Cały ten jazz


Kuba Więcek – saksofonista, kompozytor jazzowy, producent muzyczny. Ma 25 lat i za sobą projekty z artystami z całej Europy, nagrodę Fryderyka oraz ambitne plany na przyszłość. Studia muzyczne odbył w Danii, ale na Erasmusa przyjechał… do Krakowa

W 2017 roku wydałeś debiutancki album „Another Raindrop”, za który otrzymałeś Fryderyka w kategorii „Debiut roku”. Co oprócz pracy i talentu doprowadziło cię do tej nagrody?
Dla mnie najważniejsze w muzyce są relacje międzyludzkie. To one poszerzają horyzonty, pozwalają tworzyć nowe rzeczy. Wszystko,
co mam, zawdzięczam innym ludziom. Gdyby nie oni, nigdy nie otrzymałbym żadnej nagrody, nie dostawałbym zaproszeń na festiwale.

Czyli dzisiaj nie wystarczy po prostu być dobrym muzykiem i czekać, aż zostanie się zauważonym?
Nie, trzeba tworzyć relacje z innymi twórcami. Wszystko, czego pragniemy, możemy osiągnąć tylko wtedy, gdy damy sobie ku temu okazję. Nie można siedzieć i czekać. W muzyce stwarzanie okazji polega na wychodzeniu z inicjatywą, by grać
z wieloma artystami.

Po liceum wyjechałeś na studia muzyczne do Rhythmic Music Conservatory w Kopenhadze. Czy tam właśnie poznałeś artystów, którzy cię zainspirowali?
Zaraz po liceum pojechałem na studia do Amsterdamu, z których jednak po roku zrezygnowałem. Następnie dostałem się do szkoły w Kopenhadze. Jeśli chodzi o studia muzyczne – Dania zdecydowanie się wybija. Studiowanie muzyki w Polsce, Holandii czy USA wygląda podobnie. Dania ma na to oryginalny sposób. Chodzi o wolność. Od początku kładzie się nacisk na to, by pozostać sobą. Gdzie indziej zazwyczaj najpierw trzeba solidnie nauczyć się podstaw, a dopiero potem można iść we własnym kierunku. W Danii można było od razu zmierzać w swoją stronę. W całej szkole było mniej więcej 300 osób, z czego około 20–30 muzyków grało jazz. Miałem kontakt z producentami muzycznymi i songwriterami. Ludzie byli niesamowicie zróżnicowani, dzięki czemu nauczyłem się wielu nowych rzeczy. Co więcej – na początkowych zajęciach zespołowych były osoby, które nie umiały czytać nut! Gdy się o tym dowiedziałem, zastanawiałem się, czy nie tracę czasu na granie z ludźmi, którzy nie mają podstaw. Dopiero potem zrozumiałem, że mimo braku znajomości nut muzycznie robią oni dużo ciekawsze rzeczy niż ja. Bardzo mnie to otworzyło.

Ty miałeś solidne podstawy – byłeś po szkole muzycznej.
Tak. Chociaż moje początki też nie były różowe. Moja mama jest pianistką i uczy w szkole muzycznej. Gdy byłem dzieckiem, zaproponowała mi, żebym zaczął na czymś grać. Wybór padł na wiolonczelę. To był jednak czas, kiedy bardziej interesowały mnie gry komputerowe. Po pięciu latach w szkole muzycznej chciałem zrezygnować, ale mama zasugerowała zmianę instrumentu. Zacząłem zatem grać na saksofonie, ale dalej nie sprawiało mi to szczególnej radości. Aż do momentu, gdy cztery lata później spotkałem w moim mieście – Rybniku – ekipę, z którą stworzyłem pierwszy zespół.

I to był przełom?
Zaczęliśmy razem grać. Raz na próbie koledzy powiedzieli, żebym coś zaimprowizował. A ja w zasadzie nigdy w życiu nie improwizowałem muzycznie! I w tym momencie poczułem, że to jest to. Uzależniłem się od bycia tu i teraz, które daje improwizacja. Od tego momentu muzyka stała się dla mnie ważna. Dzięki niej wciąż poznaję też nowych ludzi i sporo podróżuję.

Studiując już w Danii, wziąłeś udział w programie Erasmus+ i… przyjechałeś do Polski.
W Danii pracowałem z wieloma muzykami nad najróżniejszymi projektami. Wyjazd na Erasmusa do Akademii Muzycznej w Krakowie dał mi możliwość powrotu do tworzenia z polskimi artystami. Mogłem dokończyć projekty, nawiązać nowe współprace, zadbać o to, by pewne relacje nie wygasły.

W jakie projekty jesteś obecnie zaangażowany?
Ostatnie trzy lata były dla mnie bardzo intensywne. Brałem udział w nagraniach ponad 20 płyt z różnymi zespołami. Z większości
projektów jednak zrezygnowałem i obecnie skupiam się na własnych planach. Pół roku temu postanowiłem poświęcić się produkcji i teraz zajmuję się głównie muzyką elektroniczną.
Jazz nie zniknął z mojego życia, korzystam ze wszystkiego, co mi dał, ale idę dalej. Wciąż współpracuję z różnymi muzykami, ale jestem bardziej otwarty na wokalistów i raperów. Poza tym większość kawałków nagrywam sam w domowym studio.

Wywodzisz się jednak z jazzu. Wydawało mi się zawsze, że to muzyka dla koneserów. Czy coś się w tej kwestii zmienia?
Na pewno zmienia się sposób, w jaki młodzi muzycy jazzowi się promują. Nie da się ukryć, że jazz zawsze był dosyć ascetyczny. Muzycy stali na scenie ze swoimi instrumentami, stateczni… Brakowało show. Dzisiaj artyści stają się odważniejsi. Rozumieją, że to, jak muzyk zachowuje się podczas koncertu czy jak wygląda, jest istotne. Kluczowa zmiana jest widoczna także w podejściu jazzmanów do samej muzyki. Zauważyli, że popularna współcześnie muzyka elektroniczna sporo z tego jazzu czerpie. I że oni w takim razie też mogą inspirować się elektroniką. Dzisiejszy świat muzyki pełen jest wzajemnych wpływów i nawiązań. I to jest świeże. Czysty jazz w pewnym momencie stał się dla mnie zbyt przewidywalny. Muzyka elektroniczna natomiast otwiera szersze spektrum możliwości, jest bardziej różnorodna, i to bywa niesłychanie atrakcyjne.

Jakie masz zatem plany na najbliższą przyszłość?
Chcę współpracować z raperami, a także nagrać płytę z moim trio. Razem z Piotrem Orzechowskim planujemy również nagrać coś w duecie. Zamierzam skupić się na tworzeniu muzyki elektronicznej. Myślę, że nie chciałbym za 10 lat tyle koncertować, ile grałem przez ostatnie lata, czuję się tym trochę zmęczony. Teraz zdecydowanie skupiam się na komponowaniu.

Rozmawiała Katarzyna Rodacka – korespondentka FRSE
Zdjęcie: Marcin Giba

Bezinteresowna radość podróżowania


Zaczynała od wędrówek, które przerodziły się w pasję odkrywania świata. Dziś Magdalena Żelazowska mieszka w Nowym Jorku, pracuje dla Polskiej Organizacji Turystycznej, pisze. Erasmus pomógł jej rozwinąć skrzydła

Są osoby, dla których podróże to męcząca konieczność. Dla pani podróżowanie jest pasją. Z czego ona się rodzi? Czy jest to coś, co nosi się w sobie od dziecka, czy też inspiracja przyszła później?
Myślę, że jedno i drugie. W moim życiu na pewno pojawiły się osoby, które zachęciły mnie do podróży, ale taka inspiracja musi paść na podatny grunt. Znam wielu ludzi, którzy mają duże możliwości wyjazdów, ale z nich nie korzystają, co dla mnie, pasjonatki podróży, jest niezrozumiałe.
Jedną z osób, które wpłynęły na mnie już we wczesnym dzieciństwie, była moja mama. Tuż po okresie transformacji i otwarciu polskich granic zaczęła jeździć na wycieczki, bo chciała zobaczyć wreszcie Europę. Przywoziła pamiątki i pocztówki, które budowały we mnie chęć poznania świata.
Ważną rolę odegrała też moja wychowawczyni w szkole podstawowej, która organizowała dla nas mnóstwo wycieczek, często pieszych, po okolicznych miejscowościach. To pokazało mi, że podróżować można zawsze, niezależnie od sytuacji.

