny dla nich impuls.

Dawid: Ważna jest rozmowa po grze. Wtedy dopiero zaczynamy proces analizowania, tego, jak reagowaliśmy w trakcie rozgrywki. RPG nie jest w tym momencie tylko rozrywką, o której potem zapominamy, ale zostawia ślad.

„Las rozwoju” to niejedyny projekt, przy którym stosujecie metody gier fabularnych. Fundacja Sempre a Frente zdobyła wyróżnienie Eurodesk Awards 2020 za projekt „Boost Your Future”, który był oparty właśnie na grywalizacji.
Dawid: W projekcie wzięło udział 21 uczestników z Hiszpanii, Macedonii Północnej i Polski. Wtedy użyte przez nas techniki gier fabularnych pomogły ludziom określić swoją rolę na rynku pracy. Gra pomogła im odkryć swój potencjał zawodowy. Projekt tak się spodobał, że jesteśmy w trakcie organizowania drugiej edycji!

Jak widać, RPG-i mają wiele przydatnych zastosowań.
Dawid: Tak, nawet badania naukowe potwierdzają pozytywny wpływ RPG-ów na człowieka. Wymienię tylko kilka aspektów, które są rozwijane dzięki graniu w gry fabularne. Pierwszy z nich to konkretyzowanie swoich myśli, bo w trakcie gry mamy tylko pięć sekund na reakcję podczas walki.

Franek: Rzuca się na ciebie goblin z toporem. Co robisz?

Dawid: Nie mogę powiedzieć: Aaaa! Uciekam stąd! Znaczy mogę, ale może mogę podjąć inną mądrą decyzję, która mnie uratuje. Muszę mieć inicjatywę. I te umiejętności wystarczyłyby już, żeby RPG-i były cudem, a to dopiero początek! Dzięki nim kreatywnie rozwiązujemy problemy, jesteśmy drużyną i wspólnie musimy poradzić sobie z tym przykładowym goblinem. Jak mamy zareagować? Jak mamy ze sobą kooperować? Od razu pojawia się tutaj kompetencja, jaką jest praca w zespole. Gracze ponoszą wspólną odpowiedzialność. Zły ruch jednego gracza i może się wszystko posypać, trochę jak w prawdziwym życiu czy w rywalizacjach sportowych. Rozwijamy też empatię, czyli współodczuwanie emocji innych graczy. Ważna jest również pewność siebie. Zapaleni gracze to już nie są nerdy z problemami w kontaktach społecznych, bo oni tyle razy założyli różne maski, spróbowali się w nowych rolach, skonfrontowali w wielu sytuacjach, że mają większe spektrum możliwości reagowania i wczuwania się w sytuacje rzeczywiste.

Franek: Dodam, że RPG-i opierają się na symulacjach. Gracze w bezpiecznym środowisku wcielając się w postacie, są odważniejsi, robią coś, czego w życiu prawdziwym by nie zrobili. Zrobią to raz, drugi, trzeci, aż w końcu zadziała coś, co w psychologii znane jest jako zjawisko transferu pozytywnego. Pomyślą: ostatnio moja postać w RPG-u tak zrobiła i to dobrze wyszło, to czemu nie zrobię tak w rzeczywistości? Dawid wspomniał o empatii. Wprawieni gracze bardzo łatwo wchodzą w swoje role i czasem dochodzi do symultanizmu, czyli autentycznego odczuwania emocji, jakie przeżywa nasza postać. Znane jest to w kręgach aktorskich.

To, że gracze poznają siebie w czasie gry, pomoże im wejść w konkretne role podczas wolontariatu?
Dawid: Tak, i wejść też na odpowiednie ścieżki, którymi muszą dążyć, żeby się rozwijać. Wolontariat jest tylko jednym ze sposobów angażowania się poza studiami i zarządzania swoim czasem wolnym. Niech sami poczują, że są przecież podobnym ekosystemem. Że muszą dbać o swój rozwój i komunikować się – dokładnie tak jak drzewa.

