Lodówki gadają, roboty szczekają


Razem z instytucjami partnerskimi stworzyliśmy jednolity kurs internetu rzeczy dla studentów uczelni technicznych, ale też pasjonatów technologii, osób poszukujących pracy w tej dziedzinie i zmieniających swoje kwalifikacje zawodowe

Rozmowa z dr. Piotrem Czekalskim z Politechniki Śląskiej w Gliwicach, koordynatorem projektu iot-open.eu

Niełatwo się z panem umówić.

To prawda. Ostatnio ciągle podróżuję, głównie między Gliwicami a Rygą. W lutym częściowo przeprowadziłem się do Rygi. Tamtejszy Uniwersytet Techniczny to jeden z partnerów, z którym współpracowaliśmy przy projekcie Erasmus+. I teraz efekty tego projektu wdrażamy pilotażowo dzięki udziałowi w kolejnym grancie. Dlatego w każdym miesiącu tydzień spędzam u nich na uczelni, gdzie pracuję ze swoją grupą studentów.

Projekt realizowany w ramach Erasmusa+ dotyczył innowacyjnego nauczania w dziedzinie internetu rzeczy. Co to takiego?

Na temat internetu rzeczy (Internet of Things, IoT) powstają grube książki, jego definicji jest mnóstwo. Ja używam tej, która mówi, że to system pozwalający komunikować się ze sobą urządzeniom, które z jednej strony potrafią mierzyć pewne parametry, np. zanieczyszczenie powietrza, temperaturę czy wilgotność, a z drugiej są w stanie wykonywać różne czynności: zamykać okna, uruchamiać klimatyzację czy sterować robotami.

I żeby przedmioty mogły się ze sobą porozumiewać, potrzebują internetu?

Bez dostępu do sieci nie ma szans na interakcję między urządzeniami. W ten sposób mogą wymieniać się danymi. Ich analiza pozwala odkryć zależności między przedmiotami, które się
ze sobą komunikują.

Myślę sobie o smartfonach, telewizorach, nawigacji w samochodzie.

Słusznie. To, że dziś żyje nam się wygodniej, jest w dużej mierze zasługą internetu rzeczy. Inteligentne samochody czy „gadająca” do nas lodówka to efekt rozwijania tej dziedziny.Jeszcze 20 lat temu urządzenia w bardzo ograniczonym zakresie podejmowały samodzielne decyzje. Nie stanowiły wspólnego ekosystemu. Dziś jest inaczej. Przedmioty, które dotychczas pracowały autonomicznie, teraz komunikują się ze sobą niezależnie od tego, gdzie się znajdują. Są łatwo identyfikowalne, więc wiemy, skąd robot czy sensor wysyła sygnał.

Mnie jako humanistę przeraża to, że te bezduszne maszyny wcale nas nie potrzebują, żeby się ze sobą komunikować.

To już się dzieje. Powstają roboty imitujące nie tylko ludzi, ale też zwierzęta. Coraz częściej wykorzystuje się je w gospodarce. Jeśli są dobrze zaprogramowane, to lepiej radzą sobie w trudnych warunkach, są bardziej efektywne i nie narażają na straty ludzkie. To urządzenia, które same podejmują decyzję, w którą stronę pójść, jak ominąć przeszkodę, jak dotrzeć w trudno dostępne miejsca.

W projekcie, którego był pan koordynatorem, oprócz Politechniki Śląskiej brały udział uczelnie z Łotwy, Estonii, Włoch i Rosji. Co udało wam się wspólnie zrobić?

Razem z instytucjami partnerskimi stworzyliśmy jednolity kurs internetu rzeczy dla studentów uczelni technicznych, ale też pasjonatów technologii, osób poszukujących pracy w tej dziedzinie. Mieliśmy również kontakt z przedstawicielami przemysłu. To pomogło nam dopasować program nauczania do potrzeb rynku pracy. Wymagania stawiane absolwentom uczelni technicznych w krajach partnerskich są zbieżne, co ułatwiło współpracę. Dziś Politechnika Śląska ma podpisane umowy z liczącymi się firmami, które zajmują się m.in. automatyką przemysłową. W grudniu powołano Śląski Klaster Internetu Rzeczy, do którego oprócz naszej uczelni należą instytucje naukowe, lokalni przedsiębiorcy i organizacje wsparcia biznesu. Chcemy wykorzystać wspólny potencjał, żeby promować i rozwijać dziedzinę internetu rzeczy na Śląsku. Tu także korzystamy z doświadczeń Erasmusa+.

Beneficjentem waszego projektu może być każdy.

Mieliśmy możliwość wejścia na platformę edukacyjną edX, stworzoną przez amerykańskie uczelnie: MIT i Uniwersytet Harvarda, z otwartymi kursami internetowymi. Korzystanie z kursów jest bezpłatne. Wprowadziliśmy na edX trzy kursy. W pierwszej edycji mieliśmy po 800 studentów z 91 krajów świata. W kolejnej – 2 tys. osób na każdym z kursów, i to ze 119 państw.

Pan też się czegoś nauczył dzięki Erasmusowi+?

No pewnie! Potrafię kręcić materiały wideo. Przekonałem się też, że prowadząc duży projekt, ogląda się każdą złotówkę z dwóch stron. Współpraca z Fundacją Rozwoju Systemu Edukacji układała się fantastycznie. Pracują tu otwarci ludzie, którzy rozumieją problemy uczelni.

Projekt się skończył. Macie chrapkę na więcej?

Dla nas on nadal trwa. Teraz testujemy nasze rozwiązania. Na uczelni w Tallinnie już wprowadzono kurs nauczania internetu rzeczy bazujący na naszej pracy projektowej. Na Politechnice Śląskiej startujemy z programem po angielsku. Pilotaże przygotowanych przez nas zajęć wprowadzono na uczelniach w Rosji i we Włoszech. Dziś uczelnia techniczna, by utrzymać wysoki poziom nauczania, musi wprowadzić do programu zajęcia w dziedzinie internetu rzeczy. Dla nas było to możliwe dzięki Fundacji Rozwoju Systemu Edukacji. Czekamy na następny program na lata 2021–2027.
Z pewnością będziemy aplikować o kontynuację projektu. Wniosek mamy już częściowo gotowy.

Internet rzeczy/przedmiotów (Internet of Things – IoT) to jedna z najlepiej rokujących dziedzin technologii, która może wkrótce stać się siłą napędową gospodarki oraz wzmocnić znaczenie UE na forum międzynarodowym. Politechnika Śląska brała udział w międzynarodowym projekcie unijnym iot-open.eu, który uzyskał dofinansowanie z programu Erasmus+. Celem przedsięwzięcia było zapełnienie luki między bieżącą ofertą edukacyjną a oczekiwaniami rynku pracy w dziedzinie IoT.

Zdjęcie: Szymon Łaszewski

 

Tak się pracuje z najlepszymi


Jest ich dziesięciu. Wszyscy odbyli praktyki zawodowe w niemieckich firmach. Była to dla nich fantastyczna szkoła  życia i nie mają wątpliwości, że wyjechaliby jeszcze raz. Nam opowiadają o swoich doświadczeniach

Chcieli nauczyć się samodzielności, sprawdzić siebie i wiedzę, którą zdobyli w szkole. – Zależało nam, by zobaczyć, jak pracuje się w innych firmach, w innych krajach w Europie – mówi Paweł Rybka, który spędził miesiąc w Siemensie w Brunszwiku. Nie nudzili się. – Trafiliśmy z kolegą do firmy, w której musieliśmy się wykazać. Nie tylko lataliśmy z miotłą, chociaż po sobie trzeba było posprzątać – żartuje. Stanęli przed wyzwaniem, ale byli pewni, że sobie poradzą. Zgodnie jednak podkreślają, że to nie wyjazd dla każdego. Trzeba było wyróżniać się wynikami w nauce, a także odwagą i ciekawością świata. – W każdej firmie sprawdzano nasze umiejętności językowe i techniczne – dopowiada Miłosz Maj.