Kiedy przestała pani jedynie myśleć o podróżach, a zaczęła po prostu wyjeżdżać?
Gdy dostałam się na studia do Warszawy, otworzyły się przede mną nowe możliwości. Studiowałam lingwistykę stosowaną na Uniwersytecie Warszawskim. Uczyłam się angielskiego i niemieckiego. Od początku studiów sama też nauczałam języków obcych w szkołach językowych, a wszystko, co zarobiłam, wydawałam na wakacyjne podróże. Były to często wyjazdy z biurami studenckimi – organizowane małym kosztem, z noclegami w różnych dziwnych, skromnych miejscach. Uznałam wówczas, że to jest czas, być może jedyny w życiu, kiedy mam długie wakacje. Postanowiłam wykorzystać go najlepiej, jak potrafię.

Na studiach pojawił się temat Erasmusa…
W tamtych czasach popularny był film „Smak życia”, opowiadający o studentach Erasmusa w Barcelonie. Na tyle urzekł mnie ten obraz, że też chciałam wyjechać do Hiszpanii, ale ponieważ nasz instytut nie miał odpowiednich umów, próbowałam załatwić sobie miejsce na uczelni w Barcelonie za pośrednictwem innych wydziałów. To natomiast wiązało się z koniecznością opłacenia sobie wyjazdu samemu. Urzeczona wizją przygód w słonecznej Hiszpanii byłam gotowa to zrobić. Wtedy jednak przyszła odpowiedź z mojego instytutu, że dostałam się na stypendium do Niemiec. Uznałam, że spróbuję – i ostatecznie byłam bardzo zadowolona, choć zupełnie inaczej wyobrażałam sobie ten kraj. Niemcy mnie pozytywnie zaskoczyły. W Hildesheim, w Dolnej Saksonii, studiowałam językoznawstwo. W ramach programu mogłam wybrać dowolne, interesujące mnie przedmioty. Zdecydowałam się na zajęcia, które zahaczały o medioznawstwo i kreatywne pisanie, co później bardzo mi się przydało w życiu zawodowym.

W jaki sposób?
Udało mi się połączyć zamiłowanie do podróżowania z pasją do pisania o podróżach. Wcześniej myślałam, że zawodowo będę tłumaczem, a ostatecznie trafiłam do świata mediów i marketingu.
Na piątym roku zaczęłam pracę w wydawnictwie Bauer i coś, co początkowo miało być bezpłatnym stażem, przerodziło się w kilkuletnią przygodę, a później już właściwie nadało kierunek mojemu zawodowemu życiu. Po Bauerze zaczęłam pracę w grupie portali Interia.pl i tam usłyszałam historię dziewczyny, która pracowała w tej samej firmie. Postanowiła wraz z mężem, że chcą zamieszkać w jakimś innym miejscu. Wybrali wyspę Bali w Indonezji i tam ułożyli sobie życie od nowa. Zrobili to pod wpływem impulsu. Wydawało mi się, że jest to odważna decyzja, i zastanawiałam się, jak to jest, że niektórzy z nas decydują się porzucić schemat, w którym żyją. Schemat, który przecież wcale nie musi być zły, może być bardzo wygodny i uporządkowany. Nawiązałam z tą dziewczyną kontakt. Przeprowadziłam z nią rozmowę i zamieściłam na swoim blogu. Wywiad ten cieszył się sporym zainteresowaniem czytelników. Okazało się też, że moja rozmówczyni ma przyjaciółkę zajmującą się prowadzeniem hoteli na Malediwach. Ta zaś miała siostrę, która mieszka w Pekinie. Od słowa do słowa sieć kontaktów poszerzała się. Rozmowy czytały się dobrze, zaczęłam więc pisać dla różnych portali i magazynów, a potem opublikowałam książkę „Rzuć to i jedź”, która była pokłosiem przeprowadzonych wcześniej wywiadów. Całość została wydana przez National Geographic.

Nie kusiło pani, żeby zrobić tak jak jedna z bohaterek książki? Żeby na stałe znaleźć sobie nowe miejsce w świecie?
Nigdy o tym nie myślałam, nie interesowało mnie to. Ostatecznie jednak tak się właśnie stało, przynajmniej czasowo. Dosłownie na tydzień przed ukazaniem się książki, w marcu 2018 roku, pojawiła się możliwość wyjazdu na kontrakt zagraniczny i pracy w Nowym Jorku dla Polskiej Organizacji Turystycznej. Umowa kończy się w sierpniu przyszłego roku i zobaczymy, co będzie dalej. Nie ukrywam, że przede mną trudna decyzja, bo trafiłam do wspaniałego miejsca i sama praca też bardzo mi się podoba.

Czyli może kiedyś zmieni pani zdanie i znajdzie swoje miejsce z dala od Polski?
Moim miejscem na świecie jest Polska. Bardzo lubię nasz kraj i nigdy nie odczuwałam potrzeby opuszczania go. Wyjechałam do Nowego Jorku, bo taka propozycja nie zdarza się często. I z takich szans się korzysta. Nie szukam jednak miejsca, które Polskę miałoby zastąpić. Wyjazd do USA, tak jak wszystkie inne moje podróże, wynikał z chęci cieszenia się światem, poznawania nowych miejsc i ludzi. Sprawia mi przyjemność podziwianie, jak ten świat jest różnorodny i piękny.

A gdy wraca pani ostatecznie do domu, co pani czuje?
Myślę, że to wrażenie powrotu bywa inne w zależności od tego, skąd się wraca i jak długo się w domu nie było. Ale znaczenie ma też najbliższa perspektywa. Jeśli wracamy z urlopu i wiemy, że teraz czeka nas np. pół roku siedzenia w biurze, to czasami pojawia się żal, że wakacje już się skończyły. Jeżeli natomiast wyjazdów było dużo, to czuje się czasem ulgę, że można pomieszkać w domu. Teraz, kiedy żyję pod presją czasu i końca kontraktu, bywa, że wracam i już planuję kolejny wyjazd, bo chcę zobaczyć jak najwięcej. Szybko rodzą mi się też pomysły dotyczące kolejnych miejsc do odwiedzenia.

Prowadzi pani jakąś ich ewidencję? Jakiś notes ze spisanymi wyprawami?
Im częściej pisałam o podróżach, tym więcej dostawałam zaproszeń na wyjazdy prasowe.
Gdy podpisałam kontrakt, spirala wyjazdów i podróży zaczęła się sama nakręcać. I muszę przyznać, że nieco zaniedbałam ewidencjonowanie moich wypraw, bo nie mam na to czasu. Ostatecznie chyba już wyrosłam z tego etapu, gdy wszystko spisywałam i zawsze przywoziłam pamiątkę.

Istnieje długofalowy plan kolejnych wyjazdów?
Lista krajów, które chciałabym odwiedzić, oczywiście jest. Teraz, będąc w USA, staram się poznać jak najlepiej ten kraj. Marzę o tym, żeby przed powrotem do Polski wybrać się na Alaskę i Hawaje, zobaczyć słynne południe Ameryki. Te bardziej długofalowe cele, odłożone w szufladzie, czekają na swoją kolej.

