Uczyć zdalnie i z uśmiechem – rozmowa z Panem Belfrem


Technologia nie jest aż tak istotna. Uczniowie chcą sympatycznych, uśmiechniętych lekcji, na których będą się dobrze czuć – mówi Dawid Łasiński, nauczyciel chemii z Bolechowa, znany uczniom jako Pan Belfer. Opowiada, jak ciekawie prowadzić zdalne lekcje, czemu swoje zaczyna od śpiewania piosenki Elektrycznych Gitar i dlaczego na początku pandemii wystawił wszystkim uczniom piątki.

Koronawirus nie odpuszcza. Co, jeśli od września lekcje znów będą zdalne? Jak skutecznie uczyć w takich warunkach?

Dawid Łasiński*: Trzeba działać zespołowo. Namawiam wszystkich nauczycieli, by opracowali z dyrekcją jeden system, w którym będą wspólnie działać. Wiosną było tak, że np. pani od matematyki wysyłała zadania mailowo, lekcje historii odbywały się za pomocą aplikacji głosowej, a ćwiczenia z innego przedmiotu nauczyciel przekazywał przez Messengera. Wówczas dziecko i rodzic zaczynali się gubić, czy zadań z biologii szukać na Facebooku, czacie czy może w skrzynce mailowej. Najgorszy jest chaos.

To jak nad nim zapanować?

DŁ: Trzeba porzucić dotychczasowe nawyki, które nauczyciele sobie wypracowali w czasie pandemii. To nie jest trudne. Są dwa bezpłatne systemy do zdalnej pracy dostarczane przez internetowych gigantów: Microsofta i Google’a. Ten pierwszy proponuje pakiet podstawowy Office 365, w którym można z uczniami robić cuda. Bo da się tu stworzyć cyfrowy zeszyt, by być z nimi w ciągłym kontakcie czy zorganizować w ramach lekcji wideokonferencje. Drugi system to G Suite, w którym oprócz możliwości kontaktowania się i prowadzenia zdalnych lekcji można zostawić materiały dla uczniów do zapoznania się z nimi w późniejszym terminie. Dostępna jest też opcja przeprowadzania ankiet i testów. Dziś nadal wielu dyrektorów szkół nie wie o istnieniu tych programów. A one bardzo ułatwiają pracę.

Nagrywać filmik dla uczniów czy wysłać im materiał, który mają opanować?

DŁ: Zdecydowanie to pierwsze. Nie można uczniom podawać tylko stron z podręcznika, które mają przeczytać i opanować. To za mało. Trzeba im wytłumaczyć to, co jest tam napisane. To zadanie nauczyciela. A najłatwiej to zrobić, wykorzystując nowoczesne technologie. Dziś dostęp do nich jest bardzo łatwy. Przecież filmik, w którym w pasjonujący sposób opowiem uczniom o tym, co jest tematem lekcji, mogę nagrać swoim telefonem. Nie muszę być uzdolnionym operatorem i montażystą. Wystarczy, że na kubku do kawy, który posłuży mi za statyw, postawię komórkę i włączę nagrywanie. A potem gotowy materiał udostępnię uczniom.

Ale jak ma to zrobić nauczyciel, który nigdy wcześniej nie kręcił filmików i nie chce, żeby uczniowie mieli z niego bekę?

DŁ: Zawsze powtarzam kolegom, że nauczyciel ma prawo nie wiedzieć. Niech powie uczniom: „Słuchajcie, dopiero się tego uczę. Nie będzie to pewnie tak efektowne jak filmiki popularnych youtuberów, ale dla mnie najważniejsze jest to, żeby was zaciekawić lekcją”. Zresztą tu nie chodzi o to, żeby wideo miało mnóstwo animacji i innych bajerów, bo to nie powinno rozpraszać uwagi uczniów. To ma być okazja do przyjaznego przyswojenia wiedzy. Kto ma jednak opory przed nagraniem filmu, niech poprosi o pomoc uczniów. Mogą dodać planszę tytułową, poprawić dźwięk, wpleść podkład muzyczny. Wtedy sami staną się współodpowiedzialni za powstały materiał, co oznacza, że nie będą hejtować tego, co sami stworzyli. Można powiedzieć potem na lekcji, że ten film to efekt wspólnej pracy konkretnych uczniów i już nikt nie powie, że to siara.

Czy przygotowanie zdalnych lekcji wymaga więcej czasu?

DŁ: Jak się wie, jak to robić, to nie. Mnie to zajmowało ok. dwóch godzin. Miałem przygotowany materiał, wybrane linki do innych źródeł. Wystarczyło nagrać lekcję i przesłać ją dalej. Co ważne, można ją zduplikować. Zamiast 16 różnych nagrań dla każdej klasy mogłem przygotować trzy filmiki, osobne dla klas pierwszych, drugich i trzecich.

Jak sobie to dobrze zorganizować?

DŁ: W naszej szkole od początku epidemii zerwaliśmy z dotychczasowym planem zajęć i wprowadziliśmy nauczanie blokowe. To znaczy: w poniedziałki mieliśmy przedmioty humanistyczne udostępniane na następną lekcję wszystkim klasom w szkole. Wtorki to matematyka i języki obce, środa – przedmioty przyrodnicze, czwartki – zajęcia zawodowe, a piątki to luźniejsze przedmioty plus dodatkowe lekcje z polskiego i matematyki, bo tych było zawsze więcej w tygodniu. I to jest model, który się świetnie się sprawdził. Nie było sensu trzymać się sztywno podziału zgodnego z planem lekcji, bo ten często był podyktowany dostępnością sal i czasem, który nauczyciel musiał mieć dla każdej z klas. Teraz sytuacja się zmieniła. Zresztą wyobraźmy sobie, że dziecko ma spędzić siedem godzin przed ekranem komputera i wpatrywać się w kamerkę, w której co 45 minut będzie słuchać kolejnych gadających głów o fizyce, chemii, biologii czy matematyce. To potwornie męczące. Dlatego uczniowie się wylogowują, zostawiają tylko włączonego awatarka, a nam się wydaje, że mówimy do pełnej klasy. Ich jednak nie ma, a efektywność takich lekcji jest zerowa.

Pan jest showmanem, ale nie każdy ma taką osobowość i odnajdzie się w nowej roli. Czy lepiej więc skupić się na klasycznym przekazaniu wiedzy czy jednak wykorzystać dostępne narzędzia, by lekcja miała charakter bardziej interaktywny?

DŁ: Ja nagrywałem wcześniej swoje lekcje z chemii i w każdą środę udostępniałem je uczniom. Przygotowałem cyfrowy zeszyt w programie One Note, w którym oprócz nagrania zamieszczałem screeny z podręcznika, żeby nie musieli szukać odpowiednich fragmentów do nauczenia. Mogłem tam także osadzić symulacje reakcji chemicznych i wrzucić linki do filmików na kanałach edukacyjnych SciFun i Emce Kwadrat w serwisie YouTube, które są bardzo ciekawie zrealizowane, znacznie lepiej, niż sam byłbym w stanie przygotować. Wszystko w jednym miejscu. Taki poszerzony model źródeł wiedzy, na który normalnie nie ma czasu, w takich okolicznościach doskonale się sprawdza. Materiał co środę wstawiałem o godz. 8 i mówiłem uczniom, że mają czas do godz. 16, by się z nim zapoznać i na koniec rozwiązać krótki test, który traktuję jak potwierdzenie obecności na wirtualnej lekcji. Osiem godzin to sporo czasu, żeby znaleźć chwilę na naukę w tych trudnych warunkach domowych. Ale to nie wszystko. Jeśli klasa 1A miała ze mną przed epidemią lekcje chemii we wtorki między 9:45 a 10:30, to ten czas w tygodniu, już po wprowadzeniu pracy zdalnej, miałem zarezerwowany na konsultacje tylko z uczniami tej klasy. Pisali do mnie na czacie, czego nie rozumieją, sprawdzałem, czy dobrze wykonali zadania, albo konsultowali ze mną to, co było dla nich niejasne. W czasie pandemii tylko trzy razy zrobiłem wejścia na żywo, by podsumować omawiane wcześniej zagadnienia.

Ale zdalne lekcje na żywo, gdy wszyscy razem pracują i jest interakcja z uczniem, też są potrzebne?

DŁ: Zdecydowanie tak, bo nic nie zastąpi rozmowy. Dlatego na koniec roku szkolnego wysłałem uczniom ankietę. Poprosiłem, by ocenili zdalne lekcje i napisali, co im się podobało, a co można poprawić. Część z nich chciała więcej spotkań live. Ale to indywidualna kwestia do uzgodnienia z konkretnym nauczycielem. Wiadomo, że są przedmioty, które wymagają omówienia w grupie, a przy innych można pracować samodzielnie. I druga ważna uwaga, także dla innych nauczycieli. Technologia nie jest aż tak istotna. Uczniowie chcą sympatycznych, uśmiechniętych lekcji, na których będą się dobrze czuć. Dlatego zdalne lekcje nie powinny być zbyt długie. Moje filmiki nie trwają 45 minut, tyle co zwykła lekcja w klasie. Nikt by nie dotrwał do końca. Nagrania mają nie więcej niż 20 minut. Zaczynam zawsze od śpiewania dla nich piosenki „Dzieci” Elektrycznych Gitar, żeby było śmiesznie. To musi być coś innego, żeby chcieli obejrzeć materiał do końca. Pandemia sama w sobie nas mocno przytłacza, więc zamiast pogłębiać grobową atmosferę, staram się zrobić z lekcji show. I to im się podoba. Na koniec roku szkolnego napisali, że będzie im brakować mojego śpiewania.