Zdjęcie: archiwum projektu

Instrument dla montażysty


Z montażystą jest jak z muzykiem – nie da się stworzyć gotowego przepisu na sukces. Rozwojowi talentu sprzyjają jednak godziny spędzone przy instrumencie. Dla montażysty jest nim materiał filmowy, na którym może ćwiczyć. Dostarczy go projekt słynnej łódzkiej filmówki

Celem przedsięwzięcia pod nazwą „Open innovative resources for filmmaking education and training” jest stworzenie internetowej platformy z materiałami do kształcenia. Skorzystają z niej głównie montażyści filmowi, ale nie tylko – bez wiedzy o montażu trudno wyobrazić sobie choćby studenta reżyserii. W partnerstwo, realizowane od 2018 roku w ramach programu Erasmus+ Szkolnictwo wyższe, zaangażowały się – oprócz Szkoły Filmowej w Łodzi – trzy uczelnie artystyczne z: Bratysławy, Pragi i Zagrzebia.

Jak zacząć montować scenę?

Jak narodził się pomysł stworzenia platformy, wyjaśnia prof. dr hab. Milenia Fiedler, nowa rektor Szkoły Filmowej w Łodzi, która była odpowiedzialna za montaż m.in. w takich filmach, jak „Katyń” (reż. Andrzej Wajda), „Weiser” (reż. Wojciech Marczewski) czy „Dziewczyna z szafy” (reż. Bodo Kox). Jako dydaktyk doskonale wie, co trapi młodych ludzi stawiających pierwsze kroki w sztuce montażu i ich nauczycieli.

– To brak odpowiedniego materiału – stwierdza. – I choć najpopularniejsza odpowiedź na pytanie studenta: „Jak zacząć montować scenę?” brzmi: „to zależy”, rozwój warsztatu montażysty nie jest możliwy bez długich godzin pracy przy materiale filmowym – dodaje.
Obecne źródła pozyskiwania tego swoistego surowca dla studentów montażu są dalekie od ideału.

– Weźmy na przykład materiały kręcone w szkołach filmowych, między innymi do etiud – zawierają mnóstwo niedoskonałości, jak to pierwsze próby twórcze. Owszem, część pracy montażysty to próba ich ukrycia w gotowym dziele, ale jego energia nie może się koncentrować wyłącznie na takim tuszowaniu. Montażysta współuczestniczy między innymi w tworzeniu nastroju filmu czy w budowaniu postaci – opowiada prof. Milenia Fiedler.

Cztery wymiary sztuki

Autorzy projektu zdecydowali się wziąć pod uwagę cztery aspekty istotne dla sztuki montażu, ale planują dokładanie kolejnych tematów do swojej platformy. Szkoła z Łodzi już przygotowała materiał do ćwiczeń z problematyki przestrzeni w filmie, praska uczelnia – ze znaczenia czasu dla fabuły. Pozostałym partnerom w projekcie zostały zagadnienia związane z punktem widzenia oraz ze stylem wizualnym. Platforma zostanie uruchomiona, gdy będą opracowane wszystkie cztery aspekty montażu.

Częścią projektu jest też cykl międzynarodowych warsztatów. W ich trakcie studenci i wykładowcy wypróbowują stworzone przez siebie materiały, które znajdą się na platformie internetowej. – Nasz łódzki temat to fragmenty nakręcone w abstrakcyjnej przestrzeni na czarnym tle. Z parą aktorów przedstawionych w różnych sytuacjach i działaniach – opowiada Dagna Kidoń z Działu Współpracy z Zagranicą Szkoły Filmowej w Łodzi. – Mamy też czerwoną kulę, poruszającą się w tej przestrzeni. Zwykle to przestrzeń jest podporządkowana opowieści, a u nas to montażysta może wykreować opowieści, budując przestrzeń: jako labirynt, przestronne komnaty czy symboliczne pejzaże. Z tych samych ujęć można ułożyć historie o szukaniu wyjścia z pułapki, o pościgu, o spotkaniu – dodaje.