Czy aktualna sytuacja na świecie, związana z koronawirusem, zmieni coś w naszym stylu podróżowania?
Myślę, że tak. Wyjazdy stały się trudniejsze. I zapewne trochę będziemy musieli zmienić podejście do podróży. Zawodowo zajmuję się turystyką i mogę powiedzieć, że wspólnie z organizacjami turystycznymi z innych krajów ustaliliśmy, że teraz skupiamy się na promowaniu wyjazdów indywidualnych. Wypraw blisko domu, na łono natury. Czyli raczej nie do dużych skupisk ludzi, a z dala od miast. To sprzyja prostocie podróżowania. Przez ostatnie kilkanaście lat przyzwyczailiśmy się do stawiania dużych wymagań co do kierunku, jakości podróży i tego, co otrzymujemy w zamian za wydane pieniądze. Gdzieś chyba zagubiliśmy bezinteresowną radość podróżowania. Myślę, że obecna sytuacja zmusi nas do tego, żeby sobie przypomnieć, jak to jest rozpalić ognisko na rodzinnym biwaku albo pomoczyć nogi w jeziorze i złowić rybę. I na takie wyjazdy nie trzeba dużych pieniędzy. Warto pamiętać o tym, że nie musimy wyjeżdżać daleko, żeby przeżyć coś nowego, poznać i odkryć ciekawe miejsca.

Rozmawiał Jacek Łosak – korespondent FRSE
Zdjęcia: archiwum prywatne

Północ Południe


Julia Kapała w ramach programu Erasmus+ studiowała arabistykę w… Helsinkach. Naukę arabskiego kontynuowała w Jerozolimie. Z akademika musiała się przenieść do pokoju w palestyńskiej dzielnicy – przeszła w ten sposób od uniwersyteckiej teorii do życiowej praktyki

Skąd pomysł na Izrael?
Po trzecim roku filologii arabskiej na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu musiałam odbyć praktyki. Znalazłam je przez organizację studencką, która przygotowywała wyjazdy do Izraela i Palestyny. Przed samym rozpoczęciem stażu miałam tak zwany tydzień zapoznawczy, w czasie którego podróżowałam po Izraelu i poznawałam historię konfliktu palestyńsko-izraelskiego. Same praktyki trwały miesiąc i polegały na pracy dla jednej z organizacji pozarządowych działającej w Hajfie. Zakochałam się w tym miejscu. Pięć tygodni minęło szybko i bardzo chciałam tam wrócić, dowiedzieć się więcej, więcej się nauczyć. Wówczas postanowiłam znaleźć jakiś program magisterski w Izraelu.

Zanim jednak do tego doszło, wybrałaś przeciwny, dość egzotyczny kierunek na poszukiwanie wiedzy o kulturze arabskiej.
Tak naprawdę wszystko rozpoczęło się trzy lata wcześniej. Zawsze chciałam studiować filologię i zawsze interesował mnie świat arabski. To był więc naturalnie mój pierwszy wybór kierunku studiów, ale jednocześnie złożyłam papiery na prawo i inne wydziały, na które także udało mi się dostać. I pojawił się w dylemat, czy filologia arabska na pewno jest dobrym pomysłem? Ostatecznie jednak zainteresowania przeważyły szalę. Wierzyłam, że warto studiować coś, co mnie pasjonuje.
Na uczelni dowiedziałam się, że istnieje możliwość wyjazdu w ramach Erasmusa i od razu chciałam skorzystać z tej opcji. Do wyboru miałam wówczas Helsinki i Istambuł. Podejmując decyzję, patrzyłam na poziom nauczania, który w Finlandii jest bardzo wysoki. Turcja za to nigdy nie leżała w kręgu moich zainteresowań. Wybrałam Uniwersytet w Helsinkach, które, paradoksalnie, wydały mi się bardziej egzotyczne. Uznałam, że pewnie normalnie nigdy tam nie pojadę. Załatwiłam formalności, otrzymałam potwierdzenie, że zostałam przyjęta, i ruszyłam na północ.

Finlandia wydawała ci się egzotyczna, ale sama nauka arabskiego w Skandynawii brzmi jeszcze bardziej osobliwie. Jak to wyglądało?
Większość zajęć była prowadzona po angielsku. W przypadku arabskiego sposób nauczania okazał się ciekawszy niż w Polsce. U nas mieliśmy dużo przedmiotów filologicznych, np. fonetykę czy gramatykę opisową. Dodatkowo różni wykładowcy zajmowali się różnymi rzeczami i nie mieli usystematyzowanego programu. Każdy w praktyce robił coś innego. W Helsinkach mieliśmy jednego wykładowcę od języka i przez to całość była bardziej logicznie ułożona. Chodziłam też na zajęcia, podczas których tłumaczyliśmy pisma staroarabskie. Przez rok nauki rozwinęłam umiejętności językowe, a dodatkowo podszlifowałam angielski.

Czy ten rok w Finlandii został ci zaliczony przez UAM?
Tak. Było z tym jednak nieco biegania. Po przyjeździe do Finlandii trzeba było pozapisywać się na zajęcia, ustalić dokładny program, zweryfikować, czy wszystko się zgadza, żeby po powrocie zajęcia mogły zostać zaliczone przez polską uczelnię. Ostatecznie jednak udało się ogarnąć temat. Dodatkowo, ponieważ to był mój trzeci rok studiów, w trakcie wyjazdu pisałam pracę licencjacką. Promotor zgodził się, żebyśmy robili to zdalnie, i dzięki temu po powrocie mogłam się obronić.

I tak wracamy do zakończenia trzeciego roku i praktyk w Izraelu. Zanim jednak pojechałaś znów do Ziemi Świętej, upłynęło nieco czasu.
Miałam za sobą bardzo intensywny rok i czułam, że potrzebuję przerwy od nauki, od uniwersytetu. Uznałam, że warto spróbować nieco popracować i odłożyć trochę pieniędzy na kolejny pobyt w Izraelu. Wyjechałam więc do Szkocji, gdzie mieszkała moja siostra. Pracowałam tam przez pół roku w supermarkecie.

Udało ci się odłożyć wystarczająco pieniędzy?
Zdecydowanie nie. Wyjazd na studia do Izraela był już prywatną inicjatywą, więc od początku do końca sama musiałam ponieść wszelkie koszty. Na Erasmusie miałam stypendium, za które pokrywałam choćby opłatę za akademik.
W Izraelu znalazłam angielski program Islamic and Middle Eastern Studies, który kładł duży nacisk na politykę, współczesną kulturę, historię i język. Całość prowadzona była na Rothberg International School, czyli jednym z wydziałów Uniwersytetu Hebrajskiego w Jerozolimie. Poza dostarczeniem standardowych papierów potrzebowałam rekomendacji od dwóch swoich wykładowców. Dostałam je zarówno z Finlandii, jak i z Polski. Musiałam też zdać egzamin językowy IELTS (International English Language Testing System), który akurat wówczas odbywał się w Berlinie. Gdy to wszystko udało się zorganizować, zostałam przyjęta na studia. Ich cena oraz cena akademika były jednak bardzo wysokie, liczone w tysiącach dolarów. Bardzo pomogli mi rodzice.

W końcu trafiłaś tam, gdzie mogłaś zanurzyć się w języku arabskim.
Faktycznie, ze wszystkich dotychczasowych miejsc to właśnie w Izraelu był najwyższy poziom nauki arabskiego. Część zajęć odbywała się
na uczelni palestyńskiej, gdzie miałam okazję uczyć się od native speakerów. Najwięcej językowych umiejętności przyswoiłam jednak
na Uniwersytecie Hebrajskim. Odniosłam wrażenie, że Żydzi do perfekcji opanowali edukację językową. Może to być związane też z tym, że w ich armii, do której trafia prawie każdy młody obywatel, nauka arabskiego jest obowiązkowa.

Jak wyglądało zderzenie z odmienną kulturą?
Na początku wcale tego nie odczułam, bo w akademiku było bardzo europejsko. To zderzenie nastąpiło dopiero wtedy, gdy przeprowadziłam się do palestyńskiej dzielnicy.

Skąd pomysł na taką przeprowadzkę?
Z jednej strony czułam, że gdy mieszkam w bezpiecznej bańce akademickiej, coś mnie omija. Od początku zależało mi na tym, żeby jak najwięcej wydobyć z wyjazdu. Z drugiej strony zostałam niejako zmuszona do wyprowadzenia się. Przez nieporozumienie okazało się, że opłata, jaką uiściłam za akademik, nie pokrywała całego zaplanowanego pobytu. Nagle więc dowiedziałam się, że za tydzień będę w centrum Jerozolimy bez dachu nad głową. Uznałam, że to dobry moment na zmianę, ale też zaoszczędzenie pieniędzy. Koleżanka poleciła mi pewną panią, która wynajmowała pokój na starym mieście w Jerozolimie, ale niestety nie miała wówczas wolnego miejsca. Parę godzin później dostałam jednak telefon od innej kobiety, która dysponowała pokojem. Mieszkanie znajdowało się w dzielnicy palestyńskiej, ale niedaleko od uniwersytetu. Arabka, do której trafiłam, okazała się uroczą, bardzo ciepłą osobą, a pokój był bardzo tani.