Śpiewanie na chemii to element dodatkowy. A co z klasówkami? Robić je?

DŁ: Absolutnie nie! Na ich miejscu bym ściągał, bo trudno to kontrolować poprzez zdalne nauczanie. Zresztą zanim cokolwiek wymyślimy, to już na Brainly nasze zadanie rozwiązują tysiące osób. Robienie klasówek to oszukiwanie samego siebie. W zdalnej edukacji nie chodzi o to, jak oceniać, tylko  o to, jak uczyć. Teraz powiem coś, z czego jestem dumny. Zazwyczaj, gdy kończę jakiś dział, robię sprawdzian. W czasie pandemii to nie ma sensu. Gdy przyszło do podsumowania działu dotyczącego składników chemicznych w żywności, zaproponowałem uczniom nietypowe zadanie. Przez cztery dni w aplikacji, którą im udostępniłem, wpisywali wszystkie swoje posiłki. Podawali godziny i składniki. Aplikacja to przeliczała i w ten sposób mogli przeanalizować swoje nawyki żywieniowe. Skoro z lekcji wiedzą, czym jest białko czy tłuszcz i za co są odpowiedzialne w naszym organizmie, to mogą wyciągnąć wnioski, czy dobrze się odżywiają. Poprosiłem ich, by podsumowali swoje posiłki i zamieniając się w dietetyka, ocenili, co mogą zmienić w harmonogramie jedzenia, by jeść zdrowiej. Większość podeszła do zadania poważnie. Jedni pisali, że za mało piją wody, inni, że jedzą nieregularnie, jeszcze inni, że mają za dużo cukru w swojej diecie. Nagle sami sobie uświadomili, że nie potrzebują wizyty u lekarza, bo wystarczy aplikacja, obserwacja samego siebie i wiedza wyniesiona z lekcji. To jest istota edukacji. Gdyby lekcje odbywały się normalnie w szkole, nie byłoby na to czasu. A epidemia to był najlepszy moment, by przyjrzeć się sobie, bo i tak byliśmy zamknięci w domach, więc przynajmniej można było ten okres sensownie wykorzystać, a przy okazji zaliczyć jeden dział z chemii.

Czy to oznacza, że na koniec roku wystawił pan uczniom same piątki?

DŁ: Było ich bardzo dużo i nie mam z tym problemu. Zresztą przejście na zdalne nauczanie zacząłem od rozdania każdemu po piątce. Przed pandemią nie zdążyłem sprawdzić kartkówek, które zabrałem do domu. Termin mnie gonił, szkoła była już zamknięta, a uczniowie pytali, co z ocenami. I żona mi mówi: „Właśnie się dowiedzieli, że jeśli nie są pełnoletni, to nie mogą wyjść na dwór, a ty im będziesz sprawdzał kartkówki?”. A były wśród nich i puste kartki. Żona miała rację. Co ta jedynka czy dwójka zmieni w ich życiu? Na pewno im nie pomoże. A na początku epidemii wszyscy byliśmy zestresowani, nie wiedzieliśmy, co nas czeka. Po co im dowalać kolejną przykrą wiadomość? Dlatego wystawiłem od góry do dołu piątki. Napisałem, żeby potraktowali to jak prezent pandemiczny. I jeszcze poprosiłem, żeby poszli do rodziców i zapytali ich, czy są w stanie jakoś im pomóc. „Jeśli uważacie, że ta piątka jest dla was ważna, to byłoby mi miło, gdybyście porozmawiali z rodzicami o ich sytuacji” – tak napisałem. Niektórzy dziękowali za ocenę i pisali, że rozmawiali z mamą, tatą i wiedzą, że sytuacja jest dla nich bardzo stresująca, bo nie są pewni, czy utrzymają pracę. Dostałem też dwie wiadomości od rodziców. Zacytuję jedną: „Nie wiem, co pan napisał synowi, ale usiedliśmy przy stole, długo rozmawialiśmy i on płakał przy mnie. Dziękuję”. Tyle mogłem zrobić tą piątką. To był trudny czas i nie chciałem nikogo obarczać dodatkowymi problemami. Poza tym coraz mniej wierzę w oceny. Przecież w dniu klasówki ktoś może mieć gorszy moment, trudną sytuację w domu albo nie miał możliwości się nauczyć. Moim zadaniem jest przede wszystkim zaciekawić ucznia, a nie straszyć ocenami.

Przybyło panu lajków na koncie, odkąd wprowadzono zdalną edukację?

DŁ: Oczywiście. Na Facebooku w tym czasie polubiło mój profil wielu nauczycieli, bo udało mi się zorganizować dla nich kilka ważnych webinarów. Chciałem pokazać, jak uczyć zdalnie. Wielu z nich nigdy wcześniej tego nie robiło, a teraz tego od nich wymagano. Nie wiedzieli, jak do tego podejść, nie znali żadnych narzędzi. Z kolei na moje konto na YouTubie zaglądali przede wszystkim uczniowie, szczególnie w marcu i kwietniu. To wtedy strony rządowe zaczęły polecać Pana Belfra w programie „Zdalna Szkoła+” i umieszczały linki do moich lekcji. A że był to materiał rekomendowany przez Ministerstwo Edukacji Narodowej, bo wisiał w sieci już trzeci rok, to i nauczyciele tam zaglądali i polecali moje lekcje chemii swoim uczniom. Dlatego nie narzekam. Epidemia przysporzyła mi wielu nowych fanów.

* Dawid Łasiński jest nauczycielem chemii od 13 lat. Uczy w Zespole Szkół im gen. Dezyderego Chłapowskiego w Bolechowie pod Poznaniem. Jest współtwórcą portalu „Lekcje w sieci”. Od trzech lat prowadzi kanał edukacyjny w serwisie YouTube, w którym wciela się w postać Pana Belfra – nauczyciela z Internetów. Prowadzi tam liczne kursy dla uczniów i nauczycieli, webinary, a także warsztaty autorskie dotyczące nowoczesnych technologii w edukacji. Jego kanał subskrybuje 47 tys. fanów, a liczba wyświetleń zbliża się do dwóch milionów. Jako jeden z trzech najbardziej innowacyjnych nauczycieli w Polsce został zaproszony przez Microsoft na międzynarodową konferencję dla nauczycieli „Education Exchange” do Singapuru. W roku szkolnym 2019/2020 był jednym z finalistów konkursu Nauczyciel Roku 2019. Jest członkiem grupy Superbelfrzy RP. Posiada tytuł Microsoft Innovative Educator Expert.

Zdjęcie: archiwum prywatne

Odwagi! Wyjazd w czasach pandemii


Jedziemy przeżyć przygodę, a jeśli coś ma się nam przydarzyć, to i w Polsce możemy się zarazić mówili przed wyjazdem do Sewilli nastolatkowie z technikum w Zwierzyńcu. To pierwsza szkoła w Polsce, która zdecydowała się wysłać uczniów na staż zawodowy w ramach programu Erasmus+ od początku pandemii koronawirusa

Wyjazd w lipcu na południe Hiszpanii jest jak spełnienie wakacyjnych marzeń. I to nawet, jeśli jedzie się tam nie tylko rekreacyjnie. Sewilla, stolica Andaluzji, kojarzy się z korridą, flamenco, największą katedrą gotycką na świecie i oczywiście ze słońcem. Latem temperatury w dzień przekraczają dość często 40 st. C, a nocą rzadko kiedy spadają poniżej 20 st. C. – Nie zazdroszczę Zosi upałów, ale tego, co będzie zwiedzać już tak. Patrzyłam na zdjęcia Sewilli w internecie i to musi mi wystarczyć – śmieje się Anna Łączkowska. Jej córka wakacje zaczyna ze znajomymi ze szkoły. To jej pierwszy wyjazd tak daleko od domu. Ze Zwierzyńca do Sewilli jest ponad 3,5 tys. km. To dwa dni jazdy autokarem. Miała być krótka podróż samolotem, ale koronawirus zmienił plany. – Najważniejsze jest bezpieczeństwo – mówi Waldemar Gardiasz, dyrektor Zespołu Szkół Drzewnych i Ochrony Środowiska w Zwierzyńcu.

Kilka dni przed wyjazdem w sali gimnastycznej opowiada o szczegółach. Widok niezwykły. Całą przestrzeń wypełniają 32 ponumerowane stoliki, oddalone od siebie o kilka metrów. Każda ławka to miejsce dla ucznia i jego rodziców. Większość ma maseczki. Dyrektor stoi na środku ze słuchawką z mikrofonem. Przypomina, że wyjazd na europejskie staże zawodowe jest realizowany w ramach programu Erasmus+. – Projekt jest medialny, pieniądze są unijne, dlatego bądźcie przygotowani na zdjęcia i filmy. To, co będziecie robić w Sewilli, pokażemy później w sieci – mówi dyrektor. Apeluje, by pamiętać o zabraniu maseczek, kremów z filtrem do opalania i okularów przeciwsłonecznych. – To już kupiłam, ale nadal mam za mało przewiewnych ubrań – martwi się Zosia Łączkowska, pierwszoklasistka. Do tej pory była na wymianie szkolnej w Niemczech i obozie językowym na Słowacji. – Teraz znów mam okazję podszlifować angielski. I cieszę się, że jadę na praktyki, bo poćwiczę to, czego uczymy się na lekcjach ochrony środowiska – dodaje.
Pytam mamę, czy w związku z koronawirusem nie boi się puścić córki do Hiszpanii. Tuż przed wyjazdem ogłoszono, że w Polsce jest prawie 36 tys. zakażonych, a w Hiszpanii ponad 250 tys. Liczba ofiar koronawirusa robi jeszcze większe wrażenie. Gdy w Polsce jest ich 1,5 tys., tam już ponad 28 tys. – W Zwierzyńcu co prawda jest mniej skupisk ludzkich niż w Sewilli, ale to niewiele zmienia. Zarazić się można wszędzie. Zresztą, co ma być, to będzie – mówi mama. Dobre rady? – One są na samym końcu. Jeszcze się ich nasłuchasz – mówi z uśmiechem do córki. – O nie! – reaguje Zosia.