Szlifujemy warsztat

Centrum Kształcenia Zawodowego i Ustawicznego (CKZiU) nr 2 w Raciborzu wysyła swoich uczniów na zagraniczne praktyki od 2006 r. „Technik w unijnej firmie – szansa na start zawodowy” nie jest jedynym takim projektem. Obecnie trwa następny: „Rozwiń zawodowe skrzydła z Erasmusem”, a wyjazdy stają się rutyną. Niedawno wrócili uczestnicy praktyki w czeskiej Opawie. W maju wyjeżdża grupa do niemieckiej Moguncji.

Praktykanci – wraz z opiekunem – spotykają się z nami w szkolnej bibliotece, by podzielić się refleksjami z wyjazdów. Są uczniami ostatniej klasy technikum o kierunkach elektronika i mechatronika. Z zaangażowaniem relacjonują, czego doświadczyli w Moguncji i Brunszwiku. – Trafiliśmy do idealnego miejsca, gdzie mogliśmy doszkalać się w zawodzie. Mieliśmy zadania związane z elektroniką, ale też z programowaniem. Mogliśmy pokazać, czego nauczyliśmy się w naszej szkole, rozwijać się i poznawać nowe metody pracy – mówi Paweł Rybka. Podobne odczucia ma Kewin Kaczor. – Nie byliśmy bezpośrednio w zakładzie Siemensa, ale w szkole kształcącej pracowników tej firmy: Rail Transportation Academy w Brunszwiku. Kontakt z niemieckimi rówieśnikami był inspirujący – dodaje.

Mecz, organy czy jujitsu?

Szkoła życia to nie tylko nauka i praca. Uczniowie razem mieszkali, a czas wolny albo organizowali we własnym zakresie, albo brali udział w programie przygotowanym przez szkołę partnerską (Heinrich-Büssing-Schule). Zwiedzili Berlin, Wolfsburg, pojechali też na targi CeMat (światowe targi intralogistyki) w Hanowerze. – Byliśmy na meczu Bundesligi w Wolfsburgu – chwalą się ci, którzy wyjechali do Brunszwiku. W weekendy jeździliśmy na wycieczki do Speyer i Wiesbaden – opowiadają uczestnicy praktyk w Moguncji. Zagospodarowanie wolnego czasu wymagało nieraz przygotowań. Jeden z praktykantów ćwiczył grę na organach w kościele, drugi, wicemistrz juniorów w jujitsu, doskonalił swoje umiejętności na niemieckich matach, a trzeci udzielał się jako koszykarz. – Przed wyjazdem napisałem do tamtejszej drużyny koszykówki i zapytałem, czy mogę przychodzić do nich na treningi. Zgodzili się i codziennie po praktyce trenowałem w tamtejszym klubie – relacjonuje Krzysztof Piskała.

Najważniejsi są ludzie

Sławomir Janowski, dyrektor CKZiU nr 2, nie kryje zadowolenia. – Wyjazdy to forma nagrody – podkreśla. Jest dumny, że dzięki projektom unijnym i współpracy z partnerami zagranicznymi jego szkoła ma pozycję lidera w praktykach zawodowych w regionie.

Obecna współpraca z niemieckim partnerem wyszła poza ramy projektowe i jest to, zdaniem Konrada Hajdasza, koordynatora projektu, klucz do sukcesu. Najlepsze rezultaty przynoszą działania, w których zawiązują się partnerstwa między szkołami, przeradzające się w stałą współpracę, kontakty pozaprojektowe, a nawet przyjaźnie. – My o sobie wiemy praktycznie wszystko, nasze rodziny znają się. Mamy kontakty na poziomie średniej kadry kierowniczej z niemieckimi partnerami i to procentuje – mówi Hajdasz.

Do wyjazdu szykuje się już nowa grupa. Trwa rywalizacja. To bardzo mobilizuje. Do Brunszwiku i Moguncji pojadą najlepsi. Warto się starać.

Zdjęcie: Konrad Hajdasz

Detektywi na tropie


Badają ślady w prawdziwym laboratorium kryminalistycznym, zdejmują odciski palców i rozwiązują zagadki. Oto, jak zajęcia z kryminalistyki pomagają uczniom w nauce przedmiotów ścisłych

Emocje, zagadki, sprawy otoczone mgiełką tajemnicy przyciągają uwagę młodzieży. Chcemy zająć uczniów tym, z czym nie mają styczności
na co dzień. A przy okazji zainteresować ich nauką matematyki, chemii, fizyki i biologii – wyjaśnia Wioletta Skowyra, dyrektor  i nauczycielka matematyki w Szkole Podstawowej nr 9 w kołobrzeskim Podczelu, w której jest realizowany niecodzienny projekt.

Przedsięwzięcie jest skierowane do uczniów klas IV–VIII. Uczestnicy skupiają się m.in. na daktyloskopii, czyli zdejmowaniu i porównywaniu odcisków palców. Mają też szansę sprawdzić w praktyce, czym jest DNA i jak wykorzystuje się je w kryminalistyce. Badanie śladów odbywa się w profesjonalnym laboratorium dzięki wsparciu policji.

Śledztwo międzynarodowe

Atrakcyjności projektowi, realizowanemu w ramach programu Erasmus+, dodaje możliwość wyjazdu zagranicznego. Wymiana międzynarodowa będzie odbywać się we współpracy ze szkołami w Portugalii, Włoszech, w Macedonii i Hiszpanii. Składają się na nią kilkudniowe zjazdy rówieśników z wymienionych krajów. – Jesteśmy po spotkaniu na Gran Canarii, jednej z Wysp Kanaryjskich, gdzie ustalono działania międzynarodowe w ramach projektu. Stronie polskiej przydzielono przygotowanie modułu chemicznego. Kolejne zjazdy odbędą się m.in. w Macedonii – mówi dyrektor Skowyra.

Wszystkie spotkania łączy wspólna historia kryminalna, zagadka, którą trzeba rozwiązać. Sprawców jakiej „zbrodni” szukają uczestnicy? – Podam przykład. Przy szkole, na terenie budowy, została znaleziona kość. Podczas badania laboratoryjnego okazało się, że jest to kość psa. Uczniowie zajęli się oddzielaniem struktury DNA oraz jej analizą – mówi dyrektor. – Obecnie młodzież prowadzi badania, by sprawdzić, ile pies miał lat i jakiej był rasy – dodaje.

Przygoda, nie nauka

Chętnych do wzięcia udziału „w śledztwie” nie brakowało. –  Podoba nam się możliwość wyjazdu, zawarcia nowych znajomości, przeżycia przygody. Lubimy rozwiązywać zagadki. Fajnie, że mamy okazję wziąć udział w zajęciach w profesjonalnym laboratorium – cieszą się Hanna i Jagoda z ósmej klasy.

Niemal wszyscy zainteresowani mówią o projekcie jako przygodzie, a nie nauce. Już teraz można zaryzykować stwierdzenie, że główny cel zostanie osiągnięty. Uczniowie będą się dobrze bawić, emocjonować niecodziennymi zadaniami, rozwiązywać zagadki, a przy okazji, zupełnie niepostrzeżenie, zdobywać wiedzę. I oswajać przedmioty, które być może przestaną kojarzyć się ze żmudnymi zadaniami z podręczników. – Widać, że zupełnie nie mają poczucia, że jest to przedsięwzięcie, w którym będą rozwijać swoje kompetencje matematyczne i chemiczne – mówi Wioletta Skowyra.

Potrzebna stymulacja

Wyniki egzaminów z ostatnich lat jasno pokazują, że uczniowie mają problemy z nauką przedmiotów ścisłych. Zwłaszcza rezultaty punktowe z matematyki są dużo słabsze niż z przedmiotów humanistycznych. Dzieci i młodzież uważają naukę przedmiotów ścisłych po prostu za nudną i trudną. – Mają problem zwłaszcza z matematycznymi zadaniami tekstowymi – zauważa dyrektor Skowyra. – Kiedy zadanie jest nieco dłuższe, szybko się poddają, często nawet nie czytając treści do końca. Należy to zmienić. Wykształcić u nich umiejętność logicznego myślenia, stymulować zainteresowanie – dodaje.