Czyli wreszcie miałaś kogoś, z kim mogłaś swobodnie ćwiczyć komunikację?
Tak, ale chociaż starałam się mówić jak najwięcej po arabsku, wcale nie było to takie proste. Zderzenie z rzeczywistością językową było znacznie większym wyzwaniem niż komunikacja w sterylnych, uniwersyteckich warunkach.

Samo mieszkanie w dzielnicy arabskiej musiało znacząco się różnić od pobytu na kampusie.
Oczywiście! Gdy się przeprowadziłam, czułam ekscytację, że będę w bardziej wymagającym środowisku. Wiedziałam, że nie będę na przykład mogła chodzić po ulicy w krótkich spodenkach i z odkrytymi ramionami. Cała Jerozolima jest rygorystyczna pod tym względem – nie tylko dzielnice palestyńskie, ale też ortodoksyjnie żydowskie. Musiałam bardziej uważać na zachowanie. Wśród otaczających mnie ludzi wyróżniałam się też wyglądem: nie tylko kolorem skóry i włosów, ale i ubiorem. Dodatkowo mój pobyt tam zbiegł się w czasie z ramadanem. Każdego wieczora, po dniu postu, była wieczerza. Właścicielka mieszkania prowadziła dom otwarty, przez który przewijało się sporo ludzi. Uważałam na przykład, żeby nie pić przy nich wody w ciągu dnia. Muzułmanie nie mogą tego robić w czasie ramadanu, więc chciałam podkreślić, że szanuję ich tradycję.

Jak długo zostałaś w tym mieszkaniu?
Do końca studiów. Ostatecznie w Izraelu spędziłam prawie półtora roku z jedną krótką przerwą na wyjazd do Polski.

Planujesz powrót?
Bardzo bym chciała. Na razie co prawda życie układa mi się w Polsce. Marzę jednak o tym, żeby kiedyś na dłużej, a może i na stałe, przenieść się do Izraela. Zobaczymy, jak wszystko się potoczy.

Rozmawiał Jacek Łosak – korespondent FRSE
Zdjęcie: Szymon Łaszewski

Sztuczna inteligencja to nie Terminator


Daniel Wiczew, doktorant Politechniki Wrocławskiej, w swoich badaniach sprawdza, w jaki sposób można wykorzystać sztuczną inteligencję przy projektowaniu leków. 26-latek otrzymał właśnie prestiżowe stypendium rządu francuskiego Eiffel Excellence. Doświadczenie zdobywał na praktykach w ramach programu Erasmus+

Francuskie Ministerstwo Europy i Spraw Zagranicznych (MEAE – Ministère de l’Europe et des Affaires Étrangères) przyznaje stypendia najlepszym studentom z zagranicy. W tym roku wpłynęło 1630 zgłoszeń dotyczących osób z całego świata. Znalazłeś się wśród wybranych 53 doktorantów. To wyróżnienie dla młodego naukowca.
Kandydatów do tego stypendium zgłaszają francuskie uczelnie, wybierając spośród magistrantów i doktorantów. Mnie zgłosił Université de Lorraine w Nancy, na którym dwa lata temu odbywałem praktyki w ramach programu Erasmus+. Zgłoszenie zawierało moje osiągnięcia, opis działalności akademickiej oraz szczegóły projektu, który będę realizował podczas pobytu we Francji w ramach Eiffel Excellence. Jednocześnie projekt musiał być częścią mojego doktoratu, zgodnie z ideą podwójnego dyplomu (fr. cotutelle). W Polsce piszę doktorat w dyscyplinie inżynieria biomedyczna pod opieką dr. hab. inż. Sebastiana Kraszewskiego, prof. Politechniki Wrocławskiej na Wydziale Podstawowych Problemów Techniki. W naszym zespole skupiamy się na projektowaniu nowych leków, dzięki którym możliwe będzie leczenie najważniejszych chorób XXI wieku. Jednym z głównych kierunków naszych badań jest błona komórkowa i jej białka transportowe.
We Francji natomiast moim opiekunem będzie prof. Mounir Tarek, jeden z najbardziej cenionych na świecie specjalistów z dziedziny chemii obliczeniowej, biofizyki i modelowania molekularnego. Powinienem wyjechać do Francji w październiku, ale z powodu pandemii SARS-CoV-2 nie wiadomo, co będzie w najbliższej przyszłości. Właśnie załatwiam formalności.

Sztuczna inteligencja, SI (ang. Artificial Intelligence, AI), – dziedzina, którą się zająłeś – przeciętnemu człowiekowi kojarzy się z robotami, które zastępują nas w pracy, albo z filmowym Terminatorem. Co naprawdę kryje się pod terminem SI?
Jest kilka definicji sztucznej inteligencji. To dział nauki, który bada inteligencję u maszyn
w porównaniu z tą wykazywaną przez zwierzęta lub ludzi. Kolokwialnie często jest kojarzona z wykonywaniem przez maszynę czynności typowych dla człowieka – spotykamy się z nią na przykład w samochodach firmy Tesla czy w autonomicznych odkurzaczach, mogących pracować w pomieszczeniu, którego nigdy nie widziały. Pomysłów na wykorzystanie sztucznej inteligencji w codziennym życiu jest coraz więcej. Przybywa ich wraz z rozwojem technologii i ogromnym wzrostem gromadzonych przez ludzi danych. Ta dziedzina nauki rozwija się bardzo dynamicznie i trudno jednoznacznie stwierdzić, w jakim kierunku pójdzie za 50 lat. Można przypuszczać, że w stronę automatyzacji zadań wykonywanych przez ludzi.

Powstanie robot, który będzie umiał współczuć i płakać?
Roboty w filmach i literaturze mają ludzkie uczucia i ludzkie cechy osobowości, potrafią kochać i nienawidzić. To jest jednak medialny przekaz. W praktyce SI to głównie matematyka, znalezienie odpowiednich algorytmów, postawienie hipotezy i polecenie komputerowi wykonania konkretnego i odpowiedniego zadania. Nie mają one woli ani świadomości, co najwyżej mogą dostosować się do nowego środowiska bez ingerencji człowieka.

Zająłeś się wykorzystaniem sztucznej inteligencji w projektowaniu leków. To bardzo chodliwy temat, gdy wszyscy naukowcy szukają lekarstwa na SARS-CoV-2.
W naszym laboratorium, w Katedrze Inżynierii Biomedycznej na Politechnice Wrocławskiej, też się tym zajmujemy, ale ja akurat nie skupiam się na tym temacie. Koncentruję się na użyciu uczenia wzmocnionego (ang. Reinforcement Learning) do przewidywania zachowania białek w błonie komórkowej. Może to pozwolić odgadnąć wpływ mutacji na działanie danego białka, np. wytłumaczyć występowanie zespołu Brugadów (rzadkiej choroby serca o podłożu genetycznym), czy też brak działania lub inne oddziaływanie danego leku na konkretne białko.

A konkretniej i prościej?
Wiele chorób jest połączonych z dysfunkcją pewnego białka, pełniącego określoną rolę w organizmie. Każdy człowiek ma różne mutacje, które mogą powodować lub nie zmiany w działaniu danego białka. Przez to mutacje mogą wywoływać chorobę lub nie. Idea jest taka, by za pomocą sztucznej inteligencji znaleźć lek, który pomoże przywrócić to białko do stanu przed mutacją, jeżeli to dana mutacja spowodowała chorobę. Takich badań jest bardzo mało na świecie. Udało mi się znaleźć około ośmiu publikacji wydanych w ciągu 20 lat. Jest to bowiem bardzo skomplikowany temat, wymagający obliczeń i komputerów dużej mocy. Droga jest taka, by każdemu pacjentowi chorującemu na konkretny rodzaj choroby zapewnić lek działający najbardziej efektywnie dla danej mutacji. Jest to nazywane medycyną precyzyjną.