Wyjazd w nagrodę

Za wielkim stołem siedzi w przyłbicy Agnieszka Balicka, nauczycielka historii. Przed nią lista uczniów, którzy wyjeżdżają do Hiszpanii. Każdy podchodzi, podpisuje się i dostaje pakiet startowy. To informacje o stażu, dokumenty do wypełnienia i coś jeszcze. – W środku było kieszonkowe. To 350 euro, które mamy do wydania na miejscu. I koszulki z logo Erasmusa w trzech kolorach: białym, zielonym i niebieskim – opowiada Szymon Rak z pierwszej klasy geodezyjnej. – Bardzo chciałem wyjechać i cieszę się, bo nie byłem wcześniej w Hiszpanii. Trochę czytałem o Andaluzji. Wiem, że ten region słynie z pysznych serów. Nie mogę się doczekać wycieczek i atrakcji, o których opowiadał nam dyrektor – mówi Szymon. Mamie obiecał, że będzie do niej pisał. – Wystarczy, że zamelduje mi smsem, że wszystko jest w porządku. Może być nawet jeden wyraz: ok. To w końcu czas, żebyśmy od siebie odpoczęli – śmieje się Magdalena Rak.

Wróćmy do pani od historii. Agnieszka Balicka jest podekscytowana. Po raz pierwszy – jako opiekun – wyjeżdża z uczniami na Erasmusa. Dla szkoły ze Zwierzyńca to już tradycja. Wyjazd na staż zawodowy do Sewilli jest dziewiątym z kolei. – Większość szkół organizuje je w trakcie roku szkolnego, a my celowo wysyłamy uczniów na praktyki w wakacje. To nie zaburza roku szkolnego, a lato spędzają atrakcyjnie – mówi Balicka. Opowiada, że nie każdy uczeń może wyjechać na staż. – Liczą się wyniki w nauce, frekwencja na lekcjach, zachowanie ucznia i poziom znajomości języka obcego. Chcemy promować tych, którzy się starają i dobrze uczą. To motywuje, dlatego wyjazd jest nagrodą. A przy okazji to szansa na eliminowanie nierówności społecznych.

Do naszej szkoły chodzi młodzież z małych miast i wsi. W okolicy nie mają wielu atrakcji, dostępu do dóbr kultury, nie mówiąc już o technologiach. Dlatego wyjazd za granicę i możliwość poznania innych kultur, ludzi, sposobu życia, nowoczesnych technologii to dla tych nastolatków ogromna szansa – tłumaczy Balicka. Jej syn chodzi do tej samej szkoły. Wiosną pisał maturę. Na wymianę Erasmusa jedzie już po raz piąty. – W tym roku nietypowo, bo część osób z powodu koronawirusa zrezygnowała ze stażu i dzięki temu zwolniło się kilka miejsc, więc jadą także maturzyści – mówi. Agnieszka Balicka zachęca rodziców, by wysyłali dzieci na zagraniczne staże. – One uczą zaradności życiowej, pewności siebie, śmiałości. Mateusz w tym roku idzie na studia. Ja się nie martwię, bo skoro dał sobie radę w Niemczech, Hiszpanii czy Anglii, to wiem, że wszędzie sobie poradzi. Potrafi się spakować, gospodarować pieniędzmi, nie boi się rozmawiać w obcym języku. Nie ma w sobie już lęku osoby z małego miasta, która trafia do wielkiej metropolii. Tego nauczyły go te wyjazdy – opowiada.

Urodzinowa niespodzianka

Mateusz Balicki, absolwent klasy informatycznej, tego nie słyszy, a gdy go zagaduję, dorzuca: – To bezcenne doświadczenie zawodowe. Przez te kilka lat miałem praktyki w różnych miejscach: serwisach komputerowych, firmie zajmującej się oprogramowaniem czy innej, która opracowała system śledzenia pojazdów. Jestem pewny, że dzięki stażom znacznie łatwiej było mi przygotować się do matury.

Pytam, czy myśli o pracy za granicą. – Kocham Polskę i tu chciałbym pracować. Tu mam rodzinę, tu jest mój Szczebrzeszyn. Ale to, co widziałem w firmach na Zachodzie, ich sposób pracy i jej organizacji, można przenieść do nas, więc na pewno będę z tego doświadczenia korzystał – zapowiada Mateusz. Jako uczestnik kolejnych wyjazdów na staże w ramach programu Erasmus+ podkreśla: – Fajne jest to, że mamy za sobą kogoś, kto pilnuje, aby firma przyjmująca na praktyki, nie zrobiła z nas osób do podawania kawy. Partner zagraniczny słucha naszych skarg i rozlicza rzetelnie firmę, z którą zawarto umowę.

Inny maturzysta, Mateusz Grzywna, z jednego z wcześniejszych wyjazdów najmilej wspomina niespodziankę. – W dniu moich 18. urodzin dostałem bilet na mecz Sewilli w Lidze Europy. Dla mnie to było ogromne przeżycie, bo na co dzień sędziuję mecze. Byłem na wielkim stadionie, gdzie panowała fantastyczna atmosfera, aż czuć było jak wszystko dookoła dudni. W Hiszpanii jest zupełnie inna kultura kibicowania – emocjonuje się. Z Sewilli zapamiętał jeszcze świetne jedzenie. – Kucharka pokazała nam, jak się robi tamtejsze gołąbki owinięte liśćmi winogron. Zdecydowanie bardziej mi smakowały niż nasze polskie. Po powrocie z Hiszpanii zacząłem jeść w domu krewetki i ośmiorniczki, tylko u nas nie można dostać takich małych jak tam.

Nauczyciel też się uczy

W tym roku do Sewilli ze Zwierzyńca na cztery tygodnie wyjeżdża 32 uczniów i troje nauczycieli. Wszyscy na staż zawodowy. – Ja też się mogę nadal czegoś nauczyć – mówi Aleksandra Juśko, nauczycielka przedmiotów zawodowych w klasach geodezyjnych. – To mój drugi wyjazd w roli uczestniczki. Poprzednio trafiłam do biura projektowo-architektonicznego w Anglii, gdzie mogłam lepiej poznać program Autocad, na którym pracuję w szkole. Przydało mi się to później na lekcjach, kiedy mogłam pokazać uczniom nowinki, których nauczyli mnie pracownicy biura – dodaje Juśko. Jej kolega, matematyk i informatyk, jedzie na staż po raz trzeci. – Jestem po studiach informatycznych, ale nigdy nie pracowałem w zawodzie. Do niedawna myślałem, że mogę pokazać uczniom, jak się rozkręca sprzęt komputerowy, ale nie opowiem im, jak będzie wyglądała np. praca w serwisie komputerowym czy firmie wykorzystującej nowoczesne technologie. Dziś już to wiem, bo dzięki praktykom poznałem to od podszewki. Pierwszy raz w życiu rozkręcałem Maca za 50 tys. zł. Poznałem inny sprzęt, zdobyłem większe doświadczenie w jego obsłudze, dowiedziałem się też, ile zarabia się w innych krajach. Ale swojej pracy nie porzucę. Jestem bardzo sentymentalną osobą. Do tej szkoły chodzili moi dziadkowie, bracia, ojciec, a wujek był tu nauczycielem – mówi Jakub Szuty.

Największy sukces? – W Niemczech odbywałem staż wspólnie z moimi uczniami. To ciekawe doświadczenie, kiedy jesteśmy w tej samej sytuacji. To wtedy przekonałem się do drukarek 3D, które razem z uczniami rozkręcaliśmy na części pierwsze. Po powrocie nasza szkoła kupiła dwie takie drukarki. Teraz, na ich przykładzie, tłumaczę uczniom, czym jest stożek – dodaje Szuty.

Erasmus uratował szkołę

Dyrektor szkoły w Zwierzyńcu cieszy się z wyjazdu do Sewilli. – Myśleliśmy, że w tym roku sobie odpuścimy. Ale w połowie maja rodzice i uczniowie zaczęli pytać o Erasmusa. Partnerzy z Anglii i Niemiec napisali, że ze względu na koronawirusa nie są w stanie zapewnić odpowiednich warunków. Z Hiszpanią było inaczej. Nasz partner zapewnił, że wszystko odbędzie się bezpiecznie. Zgodnie z ich wytycznymi w pokojach sześcioosobowych mogą spać maksymalnie trzy osoby. Jedzenie posiłków musi odbywać się w mniejszych grupach. Podobnie jest z praktykami zawodowymi. Chodzi o to, żeby mniej osób przebywało jednocześnie w tej samej przestrzeni. Wycieczki przenieśliśmy z weekendu na dzień w środku tygodnia, gdy jest mniej ludzi – opisuje Gardiasz. – Gdyby nie projekty Erasmusa, to przy takim niżu demograficznym, jaki mamy od kilku lat, nasza szkoła mogłaby przestać istnieć. Tak stało się z innymi placówkami w okolicy Zwierzyńca.