Egzamin końcowy

Udział w projekcie ma docelowo zaowocować lepszymi wynikami egzaminów. Dyrektor szkoły w Podczelu nie ma wątpliwości, że taki rodzaj zachęty do nauki ostatecznie przełoży się na lepsze wyniki egzaminów. Zwłaszcza że ma już doświadczenie z realizacją podobnych programów, związanych z wymianą młodzieży. – Grupa uczniów z naszej szkoły, która w ramach innego programu Erasmusa szlifowała język angielski, uzyskała później najlepszy wynik w całym Kołobrzegu. To dowód, że takie działania dają wymierne efekty – tłumaczy.

Projekt „Schools Challenge for Forensic Science” jest realizowany od 1 października 2019 r. do 1 października 2021 r. w ramach Partnerstwa Współpracy Szkół w sektorze Edukacja szkolna programu Erasmus+. Szkoła Podstawowa nr 9 w Kołobrzegu otrzymała na wykonanie wszystkich planowanych działań dofinansowanie w wysokości 28 tys. euro.

 

Gra o zdrowie


Jak wykorzystać elementy gier, by proces zdrowienia po udarach mózgu był efektywniejszy i ciekawszy? Twórcy projektu Brain4Train rozpowszechniają wśród rehabilitantów i fizjoterapeutów nowatorskie spojrzenie na terapię pacjentów.

Według World Health Organization udary mózgu są drugą najczęstszą przyczyną zgonów i trzecią najpowszechniejszą przyczyną niepełnosprawności na świecie. Choć procent śmiertelnych przypadków udaru mózgu od lat maleje, jego efekty są druzgocące dla samodzielności i zdrowia (fizycznego i psychicznego) osób chorych, które praktycznie zawsze potrzebują terapii z udziałem rehabilitantów lub fizjoterapeutów. Niekoniecznie musi ona jednak przebiegać według utartych schematów.

Wirtualna rzeczywistość i egzoszkielety

Pomysłodawcy projektu Brain4Train, w tym uczeni z Politechniki Śląskiej, próbują przeszczepić na europejski grunt rozwiązania wykorzystujące do rehabilitacji najnowocześniejszą technologię i elementy interaktywnej rozrywki. Podstawowym celem inicjatywy jest nie tylko nauczanie, ale przede wszystkim uświadamianie osobom zajmującym się terapią pacjentów po udarach, jak najnowsze rozwiązania mogą wspomóc ich proces powrotu do zdrowia. – Przeanalizowaliśmy standardowe programy kształcenia dla fizjoterapeutów i w ich ramach nie ma żadnych modułów zawierających nowoczesne rozwiązania z zakresu wirtualnej rzeczywistości. Istnieją także braki, jeśli chodzi o nowoczesne systemy biomechaniczne, jak egzoszkielety – wylicza dr inż. Joanna Bartnicka, koordynatorka projektu z ramienia Politechniki Śląskiej.

E-learning

Odpowiedzią na ten problem jest darmowy kurs e-learningowy, skierowany do osób specjalizujących się w terapii pacjentów po udarze mózgu. Zespół prowadzący projekt Brain4Train ma już za sobą jego pilotażową edycję, do której zgłosiło się ponad 100 osób, a 80 zdało końcowy egzamin i uzyskało certyfikat. To spora liczba, biorąc pod uwagę, że do niedawna kurs był dostępny wyłącznie w języku angielskim (obecnie istnieją także wersje polska, hiszpańska i włoska) i dotyczył rozwiązań obecnie stosowanych na szeroką skalę w niewielu państwach – prym wiedzie tutaj Korea Południowa, w której od kilku lat wprowadza się elementy gamifikacji (wykorzystania mechanik znanych z gier poza kontekstem gier) na polu medycyny.

Zaangażowany pacjent

Dr inż. Bartnicka uważa, że rozpowszechnienie tego typu metod miałoby podwójne korzyści. Przede wszystkim – zwiększyłoby zaangażowanie pacjentów, którzy po przebytym udarze mózgu dotkliwie odczuwają psychiczny aspekt utracenia pełnej sprawności i często nie potrafią znaleźć motywacji do wykonywania żmudnych, monotonnych ćwiczeń. Osadzenie ich w kontekście gry pozwala na łatwiejsze wciągnięcie w zadania wykonywane podczas terapii, na przykład przez wprowadzenie elementu rywalizacji o jak najlepsze wyniki czy dodatkowej stymulacji przez dodanie spersonalizowanej muzyki czy oprawy graficznej.

Ćwiczymy wiele umiejętności

Drugim ważnym elementem jest wielofunkcyjność rozwiązań proponowanych przez Brain4Train. – Programy rehabilitacji nie oferują obecnie łączenia ćwiczeń różnych sfer, które są uszkodzone po udarze mózgu – wyjaśnia koordynatorka projektu. Tymczasem zadania osadzone w wirtualnej rzeczywistości mogą wymagać zaangażowania kilku umiejętności jednocześnie. Dr inż. Bartnicka podaje tutaj przykład prostej gry, polegającej na robieniu jajecznicy – nie dość, że trzeba w niej manualnie wykonywać poszczególne czynności, takie jak rozbijanie jajek czy mieszanie potrawy, pacjent musi także zapamiętać ich kolejność. Tym samym terapia fizyczna łączy się z terapią poznawczą, dając efekty w dwóch sferach, które zwyczajnie wymagałyby oddzielnych zadań.  Uczeni zaangażowani w to przedsięwzięcie oferują cały zestaw podobnych ćwiczeń, które mają rozwijać zdolności najmocniej dotknięte przez udar mózgu, w tym pamięć, nawigację czy orientację w przestrzeni.

Liczy się czas

– W rehabilitacji pacjentów z udarem mózgu najważniejsze jest, by rozpocząć ją możliwie jak najszybciej i jak najbardziej efektywnie – twierdzi Bartnicka, zaznaczając, że spora część gier prezentowanych w trakcie kursu równie dobrze może być wykonywana samodzielnie w domu.  To kolejny ważny aspekt inicjatywy. Większości osób termin „wirtualna rzeczywistość” kojarzy się z technologią wykorzystywaną komercyjnie, wymagającą kupna specjalnych gogli oraz kamer przechwytujących ruch. To gadżety nowatorskie i kosztowne, co zmniejsza szansę, by chciały w nie zainwestować mniejsze kliniki czy osoby prywatne. Koordynatorka programu uspokaja jednak: –  W nomenklaturze rehabilitacji wirtualna rzeczywistość pojmowana jest w dwójnasób: może to być całkowite zanurzenie w świecie 3D, czyli np. wspomniane gogle, ale też zwykła gra komputerowa. W wielu przypadkach pacjentowi wystarczy więc laptop z wbudowaną kamerką. Takie rozwiązania nie dostarczają naturalnie tylu bodźców co wprowadzenie osoby po udarze mózgu do trójwymiarowego wirtualnego świata, ale także spełniają cele terapii.

Niech stanie się standardem

Bartnicka zaznacza również, że umiejętności nabyte podczas kursu oferowanego przez Brain4Train niekoniecznie muszą być od razu wprowadzane w życie. Założeniem inicjatywy było także uświadomienie fizjoterapeutów i rehabilitantów, jakie możliwości daje otwarcie się na nowoczesne technologie, by potrafili z nich skorzystać, gdy nadarzy się ku temu okazja. Program ma także pokazywać samym pacjentom i ich rodzinom warianty terapii. Koordynatorka projektu przyznaje bowiem, że właśnie od rozpowszechnienia informacji na ten temat zależy, czy wykorzystanie wirtualnej rzeczywistości oraz gier w procesie powrotu do zdrowia stanie się standardem w ciągu najbliższych kilkunastu lat.  Na razie prowadzący inicjatywę czekają na odzew uczestników pilotażowej tury kursu. Bartnicka przyznaje, że ten etap trochę potrwa – osoby, które otrzymały certyfikat, muszą mieć czas, by odpowiednio ocenić postępy osiągane z udziałem nowych rozwiązań.