Współczesny naukowiec nie ma zatem nic wspólnego z wizerunkiem brodatego pana spędzającego czas nad księgami czy w laboratoriach? Tobie do pracy wystarczy dostęp do internetu i połączenie z komputerem dużej mocy? Teoretycznie mógłbyś pracować na Bali?
Teoretycznie tak. Naukowcy dzielą się na teoretyków i tych, którzy eksperymentują. Ja jestem bardziej teoretykiem. Współczesny teoretyk nie spędza jednak czasu głównie nad książkami. Wykorzystuje do badań obliczenia i modele matematyczne, ponieważ obliczenia są szybsze i tańsze od eksperymentów. I potrafią udzielić odpowiedzi, których eksperyment nie daje.

Jak to się stało, że zainteresowałeś się sztuczną inteligencją?
Ukończyłem Technikum Informatyczne w Polkowicach. Interesowałem się wówczas informatyką, ale również chemią. Dużo czytałem. Poszedłem na chemię na Politechnikę Wrocławską. W międzyczasie uczestniczyłem też w kole naukowym zajmującym się obliczeniami z zakresu chemii i biologii, co w połączeniu z wcześniejszymi doświadczeniami z informatyką otworzyło przede mną nowe możliwości. Równocześnie studiowałem drugi kierunek – biotechnologię. Następnie rozwijałem swoje zainteresowania biologią na studiach magisterskich na kierunku bioinformatyka. Ta kombinacja zdobytych umiejętności zaprowadziła mnie do tego, czym się zajmuję obecnie: projektowaniem leków od strony obliczeniowej. Problem ten jest na tyle złożony, że życie jednostki to zbyt krótki czas, by go zbadać. W związku z tym zainteresowałem się sztuczną inteligencją, która pozwala na automatyzację poszukiwania rozwiązań pewnych problemów.

Czy nie masz czasami dość siedzenia przy komputerze?
Na granie w gry komputerowe nie mam już czasu, choć kiedyś to lubiłem. Teraz raczej omijam. Pamiętam o tym, by zachować higienę pracy. Relaksuję się, ćwiczę siłowo, słucham rocka czy muzyki klasycznej. To nie jest tak, że myślę wyłącznie o badaniach. Ale prawdą jest,
że w przypadku obliczeniowca jakiś pomysł może przyjść do głowy w każdym momencie. Pojawi się hipoteza, którą szybko chcemy sprawdzić. I właśnie osoby od obliczeń mają tę wygodę, że w sumie w każdej chwili mogą sprawdzić swoją hipotezę. Jeżeli chodzi o uczenie maszynowe, to zainteresowałem się nim w 2017 roku, gdy zacząłem się uczyć z wykładów prof. Andrew Ng. Zacząłem myśleć, że uczenie maszynowe można połączyć z lekami. A ponieważ potrzebne podstawy teoretyczne miałem opanowane (jak algebra liniowa, programowanie czy metody optymalizacji), to łatwo było mi się tego nauczyć.

Daniel Wiczew – polski laureat Nobla?
Ha, ha… o tym się nie myśli. Jest zadanie do wykonania i na tym się skupia naukowiec. Czasami lata badań nie przynoszą efektów, a czasem wpadnie się na coś i wykona. Człowiek nawet nie myśli, czy będzie to miało większy wpływ, a jednak staje się bardzo potrzebne. Ale zapewniam, że nigdy impulsem nie jest Nobel.

Byłeś już na Erasmusie trzy razy. Masz zatem spore doświadczenie. Czy to będzie pomocne podczas doktoratu?
Byłem na dwumiesięcznych praktykach w ramach programu Erasmus+. Dwa razy na Université de Lorraine, gdzie pracowałem przy chemii obliczeniowej lub przy algorytmach, a raz – przed rokiem – w Niemczech, w firmie Fabular.ai, zajmującej się sztuczną inteligencją wykorzystywaną w muzeach i szeroko pojętej kulturze. Firmę znalazłem sam poprzez stronę internetową z ofertami praktyk w ramach Erasmusa. Polecam samodzielne szukanie osoby czy firmy przyjmującej na staż – można znaleźć coś zgodnego ze swoimi zainteresowaniami. Choć istnieje wiele różnych programów, Erasmus jest najbardziej znany. Pieniądze nie są co prawda duże – bo stypendyści otrzymują miesięcznie 450 lub 550 euro – ale ogromne znaczenie mają nawiązane kontakty. Mnie poprzednie wyjazdy przyniosły stypendium rządu francuskiego.

Rozmawiała Alina Gierak – korespondentka FRSE
Zdjęcie: Szymon Łaszewski

Wykorzystałem swoją szansę


Dla Przemysława Borysa, śpiewaka operowego z Wrocławia, Erasmus okazał się preludium do ponad dwuletniej przygody z muzyką na zagranicznych uczelniach i stał się ważnym krokiem w karierze scenicznej

Często słyszy się o tak zwanych muzycznych rodzinach, w których zarówno rodzice, jak i dzieci grają lub śpiewają. Jak to było w pana przypadku?

Muzyka w mojej rodzinie była obecna od zawsze. Moja mama bardzo ładnie śpiewa. Ojciec grał na akordeonie. Dziadek na sakshornie altowym w orkiestrze strażackiej. Drugi dziadek grał i na bębnie, i na helikonie. Prapradziadek natomiast sam sobie wystrugał skrzypki i nauczył się grać.

Czyli geny wzięły górę?

Można tak powiedzieć, bo moja siostra również gra. Razem zaczynaliśmy naukę fortepianu w Państwowej Szkole Muzycznej I i II st. w Krasnymstawie. Potem trafiłem do liceum muzycznego w Lublinie. Kontynuowałem grę na fortepianie, ale okazało się, że odstaję nieco do innych dzieci, które zaczęły uczyć się wcześniej. Musiałem więc wybrać drugi instrument, i tak pojawiła się trąbka. Później zdawałem do Akademii Muzycznej im. Karola Lipińskiego we Wrocławiu na trąbkę, ale nie dostałem się za pierwszym razem. Jednak się nie poddałem i w końcu się udało. Studiowałem na Wydziale Edukacji Muzycznej i Wydziale Instrumentalnym. Potem doszedł  jeszcze Wydział Wokalny. Ostatecznie trąbkę zarzuciłem i skupiłem się na śpiewie.

W pana historii pojawiają się różne instrumenty, ale skąd wziął się śpiew?

Zawsze czułem, że mam jakiś głos. Nikt tego jednak na początku za bardzo nie dostrzegał. Śpiewałem co prawda przez jakiś czas w sopranach w chórze w szkole muzycznej, ale i tak byłem przede wszystkim skupiony na grze na trąbce i występowaniu w orkiestrze, na muzyce klasycznej i jazzie. Po raz pierwszy zaśpiewałem solo po okresie mutacji, przed balem maturalnym. Na studiach chór był już obowiązkowy. Dodatkowo pojawił się też kameralny zespół wokalny dla ochotników – Senza Rigore. Wówczas moją prowadzącą była prof. Jolanta Szybalska-Matczak, i to ona zaprosiła mnie do tego zespołu. Właśnie tam po raz pierwszy poczułem, że mam solistyczne predyspozycje. Zacząłem też śpiewać zarobkowo, żeby dorobić do studenckiego życia. Potem trafiłem na przesłuchanie do chóru zawodowego Cantores Minores Wratislavienses we Wrocławiu. Tam w komisji zasiadał mój pierwszy profesor śpiewu, Bogdan Makal, który mnie dostrzegł, dał mi szansę i otworzył drzwi na świat.

Wspomniał pan, że przed mutacją śpiewał pan sopranem. Teraz jest pan tenorem. Jak to jest z głosami? W którym momencie odkrywa się, jakim głosem się śpiewa?