Dziś słyniemy z wyjazdów na zagraniczne staże. Zależy nam na motywacji uczniów, bo jeśli oni walczą o miejsca, a z naszej szkoły co roku wyjeżdża mniej więcej jedna trzecia uczniów, to przekłada się to na wynik szkoły. Do matury rozszerzonej przystępuje aż jedna czwarta naszych uczniów, co w technikach nie jest pospolite. I to mnie cieszy, bo Erasmus pozwala pozyskać lepszą młodzież. Ta pozwala osiągnąć lepszy wynik. A lepsze wyniki to silniejsza konkurencja. I każda ze stron jest zadowolona. Rodzic, bo wysyła dziecko do ciekawej szkoły. Nasi maturzyści, bo są szczęśliwi po kilku latach spędzonych u nas. A my cieszymy się, bo jako mała szkoła, która ma ok. 130 uczniów, realizujemy projekty, dzięki którym możemy się ciągle rozwijać.

Zdjęcie: Szymon Łaszewski

Ich przepis na sukces


Gromnik i Radom. Te dwie miejscowości leżą w innych województwach (małopolskie i mazowieckie), różni je czynnik demograficzny, infrastrukturalny i gospodarczy. Tym, co je łączy, jest udział mieszczących się tam placówek edukacyjnych w projekcie „Ponadnarodowa mobilność uczniów”.

Zespół Szkół w Gromniku oraz Zespół Szkół Ekonomicznych w Radomiu złożyły formularze zgłoszeniowe w ramach I naboru i, otrzymawszy dofinansowanie, z sukcesem zrealizowały zaplanowane przedsięwzięcia. Celem ich zagranicznych wyjazdów były Portugalia i Hiszpania. Dziś, po zakończeniu działań projektowych, koordynatorzy przedsięwzięć, Patrycja Kubicz i Aneta Styrkowiec z placówki w Gromniku oraz Ewa Nowak ze szkoły w Radomiu, zgodziły się podzielić swoimi doświadczeniami.

Skąd pozyskali państwo informacje o projekcie „Ponadnarodowa mobilność uczniów”?

Patrycja Kubicz, koordynator przedsięwzięcia, Zespół Szkół w Gromniku: Informacja o projekcie została przesłana mailem przez członka zespołu FRSE. Nasze dane kontaktowe dostępne były w bazie beneficjentów wcześniejszych projektów POWER i Erasmus+, ponadto otrzymujemy newsletter.

Ewa Nowak, koordynator przedsięwzięcia, Zespół Szkół Ekonomicznych w Radomiu: Informację pozyskaliśmy ze strony internetowej FRSE przy okazji pracy nad projektami Erasmus+.

Czy przygotowanie wniosku aplikacyjnego sprawiło jakiekolwiek trudności?

Aneta Styrkowiec, opiekun przedsięwzięcia, Zespół Szkół w Gromniku: Nie, ponieważ wykorzystaliśmy doświadczenie zdobyte podczas aplikowania do programów Erasmus+ oraz POWER. Przy uzupełnianiu wniosku uwzględniliśmy wskazówki z „Przewodnika dla wnioskodawców”, znajdującego się na stronie internetowej projektu. Naszym zdaniem najistotniejszy jest temat, który wzbudza zainteresowanie młodzieży, fascynuje nauczycieli i przynosi korzyści wykraczające poza edukację. W przypadku naszego projektu uczestnicy pochylali się nad problemami środowiska.

EN: Dużym ułatwieniem było to, że limit znaków w danej tabeli był znacznie większy niż w przypadku formularza do Erasmus+, co pozwoliło na precyzyjną i pełną wypowiedź. Muszę przyznać, że spędziłam nad wnioskiem wiele godzin. Czasem dzwoniłam do opiekuna lub do przedstawicieli FRSE zajmujących się poszczególnymi kwestiami. Zdecydowanie łatwiej pracowało mi się nad formularzem zgłoszeniowym do II edycji projektu. Pragnę podkreślić, że bardzo przydatne były informacje, które wynosiłam ze spotkań informacyjnych organizowanych przez FRSE. Zachęcam wszystkich zainteresowanych do uczestnictwa w nich.

Jaka była reakcja społeczności szkolnej na zakwalifikowanie się do projektu? Czy uczniowie chętnie zgłaszali się do udziału w przedsięwzięciu?

PK: Opublikowaniu wyników naboru towarzyszyła ogromna radość, ale także obawa w obliczu czekającego nas wyzwania. Dyrekcja, nauczyciele i uczniowie z zaciekawieniem dopytywali o szczegóły przedsięwzięcia. Wszyscy dostrzegli możliwości rozwoju związane z udziałem w projekcie, a w szczególności korzyści płynące ze wspólnej nauki w zagranicznej szkole.

EN: Reakcja była bardzo pozytywna. Uczniowie bardzo chętnie zgłaszali się do udziału. Myślę, że olbrzymią zachętą była wyjątkowo ciekawa destynacja mobilności – Hiszpania. Dla większości naszej szkolnej społeczności to była szansa na pierwszy w życiu wyjazd zagraniczny. Największe obawy budziła kwestia języka. Dlatego też duży nacisk położyliśmy na przygotowanie językowe.

Zorganizowanie takiego wyjazdu wymaga sporo pracy. Jak radzili sobie państwo z tym przedsięwzięciem?

AS: Zadania projektowe rozdzielone zostały pomiędzy kilka osób. Koordynator dbał o spójność działań i terminowość. Nauczyciel języka angielskiego troszczył się o kontakty z portugalskim partnerem. Opiekun młodzieży zajął się logistyką wyjazdu (hotel, wyżywienie, bilety). Rozliczenie projektu należało do zadań księgowej. Ogromne znaczenie w organizacji przedsięwzięcia miała wizyta przygotowawcza u zagranicznego partnera.

EN: Było trochę trudności ze zorganizowaniem przejazdu, bo odległa destynacja wymagała czteroetapowej podróży, a należało się zmieścić w budżecie. Jako koordynator pozostawałam w stałym kontakcie z biurem, które organizowało mi bilety, i wyczekiwaliśmy na najbardziej intratne ceny poszczególnych przewoźników. Pozostawałam też w stałym kontakcie z koordynatorem ze szkoły goszczącej, który na bieżąco doradzał mi w kwestiach organizacyjnych, co stanowiło nieocenioną pomoc. Aby usprawnić działania i uczynić współpracę obu stron bardziej efektywną, duży nacisk położyliśmy na kontakty i poznanie się młodzieży jeszcze przed wyjazdem. Dzięki temu obie strony były dobrze przygotowane do realizacji działań od pierwszego dnia pobytu.

Jak przebiegła sama mobilność? Co państwa pozytywnie zaskoczyło? Czy pojawiły się jakieś trudności?

PK: Zaplanowane działania projektowe zostały w pełni zrealizowane. Ważną rolę odegrał profesjonalizm partnera zagranicznego, który już miał doświadczenie w realizacji innych międzynarodowych inicjatyw, np. Erasmus+. Dla nas jako pedagogów pozytywnym zaskoczeniem było merytoryczne przygotowanie portugalskich nauczycieli, którzy prowadzili wspólne zajęcia w interesujący sposób, wykorzystując nowoczesne technologie. Niektóre pomysły zaadaptowaliśmy w naszej szkole. Odmienna kultura, z jej przywiązaniem do tradycji i jednocześnie otwartością na nowoczesność to również pozytywne aspekty. Trudności w realizacji programu kulturalnego i warsztatów przewidzianych na świeżym powietrzu wiązały się jedynie z niesprzyjającą pogodą.

EN: Mobilność przebiegała bez zakłóceń. Na bieżąco monitorowaliśmy postępy w działaniach projektowych i odpowiednio moderowaliśmy aktywności na kolejny dzień. Ważna jest swego rodzaju elastyczność koordynatorów i beneficjentów oraz gotowość do wprowadzania drobnych zmian w harmonogramie. Czynnikami warunkującymi nasze działania są choćby warunki atmosferyczne, nastroje w grupie, tempo pracy i jej efektywność. Bardzo miłym zaskoczeniem była gościnność i otwartość jej mieszkańców, którzy wykazywali też zainteresowanie naszym krajem i charakterem naszej wizyty. Rodziny goszczące (nauczyciele ze szkoły partnerskiej) były przemiłe i zaangażowane. Myślę, że nawiązały się relacje, które mają sporą szansę na przetrwanie pomimo upływu czasu i odległości geograficznej.

Obcy kraj, inny język, odmienna kultura. Jak uczniowie odnaleźli się w nowej sytuacji?

AS: Po odpowiednim przygotowaniu w kraju uczestnicy czuli się na tyle pewnie, że kontakt z rówieśnikami i nauczycielami nie sprawiał im trudności. Duże wrażenie zrobiła na uczniach architektura Porto, jego ciekawe położenie oraz portugalska kuchnia. Pomimo różnic kulturowych młodzież dobrze odnajdywała się w tamtejszej rzeczywistości. Uczniowie, pytani o to, co najbardziej zapamiętali z wyjazdu, mówią o ogromnej życzliwości i otwartości Portugalczyków. W czasie pobytu nawiązali wiele przyjaźni.