Obecnie Brain4Train jest kierowane przez cztery jednostki z czterech krajów: oprócz Politechniki Śląskiej są to: Europejskie Stowarzyszenie Fizjoterapii i Rehabilitacji w Holandii, Instytut Biomechaniki w Walencji oraz Politechnika Mediolańska – zatem o międzynarodowy rozgłos i aplikantów nie powinno być trudno. Ukończona pierwsza faza programu może więc okazać się preludium do zmian w prowadzeniu rehabilitacji, które choć trochę urozmaicą mozolny proces powrotu do zdrowia.

Zdjęcie: archiwum organizatora

Na styku kultur: Polska, Białoruś, Litwa


– Jesteśmy spadkobiercami Wielkiego Księstwa Litewskiego i to nas łączy – mówi Anna Chomczuk, koordynatorka projektu edukacyjnego w II Liceum Ogólnokształcącym z Dodatkową Nauką Języka Białoruskiego w Hajnówce.

Hajnowskie liceum w województwie podlaskim uczestniczy w dwuletnim projekcie „Mniejszości narodowe bogactwem Europy”, w ramach którego uczniowie należący do białoruskiej mniejszości narodowej pogłębiają wiedzę o języku białoruskim i kształtują świadomość narodową. Partnerami szkoły są: Liceum Ogólnokształcące z Litewskim Językiem Nauczania im. 11 Marca w Puńsku (woj. podlaskie, na granicy z Litwą; mała ojczyzna ludności litewskiej) oraz Gimnazjum im. Franciszka Skaryny w Wilnie.

Dzięki licznym warsztatom uczniowie ćwiczą nie tylko komunikowanie się w różnych językach, ale też poznają historię oraz bogactwo kulturowe Polski, Białorusi i Litwy.

Podróż w stronę tradycji, czyli Kaziuki i Maslenica

Młodzież z Puńska, Hajnówki i Wilna w ramach projektu wzięła między innymi udział w Wileńskim Jarmarku Kaziukowym. Zwyczaj ten pochodzi z XVII wieku, a związany jest z kanonizacją patrona Litwy, Świętego Kazimierza (właśc. Kazimierz Jagiellończyk). Tak zwane Kaziuki były okazją do spróbowania tradycyjnych wileńskich przysmaków, poznania folkowej muzyki, granej na ulicach Wilna. Przechadzając się między straganami, uczniowie mogli podziwiać rzemieślnicze wyroby i kupować ludowe pamiątki. Uczestnicy wymiany z Hajnówki i Puńska zostali także zaproszeni do udziału w kiermaszu smakołyków, który, przy okazji Jarmarku Kaziukowego, wileńskie gimnazjum organizuje co roku w swoich murach. Całkowity dochód z niego jest przeznaczony na cele charytatywne.

W ciągu kilku dni uczniowie odwiedzili też Pałac Wielkich Książąt Litewskich i Zamek w Trokach. Zwiedzanie uzupełnił konkurs wiedzy na temat zamków Wielkiego Księstwa Litewskiego, przygotowany przez Gimnazjum im. Franciszka Skaryny w Wilnie. Nie obyło się również bez uczestnictwa w obchodach Maslenicy, wschodniosłowiańskich ostatków i pochodu z Marzanną. Pierwotnie pogańskie święto związane było z równonocą wiosenną, pożegnaniem zimy i przywitaniem wiosny. Podczas obchodów Maslenicy jada się naleśniki i bliny, które według dawnej tradycji kojarzone są ze słońcem i bóstwem Jaryłą. Kiedy święto zostało zaadaptowane przez religię prawosławną, zyskało miano Serowego Tygodnia, ponieważ spożywanie mięsa w tym czasie było zabronione. Idea Maslenicy związana jest z wybaczaniem krzywd i pojednaniem. Współcześnie obchodzi się ją m.in. na Ukrainie, w Rosji i na Białorusi. Świętowanie trwa tydzień, a zaczyna się na siedem tygodni przed Wielkanocą.

– Przez kilka dni mieszkałam w domu litewskiej koleżanki. Nie czułam bariery językowej, bo część jej rodziny pochodziła z Polski. Na pewno poprawiłam też znajomość języka białoruskiego. Kiedy wróciłam do domu, zauważyłam, że mówiąc coś po polsku, mam białoruski akcent  – wspomina Marta Niesteruk, uczestniczka projektu.

Piszemy słownik

Uczniowie spędzali czas także w Puńsku, gdzie oprócz zwiedzania, nauki ludowych tańców i poznawania  tradycji, tworzyli minisłownik. Głównym założeniem było odnalezienie słów wspólnych lub podobnych w językach białoruskim, polskim i litewskim. Poniżej kilka przykładów po polsku, białorusku, litewsku i angielsku: ryż – рыс – ryžai – rice; kapusta – капуста – kapustai – cabbage; herbata – гарбата – arbata – tea; ogórek – агурэц – agurkas – cucumber; krew – кроў – kraujas – blood; ręka – рука – ranka – hand; stół – стол -stalas – table; ściana – cцяна – scena – wall; rodzina – сям’я – šeima – family; syn – сын – sūnus –son; wilk – воўк – vilkas – wolf; książka – кніга – knyga – book.

Każda szkoła wyda słowniczek w wersji papierowej z właściwą dla siebie szatą graficzną. Planowana jest też wersja cyfrowa, która zostanie udostępniona na platformie eTwinning.

– Zostaliśmy podzieleni na kilka grup tematycznych. Każdy starał się porozumieć: kiedy na przykład Litwini nie byli w stanie powiedzieć czegoś po białorusku, pojawiła się współpraca między ludźmi z Puńska i Wilna – mówi Patryk Janczuk, uczestnik warsztatów.

Chodzi mi o to, aby język giętki…

W ramach projektu w Puńsku odbyło się również szkolenie dla nauczycieli, podczas którego mieli okazję porozmawiać o metodach nauczania języka mniejszości narodowej. – Szkoły zaprezentowały swoje osiągnięcia i metody pracy z uczniami, również pozalekcyjne – mówi Jan Karczewski, białorutenista w II LO z DNJB w Hajnówce. – Myślę, że zajęcia dodatkowe w dużym stopniu przyczyniają się nie tylko do poznania języka, ale też historii i kultury, bo na tym również polega nauka języka mniejszości narodowej. Od 20 lat organizujemy Konkurs Gawędy Białoruskiej. Nauczycielki z Litwy zainteresowały się tym i wyraziły chęć wzięcia udziału tamtejszych uczniów w konkursie – podkreśla.

– Na forum rozmawialiśmy o tym, jak wplatać elementy naszej kultury, tradycji, architektury w tematy, które realizujemy na lekcjach. Wymieniliśmy się scenariuszami zajęć – dodaje Śnieżyna Plis, nauczycielka języków angielskiego i niemieckiego.

– Nasza biblioteka szkolna wspomaga naukę języka białoruskiego w ogromnym zakresie. Mamy duży księgozbiór w języku białoruskim, zaczynając od gramatyki, poprzez poezję, literaturę, a kończąc na dramacie. Warto podkreślić, że młodzież chętnie korzysta z tych zasobów. W czytelni organizujemy też spotkania z ludźmi związanymi z kulturą, językiem, nauką białoruską. Zazwyczaj są one prowadzone po białorusku, a uczniowie uczestniczą w „żywej lekcji” języka  – opowiada Halina Iwaniuk, nauczycielka i bibliotekarka w hajnowskim liceum. – Sam proces dydaktyczny prezentowany w Puńsku nie różni się od naszego. Jednak zwiedzając bibliotekę szkolną, zauważyłam, że tamtejsi uczniowie mają dostęp do większej ilości prasy w języku litewskim. Naszą podstawową gazetą jest „Niwa”. Z każdym jej nowym wydaniem młodzież pracuje na zajęciach – dodaje Iwaniuk.