To są oczywiście pewne predyspozycje, z którymi się rodzimy. Na początku byłem w sopranach, a po okresie mutacji mogłem zostać na przykład barytonem lub basem. To się jednak zdarza rzadko. Najczęściej wysokie chłopięce głosy stają się później głosami tenorowymi. Jeśli chodzi o stwierdzenie rodzaju głosu, kluczowy jest tu doświadczony pedagog. Pamiętam swoje pierwsze zajęcia w chórze Feichtinum. Pani profesor Bogusława Orzechowska zaczęła przydzielać nowych i ja oczywiście chciałem być basem, w końcu jestem wysokim, postawnym  facetem, jak więc mógłbym śpiewać jakimś tam tenorem? Jednak nie miałem racji i po paru wprawkach od razu zostałem zakwalifikowany do grupy tenorowej, co było satysfakcjonujące także dla pani profesor, bo tenorów ciągle jest mało. Jeśli więc ktoś się trafi, jest na wagę złota. Od tej chwili już wiedziałem, że nie jestem ani basem ani barytonem.

W jakim momencie studiów wyjechał pan na Erasmusa? Zajmował się pan już śpiewem czy jeszcze trąbką?

Wtedy już tylko i wyłącznie śpiewałem. Na Erasmusa udało mi się wyjechać do Drezna do Hochschule für Musik. Tam studiowałem pod kierunkiem profesor Elisabeth Wilke.

Skąd pomysł na wyjazd?

W pewnym stopniu zdecydował przypadek. Pani profesor Wilke prowadziła kursy mistrzowskie na Międzynarodowym Festiwalu Oratoryjno-Kantatowym Wratislavia Cantans we Wrocławiu. Byłem na jej zajęciach, po których zaproponowała mi warsztaty u siebie, na wyspie Hiddensee, na północy Niemiec. Skorzystałam z tej możliwości, a później – zdecydowałem się na kontynuację nauki pod jej okiem. Bardzo podobały mi się jej podejście i wiedza. Tak właśnie trafiłem do Hochschule für Musik w Dreźnie. A potem zdałem na Uniwersytet Mozarteum w Salzburgu, gdzie odbyłem dwuletnie mistrzowskie studia magisterskie.

Czyli na polską uczelnię już pan nie wrócił? Erasmus był taką trampoliną do zagranicznej kariery?

Na polską uczelnię wróciłem po półrocznym pobycie w Dreźnie i kontynuowałem naukę w swojej Alma Mater. Można było przedłużyć drezdeńskie stypendium, ale pojawił się pomysł zdawania do Mozarteum. Ciężko się było tam dostać, bo o jedno miejsce walczyło sześć czy siedem osób z całego świata. Ale się udało! Po zdanych egzaminach równolegle studiowałem w Salzburgu i Polsce. Ostatecznie ukończyłem obie uczelnie. Edukacja w Salzburgu stała na bardzo wysokim poziomie, co mnie cieszyło. Dodatkowo dzięki nauce za granicą byłem związany z paroma agencjami artystycznymi w Niemczech i Austrii, a to pozwalało mi stawać do wielu przesłuchań. Miałem możliwość pracy ze świetnymi dyrygentami, reżyserami i korepetytorami, okazję poznania różnych kultur i języków. To mnie wzbogaciło jako artystę.

Czy przed wyjazdem na studia do Salzburga znał pan dobrze język niemiecki?

Nie znałem go najlepiej, ale pilnie się dokształcałem w tym zakresie. Najwięcej nauczyłem się, będąc już na miejscu. Oczywiście można było porozumiewać się również po angielsku, niemniej wykłady były prowadzone w języku niemieckim.

Ostatecznie za granicą spędził pan prawie trzy lata. Nie kusiło pana, żeby zostać?

Może i kusiło, ale zdecydowała sytuacja rodzinna. Moja żona pracuje we Wrocławiu, jest kierownikiem chóru Opery Wrocławskiej. Ja praktycznie przez trzy lata byłem już wówczas poza domem i musiałem wrócić, choćby na jakiś czas. Po przyjeździe zacząłem studia doktoranckie na uczelni wrocławskiej, również obligujące mnie do pozostania na miejscu. Pojawiła się też praca w Operze Podlaskiej, która dała mi szansę na rozwój wokalny i artystyczny.

Śpiewa pan teraz głównie w Polsce, ale jakie są pana artystyczne plany i marzenia?

Każdy chciałby mierzyć jak najwyżej, śpiewać w najwspanialszych teatrach lub mieć swój debiut w słynnych Metropolitan Opera w Nowym Jorku, mediolańskiej La Scali czy Operze Królewskiej w Covent Garden w Londynie. W najbliższej przyszłości chciałbym oczywiście obronić pracę doktorską na uczelni wrocławskiej. Zawodowo jestem obecnie  wolnym strzelcem. Zobaczymy, co przyniesie życie.

Rozmawiał: Jacek Łosak – korespondent FRSE
Zdjęcia: archiwum prywatne

Dwie strony medalu


Marzę o pracy przy igrzyskach olimpijskich, na które nie udało mi się dostać, trenując gimnastykę artystyczną – mówi Aleksandra Szutenberg, dziennikarka sportowa Polsatu. Wyjazd na Erasmusa do Niemiec, choć wiązał się z końcem jej sportowej kariery, okazał się punktem zwrotnym w życiu 

Przez kilkanaście lat uprawiała pani wyczynowo gimnastykę artystyczną. Teraz żyje pani sportem z perspektywy redakcji telewizyjnej. Pomiędzy tymi dwoma światami pojawiły się jednak finanse międzynarodowe i bankowość. Skąd taki daleki od sportu temat? 

Zawsze lubiłam matematykę i byłam w niej dobra. Wybierając kierunek studiów, wiedziałam, że nie chcę iść na AWF. Wówczas jeszcze wyczynowo uprawiałam sport na wysokim poziomie i znałam realia niszowych dyscyplin. Szukałam więc czegoś, co może mi zapewnić spokojne życie. Myślałam już wówczas o dziennikarstwie, ale wiele osób odradzało mi ten kierunek jako pierwszy. Dodatkowo dziennikarstwo wiązałoby się z wyprowadzką z Gdyni do Warszawy, bo ta oferuje większe możliwości pracy w zawodzie. Szukałam więc kierunku, który z jednej strony umożliwiłby mi kontynuowanie uprawiania sportu, a z drugiej zapewnił duże pole manewru – mam tu na myśli zarówno wykształcenie, jak i wyjazd na Erasmusa, bo już wtedy planowałam taki ruch w trakcie studiów. Ostatecznie padło więc na ekonomię na Uniwersytecie Gdańskim, a później specjalizację z finansów międzynarodowych i bankowości.

Erasmus, o którym pani wspomniała, był przełomowym momentem. Zakończyła pani karierę jako zawodniczka kadry narodowej w gimnastyce…

Tak, wszystko miałam dobrze zaplanowane. Na podjęcie decyzji o zakończeniu kariery wpłynęło kilka czynników, głównym było jednak zdrowie. Zresztą gimnastyka artystyczna jest sportem, który się uprawia mniej więcej do takiego wieku. Wiedząc, że będę żegnać się z karierą sportową, odpowiednio wcześnie wszystko przemyślałam, tak żeby po jej zakończeniu mieć już zorganizowany wyjazd na Erasmusa.

Jaki kraj pani wybrała?

Wyjechałam do Niemiec na Uniwersytet w Mannheim, który wówczas był jedną z najlepszych biznesowych uczelni w Europie. Dodatkowo moim drugim językiem jest niemiecki. Liczyłam więc, że uda mi się go podszlifować.

I tak się stało?

Wśród erasmusowców rozmawialiśmy głównie po angielsku i w tym zakresie moje umiejętności bardzo się rozwinęły. Niemiecki też podszkoliłam. Oczywiście języki są bardzo przydatne w pracy dziennikarskiej. Swoboda w rozmowie z zagranicznymi sportowcami jest ważna. Nie ma jednak co ukrywać, że to tylko jeden z plusów erasmusowych wyjazdów. Ważne było też zdobywanie doświadczeń w aspekcie społecznym i nawiązywanie znajomości z całego świata. Wymiana studencka daje możliwość sprawdzenia się w zupełnie nowym otoczeniu. Wszystko to przydaje mi się dziś w pracy.