Dla odmiany partnerzy z Pragi oparli swój rozdział na konkretnym pomyśle. Ich fragmenty
do ćwiczeń ze znaczenia czasu w filmie nawiązują do historii pierwszego zabiegu transplantacji serca w Czechach. Użytkownicy platformy będą mogli pokazywać w montażu czas, który biegnie jak szalony – gdy zwłoka w czynności medycznej oznacza śmierć. Albo gdy te same sekundy dłużą się niczym wieczność – dla córki czekającej na szpitalnym korytarzu na operowaną matkę.

Internetowa platforma będzie miała charakter darmowy i otwarty. Możliwość wykorzystywania dostępnych na niej materiałów zyskają więc również tak zwani youtuberzy. O ile będzie im odpowiadał poziom ćwiczeń – są one adresowane głównie do przyszłych artystów…

*Istotą projektu, realizowanego w ramach Partnerstwa strategicznego w sektorze szkolnictwa wyższego, dofinansowanego z programu Erasmus+, jest udoskonalenie metod kształcenia w dziedzinie sztuki filmowej poprzez stworzenie otwartej internetowej bazy specjalistycznych materiałów służących edukacji w zakresie montażu. Czas trwania: 28 miesięcy. Kwota dofinansowania: 229 224 euro.

Zdjęcia: archiwum projektu

Garaż doświadczeń


Pasjonaci dwóch kółek w ramach Projektu Solidarności Europejskiego Korpusu Solidarności stworzyli w Krakowie miejsce, w którym można było, pod okiem specjalistów, naprawić rower i wziąć udział w warsztatach

Polska zwariowała na punkcie rowerów. Na jednoślady masowo przesiadają się również mieszkańcy Krakowa. W mieście powstają nowe ścieżki dla cyklistów i kontrpasy.

– O popularności rowerów decyduje nie tylko infrastruktura. Sporo osób nie chce jeździć komunikacją miejską i przesiada się na dwa kółka ze względu na sytuację spowodowaną pandemią koronawirusa. Inni, po pracy w domu, szukają pomysłu na miłe spędzenie wolnego czasu na świeżym powietrzu – mówi Daniel Frankow, który wspólnie ze znajomymi ze Stowarzyszenia Inicjatyw Regionalnych w Krakowie postanowił stworzyć miejsce dla wszystkich niewyobrażających sobie życia bez rowerów.

Daniel o rowerach mógłby opowiadać godzinami. Sam jeździ na szosówce, weekendy najchętniej spędza na rowerze zjazdowym. Marzy też o kupnie gravela (roweru szutrowego) i o cruiserze (charakterystyczny typ roweru miejskiego), którym z chęcią wybrałby się na rekreacyjną przejażdżkę nad Wisłą. Sam od podstaw buduje też swój rower elektryczny.
Swoją pasją i wiedzą zdecydował się podzielić z innymi. Tak w garażu popularnego krakowskiego hotelu Forum – pod jednym z najbardziej pożądanych krakowskich adresów, tuż nad Wisłą – powstał „Warsztat doświadczeń”.

Zrób to sam

Skąd pomysł? Wiele osób nie ma ani sprzętu, ani warunków do samodzielnej naprawy roweru. Z drugiej strony nie wszystkich stać na profesjonalny serwis. Wtedy z pomocą przychodzi „Warsztat doś-
wiadczeń”. Mogą skorzystać z niego ci, którzy chcą sami naprawić rower, ale nie wiedzą jak. W „Warsztacie” czeka na nich i przestrzeń, i profesjonalny sprzęt. Otrzymają też pomoc fachowców i będą mogli wziąć udział w specjalnych zajęciach, poznając ludzi o podobnych zainteresowaniach.