Nauczyciele i uczniowie podkreślają, że projekt to świetna okazja do poznania nowych ludzi, wymiany wiedzy. Każdy wyjazd i warsztaty utrwalane są też w formie nagrań, zdjęć lub tekstów, które można przeczytać na stronie internetowej hajnowskiego liceum. W szkole niebawem powstanie izba regionalna, tworzona przez uczniów, ich rodziców i nauczycieli. Owocem projektu jest też podjęcie współpracy z Muzeum Małej Ojczyzny w Studziwodach, dzielnicy Bielska Podlaskiego. Muzeum-skansen podejmuje się wielu działań edukacyjno-warsztatowych. Znajduje się tam studio i zespół folkloru tradycyjnego podlaskich Białorusinów „Żemerwa” (jego instruktorka Anna Fionik przeprowadziła w liceum cykl warsztatów ze śpiewu białego). W Hajnówce planowana jest rewizyta uczestników szkół partnerskich z Wilna i Puńska.

Wspólnie przełamują bariery


Dzięki piątce uczniów i ich kolegom z Ośrodka Szkolenia i Wychowania OHP seniorzy i niepełnosprawne dzieci z Ząbkowic Śląskich uśmiechają się częściej. Wiedzą, że zdobyli przyjaciół, na których mogą liczyć            

Liderzy projektu „Przełamać bariery”, realizowanego od września 2019 do lutego 2020 roku w ramach Europejskiego Korpusu Solidarności, nie kryją, że po spotkaniach z podopiecznymi, otworzyli się na świat i potrzeby innych.

Gdy Angelica Czepiel, Wiktoria Pilch, Patryk Kaszuba, Marcel Lipowski i Jakub Kuliś zgłaszali się do projektu, myśleli, że wiedzą, co będą robić. Już wcześniej wraz z innymi uczniami z Ośrodka pomagali niepełnosprawnym, bo od kilku lat współpracują w lokalnym Stowarzyszeniem „Integracja”. Ale przyznają, że to, co przeżywali tym razem, bardzo ich zaskoczyło. – Zacząłem patrzeć na świat oczami osoby niepełnosprawnej – mówi Patryk. – Dostrzegam teraz miejsca, w których brakuje podjazdów na wózki, zwracam uwagę na to, że w kinie czy na imprezach w domach kultury nie ma osób niepełnosprawnych. – Wierzę, że udało nam się choć trochę zmienić świadomość mieszkańców Ząbkowic Śląskich. – Nasza zmieniła się na pewno – dodaje Wiktoria.

Tańce na wózkach i piknik z seniorami

– W ramach projektu zorganizowaliśmy między innymi zabawę taneczno-ruchową „Witajcie w naszej bajce” – przypomina Krystyna Zerbok, dyrektorka Ośrodka. Młodzi ludzie dodają, że pani dyrektor zrobiła na niej furorę jako Roszpunka z bardzo długim warkoczem. Inne akcje były równie ciekawe. Z niepełnosprawnymi dziećmi poszli zwiedzać Ząbkowice Śląskie, które słynną z krzywej wieży i ze związków z Frankensteinem. Niezapomniane były tańce z maluchami jeżdżącymi na wózkach, wspólne ćwiczenia w hali oraz piknik ze starszymi podopiecznymi.

– To nie tylko zabawa – podkreśla Bożena Chodorowska, nauczycielka z Ośrodka, realizująca z młodzieżą projekt Europejskiego Korpusu Solidarności. – Bariery przełamują także uczniowie, zdobywając wiedzę o mieście, o tym, jak funkcjonują urzędy, jak działa wolontariat. Dla młodych ludzi z małej miejscowości takie doświadczenia są cenne. Uczestnicy zdobywali również teoretyczną wiedzę w czasie prelekcji dotyczących niepełnosprawności, pracowali też z Marzeną Kudryńską, coachem projektu. Otworzyli się na potrzeby innych.

Najważniejsze są jednak przyjaźnie zawarte w tym czasie. – Nawet gdy nasz projekt się zakończy, nie przestaniemy odwiedzać pensjonariuszy z Domu Pomocy Społecznej – zapewnia Jakub. –  Dalej będziemy organizować tańce ze Stowarzyszeniem „Integracja” – dodaje Marcel. – Zależało nam na takich właśnie bezpośrednich kontaktach, płynących z serca – cieszy się Bożena Chodorowska.

W Ośrodku Szkolenia i Wychowania OHP w Ząbkowicach Śląskich uczy się 70 uczniów. Mają od 15 do 18 lat. Nie stali obojętnie. Liderzy projektu wciągnęli ich do pomocy. Pakowali paczki, pomagali podczas wycieczek i imprez integracyjnych. Bariery są tylko w naszych głowach – twierdzą teraz uczestnicy projektu. Wiedzą, że każdy zasługuje na szansę. Że do dawania radości innym nie potrzeba wielkich pieniędzy. Liczą się chęci i serce. I oczy. Otwarte na tych mniej sprawnych, wykluczonych i zamkniętych w czterech ścianach z powodu niepełnosprawności.

Europejski Korpus Solidarności jest nową inicjatywą Unii Europejskiej. Umożliwia  młodym ludziom udział w projektach z zakresu wolontariatu lub rozwoju zawodowego (we własnym kraju lub za granicą), które przynoszą korzyści społecznościom w całej Europie. EKS skupia młodych w celu budowania integracyjnego społeczeństwa, wspierania osób słabszych i reagowania na społeczne wyzwania.

Fot. Alina Gierak’ FC OSiW OHP Ząbkowice Śląskie

Erasmus na deskach teatru


Jaka jest kondycja Europy? Troje reżyserów mierzy się z odpowiedzią na to pytanie. Mają różne pomysły, ale tych samych aktorów na scenie. W Polsce sztukę „Erazm/Erasmus” przygotowała Anna Smolar. – Spektakl zadaje pytanie, czy studenci Erasmusa są spadkobiercami myśli renesansowej ojców humanistów – mówi reżyserka

Nie znali się wcześniej, pochodzą z różnych europejskich krajów, są w tym samym wieku i doskonale się ze sobą dogadują. Po angielsku. Ktoś pomyśli: studenci uczestniczący w programie Erasmus+. Nie do końca. Łączy ich praca w teatrze. To aktorzy z Niemiec, Chorwacji i Polski. Od kilku miesięcy razem pracują. Takie było założenie programu The Europe Ensamble, dzięki któremu się poznali.

Projekt zakłada, by trzech reżyserów przygotowało osobne spektakle, które poruszą temat kondycji współczesnej Europy. W każdym z nich biorą udział ci sami młodzi aktorzy z teatrów w Stuttgarcie, Zagrzebiu i Warszawie. – Bardzo się ucieszyłam, gdy dostałam propozycję z Nowego Teatru, gdzie pracuję. Zgodziłam się od razu – nie ukrywa radości Jaśmina Polak z grupy aktorów biorących udział w tym międzynarodowym projekcie. – To duże wyróżnienie, bo rzadko zdarza się tworzyć z ludźmi z innych krajów.

Nad pierwszym spektaklem, „Imaginary Europe”, pracowali w Stuttgarcie. – Spędzaliśmy razem mnóstwo czasu. Bardzo szybko zaczęliśmy się ze sobą dogadywać, choć byliśmy sobie obcy. To pewnie dlatego, że wiele nas łączy, mamy podobne poczucie humoru. Myślę, że to w naszym przypadku zadziałało jak superprzyspieszony Erasmus – śmieje się Polak.