Zanim trafiła pani do świata mediów, musiała jednak zawrócić z drogi finansów i bankowości?

Intensywność mojego życia przed wyjazdem na Erasmusa była bardzo duża. Wstawałam wcześnie rano. O 7.30 miałam pierwszy trening, potem studia, kolejny trening, a do tego wyjazdy na zawody. Gdy wróciłam z Niemiec, gdzie również dużo się działo, nagle okazało się, że mam wakacje i nie muszę robić zupełnie nic. To była dla mnie bardzo dziwna, nowa sytuacja. Potrzebowałam aktywności. Rozpoczęłam płatny staż w korporacji finansowej, a po trzech tygodniach zaproponowano mi pracę na pełen etat i na piątym roku studiów łączyłam naukę z pracą. Kiedy się obroniłam, została tylko praca i znowu poczułam, że mało się dzieje. Siedzenie za biurkiem przez osiem godzin dziennie nie do końca mi odpowiadało. Stwierdziłam, że spróbuję wrócić do planu związanego z dziennikarstwem. Rzuciłam pracę i wyjechałam do Warszawy. W stolicy rozpoczęłam podyplomowe dziennikarstwo. Dałam sobie rok, żeby dostać się do wymarzonej stacji, i tak się stało. Dziś mija już osiem lat, od kiedy zaczęłam pracę w Polsacie Sport.

Zawodowi sportowcy często mówią o tym, że po zakończeniu kariery brakuje im ekscytacji związanej z występami. Czy w pani przypadku dziennikarstwo sportowe miało być taką odtrutką na nudę, dać zastrzyk adrenaliny, którego zabrakło po zakończeniu kariery sportowej?

Oczywiście. To był dla mnie bardzo ważny element. Wcześniej mówiłam o tym, że się nudziłam, ale pewnie bardziej właściwym określeniem byłoby, że brakowało mi adrenaliny, która wiąże się ze sportowymi zawodami. Ponownie odnalazłam ją w występach na żywo przed kamerą. Każda taka sytuacja oraz podejmowanie nowych wyzwań z obszaru dziennikarstwa to są właśnie zastrzyki emocji, które wcześniej dawał mi sport.

Ten zastrzyk dziennikarskiej adrenaliny pojawił się chyba bardzo szybko, bo też szybko zaczęła pani prowadzić na żywo serwis informacyjny w programie Cafe Euro. Wykonała więc pani skok na głęboką wodę.

Dyrektor do spraw sportu telewizji Polsat, pan Marian Kmita, bardzo szybko dostrzegł we mnie potencjał i stwierdził, że warto mnie sprawdzić. Już po dwóch miesiącach stażu dostałam szansę występu na żywo. To nie był skok na głęboką wodę. Zostałam do niej po prostu wrzucona. Miałam wówczas sporo wątpliwości. Docierały do mnie głosy od doświadczonych dziennikarzy, że nie jestem jeszcze na to gotowa. Poszłam nawet do dyrektora i powiedziałam, że nie czuję się jeszcze gotowa. Usłyszałam wówczas: pani Olu, da pani radę. I faktycznie dałam.

Czy rzeczywiście stres, jaki towarzyszy przed kamerą, jest podobny do tego podczas zawodów sportowych, które odbywają się przed publicznością?

Myślę, że emocje są zbliżone. Początkowo, gdy stałam w studiu za stolikiem, czułam np., że trzęsie mi się jedna noga. To są reakcje organizmu podobne do tych, które przeżywałam w momencie występów sportowych. Gdy miałam poprowadzić studio gali mistrzów sportu, czułam się dokładnie jak przed zawodami. Te emocje uzależniają. Sprawiają ogromną frajdę, dają przyjemność i satysfakcję.

Czy to, że była pani sportowcem i rozumie sportowe życie, powoduje, że w jakimś stopniu patrzy pani inaczej na kolegów z sali treningowej?

Czuję, że dzięki mojemu doświadczeniu potrafię być bardziej obiektywna. Na samym początku pracy w telewizji bywałam wręcz oburzona, gdy moi koledzy dziennikarze krytykowali sportowca, który zajął np. czwarte miejsce na igrzyskach. Toczyłam wtedy z nimi zażarte dyskusje. Dla człowieka, który siedząc na kanapie, ogląda rywalizację, czwarte miejsce jest porażką, ale są setki tysięcy sportowców, którzy nawet nie mają możliwości wyjazdu na igrzyska, bo są w ich kraju jedna lub dwie osoby lepsze. Sama kwalifikacja olimpijska jest już naprawdę dużym sukcesem. A sportowcy, którzy dostaną się na igrzyska, to wybitne jednostki, naprawdę poświęcające kawał swojego życia, żeby znaleźć się w tym miejscu. Wiedząc, jak sportowy świat wygląda od środka, zdecydowanie więcej czuję, widzę i rozumiem. Z drugiej strony sprawia to, że jest mi łatwiej rozmawiać ze sportowcami. Oni też czują, że ja wiem, o co chodzi, wiem, o czym mówimy, i przez to są w stanie bardziej się otworzyć. Sportowiec z drugim sportowcem rozmawia inaczej niż z dziennikarzem. Bywa też, że spotykam w swojej pracy zawodników, których znam jeszcze np. z czasów zgrupowań w Wałczu czy Cetniewie. Relacja między nami jest więc jeszcze bliższa.

Spotyka też pani w swojej pracy osoby reprezentujące gimnastykę artystyczną? Dyscyplinę, którą uprawiała pani przez lata.

Tak. Moja dyscyplina jest sportem niszowym, który potrzebuje uwagi i zainteresowania ze względu na to, ile życia i zdrowia trzeba mu poświęcić. Uważam, że gimnastyka artystyczna jest niedoceniana. Staram się więc, na tyle, na ile jest to możliwe, wyłapywać różne historie związane z tą dziedziną, by pokazywać je szerszej publiczności. Chcę tym dziewczynom, które poświęcają życie gimnastyce, w jakiś sposób pomóc.

Zaczynając pracę w branży dziennikarskiej, spełniła pani jedno ze swoich marzeń. Jakie jednak jest pani największe marzenie już w zawodzie?

Marzę o pracy przy igrzyskach olimpijskich, na które nie udało mi się pojechać jako sportowiec. Było blisko, ale akurat w momencie jednych kwalifikacji byłam po operacji i wychodziłam z poważnej kontuzji, a kolejnych kwalifikacji już nie doczekałam. Igrzyska też były jednym z powodów, dla którego po zakończeniu kariery sportowej udałam się w stronę dziennikarstwa sportowego. Wierzę, że kiedyś pojadę na nie jako dziennikarka. Chciałabym znaleźć się tam w samym środku wydarzeń. Wyjazd na igrzyska byłby moim spełnieniem.

Rozmawiał Jacek Łosak – korespondent FRSE
Zdjęcie: Szymon Łaszewski

Uczyć zdalnie i z uśmiechem – rozmowa z Panem Belfrem


Technologia nie jest aż tak istotna. Uczniowie chcą sympatycznych, uśmiechniętych lekcji, na których będą się dobrze czuć – mówi Dawid Łasiński, nauczyciel chemii z Bolechowa, znany uczniom jako Pan Belfer. Opowiada, jak ciekawie prowadzić zdalne lekcje, czemu swoje zaczyna od śpiewania piosenki Elektrycznych Gitar i dlaczego na początku pandemii wystawił wszystkim uczniom piątki.

Koronawirus nie odpuszcza. Co, jeśli od września lekcje znów będą zdalne? Jak skutecznie uczyć w takich warunkach?

Dawid Łasiński*: Trzeba działać zespołowo. Namawiam wszystkich nauczycieli, by opracowali z dyrekcją jeden system, w którym będą wspólnie działać. Wiosną było tak, że np. pani od matematyki wysyłała zadania mailowo, lekcje historii odbywały się za pomocą aplikacji głosowej, a ćwiczenia z innego przedmiotu nauczyciel przekazywał przez Messengera. Wówczas dziecko i rodzic zaczynali się gubić, czy zadań z biologii szukać na Facebooku, czacie czy może w skrzynce mailowej. Najgorszy jest chaos.