EN: Z uwagi na miejsce realizowania mobilności faktycznie było to bardzo ciekawe doświadczenie kulturowe. Olbrzymim atutem wyjazdu był przywilej mieszkania u rodzin goszczących. Wiele elementów lokalnej rzeczywistości polską młodzież oraz nas, opiekunów, zaskoczyło. Mam tu na myśli potrawy, architekturę, organizację szkoły, plenery, obyczaje. Aczkolwiek bardzo szybko przyjęliśmy je jako fakt, staraliśmy się dostosować. Uczniowie z Polski byli otwarci i elastyczni. Dzięki licznym zajęciom integracyjnym młodzież szybko przełamała barierę językową i pokonała różnice kulturowe. Pomogła także nowoczesna technologia, w tym komunikatory internetowe. Uczniowie i nauczyciele łatwo nawiązali kontakty i mogą je podtrzymać do dziś. Wiem, że jeden chłopiec dostał zaproszenie od hiszpańskiego kolegi na kolejną wizytę w czasie wakacji.

Państwa przedsięwzięcie przebiegło bardzo pomyślnie i zostało uznane przez FRSE za przykład dobrej praktyki. Jakich rad udzieliliby placówkom zastanawiającym się nad aplikowaniem w kolejnym naborze wniosków?

PK: Po pierwsze, nie bać się. Mieć odwagę zmierzyć się z czymś nowym, nieznanym. Istotne jest znalezienie niezawodnego i kompetentnego partnera. Dobrym miejscem do takich poszukiwań są platformy eTwinning oraz School Education Gateway. Przepis na sukces: interesujący temat, jasno sprecyzowane cele, trafny dobór narzędzi ewaluacyjnych oraz skuteczny plan promocji i upowszechniania rezultatów.

EN: Kluczem do sukcesu przedsięwzięcia jest skorelowanie wielu czynników. Dobrze, by główny temat działań, ich forma były inspirujące dla obu szkół i korelowały z zainteresowaniami bezpośrednich beneficjentów oraz ich ścieżką kształcenia. Jeśli tylko jest taka możliwość, polecam wykorzystywanie sprawdzonych kontaktów międzynarodowych, a nie np. szukanie nowych, anonimowych szkół na różnego rodzaju forach. Wydaje mi się, że pozwoli to uniknąć niemiłych niespodzianek. Sprawna komunikacja w języku obcym zarówno koordynatorów, jak i uczniów, także jest kluczowa. Podobnie jak odpowiedni dobór młodzieży. Moja grupa była zróżnicowana. Założeniem przedsięwzięcia było to, że jadą bardzo dobrzy uczniowie, niesprawiający problemów wychowawczych, oraz młodzież z niską motywacją do nauki, z dużą absencją, z trudną sytuacją rodzinną, a także ze specjalnymi potrzebami z uwagi na dysfunkcje zdrowotne. Pomysł się sprawdził, ponieważ ci uczniowie „silniejsi” pomagali „słabszym”, byli dla nich motorem napędowym i motywacją. Na etapie rekrutacji zadbano o to, by wybrany zespół był spójny mimo różnorodności. Drugim opiekunem grupy została osoba bardzo energiczna, mówiąca dobrze po angielsku, z doświadczeniem w podróżach zagranicznych, nawiązująca dobre relacje z uczniami. Myślę, że ta decyzja także wpłynęła na to, że podczas mobilności było bezpiecznie, wesoło i przyjaźnie.

A gdybyście mieli podsumować projekt „Ponadnarodowa mobilność uczniów” w trzech słowach, jakie skojarzenia padłyby z państwa ust?

PK i AS: Szansa, przygoda, rozwój.

EN: Przygoda, edukacja, rozwój poprzez doświadczenie.

Dodatkowe informacje o naborze można znaleźć tutaj: https://www.frse.org.pl/artykul/nauczycielu-pokaz-nam-europe/

Rozmawiała: Małgorzata Kocon
Zdjęcie: archiwum organizatora

Science Marathon online


Anglojęzyczny maraton naukowy zdalnie? Jak najbardziej! Taki „wyścig mądrych głów” odbył się w Zespole Szkół Ogólnokształcących numer 1 w Raciborzu (woj. śląskie) jako jedna z inicjatyw realizowanych w ramach programu Erasmus+. Do internetowych zmagań przystąpiło czterdziestu uczniów.

Rywalizacja przebiegała z wykorzystaniem programu Google Classroom, którego młodzież używała w czasie pandemii na co dzień do nauki zdalnej. Jak przystało na maraton, zadań, z którymi musieli zmierzyć się uczestnicy, było bardzo dużo i wymagały szerokiej wiedzy – zarówno z nauk ścisłych, jak i humanistycznych. Licealiści musieli wykazać się znajomością różnych dziedzin: biologii, chemii, ekonomii, fizyki, informatyki, literatury oraz matematyki. Do rozwiązania były 42 zadania w ciągu pięciu godzin.

Do biegu, gotowi, start!

Pierwszy etap maratonu odbył się w maju, a poziom rywalizacji był na tyle wyrównany, że konieczna okazała się dogrywka. Co liczyło się najbardziej? Czas, prawidłowe odpowiedzi i skuteczny plan działania.

Komisja wyłoniła szesnastu finalistów. Pierwsze miejsce zajęły ex aequo Maria Kazimierczak i Dominika Ściepura. Kolejne wyniki osiągnęli: Łukasz Chluba, Michał Rębisz, Anna Kazimierczak, Paulina Otlik, Katarzyna Psota, Magdalena Górecka, Antoni Belik, Aleksandra Poloczek, Jakub Giemza, Aleksandra Koloska, Adam Bętkowski, Łukasz Dłubacz oraz Łukasz Gawron. Stawkę zamknęła Julia Gorgoń z klasy 1 M.

Pytania do maratonu układali sami nauczyciele. Przygotowywali się do tego podczas anglojęzycznego kursu poświęconego technologiom informacyjno-komunikacyjnym na Malcie, w ramach projektu „Lepsza szkoła – lepsza przyszłość. Podniesienie kompetencji i jakości pracy nauczycieli Zespołu Szkół Ogólnokształcących numer 1 w Raciborzu”. Szkoła nie omieszkała oczywiście pochwalić się tym wydarzeniem na swoich profilach w mediach społecznościowych, co przyjęło się z bardzo pozytywnym odbiorem uczniów.

A jak Science Marathon oceli sami jego uczestnicy? Po zakończeniu przyznali, że był to prawdziwy maraton nie tylko z nazwy! Tyle zadań i to z tak różnych przedmiotów to przecież nie lada wysiłek. Co do jednego byli całkowicie zgodni: warto się w tej sposób sprawdzać, a przy okazji przeżyć fajną przygodę i zdobyć cenne doświadczenie.

Autor: Michał Śmierciak

Dieta dla aktywnych


Przez miesiąc prowadzili dzienniczki, w których zapisywali, co jedzą, piją, jaki wysiłek fizyczny wykonują. Uczniowie z Lublina zaangażowali się w projekt „Eat healthier, live for the best”

Grupa dziewcząt i chłopców ze starszych klas Społecznej Szkoły Podstawowej im. S.F. Klonowica ma w planach wyjazd do portugalskiej miejscowości Esposende w ramach projektu „Eat healthier, live for the best”. Dostać się na listę szczęśliwców nie było łatwo, bo o wszystkim decydował wewnątrzszkolny konkurs. Do udziału w przedsięwzięciu zakwalifikowali się ci uczniowie, którzy przez 30 dni najlepiej prowadzili dzienniczki diety i aktywności fizycznej, w językach polskim i angielskim.
– Ocenialiśmy zawartość merytoryczną, kreatywność i estetykę prac – podkreśla Dorota Mazurek, koordynatorka projektu. Gotowe dzienniczki zostały wyeksponowane w szkole na specjalnym stoisku.

Zmiana nawyków

Uczniowie zaangażowali się na tyle mocno, że choć dziś nie są już do tego zobowiązani, wciąż starają się sięgać po zdrowe jedzenie. Dla szóstoklasisty Jana Kujki-Dąbkowskiego prowadzenie zapisków było nie tylko okazją do nauki angielskiego, ale też do zmiany nawyków żywieniowych. – Efekty już widzę. Jem mniej słodyczy – stwierdza uczeń. Jego koleżanka, Anna Szwajka, nie ukrywa, że pisanie dzienniczka wymagało dużo pracy. – Zdałam sobie jednak sprawę, że nie jem tak zdrowo, jak mi się wydawało, i już wiem, co powinnam poprawić w swojej diecie – przekonuje.
Dyrektorka szkoły Virginia Sitarz patrzy na projekt szerzej. – Chodzi nie tylko o zdrowe jedzenie, ale też o lepsze życie. To od dzieci zaczynają się zmiany. Zaniosą je do swoich domów i rodzin – podkreśla. Prozdrowotne i proekologiczne działania w szkole prowadzone są zresztą od dawna. W budynku znajduje się dystrybutor z wodą, w automatach nie ma przekąsek ze zbyt dużą ilością cukru. W programie nauczania są zajęcia z przyrody i zdrowego żywienia, uczniowie uprawiają też swoje minipoletko.

Walczymy z otyłością

Projekt „Eat healthier, live for the best”, realizowany w ramach programu Erasmus+, jest również odpowiedzią na pogłębiający się wśród młodzieży problem otyłości. – Wprowadzenie w życie zdrowych nawyków to jedno. Odrębną kwestią
są jednak atakujące zewsząd reklamy, które w atrakcyjny sposób promują słodycze, przekąski, napoje – przekonuje Dorota Mazurek. Dlatego tak ważne jest, że w ramach projektu dzieci miały warsztaty, podczas których uczyły się między innymi, jak odróżniać informację od manipulacji.