Erasmus poszerza horyzonty

Latem 2019 r. w Nowym Teatrze w Warszawie swoją sztukę „Erazm/Erasmus” wystawiła Anna Smolar. – Sięgnęliśmy po Erazma z Rotterdamu, ojca humanistycznych idei i ojca chrzestnego programu Erasmus, by zadać sobie kilka pytań o kondycję idei humanistycznych dziś – wyjaśnia reżyserka. Autorzy podczas pracy nad spektaklem spotkali się z uczestnikami programu wymian studenckich Erasmus+. – Często myślimy stereotypowo, że ktoś wyjeżdża za granicę, imprezuje, prowadzi przyjemne życie w obcym kraju i to jest jego uprzywilejowany czas, nim wkroczy w dorosłe życie. Ale ten projekt to coś więcej. Erasmus pozwala poszerzać horyzonty, odkrywać kultury i rzeczywistość społeczno-polityczną w innych krajach, poznawać konteksty tożsamościowe. Z tą wiedzą i poszerzonymi horyzontami młodzi ludzie wracają później do swoich społeczności. I to jest ogromna wartość tych wyjazdów – podkreśla Anna Smolar.

Reżyserka dodaje, że dostała pełną dowolność w podejściu do tematu spektaklu. – Chciałam zaproponować aktorom wejście w świat egzotyczny i daleki od współczesności, bo to jest sposób na wzbogacenie perspektyw. Sięgam po inspiracje, które mogą nam pozwolić przejrzeć się w lustrze, które poszerza postrzeganie tego co tu i teraz. Mam wrażenie, że renesans jest takim lustrem, które pozwala nam zobaczyć, w jakim punkcie jesteśmy, skąd pochodzimy, jaki spadek odziedziczyliśmy i co chcemy z nim zrobić. Ten spektakl zadaje pytanie w sposób prowokacyjny i naiwny zarazem, czy studenci Erasmusa są spadkobiercami myśli renesansowej ojców humanistów.

Gorycz z iskrą nadziei

Podczas pracy nad spektaklem „Erazm/Erasmus” aktorzy wspólnie z reżyserką dużo czasu spędzili na dyskusjach. – Spotykaliśmy się raz w tygodniu w dużym mieszkaniu i rozmawialiśmy trochę jak studenci Erasmusa, którzy muszą wspólnie ze sobą żyć pod jednym dachem. To był taki eksperyment, by nic nie udawać, tylko starać się odnaleźć w sytuacji grupy ludzi z różnych krajów, którzy chcą stworzyć wspólnotę. Rozmawialiśmy o zasadach, jakie miałyby panować w naszym wspólnym domu: czy to będzie mieszkanie wolne od plastiku, ile będziemy zużywać wody, dyskutowaliśmy też o wolności, empatii, wdzięczności – wspomina Jaśmina Polak. Wszystkie rozmowy rejestrowano kamerą. Widzowie mogą je zobaczyć w trakcie przedstawienia. Są wyświetlanie na ekranie za aktorami grającymi na scenie.

– To, co było najcenniejsze podczas tych rozmów, to chęć szukania wspólnych wartości. Na próbach dało się wyczuć duży lęk i niepokój o przyszłość wspólnoty europejskiej i planety, na której żyjemy – opowiada reżyserka. – Szukaliśmy przestrzeni wspólnych wartości, które nas łączą. I ten świat wartości jest mostem między nami a myślicielami ery renesansu z Erazmem z Rotterdamu i Thomasem More’m, do których się odwoływaliśmy, na czele. Myślenie, że ludzkość zmierza w stronę postępu, solidarności i wartości humanistycznych, pozwala nie popaść w defetyzm. Choć ze spektaklu płynie wiele goryczy, to jest też w nim iskra nadziei. Po naszych przedstawieniach słyszeliśmy, że osobowość i humor aktorów zarażają widzów raczej kreatywną energią. Myślę, że jest to paradoks czasów, w których żyjemy, połączenie lęku i depresji z ogromną dozą wiary i woli walki o lepszy świat.

Zdjęcie: Archiwum organizatora

————-

W spektaklach oprócz Jaśminy Polak na scenie występuje też Jan Sobolewski. Poza tym grają: Tenzin Kolsch, Claudia Korneev, Tina Orlandini i Adrian Pezdirc.

Spektakle „Erazm/Erasmus” zaplanowane na marzec 2020 r. zostały odwołane.
Aktualny repertuar Nowego Teatru: https://nowyteatr.org/pl/kalendarz

W rejs z Torunia do Dubaju


Uczniowie trenują starty i lądowania na symulatorze lotu, gotują obiady w termomiksach z dostępem do internetu, korzystają ze specjalistycznych pracowni: robotyki, językowej, krawieckiej, muzycznej i stolarskiej. Tak rozwija się Szkoła Podstawowa nr 8 w Toruniu

– Nie każdy ma talent do wyczynowego uprawiania sportu albo dokonywania wielkich odkryć w nauce – mówi Grzegorz Bortnowski, dyrektor SP nr 8. – Wielu młodych ludzi może odnaleźć swoje miejsce dzięki kształceniu zawodowemu. Ale nie liczmy, że wybiorą technikum albo branżówkę, jeśli atrakcyjnie nie przedstawimy im tej drogi już na wcześniejszym etapie edukacji. I temu służą specjalistyczne pracownie, które kolejno otwieramy w naszej szkole, przede wszystkim, dzięki projektom z programu Erasmus +.

Zaczęło się od dyrektorskich podróży. – Podczas wizyt studyjnych w różnych szkołach Europy podpatrywałem, jak pracownie warsztatowe działają już na poziomie podstawówek. W Niemczech zobaczyłem kuchenną, w Hiszpanii muzyczną – wylicza Grzegorz Bortnowski. Ale pomysł na stolarską dyrektor wziął ze wspomnień o dawnej szkole w Polsce. Bo jeszcze w latach 90. uczniowie przychodzili do podobnych miejsc majsterkować podczas zajęć praktyczno-technicznych (zwanych „zetpetami”).

By złapać kulinarnego bakcyla 

Najpierw w SP nr 8 pojawiły się trzy pracownie: wyposażona w słuchawki do nauki języków, robotyki oraz krawiecka. Jednak o zawodowym zapleczu podstawówki z osiedla Rubinkowo zrobiło się głośno nie tylko w Toruniu, odkąd szkoła zaczęła rozbudowywać bazę warsztatów dzięki programowi Erasmus+. Szkoła przyjęła model, w którym część środków z kolejnych projektów przeznacza na finansowanie uczniowskich wymian, ale wystarcza ich także na urządzanie pracowni związanych z tematem danego projektu.

I tak od maja 2018 r. w toruńskiej podstawówce działają warsztaty kuchenne. – Dzieci korzystają m.in. z dwóch termomiksów. To wielofunkcyjne roboty kuchenne wysokiej klasy. Używane raczej w masowej gastronomii, w domu mają je tylko fascynaci. Termomiks łączy się z internetem, w którym pobiera setki przepisów, prowadząc krok po kroku, za sprawą komunikatów na wbudowanym ekranie, przez procedurę przygotowywania np. ciasta na naleśniki albo pizzę, świątecznych babeczek czy wybranej zupy. Z taką pomocą każdy może odnieść sukces w kuchni i złapać bakcyla do gotowania – przekonuje Grzegorz Bortnowski (podczas gdy jego uczniowie częstują akurat tajską pomidorową z grzankami). W tej pracowni dzieci korzystają także (pod opieką nauczycieli) z gofrownic, tosterów, sokowirówek, grillów, płyt grzewczych i zmywarek.

Po sukcesie pracowni kuchennej (projekt „Uwolnij ciało i umysł”), przyszła kolej na trzy nowe: stolarską, muzyczną (ta powstała także przy wkładzie środków rady rodziców) i z symulatorem lotu (w ramach projektu „Zawody i rzemiosła” ). To też czas na projekt „Cukier? Nie, dziękuję”, dzięki  któremu w szkole powstanie laboratorium z wysokiej klasy mikroskopami. Uczniowie będą mogli wrzucać obraz z tych urządzeń na ogromny ekran o dużej rozdzielczości, aby badać substancje, które spożywają. – Z taką wiedzą łatwiej przekonamy ich, że w pracowni kuchennej najzdrowiej brać się za potrawy z warzywami czy owocowe koktajle – uśmiecha się Grzegorz Bortnowski.