Od września 2019 roku, kiedy ruszył Projekt Solidarności, odbyło się już kilkanaście warsztatów na temat podstawowego serwisowania rowerów. Ich uczestnicy uczyli się, jak przywrócić do życia napęd, wymienić suport, centrować koła. Organizatorom na chwilę plany pokrzyżował koronawirus, ale obecnie miejsce znów działa pełną parą. – Najczęściej odwiedzają nas osoby w wieku
20–35 lat. Zazwyczaj chcą po prostu naprawić swój dawno nieużywany rower. Czasem pojawiają się nietypowe problemy. Próbujemy zawsze pomóc, korzystamy też z wiedzy rowerowych mechaników – tłumaczy Daniel Frankow.

Akcja: reaktywacja

Iwonie Wasilewskiej zniszczony rower górski od dawna zagracał piwnicę. Koszt jego naprawy w serwisie przekraczałby wartość samego pojazdu. – Nie jeździłam nim już ponad dziesięć lat. W pewnym momencie powiedziałam sobie, że tak dalej być nie może. Albo do czegoś się nadaje, albo muszę go wyrzucić – opowiada. Wtedy dowiedziała się o rowerowym „Warsztacie doświadczeń”. – Umówiłam się na spotkanie i zabrałam ze sobą swój pojazd, by dowiedzieć się, czy da się z nim coś jeszcze zrobić – tłumaczy. I dodaje: – Dało się, choć wszystko było w moich rękach. To nie jest miejsce, w którym naprawią za darmo twój rower. Tutaj pod okiem fachowców, korzystając z profesjonalnego sprzętu, musisz zrobić to samemu.

– Dostałam fartuch, narzędzia i specjalne środki. No i konkretne instrukcje. Czyściłam m.in. kasetę, przednią i tylną przerzutkę, zdemontowałam koło. Niestety łańcucha nie dało się już uratować, musiałam kupić nowy – wylicza Iwona. Po trzech godzinach pracy rower nadawał się do jazdy.

Kacper Szymanek w przeszłości sam składał rowery z dostępnych części. Niedawno zatęsknił za tamtymi czasami i chciał znów stworzyć rower spełniający jego potrzeby. – By móc pojeździć po Krakowie i jego okolicach, skoczyć czasem do Lasku Wolskiego – tłumaczy. Tak trafił
na „Warsztat doświadczeń”. – Brakowało mi miejsca, niektórych narzędzi i ludzi z podobną pasją. To wszystko znalazłem w garażu hotelu Forum – mówi Kacper.

*Projekt, w ramach którego działał krakowski „Warsztat doświadczeń”, zakończył się 31 sierpnia 2020 r. Więcej o projektach realizowanych w ramach EKS można znaleźć na stronie: eks.org.pl/inspiracje/.

Zdjęcie: Szymon Łaszewski

Pies terapeutą


Najlepszy przyjaciel człowieka – pies. Jednak nie każdy zwierzak nadaje się do pracy w dogoterapii. Prowadzące projekt „PADA” Stowarzyszenie Zwierzęta Ludziom wypracowuje jednolite standardy w tym zakresie

Dogoterapia jest coraz popularniejszą formą pomocy dzieciom, osobom z niepełnosprawnościami i seniorom. Obecność psa może być zbawienna chociażby dla osób cierpiących na chorobę Alzheimera, które mają problemy z pamięcią, a z czasem pogrążają się w apatii i zaczynają tracić kontakt z rzeczywistością. Relacja ze zwierzęciem jest w stanie wesprzeć ludzi nie tylko w funkcjonowaniu tu i teraz, zaktywizować ich ruchowo, ale też wpływa na fizjologię: poprawia pracę serca i gospodarkę hormonalną. Wyzwala oksytocynę i serotoninę, obniża zaś poziom adrenaliny, dzięki czemu łatwiej jest radzić sobie ze stresującymi sytuacjami.