Surfing nad oceanem

– „Eat healthier, live for the best” to także okazja do doskonalenia języka angielskiego i otwarcie się na kultury i kuchnie świata – wskazuje Virginia Sitarz. Projekt wiąże się z podróżami i rewizytami zagranicznych partnerów. W planach, poza Portugalią, jest wyjazd uczniów do Włoch i Turcji. Obecnie, ze względu na stan pandemii, wyjazdy zostały przesunięte o rok. – Będę miał okazję poznać rówieśników z innych krajów. Mieszkając u ich rodzin, zobaczę, co jedzą i jak żyją – ekscytuje się uczeń szóstej klasy. Już wiadomo, że w Portugalii młodych ludzi z Lublina czeka także… nauka surfingu. Partnerska szkoła znajduje się bowiem w miejscowości położonej nad oceanem!

Poradnik dla każdego

W Lublinie już gościli nauczyciele z krajów biorących udział w działaniach. W czasie ich wizyty zapadły szczegółowe ustalenia dotyczące przebiegu przedsięwzięcia. – Nie ukrywam, że chcieliśmy połączyć efekt dydaktyczny z zapewnieniem przyjemności uczniom – dodaje Virginia Sitarz.

Projekt zakończy się w maju 2021 roku. Podsumowaniem będą film i publikacja o zdrowym stylu życia (z zestawem sprawdzonych przez uczniów zaleceń) wraz z informacjami o zagrożeniach i chorobach wynikających ze złego odżywiania. Poradnik będzie dostępny w formie elektronicznej w języku angielskim oraz w językach szkół partnerskich dla rodziców, uczniów i nauczycieli oraz wszystkich zainteresowanych.

Zdjęcie: Dorota Mazurek

Na pierwszej linii frontu


Terroryzm chemiczny, biologiczny, radiologiczny, jądrowy. Z myślą o radzeniu sobie z takimi wyzwaniami Uniwersytet Łódzki z partnerami – m.in. policją – zrealizował projekt „CBRN-POL”. Rezultaty przydały się w walce z COVID-19

Patrol wpada do biura urzędników. Przerażona kobieta wskazuje policjantom kolegę z pracy, który pokasłuje przy stole i gorączkowo pociera twarz dłonią – aż go skręca z duszności. Dowódca przygląda się notatnikowi należącemu do słaniającego się mężczyzny. Czy między jego stronami ktoś wcześniej umieścił trujący proszek?

Biurowy minithriller

Tak zaczyna się jeden z filmów instruktażowych, opracowanych w ramach polsko-cypryjsko-belgijskiego projektu „CBRN-POL”. Dzięki nagraniu oglądający utrwalają sobie kolejność działań w miejscu ataku biologicznego. Chodzi m.in. o odizolowanie pracowników biura i o złożenie raportu przełożonemu, który przyśle na miejsce specjalistów.
Co w sytuacji z biurowego minithrillera mógłby jeszcze zrobić prawdziwy patrol? Gdyby oficer dowodzący uważnie przeczytał podręcznik wydany dzięki „CBRN-POL”, zapewne zacząłby wyjaśniać, kiedy doszło do podrzucenia proszku, aby wstępnie rozpoznać rodzaj substancji.

Zamiast terrorystów pojawił się COVID-19

Za filmami i podręcznikiem stoi konsorcjum z Uniwersytetem Łódzkim (UŁ) na czele. Wydział Biologii i Ochrony Środowiska UŁ był do sierpnia 2019 r. koordynatorem projektu prowadzonego przez trzy lata w partnerstwie z polską Komendą Główną Policji (reprezentowaną przez Centralny Pododdział Kontr-terrorystyczny Policji „BOA”), dwoma ośrodkami badawczymi z Cypru i Belgii oraz z policją w tych krajach. Część zadań projektowych zlecono byłym żołnierzom jednostki specjalnej „GROM”.

CBRN w nazwie projektu (z jęz. angielskiego: Chemical, Biological, Radiological, and Nuclear) oznacza zagrożenia chemiczne, biologiczne, radiologiczne i jądrowe. Jego autorzy chcieli przede wszystkim przekazać policjantom wiedzę o tym, jak CBRN mogą wykorzystać terroryści. Ale wkrótce po zakończeniu projektu najbardziej aktualne stało się zagrożenie biologiczne wywołane przez naturę…

Profesor Michał Bijak z Centrum Zapobiegania Zagrożeniom Biologicznym UŁ wskazuje, że w obliczu pojawienia się koronawirusa SARS-CoV-2, powodującego COVID-19, niezwykle przydatne okazały się dla policji materiały dotyczące środków ochrony osobistej, organizacji stref bezpieczeństwa i dekontaminacji (usuwania substancji szkodliwych oraz ich skutków). Z kolei podręcznik dla oficerów patroli wyjaśnia, jak rozprzestrzeniają się patogeny powodujące dotychczas największe spustoszenie (dżuma, ospa prawdziwa) lub mające taki potencjał (ebola). Po co taka wiedza policjantom? Autorzy projektu z UŁ przekonują, że często to właśnie funkcjonariusze z patroli jako pierwsi przyjeżdżają na miejsce zdarzenia.

Policja jest na miejscu

W ramach „CBRN-POL” powstały nie tylko podręczniki i filmy. Projekt dał też szansę na wyszkolenie funkcjonariuszy-trenerów z trzech krajów. Na zajęciach praktycznych ćwiczyli oni m.in., jak stosować środki ochrony osobistej: specjalistyczne maski, okulary i stroje ochronne. Teraz przekazują zdobytą wiedzę w macierzystych formacjach. – Szkolenie dało mi możliwość wzięcia udziału w zajęciach praktycznych, ale również nawiązania kontaktu z jednostkami policji z różnych krajów i porównania ich sposobów nauczania oraz reagowania – mówi st. asp. Artur Pinkowski, młodszy wykładowca Zakładu Służby Kryminalnej Szkoły Policji w Pile.

Sukces przedsięwzięcia zrealizowanego w ramach Erasmus+ Kształcenie i szkolenia zawodowe zdopingował naukowców z Łodzi do podjęcia kolejnych działań związanych z tematyką CBRN. UŁ przewodzi międzynarodowemu projektowi, który ma pomóc uchronić centra handlowe przed atakami terrorystów. Tym razem wsparcie zapewni Internal Security Fund, unijny program służący wzmacnianiu bezpieczeństwa wewnętrznego

Zdjęcie: CBRN-POL

Senior z przyszłością


Edukatorzy z Hiszpanii, Niemiec i Włoch połączyli siły w Elblągu. Zorganizowali warsztaty robienia zdjęć, storytellingu i obsługi multimediów, by przeciwdziałać wykluczeniu osób starszych i zachęcić ich do wolontariatu

Samotność i brak aktywności to najczęstsze problemy, z jakimi borykają się seniorzy. Ich odsetek w polskim społeczeństwie od 30 lat rośnie, a co za tym idzie – zwiększa się skala problemów dotykających ludzi w wieku 60+. Do poczucia opuszczenia i alienacji przyczynia się też brak szerokiej oferty skierowanej do tej grupy społecznej. Inicjatywy, która sprzyjałaby aktywności nie tylko fizycznej, ale też intelektualnej, twórczej oraz związanej z postępującą cyfryzacją i nowymi technologiami.
Centrum Spotkań Europejskich „Światowid” w Elblągu postanowiło zrobić coś z tym problemem – razem z zagranicznymi partnerami zorganizowało projekt „Elbląscy edukatorzy dla seniorów/Elbląg educators for seniors”, skierowany do seniorów oraz instruktorów opracowujących i realizujących dla nich ofertę kulturalno-edukacyjną.
– Zależało nam, aby osoby starsze miały dostęp do programu pozwalającego na wielokierunkowy rozwój. Zaproponowaliśmy także nowe zajęcia, z sukcesem realizowane w krajach partnerów, by rozwinąć wolontariat senioralny – wyjaśnia Aleksandra Bednarczuk, koordynatorka projektu.

Europejscy edukatorzy, łączcie się!

W projekcie biorą udział trzy instytucje z Europy: Asociación de Innovación, Formación y Empleo para el Desarrollo Sostenible z Hiszpanii, EURO-NET z Włoch oraz International Exchanges Berlin Molinari & Benedetti GbR z Niemiec. Znaczna część działań skierowana jest do edukatorów, którzy przygotowują ofertę dla osób starszych. – W ramach zajęć pokazowych dla seniorów zrealizowanych we współpracy z hiszpańskim partnerem odbyły się warsztaty fotograficzne. Animatorzy z Niemiec przybliżyli nam z kolei tajniki skutecznego uczenia, a włoscy szkoleniowcy – metody storytellingu, również z użyciem nowoczesnych narzędzi jak smartfon – opowiada Dagmara Behrendt-Nowicka, asystentka projektu.
Warsztaty multimedialne miały za zadanie umożliwić seniorom zdobycie praktycznej wiedzy z zakresu technologii cyfrowych, niezbędnej do funkcjonowania we współczesnym świecie. Warsztaty fotograficzne zaś – rozwój pasji i naukę obsługi nowoczesnego sprzętu.

Z korzyścią dla społeczeństwa

Rezultatem projektu będzie także powstanie sieci wolontariatu senioralnego w CSE „Światowid” oraz Klubu Aktywnego Seniora. Zakres działań stopniowo ma się rozszerzyć na cały
region. Aleksandra Bednarczuk, koordynatorka, jest pełna optymizmu: – Wolontariat umocni wizerunek seniora jako osoby pogodnej i pełnej energii. Umożliwi też społeczności lokalnej włączenie się w życie swojego bloku, osiedla, dzielnicy. Będzie impulsem do sąsiedzkiej integracji. Wolontariusze mają kontakt z ludźmi w różnym wieku i szansę na spożytkowanie swojej wiedzy (wiążącej się często z wykonywanym wcześ­niej zawodem) w praktyczny sposób, np. w trakcie prowadzonych korepetycji. Dla osób samotnych
jest to też okazja do nawiązania znajomości.