Sztuka niejedno ma imię

Tymczasem pracownia stolarska już rozwija umiejętności manualne uczniów. Wykonują w niej m.in. drewniane pajacyki albo obrazki tworzone po wbiciu w kawałek drewna gwoździków, wokół których owija się kolorowe nici. – Ja to dumnie nazywam małymi dziełami sztuki, ale liczy się to, że młody człowiek zyskuje zanikającą w społeczeństwie umiejętność prawidłowego trzymania narzędzi. Rodzice bywają tym zaskoczeni. Cieszą się też, że ich dziecko potrafi zrobić w domu obiad albo przynajmniej, po zajęciach w pracowni kuchennej, zapamiętało jego składniki – mówi Grzegorz Bortnowski.

Wyposażenie pracowni muzycznej to 16 organów elektronicznych (i jeszcze jeden egzemplarz na stanowisku nauczycielskim), tyle samo ukuleli (instrument muzyczny z grupy strunowych szarpanych, podobny do niewielkiej gitary), a do tego perkusja i gitara elektryczna. Zadaniem prowadzącego zajęcia jest zgranie zespołu uczniów na tyle, aby mógł on wykonać wybrany utwór. Do tej pracowni przychodzi młodzież od szóstej klasy. Dyrektor zapewnia, że dzięki wcześniejszej edukacji artystycznej w szkole zna ona już nuty, a zatem wspólne muzykowanie idzie sprawnie.

Jak wznieść Boeinga w szkolnej pracowni

Jednak prawdziwy odlot w SP nr 8 to symulator, składający się z 35-calowego monitora, wolanta (czyli odpowiednika kierownicy, którą poruszamy pojazd także w górę i w dół) oraz dźwigni przepustnicy (lotniczego pedału gazu). Te urządzenia podłączone są do komputera z silną kartą graficzną, obsługującą zaawansowany program X-Plane, dzięki któremu uczniowie z Torunia startują w rejs do Dubaju.

Dla oddania klimatu na ścianach sali z symulatorem jest kilka zegarów pokazujących godzinę w głównych węzłach komunikacyjnych świata,  m.in. w Nowym Jorku. W tej pracowni nauczycielem jest sam dyrektor, który od 14 lat interesuje się lotnictwem. – Tutaj, z uwagi na skomplikowanie zagadnienia, każdorazowo pracuję tylko z jednym uczniem. Jestem jego drugim pilotem – mówi Grzegorz Bortnowski. – Jeśli mój „kapitan” lata po raz pierwszy, najpierw wyjaśniam mu reguły aerodynamiki, żeby wiedział, dlaczego maszyny mogą wzbijać się w powietrze. Potem przedstawiam zasady działania poszczególnych urządzeń w naszej „kabinie”. Jako typowy lot szkoleniowy wybieram w X-Plane „oblatanie” w pobliżu Dubaju. Uczeń startuje z portu w tym mieście, chowa podwozie i osiąga tzw. wysokość przelotową. Wspólnie pilnujemy wyznaczonej trasy naszego Boeinga 737-800 Next Generation, przygotowując się do ponownego przywitania z Dubajem. Cały rejs trwa  mniej więcej pół godziny. A jeśli mój kapitan wróci na drugie zajęcia, zapoznam go z lataniem na autopilocie – opowiada.

Zdecydowana większość uczniów wraca. Gdy dyrektor opowiada o oblatywaniu Dubaju, grafik zajęć ma wypełniony na długie miesiące…

Zdjęcie: Szymon Łaszewski

 

 

Śladem Michała Anioła


W projektach Erasmus+ wszystko już było? Nieprawda!  „European Reflection in Fresco” zaskakuje – pokazuje, że kluczem do sukcesu jest dobry pomysł. Na przykład taki, by w dyskusji o przyszłości Europy wykorzystać sztukę renesansu

Startowaliśmy w ostatnim naborze wniosków w 2019 r. i baliśmy się, że konkurencja będzie duża. Uznaliśmy, że najważniejszy będzie oryginalny pomysł. Wpadła na niego jedna z naszych koleżanek, Alicja Wujec-Kaczmarek, która od 20 lat współpracuje z francuską organizacją Les Passeurs de Fresques i szefową tej organizacji Dominique Sabroux – tak o genezie projektu mówi dr Joanna Wawrzyniak, jego koordynatorka z opolskiego wydziału Wyższej Szkoły Bankowej we Wrocławiu. Do przedsięwzięcia – strategicznego partnerstwa na rzecz wymiany dobrych praktyk w sektorze kształcenia zawodowego – dołączyły uczelnie z Eberswalde w Niemczech i z Litomyśla w Czechach. Ta ostatnia podjęła się roli koordynatora, a Sarka Kucerova, jedna z nauczycielek z tej szkoły, złożyła wniosek w czeskiej agencji programu Erasmus+. – Nie było wcześniej tak niezwykłego projektu! – cieszy się dr Wawrzyniak.

Niecodzienność przedsięwzięcia polega na tym, w jaki sposób jego uczestnicy postanowili osiągnąć założony cel. Miała nim być wymiana doświadczeń na temat idei tożsamości europejskiej oraz historycznego, kulturalnego i artystycznego dziedzictwa Starego Kontynentu. Pracownicy instytucji partnerskich nie ograniczyli się jednak do zaplanowania wizyt i dyskusji. Zdecydowali, że zaprezentują światu wypracowane idee, wykorzystując dwie skrajne różne techniki twórcze: znane od tysięcy lat freski oraz najnowsze technologie projektowania komputerowego.

Dwunastu wspaniałych

Pierwszy, próbny fresk powstał pod koniec października 2019 r. właśnie w Opolu. Ścianę do ćwiczeń malarzom-amatorom udostępniła Bernarda Zarzycka, dyrektor I LO im. Mikołaja Kopernika, uznając, że fresk uświetni obchodzony w 2020 r. jubileusz 75-lecia placówki. Uczestnikom projektu pozostało przygotowanie sprzętu, co też okazało się sporym wyzwaniem. – Nie miałam pojęcia, że w Polsce czy Czechach tak trudno zdobyć potrzebne nam kielnie – mówi koordynatorka.

W rezultacie większość narzędzi – w tym te specjalne do nakładania i rozprowadzania zaprawy – musiały ze sobą przywieźć cztery francuskie instruktorki, które czuwały nad pracą uczestników. Sprawa była istotna, ponieważ sprzęt w tym przypadku ma kluczowe znaczenie – freski tworzy się, nanosząc pigmenty na mokry tynk. Nazwa tego rodzaju malowideł pochodzi od włoskiego al fresco, co oznacza „na świeżym”. Najsłynniejsze freski, autorstwa Michała Anioła, zdobią Kaplicę Sykstyńską w Watykanie.

Matematyka zamiast improwizacji

Nad opolskim dziełem pracowało łącznie  dwunastu akademików. Słuchając dr Joanny Wawrzyniak, trudno uwierzyć, jak skomplikowane było to przedsięwzięcie. – Życie wokół nas udoskonaliliśmy do tego stopnia, że powrót do tego, co pierwotne, okazał się sporym wyzwaniem – mówi koordynatorka. Co ma na myśli?

Otóż współczesne budynki są ocieplane, pokryte od wewnątrz i na zewnątrz warstwami wielu materiałów. Wszystkie je trzeba skuć, ponieważ freski kładzie się na gołym murze. Kilkukrotnie nakłada się specjalny tynk, do czego potrzebne są wspomniane kielnie. Pozostaje już tylko malowanie? Nic z tych rzeczy. Okazuje się, że więcej jest tutaj matematyki niż tradycyjnie rozumianej sztuki. Najpierw należy mieć projekt. Ten opolski nawiązywał do odkryć Mikołaja Kopernika i powstał na kartce papieru. Jego autorką jest opolska artystka Bogusława Wawrzyniak, prywatnie siostra Joanny Wawrzyniak.