Predyspozycje zwierzęcia

Oczywiście nie każdy pies nadaje się do pracy z ludźmi. Wiedzą o tym członkowie Stowarzyszenia Zwierzęta Ludziom, które – dzięki programowi Erasmus+ (Akcji 2. Współpraca na rzecz innowacji i dobrych praktyk) – prowadzi międzynarodowy projekt „PADA” („Personality Assessment for Dogs in Animal Assisted Intervention”). Jego głównym celem jest opracowanie standardów, które musi spełnić pies, abyśmy mieli pewność, że nadaje się do pracy z człowiekiem w zakresie terapii i edukacji. Chaos legislacyjny nie pozwolił dotąd na wypracowanie tego typu ustandaryzowanych narzędzi. Wiele organizacji wprowadza więc własne protokoły, inne z kolei nie mają ich wcale. –

Często sprawdza się, czy pies umie siadać, warować, zostać na komendę, ale wciąż nie mówi to nic o tym, czy praca z nim jest bezpieczna. Mało kto przejmuje się tym, jak zwierzę czuje się w danej sytuacji, czy w ogóle lubi ludzi i kontakt z nimi – tłumaczy Magdalena Nawarecka, prezes Stowarzyszenia Zwierzęta Ludziom. – Jeśli zaprowadzimy psa, który się boi, do szpitala pełnego dziwnych sprzętów, zapachów i hałasów, to będzie on nieszczęśliwy. To tak, jakby kazać introwertykowi być frontmanem na scenie. Owszem, może wyjść, powiedzieć dzień dobry, może nawet rzucić wyuczony żart. Ale nie będzie mu z tym dobrze. A nam bardzo zależy na dobrostanie zwierząt – dodaje Magdalena Nawarecka.

Opracowywane w ramach projektu „PADA” testy mają szansę stać się uniwersalnym standardem pomagającym ocenić predyspozycje psów do pracy w tym szczególnym obszarze. W przedsięwzięciu udział biorą organizacje z Polski, Norwegii i Węgier, a jego ważnym założeniem jest podstawa naukowa. W tym celu udało się nawiązać kontakt z profesorem Ádámem Miklósim, węgierskim etologiem, ekspertem od zachowań psów, który pełni funkcję profesora i kierownika Wydziału Etologii budapeszteńskiego Uniwersytetu Loránda Eötvösa.

Obóz szkoleniowy

Chociaż w projekt zaangażowane są organizacje z trzech krajów, jest szansa, że wypracowane rozwiązania trafią także do instytucji z innych państw. Ułatwi to konferencja podsumowująca działania zespołu oraz specjalny obóz szkoleniowy, który początkowo miał odbyć się na Węgrzech w maju, jednak z powodu pandemii koronawirusa został przesunięty, najprawdopodobniej na październik.

– Nasze narzędzie nie będzie jednak dostępne dla wszystkich. By z niego skorzystać, trzeba mieć odpowiednie wykształcenie i wiedzę. Chodzi o to, by dogoterapia była prowadzona profesjonalnie. Wiele osób chce się nią zająć, bo wydaje im się, że ich pies jest super, więc na pewno sprawi, że dzieci czy seniorzy będą się uśmiechać. Tymczasem nie wszystkie psy lubią być dotykane. W takich działaniach powinny brać udział odpowiednie zwierzęta, którymi zajmują się właściwi ludzie – wyjaśnia Magdalena Nawarecka.
Pies musi mieć stosowne kompetencje, by nieść ludziom wsparcie „zawodowo”, a nie tylko w domowym zaciszu.

*Dzięki projektowi „PADA” (Akcja 2. programu Erasmus+ Kształcenie i szkolenia zawodowe) powstaje potwierdzony naukowo protokół do testowania psów pod kątem ich pracy w terapii i edukacji. To część inicjatywy Dog Assisted Intervention Certification, systemu certyfikacji zespołów człowiek – pies do pracy w Animal Assisted Intervention (AAI). Czas trwania: 24 miesiące, kwota dofinansowania: 275 157 euro.