Zaangażowanie i ofiarność

Elbląską inicjatywę komplementuje dr Nina Woderska, ambasadorka Elektronicznej platformy na rzecz uczenia się dorosłych w Europie (EPALE), doświadczona edukatorka seniorów. – Wolontariat daje szansę na włączenie się w życie społeczne, ogranicza też stereotypy dotyczące wieku. Seniorzy pragną pomagać innym, także spoza kręgu rodziny, chcą się czuć potrzebni, nadać swojemu życiu sens, mieć poczucie kreacji i sprawstwa. Nie chcą być tylko odbiorcami różnych działań. Wolą, by inni postrzegali ich jako osoby, które ofiarowują swój czas, doświadczenie i wiedzę – zauważa. – „Elbląscy edukatorzy dla seniorów” to projekt, który kompleksowo odnosi się do tematu wolontariatu senioralnego. Pamiętajmy, że wiedza, umiejętności i postawa kadry mają kluczowe znaczenie dla koordynacji i powodzenia tego typu działań – dodaje.

Projekt jest realizowany przy wsparciu programu Erasmus+ Edukacja dorosłych w ramach Akcji 2. Partnerstwa strategiczne na rzecz edukacji dorosłych. Wysokość dofinansowania to prawie 55 tys. euro, przedsięwzięcie potrwa do listopada
Zdjęcie: Aleksandra Bednarczuk

Jak uwolnić szczęście?


Co powoduje, że czujemy się szczęśliwsi? Odpowiedzi na to pytanie szukają uczestnicy warsztatów dla specjalistów pracujących z seniorami w Gdyni

Wąchamy. W nosy wnika delikatna mgiełka dobrze znanego zapachu. Co to jest? Tymianek, oregano, mięta? Nie, to rozmaryn! A zgadywanka zapachów to jedna z błyskawicznych, pięciominutowych gier demonstrowanych przez Mojcę Vukovič z Uniwersytetu Ludowego w Rogaškiej Slatinie ze Słowenii. Pomagają one trenować pamięć w codziennym życiu. – Ludzie uwielbiają takie ćwiczenia, a im jesteśmy starsi, tym bardziej mogą one nam pomóc zachować sprawność umysłu – wyjaśnia Vukovič. Jak przekonuje, w przypadku osób starszych ważne jest, aby łączyć systematyczną aktywność fizyczną z treningiem pamięci. Wystarczy poświęcić pięć minut przed ćwiczeniami fizycznymi lub w ich trakcie na krótką zabawę. Polecenie może na przykład brzmieć tak: powtórz zdanie: „Kocham spędzać czas w Gdyni”, ale zrób to wspak. Oj, nie jest to takie łatwe!

Z Mojcą spotykamy się na pięciodniowych warsztatach wymiany dobrych praktyk, zorganizowanych w ramach projektu „Go Out And Live…”* w Gdyni. Wśród uczestników są trenerzy sportowi, pracownicy organizacji pozarządowych, dietetycy, edukatorzy z uniwersytetów trzeciego wieku oraz seniorzy z kilku krajów. Przyjechali po to, by uczyć się od siebie, jak udoskonalać swoją pracę z osobami starszymi.

Gdyńskie poruszenie

Wszystko zaczęło się w 2013 roku – wówczas w Gdyni wystartował program „Gdyńskie Poruszenie”. Miejscy urzędnicy zaoferowali seniorom zumbę, pilates, nordic walking, jogę, fitness – bezpłatnie i na terenie całego miasta. Choć według badań zdecydowana większość osób starszych w Polsce nie uprawia sportu, nie chodzi do kina ani na koncerty – okazało się, że w Gdyni wygląda to inaczej. – Gdyński senior jest specyficzny. Wie, co się dzieje, jest aktywny, nie boi się wyjść do ludzi. Na zajęciach zumby królowały radość i energia! – przekonuje Magdalena Klimaszewska, kierownik Działu Projektów Unijnych i Sportowo-Rekreacyjnych w Gdyńskim Centrum Sportu (GCS). – Zajęcia cieszyły się ogromną popularnością. Przed pandemią na każde spotkanie przychodziło około 130 osób – mówi z entuzjazmem Aleksandra Wójcik, koordynatorka programu z GCS. Cała Hala Lekkoatletyczna GCS wypełniała się intensywnie pomarańczowymi matami seniorów. Obecnie, ze względu na koronawirusa, zajęcia zostały zawieszone. Mają zostać wznowione tak szybko, jak będzie to możliwe. Program „Gdyńskie Poruszenie” jest realizowany online: trenerzy nagrywają filmiki, które umieszczają na Facebooku i stronie Gdyńskiego Centrum Sportu.

To właśnie duże zainteresowanie ofertą skłoniło gdyńskich działaczy do sięgnięcia po wsparcie programu Erasmus+. – Dzięki „Go Out And Live…” możemy udoskonalać miejską ofertę dla seniorów – mówi Agnieszka Białas, koordynatorka projektu. Jednym z jego efektów jest Przewodnik dobrych praktyk zawierający wskazówki do pracy z seniorami, dotyczące wspierania ich aktywności fizycznej, prawidłowej diety, ćwiczeń pamięci oraz nawiązywania kontaktów. Dzięki współpracy z ekspertami z innych krajów – takimi jak Mojca Vukovič – na lekcje zumby patrzy się już nie tylko jak na zajęcia taneczne, ale jak na ruchową grę pamięciową. Trenerzy sportowi wprowadzają gry pamięciowe przed ćwiczeniami lub w ich trakcie. Gdy tylko sytuacja na to pozwoli – tego rodzaju ćwiczenia uzupełnią ofertę bezpłatnych zajęć fizycznych dla osób starszych w całym mieście.

Żywienie ma znaczenie

Dzięki projektowi seniorzy nauczą się również zdrowo jeść. To dla nich ważne, bo często – szczególnie gdy wdowieją – tracą motywację do tego, aby przygotowywać wartościowe posiłki i przerzucają się na garmażerkę. Czwartego dnia warsztatów w ramach „Go Out And Live…” Agnieszka Danielewicz, dietetyk ze Stowarzyszenia „Jestem Ważny”, pokazywała uczestnikom projektu, jak rozmawiać z seniorami o odżywianiu, by zachęcić ich do dbania o zdrowie. Ekspertka zaproponowała metodę małych zmian w codziennych praktykach kulinarnych. Tłumaczyła, jak objaśniać starszym osobom sposoby dobierania produktów do posiłków w taki sposób, by wspomagać proces leczenia. Dała też wskazówki, które pomogą seniorom nie zagubić się podczas codziennych zakupów.

„Szczęście istnieje i każdy ma je w sobie – trzeba je tylko uwolnić, na co doskonałym sposobem jest rekreacyjne uprawianie sportów, zapewniające życiowy entuzjazm w każdym wieku” – czytamy na stronie internetowej Gdyńskiego Centrum Sportu. Codzienny zastrzyk endorfin i dbałość o zdrowe odżywianie to tamtejsza recepta na bolączki osób starszych, takie jak samotność, brak motywacji i kłopoty zdrowotne.

*Pełny tytuł projektu: „Go Out and Live – creating conditions conducive to maintaining the highest quality of seniors’ lives”
Zdjęcie: Dawid Kowalski

Wszystko dla czytelników


Jak stworzyć bibliotekę marzeń? Taką na miarę XXI wieku, z wykorzystaniem najnowszych technologii, z udogodnieniami dla osób niepełnosprawnych i innowacyjnymi formami wypożyczania książek? Takie zadanie postawili przed sobą lubelscy bibliotekarze

Wyobraźmy sobie publiczną bibliotekę miejską, która oferuje wspaniały wybór literatury pięknej i edukacyjnej, gazet oraz czasopism, mediów i muzyki, dostęp do internetu oraz elektronicznych baz danych, a także usługi dla niewidomych i niedowidzących czytelników. Wypożycza także czytniki e-booków, gry planszowe, zabawki, pomoce dydaktyczne, notebooki. Szczyci się innowacyjnymi formami udostępniania, jak Tramwaj Czytelników, samoobsługowe wypożyczanie książek, wrzutomaty. Bibliotekę, która organizuje programy kulturalne i edukacyjne dla mieszkańców, ale też dla profesjonalistów, w której standardem jest wydzielony kącik do zabawy dla dzieci i Family Point oraz mnóstwo propozycji dla seniorów.
Nie, to nie fantazja, tak wygląda założona w 1921 r. Miejska Biblioteka Publiczna im. Jiříego Mahena w Brnie − największa tego typu placówka
na Morawach i druga co do wielkości w Czechach.

Mobilny bibliotekarz

Pracownicy Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej im. H. Łopacińskiego w Lublinie, szukając inspiracji, nawiązali partnerstwo z czeską biblioteką. Skorzystali z programu Erasmus+, a bezpośrednio
do napisania wniosku skłoniło ich szkolenie informacyjne FRSE, zorganizowane podczas Warsztatów Kultury w Lublinie. – Pomyśleliśmy: dlaczego nie?! Zrobiliśmy szybką diagnozę, czego w naszej bibliotece brakuje, i wyszło, że współpracy międzynarodowej – wspomina Joanna Chapska, pomysłodawczyni i koordynatorka projektu „Mobilny bibliotekarz”.