Przenoszenie projektu na ścianę nie było jednak proste. Wzór trzeba było najpierw powiększyć
do rozmiarów ściany, a następnie przenieść jego poszczególne części na folię. W ten sposób powstawały tzw. giornaty, czyli „dniówki” – fragmenty o takiej powierzchni, jaką można stworzyć na ostatniej warstwie tynku w ciągu jednego dnia. Nie brakowało też innych utrudnień. Twórcy musieli pogodzić się z faktem, że efekt kolorystyczny można ocenić dopiero, gdy malowidło wyschnie, a niektóre barwy są trudne do uzyskania – np. zieleń. Mimo to żaden z początkujących freskarzy nie poddawał się – pilnie ćwiczono m.in. mieszanie i nakładanie pigmentów.

Wszyscy byli zaangażowani, od pań sprzątających i pana konserwatora, przez personel administracyjny, do uczniów. Większość była zdziwiona, ponieważ spodziewała się „zwykłego” malowania. – Wszyscy chcieli wiedzieć, co kombinujemy – mówi dr Joanna Wawrzyniak. Zespół pracował ciężko przez tydzień od rana do wieczora. Bawił się równie dobrze. Na koniec dyrektor szkoły zamówiła tort z projektem fresku, były toasty i przecinanie czerwonej wstęgi. Uczestnicy znakomicie czuli się w swoim towarzystwie. – Nasi czescy i niemieccy partnerzy to wspaniali ludzie i mam wrażenie, jakbyśmy znali się od dawna – mówi koordynatorka.

Podejmujemy wyzwanie

Spotkanie w Opolu było jednak tylko pierwszym akordem trzyletniego projektu. Kolejne odbyło się w Eberswalde, gdzie uczestnicy zajęli się historycznym dziedzictwem od zupełnie innej strony – poznawali bowiem najnowsze technologie projektowania komputerowego. W trakcie każdego ze spotkań zaplanowano dyskusje i wymianę poglądów na tematy związane z europeizmem, artystyczną interpretacją idei unijnych oraz przygotowanie materiałów edukacyjnych. Ale uczestnicy wrócą też do malowania fresków. W finałowej fazie przedsięwzięcia powstaną one w miastach każdego z partnerów. Przed opolską WSB stoi więc nie lada wyzwanie – malowidło powinno znaleźć się w reprezentacyjnym miejscu, być refleksją na temat europeizmu, a jednocześnie uwzględniać specyfikę lokalną. – Jesteśmy właśnie na etapie rozglądania się za odpowiednią ścianą – wyjaśnia dr Wawrzyniak.

Opolski fresk powstanie w pierwszej kolejności, bo już wczesną jesienią 2020 r. A grono freskarzy poszerzy się – tym razem w pracę włączą się także studenci. Koordynatorka nie chce wyjść do tego czasu z wprawy i postanowiła zaprosić partnerów na pozaprojektowe wakacyjne wspólne „freskowanie”. Tak na Opolszczyźnie tworzy się klimat sprzyjający rozwojowi talentów, pasji, ale też pokonywaniu stereotypów i zawieraniu nowych przyjaźni.

Zdjęcie: Joanna Wawrzyniak

Zjednoczeni w liczbach


Mimo setek rozwiązanych zadań dla wielu uczniów ułamki nadal są tajemnicze, geometria jest skomplikowana,
a rachunek prawdopodobieństwa to abstrakcja. Aby matematyka przestała być zmorą, w ramach międzynarodowego projektu powstaje bezpłatna aplikacja E-Maths. Już do pobrania!

Aplikacja nie jest jeszcze ukończona, bo uczniowie i nauczyciele ze szkół w Niemczech, we Francji, w Hiszpanii, na Słowacji i w Turcji oraz z niewielkiej szkoły podstawowej w podkieleckim Łosieniu ciągle ją ulepszają i uzupełniają. Niemniej jednak dzięki już dostępnym zadaniom można się przekonać, że „matma” przydaje się w codziennym życiu: przy smażeniu naleśników, robieniu zakupów, osuszaniu basenu czy chodzeniu. Apkę E-Maths można już bezpłatnie pobrać ze sklepu Google Play.

Poprawki w aplikacji możliwe są dzięki spotkaniom. Każdy z partnerów organizuje tygodniowe warsztaty dla ekip projektowych. Na międzynarodowym zjeździe uczniowie, którzy mają – w zależności od kraju – od 12 do 16 lat, ćwiczą określone umiejętności z dziedziny matematyki oraz język programowania, zwiedzają, poznają się nawzajem. W ubiegłym roku szkolnym byli już we Francji, w szkole w Saint-Étienne, która jest koordynatorem projektu, ale także w Turcji i w słowackiej Trnawie. Wreszcie przyszedł czas na Polskę.

– Nie możemy tylko pracować, dlatego wizyta w Polsce to także czas wycieczek – zwiedziliśmy Kraków, Wieliczkę, Kielce, byliśmy na meczu piłki ręcznej i w skansenie w Tokarni (Muzeum Wsi Kieleckiej). Wszędzie znajdujemy czas na zadania matematyczne i ćwiczenia. Tutaj przybliżamy im patrona naszej szkoły, Henryka Sienkiewicza – wyjaśnia Anna Oleś, wicedyrektor szkoły w Łosieniu. Rozmawiamy w Oblęgorku, gdzie uczestnicy projektu biorą udział w grze terenowej „Śladami Stasia i Nel”. Muszą budować szałasy, chronić się przed afrykańskim czarownikiem, zagrać na afrykańskich bębnach, ale i rozwiązywać zadania z rachunku prawdopodobieństwa. Ekipy są międzynarodowe, więc słychać angielskie komendy, widać, jak dzieci i młodzież próbują się dogadać i współpracować. Są śmiechy, piski i ostra rywalizacja. Wygrywają ci, którzy pierwsi znajdą skrzynię ze skarbem.

W rozwiązywaniu zadań wspiera ich nauczycielka matematyki ze szkoły w Łosieniu – Anna Ludwicka. – Polsce przypadł rachunek prawdopodobieństwa, który w naszym kraju według programu przerabiają uczniowie ósmej klasy. Ci są młodsi, ale nieźle sobie radzą – ocenia matematyczka. I dodaje: –  Dla nich to nie tylko matma, ale świetnie spędzony czas, przyjaźnie, które nawiązują. Razem pracują na swój sukces, uczą się współpracować na każdej płaszczyźnie, szlifują język, przestają się wstydzić. – Nie ma nic gorszego dla ucznia w tym wieku niż siedzenie w ławce – wchodzi jej w słowo Anna Oleś. – Dzięki tym zajęciom nie tylko opanowują trudny materiał, ale także… nie siedzą z nosem w telefonach, poznają się, bawią na świeżym powietrzu – dodaje.

Dzieciaki z zagranicy goszczą w domach uczniów z łosieńskiej szkoły, więc nawet czas wolny spędzają w międzynarodowym gronie. – Na początku czuliśmy stres, ale teraz nie chce mi się z nimi rozstawać – opowiada Julia, jedna z uczestniczek. Polscy uczniowie nie spodziewali się, że dzieciaki z innych krajów będą tak sympatyczne i otwarte. Wśród członków ekipy hiszpańskiej jest  Julka, która ma mamę Polkę, ale od urodzenia mieszka na Majorce. Wszystkich swoich łosieńskich kolegów zaprosiła do siebie na wakacje, choć przyznaje, że najchętniej to ona zostałaby w Polsce. Turcy, Francuzi i Hiszpanie zachwycają się złotą polską jesienią: wielokolorowymi liśćmi, lasami, naturą. Wspominają o polskich zupach: barszczu i świętokrzyskiej zalewajce oraz pierogach. Nie wszyscy do tej pory świetnie radzili sobie z liczeniem. – Matematyka jest uniwersalna i trudna – podsumowuje Anna Oleś.  Czy widać już postęp wśród uczestników projektu? – Odpowiem pani na to pytanie, gdy skończymy aplikację i projekt – odpowiada z uśmiechem.