Zdjęcie: TADA.PL

Przebudzenie bogów


Jak wyglądałby świat, gdyby powrócili dawni bogowie? Dla młodych ludzi z Chojnic to pytanie stało się inspiracją do stworzenia podręcznika  do gry fabularnej. Projekt został sfinansowany w ramach Europejskiego Korpusu Solidarności

Kiedy to wszystko się zaczęło? Trudno odpowiedzieć na to pytanie. […] Zmiany następowały powoli. Wkradały się w nasze realia krok po kroku. […] Gdy zorientowaliśmy się, co się dzieje, było już za późno. Przebudzili się” – tak rozpoczyna się historia z podręcznika do gry fabularnej, inaczej RPG (ang. Role-Playing Game), stworzonego przez wolontariuszy z Samorządnego Centrum Młodzieżowego w Chojnicach. RPG to rodzaj gry opartej na narracji, w której gracze wcielają się w fikcyjne postaci. Rozgrywka odbywa się w świecie istniejącym tylko w wyobraźni grających. Scenariusz sesji przygotowuje osoba prowadząca (tzw. mistrz gry) w oparciu o podręcznik, zawierający opis przedstawionego świata i reguły gry.

Władcy słowiańskiej wyobraźni

Przebudzeni bogowie pokazują swe moce. Perun kontroluje pioruny. Swarożyc panuje nad ogniem i przynosi dobrobyt, choć uważany jest za dość kłótliwego. Mokosz to opiekunka życia i bogini płodności – na wiosnę jest brzemienna,
a zebrane później uprawy są jej zasługą. Gdy wejdziemy głębiej do tego fantastycznego świata, spotkamy wiele innych stworów: baby leśne, atrakcyjne, ale bardzo niebezpieczne (zwłaszcza dla starszych mężczyzn), rusałki, które potrafią załaskotać nieszczęśników na śmierć, a nawet krwiożercze wilkołaki. A to tylko przedsmak tego, co nas czeka.

– Ten świat z pozoru przypomina nasz, jednak różni się od niego drastycznie. Niemal na każdym kroku spotykamy fascynujące stworzenia oraz bogów spacerujących między ludźmi. To świat pełen magii i przygód, w którym zwykły człowiek może zostać wciągnięty na przykład w walkę dwóch bogów: Peruna i Thora. Tutaj okaże się, że wcale nie jesteś handlowcem czy mechanikiem, ale na przykład po części rusałką albo wąpierzem – mówi Żaneta Jasińska, pomysłodawczyni gry i koordynatorka pracy zespołowej.

Bogowie, demony i bestie mają swoje potwierdzenie w źródłach słowiańskich wierzeń, ale świat przedstawiony oraz niektóre postaci stworzono od podstaw. Twórcy musieli więc wykazać się dużą kreatywnością. – Czasami jakiemuś stworowi trzeba było dodać mordercze zapędy wobec ludzi lub samodzielnie zaprojektować jego wygląd, bo w źródłach nie było na ten temat zbyt wielu informacji – dodaje Dominika Żakowska, członkini ekipy pisarskiej i jednocześnie najmłodsza osoba w zespole.

Od pasji do realizacji

Grupa wolontariuszy, która pracowała nad podręcznikiem, liczy dziesięć osób. Najmłodsza uczy się jeszcze w liceum. Najstarszy członek ekipy ma 27 lat. Zdecydowana większość to studenci. Połączyły ich: zamiłowanie do świata fantasy i gier fabularnych, bogata wyobraźnia oraz chęć tworzenia. Kiedy dowiedzieli się, że można dostać pieniądze na realizację podręcznika do RPG, nie zastanawiali się długo.

– Każdy, kto ma jakiś ciekawy pomysł i brakuje mu funduszy na jego rozwinięcie, powinien wnioskować o środki unijne. Może wasze marzenia spełnią się tak jak nasze – zachęca Żaneta Jasińska.
Stworzenie podręcznika do gry to element większego projektu, któremu przyświecał nadrzędny cel: przyciągnięcie młodych ludzi do Samorządnego Centrum Młodzieżowego w Chojnicach. Część funduszy została więc przeznaczona na przystosowanie sali: zakup stolików, kanap, ekranu, konsoli do gier i zestawu planszówek. W ramach projektu zorganizowano też warsztaty mitologii słowiańskiej, które stały się punktem wyjścia do zbierania informacji do podręcznika. Praca nad samą publikacją trwała osiem miesięcy. Efektem jest 156-stronicowy e-book, bogaty w treści oraz ilustracje, nad którymi pracowały aż cztery graficzki, z Karoliną Gatzke na czele.