Roczne przedsięwzięcie zakończyło się w maju 2020 r. Jego uczestnicy – kadra lubelskiej placówki – wzięli udział m.in. w kursie angielskiego oraz pojechali do Brna, by na własne oczy przekonać się o zaletach tamtejszej biblioteki. – To był czas na obserwacje, pytania, przełamywanie barier językowych i kulturowych – mówi Joanna Chapska. Jej współpracownicy podkreślają też zalety poznawania – dzięki obserwacji – pracy na danym stanowisku.

Stwórzmy trzecie miejsce

– Nie mam wątpliwości, że biblioteka to przestrzeń idealna dla edukacji dorosłych. Tu mogą się oni wciąż uczyć, ale też uczestniczyć w różnych działaniach. Współczesna biblioteka ma dawać dostęp do wiedzy, informacji, kultury i technologii – mówi Monika Schmeichel-Zarzeczna, ambasadorka EPALE, historyczka sztuki, animatorka i bibliotekarka.
Według niej biblioteka może być tzw. trzecim miejscem aktywności (poza domem i pracą). Często dopiero w dorosłym życiu ludzie znajdują czas na odkrywanie swoich talentów, a w książnicach można wiele: organizować warsztaty, kursy komputerowe, zajęcia z robotyki. Popularne stają się też grywalizacja, e-learning i nauka języków. Biblioteki mogą również stanowić przestrzeń integracji społeczności lokalnych. W małych miejscowościach są często jedynym miejscem aktywności kulturalnej, twórczej, a przede wszystkim edukacyjnej.

Pomysły do ściągnięcia

Uczestnicy projektu „Mobilny bibliotekarz” bardzo skorzystali na wizycie w brneńskiej placówce. – Uświadomiłam sobie, jak wiele mamy do zrobienia. Seniorzy powinni być postrzegani w bibliotekach jako ważna grupa docelowa – zauważa Ewa Hadrian, jedna z uczestniczek. Inna, Bożena Lech-Jabłońska, podkreśla, że ważne dla niej było przyjrzenie się pracy czeskich partnerów na rzecz lokalnej społeczności. – Wyciągnęłam wnioski: musimy być bardziej otwarci na potrzeby pasjonatów, miłośników regionu. Tym bardziej, że WBP jest centralną biblioteką dla województwa lubelskiego.

Projekt „Mobilny bibliotekarz” realizowany był w ramach Akcji 1. Mobilność kadry edukacji dorosłych programu Erasmus+. Działania trwały od czerwca 2019 r. do maja 2020 r., wartość przedsięwzięcia wyniosła 23 tys. euro. Więcej na stronie: https://bit.ly/2WjXrgH
Zdjęcie: Grzegorz Winnicki

Online nie znaczy samotnie


Chodziło o współpracę i porozumiewanie się, o pokazanie studentom, że kiedy pracuje się w grupie, można wykorzystywać wiele różnych talentów – mówi Katarzyna Radke, anglistka z Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu (UAM), entuzjastka programu Erasmus+ Virtual Exchange

W ciągu kilku tygodni dzięki wirtualnej wymianie udało nam się poznać studentów i studentki ze Szwecji i z Argentyny. Z koleżanką mamy zaproszenia do Malmö i Buenos Aires – mówi Martyna Górska, studentka I roku studiów uzupełniających z zakresu turystyki na UAM w Poznaniu.

Martyna kilka lat mieszkała za granicą, lubi poznawać ludzi z innych krajów. Kocha tango i argentyńską kuchnię, od lat marzy o wyjeździe do Ameryki Południowej. Nic dziwnego, że nie zwlekała ani chwili, gdy dowiedziała się, że może wziąć udział w projekcie wirtualnej współpracy na UAM.
– W ramach lektoratu języka angielskiego stworzyliśmy kilkuosobowe grupy i za pomocą narzędzi do komunikacji online realizowaliśmy projekty na zadany wcześniej temat. Nasza grupa składała się z trójki Szwedów, dwóch Polek i dwóch Argentynek – tłumaczy.

Więcej nas łączy, niż dzieli

Tysiące kilometrów, inne strefy czasowe, różnice kulturowe. Wspólnie mieli opracować pomysł na prezentację swoich miast. Efektem ich kilkutygodniowej pracy oraz godzin spędzonych na wideokonferencjach jest anglojęzyczny blog „Hidden treasures in Buenos Aires, Poznan and Malmö” („Ukryte skarby Buenos Aires, Poznania i Malmö”).

Szybko okazało się, że chociaż są z trzech różnych krajów, to więcej ich łączy, niż dzieli. – Na początku byłam sceptycznie nastawiona do współpracy. Problemem wydawała się pięciogodzinna różnica czasowa między Europą i Argentyną. Ale im bardziej się poznawaliśmy, tym lepiej ich rozumiałam. Z czasem wszyscy zaczęliśmy się otwierać, zrzucać maski. Za to Argentynki od początku były otwarte. Pamiętam ich radość, kiedy dowiedziały się, że w Poznaniu jest mural papieża Franciszka, na którym przedstawiony jest jako Superman – mówi Martyna. Wspomina, że paradoksalnie zbliżyła ich też epidemia koronawirusa. Porównywali decyzje władz i życie w swoich krajach w czasie pandemii i badali, jak w ich miastach temat COVID-19 zainspirował artystów street artu.

Nie ma przeszkód, są możliwości

Patrycja Werner, koleżanka Martyny ze studiów, w ramach projektu wirtualnej wymiany Erasmus+ znalazła się w grupie, którą tworzyli studenci z Poznania, holenderskiego Utrechtu i fińskiego miasta Jyväskylä. – Najpierw skontaktowaliśmy się e-mailowo, potem założyliśmy grupę na WhatsAppie. Dzięki niej utrzymujemy kontakt do dziś. Do wspólnej pracy wykorzystywaliśmy początkowo platformę Zoom, ale ostatecznie najwygodniejszy okazał się dla nas Microsoft Teams – tłumaczy.

Patrycja uważa, że udział w takich projektach to przede wszystkim świetna okazja do ćwiczenia języka angielskiego. Przed rozpoczęciem projektu bała się, że jej angielski może okazać się za słaby. – Nie jest najgorszy, ale wiedziałam, że na przykład Holendrzy biegle się nim posługują. Tymczasem okazało się, że nie miałam większych problemów z językiem i wcale tak bardzo nie odstawałam od grupy. Jeśli się chce, naprawdę się da. Do tego trafiłam na naprawdę świetnych ludzi, zaangażowanych, entuzjastycznych, wyrozumiałych – wyjaśnia.

Nauka języka to tylko początek

– Pomysł wirtualnej wymiany nie jest nowy. Pierwsze próby podejmowano pod koniec lat 90. Chodziło o to, aby osoby uczące się języka hiszpańskiego w Stanach Zjednoczonych mogły porozmawiać z tymi, dla których jest to język ojczysty. I na odwrót – tłumaczy Katarzyna Radke z Zespołu Języka Angielskiego Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, która koordynowała oba opisane wcześniej projekty. Później technika ta zaczęła być wykorzystywana także w innych dziedzinach – porozumiewali się w ten sposób ze sobą studenci medycyny, budownictwa i innych kierunków, pochodzący z różnych krajów.

– Dla mnie wszystko zaczęło się dwa lata temu na konferencji w Łodzi. Wtedy po raz pierwszy usłyszałam o wirtualnej wymianie. Dowiedziałam się, że dzięki niej studenci, którzy nie skorzystali z wyjazdu zagranicznego w ramach klasycznej wymiany Erasmusa+, też mają szansę doświadczyć korzyści współpracy międzynarodowej. Wirtualna wymiana w ramach programu Erasmus+ Virtual Exchange trwa zwykle od 4 do 8 tygodni i rzeczywiście daje szansę wszystkim zainteresowanym – mówi Katarzyna Radke.

– Uświadomiłam sobie, że można uczyć studentów języka nie tylko poprzez teorię, ale dać im możliwość wykorzystania tego wszystkiego w praktyce. Sprawdzenia, czy są w stanie się porozumieć – tłumaczy. Jej zdaniem ważne jest uzmysłowienie studentom, że dadzą sobie radę i pokonają wszelkie trudności – związane z barierą językową, ale również zrozumieniem innej kultury czy wykorzystywaniem internetowych narzędzi komunikacji.

*Virtual Exchange
Program, dotowany z budżetu UE, umożliwiający uczestnikom z Europy i krajów południowego regionu Morza Śródziemnego poznanie się oraz rozwój kompetencji – za pomocą bezpiecznej platformy wideokonferencyjnej online.
W jego ramach można m.in. realizować projekty nt. dialogu międzykulturowego, organizować szkolenia z opracowywania projektów wirtualnych wymian, szkolenia z prowadzenia debat i inne.
Kto może wziąć udział? Osoby w wieku 18–30 lat, młodzież, pracownicy młodzieżowi, pracownicy organizacji młodzieżowych, studenci i pracownicy uczelni. Warunek: znajomość języka angielskiego co najmniej na poziomie B1.
Miejsce spotkań:  Online, na specjalnej platformie. Wymiana doświadczeń ma miejsce poprzez dialog i interakcję z innymi uczestnikami.
Jak aplikować?  Możesz zostać uczestnikiem wymiany albo facylitatorem: moderatorem, tutorem i trenerem w jednym – osobą, która wspomaga uczestników w procesie uczenia się. Więcej na: https://europa.eu/youth/erasmusvirtual-projects_en
Termin: nabór stały
Źródło: eurodesk.pl