Jak grać?

Należy pobrać e-podręcznik ze strony www.fundacja.pomorskie.info. W środku znajduje się opis świata przedstawionego, charakterystyka bogów, postaci i mitycznych stworzeń, a także wiele komponentów, które zaskoczą nas podczas podróży do krainy fantazji. W podręczniku zawarte zostały również zasady gry. Aby móc cieszyć się swobodną rozgrywką, należy zaopatrzyć się w 20-ścienne i 4-ścienne kości do gry oraz wybrać mistrza, który przestudiuje podręcznik i poprowadzi graczy przez świat w klimacie urban fantasy (akcja rozgrywa się w realiach wielkomiejskich, w które wplecione zostały elementy magiczne). Ponieważ gra polega przede wszystkim na pracy z własną wyobraźnią, możliwości są nieograniczone. Tutaj każdy ruch, każde działanie, słowo mogą zmienić bieg wydarzeń. Gra jest dostępna za darmo dla każdego.

*Podręcznik do gry „Przebudzenie Bogów” powstał w ramach Projektu Solidarności „Rozwój działalności związanej z grami w Samorządnym Centrum Młodzieżowym w Chojnicach”, dofinansowanego przez program Unii Europejskiej – Europejski Korpus Solidarności.
W Projektach Solidarności biorą udział młodzi ludzie w wieku od 18 do 30 lat przy wsparciu organizacji lub instytucji. Realizacja może trwać od 2 do 12 miesięcy, a maksymalne dofinansowanie to 6000 euro. Szczegóły można znaleźć na stronie: www.eks.org.pl.

Zdjęcie: archiwum projektu

ARTmosphere w końcu lata


Multisensoryczne instalacje artystyczne, warsztaty, performance, poetycki jam, eksperymenty i koncerty. Tak w ostatni weekend sierpnia krakowianie, w otoczeniu niezwykłego parku im. Tadeusza Kościuszki, pożegnali wakacje

Wszystko za sprawą sześciu niezwykłych wolontariuszy projektu IntegrART, realizowanego w ramach Europejskiego Korpusu Solidarności.

– Festiwal ARTmosphere jest poniekąd efektem pandemii – tłumaczy Alicja Rożnowska-Szpot z Centrum KulturyDworek Białoprądnicki” w Krakowie i koordynatorka projektu IntegrART. – Wolontariusze przyjechali do nas w październiku 2019 i od razu, jak co roku, zaczęli wdrażać się w obowiązki w swoich organizacjach. W latach ubiegłych bywało, że nowe zajęcia tak mocno ich pochłaniały, że nie mieli już czasu na inne aktywności – wyjaśnia.

W tym roku było inaczej. Wszystkich zaskoczyła pandemia i lockdown. Sześciu wolontariuszy na dwa miesiące zostało zamkniętych w mieszkaniu w pobliżu krakowskiego rynku. To wtedy narodził się pomysł na festiwal ARTmosphere.

– Co tydzień łączyliśmy się z nimi za pomocą Skype’a i robiliśmy coraz większe oczy ze zdziwienia, słysząc o ich planach. Szybko zrozumieliśmy, że przygotowując program festiwalu, odnajdują poczucie sensu w tej trudnej sytuacji – mówi Alicja Rożnowska-Szpot. Tak powstał program dwudniowej imprezy zorganizowanej w ogrodach krakowskiego Centrum Kultury. Wolontariusze zaprosili mieszkańców Krakowa do wspólnego tworzenia i doświadczania przestrzeni poprzez udział w performance’ach, eksperymentach i warsztatach. Na terenie Dworku stanęły specjalnie przygotowane instalacje artystyczne, które można było eksplorować na wiele sposób, angażując wszystkie zmysły.

Kraków przyciąga wolontariuszy

Czym jest IntegrART? To dwunastomiesięczny projekt wolontariatu, realizowany już od pięciu lat. W sumie do Krakowa przyjechały w tym czasie 22 osoby. Sześciu wolontariuszy, którzy pod koniec lata zorganizowali festiwal ARTmosphere, to dwie Francuzki, jedna Niemka i troje Hiszpanów, wszyscy w wieku od 20 do 30 lat. Pracują w samym Dworku Białoprądnickim i jego filiach: Maltańskim Centrum Pomocy Niepełnosprawnym Dzieciom i Ich Rodzinom w Krakowie oraz Zespole Szkół Ogólnokształcących nr 18 w Krakowie.

Dlaczego młodzi ludzie przyjeżdżają na wolontariat do Krakowa? – Niektórzy szukają przygody, inni chcą poznać język obcy, jeszcze innych na wolontariat zagraniczny wysyłają rodzice, by dzieci nauczyły się samodzielności – tłumaczy Alicja Rożnowska-Szpot. Udział w projekcie to silny punkt w ich przyszłym CV. Koordynatorka zwraca uwagę, że u podstaw programu leży zdobycie umiejętności, które przydadzą się w dalszej karierze zawodowej. Wolontariusz zostaje wrzucony na głęboką wodę. Musi sobie radzić w nowym środowisku, w obcym języku, z czasem dają też o sobie znać różnice kulturowe. – Często do wyjazdu na wolontariat europejski zmusza młodych bezrobocie w ich własnym kraju. Nie musimy śledzić danych o bezrobociu w UE, wystarczy, że  sprawdzimy, z jakich rejonów przychodzi najwięcej aplikacji – tłumaczy Rożnowska-Szpot.

Wolontariusze w Krakowie mogą liczyć na bezpłatne mieszkanie, kieszonkowe i diety w wysokości około 800 zł, bezpłatny kurs językowy i darmowe przejazdy komunikacją publiczną.

Przyjazd do Polski to wyzwanie

Za sukcesem ARTmosphere stoi między innymi 24-letnia Francuzka Jeanne Ragot. We Francji ukończyła studia magisterskie na kierunku zarządzanie kulturą, a następnie przeprowadziła się na dziewięć miesięcy do Urugwaju w ramach francuskiego programu Service Civique. W październiku 2019 roku wylądowała w Polsce w ramach Europejskiego Korpusu Solidarności. Mówi, że kocha sztukę, języki obce, kino i wystawy. Chwali się, że robi najlepsze ciasto czekoladowe na świecie. Okazało się także, że bez trudu współorganizuje w Krakowie duże imprezy kulturalne.

–  Zdecydowałam się przyjechać do Krakowa z powodu projektu, który dawał okazję do stworzenia czegoś, co mnie zafascynowało. Spodobała mi się w tym wszystkim wolność i kreatywność. W dodatku bardzo mało wiedziałam o Polsce, więc projekt pomógł mi ją odkryć – mówi Jeanne Ragot. I dodaje: – Ten rok był dla mnie niesamowity, zarówno z osobistego punktu widzenia, jak i pod względem działań. Przyjazd tu był wyzwaniem, którego nie żałuję. Spotkałam wielu wspaniałych ludzi i poznałam lepiej fascynujący kraj. Nauczyłam się, jak współpracować nawet w obliczu dużych różnic charakteru i jak się komunikować, jeśli nie zna się języka.

Młoda Francuzka nie potrafi odpowiedzieć na pytanie o swój typowy dzień w Polsce. – Podczas pobytu w Krakowie nie miałam właściwie typowych dni. To jeden z powodów, dla których tak bardzo mi się tu podobało. W Dworku Białoprądnickim zajmowaliśmy się wieloma rzeczami, a później była niezapomniana praca nad festiwalem: planowanie budżetu, zajęcia plastyczne i organizacyjne, pisanie treści wystąpienia w czasie festiwalu – wspomina z zadowoleniem.

Zdjęcie: Szymon Łaszewski