To jak nad nim zapanować?

DŁ: Trzeba porzucić dotychczasowe nawyki, które nauczyciele sobie wypracowali w czasie pandemii. To nie jest trudne. Są dwa bezpłatne systemy do zdalnej pracy dostarczane przez internetowych gigantów: Microsofta i Google’a. Ten pierwszy proponuje pakiet podstawowy Office 365, w którym można z uczniami robić cuda. Bo da się tu stworzyć cyfrowy zeszyt, by być z nimi w ciągłym kontakcie czy zorganizować w ramach lekcji wideokonferencje. Drugi system to G Suite, w którym oprócz możliwości kontaktowania się i prowadzenia zdalnych lekcji można zostawić materiały dla uczniów do zapoznania się z nimi w późniejszym terminie. Dostępna jest też opcja przeprowadzania ankiet i testów. Dziś nadal wielu dyrektorów szkół nie wie o istnieniu tych programów. A one bardzo ułatwiają pracę.

Nagrywać filmik dla uczniów czy wysłać im materiał, który mają opanować?

DŁ: Zdecydowanie to pierwsze. Nie można uczniom podawać tylko stron z podręcznika, które mają przeczytać i opanować. To za mało. Trzeba im wytłumaczyć to, co jest tam napisane. To zadanie nauczyciela. A najłatwiej to zrobić, wykorzystując nowoczesne technologie. Dziś dostęp do nich jest bardzo łatwy. Przecież filmik, w którym w pasjonujący sposób opowiem uczniom o tym, co jest tematem lekcji, mogę nagrać swoim telefonem. Nie muszę być uzdolnionym operatorem i montażystą. Wystarczy, że na kubku do kawy, który posłuży mi za statyw, postawię komórkę i włączę nagrywanie. A potem gotowy materiał udostępnię uczniom.

Ale jak ma to zrobić nauczyciel, który nigdy wcześniej nie kręcił filmików i nie chce, żeby uczniowie mieli z niego bekę?

DŁ: Zawsze powtarzam kolegom, że nauczyciel ma prawo nie wiedzieć. Niech powie uczniom: „Słuchajcie, dopiero się tego uczę. Nie będzie to pewnie tak efektowne jak filmiki popularnych youtuberów, ale dla mnie najważniejsze jest to, żeby was zaciekawić lekcją”. Zresztą tu nie chodzi o to, żeby wideo miało mnóstwo animacji i innych bajerów, bo to nie powinno rozpraszać uwagi uczniów. To ma być okazja do przyjaznego przyswojenia wiedzy. Kto ma jednak opory przed nagraniem filmu, niech poprosi o pomoc uczniów. Mogą dodać planszę tytułową, poprawić dźwięk, wpleść podkład muzyczny. Wtedy sami staną się współodpowiedzialni za powstały materiał, co oznacza, że nie będą hejtować tego, co sami stworzyli. Można powiedzieć potem na lekcji, że ten film to efekt wspólnej pracy konkretnych uczniów i już nikt nie powie, że to siara.

Czy przygotowanie zdalnych lekcji wymaga więcej czasu?

DŁ: Jak się wie, jak to robić, to nie. Mnie to zajmowało ok. dwóch godzin. Miałem przygotowany materiał, wybrane linki do innych źródeł. Wystarczyło nagrać lekcję i przesłać ją dalej. Co ważne, można ją zduplikować. Zamiast 16 różnych nagrań dla każdej klasy mogłem przygotować trzy filmiki, osobne dla klas pierwszych, drugich i trzecich.

Jak sobie to dobrze zorganizować?

DŁ: W naszej szkole od początku epidemii zerwaliśmy z dotychczasowym planem zajęć i wprowadziliśmy nauczanie blokowe. To znaczy: w poniedziałki mieliśmy przedmioty humanistyczne udostępniane na następną lekcję wszystkim klasom w szkole. Wtorki to matematyka i języki obce, środa – przedmioty przyrodnicze, czwartki – zajęcia zawodowe, a piątki to luźniejsze przedmioty plus dodatkowe lekcje z polskiego i matematyki, bo tych było zawsze więcej w tygodniu. I to jest model, który się świetnie się sprawdził. Nie było sensu trzymać się sztywno podziału zgodnego z planem lekcji, bo ten często był podyktowany dostępnością sal i czasem, który nauczyciel musiał mieć dla każdej z klas. Teraz sytuacja się zmieniła. Zresztą wyobraźmy sobie, że dziecko ma spędzić siedem godzin przed ekranem komputera i wpatrywać się w kamerkę, w której co 45 minut będzie słuchać kolejnych gadających głów o fizyce, chemii, biologii czy matematyce. To potwornie męczące. Dlatego uczniowie się wylogowują, zostawiają tylko włączonego awatarka, a nam się wydaje, że mówimy do pełnej klasy. Ich jednak nie ma, a efektywność takich lekcji jest zerowa.

Pan jest showmanem, ale nie każdy ma taką osobowość i odnajdzie się w nowej roli. Czy lepiej więc skupić się na klasycznym przekazaniu wiedzy czy jednak wykorzystać dostępne narzędzia, by lekcja miała charakter bardziej interaktywny?

DŁ: Ja nagrywałem wcześniej swoje lekcje z chemii i w każdą środę udostępniałem je uczniom. Przygotowałem cyfrowy zeszyt w programie One Note, w którym oprócz nagrania zamieszczałem screeny z podręcznika, żeby nie musieli szukać odpowiednich fragmentów do nauczenia. Mogłem tam także osadzić symulacje reakcji chemicznych i wrzucić linki do filmików na kanałach edukacyjnych SciFun i Emce Kwadrat w serwisie YouTube, które są bardzo ciekawie zrealizowane, znacznie lepiej, niż sam byłbym w stanie przygotować. Wszystko w jednym miejscu. Taki poszerzony model źródeł wiedzy, na który normalnie nie ma czasu, w takich okolicznościach doskonale się sprawdza. Materiał co środę wstawiałem o godz. 8 i mówiłem uczniom, że mają czas do godz. 16, by się z nim zapoznać i na koniec rozwiązać krótki test, który traktuję jak potwierdzenie obecności na wirtualnej lekcji. Osiem godzin to sporo czasu, żeby znaleźć chwilę na naukę w tych trudnych warunkach domowych. Ale to nie wszystko. Jeśli klasa 1A miała ze mną przed epidemią lekcje chemii we wtorki między 9:45 a 10:30, to ten czas w tygodniu, już po wprowadzeniu pracy zdalnej, miałem zarezerwowany na konsultacje tylko z uczniami tej klasy. Pisali do mnie na czacie, czego nie rozumieją, sprawdzałem, czy dobrze wykonali zadania, albo konsultowali ze mną to, co było dla nich niejasne. W czasie pandemii tylko trzy razy zrobiłem wejścia na żywo, by podsumować omawiane wcześniej zagadnienia.

Ale zdalne lekcje na żywo, gdy wszyscy razem pracują i jest interakcja z uczniem, też są potrzebne?

DŁ: Zdecydowanie tak, bo nic nie zastąpi rozmowy. Dlatego na koniec roku szkolnego wysłałem uczniom ankietę. Poprosiłem, by ocenili zdalne lekcje i napisali, co im się podobało, a co można poprawić. Część z nich chciała więcej spotkań live. Ale to indywidualna kwestia do uzgodnienia z konkretnym nauczycielem. Wiadomo, że są przedmioty, które wymagają omówienia w grupie, a przy innych można pracować samodzielnie. I druga ważna uwaga, także dla innych nauczycieli. Technologia nie jest aż tak istotna. Uczniowie chcą sympatycznych, uśmiechniętych lekcji, na których będą się dobrze czuć. Dlatego zdalne lekcje nie powinny być zbyt długie. Moje filmiki nie trwają 45 minut, tyle co zwykła lekcja w klasie. Nikt by nie dotrwał do końca. Nagrania mają nie więcej niż 20 minut. Zaczynam zawsze od śpiewania dla nich piosenki „Dzieci” Elektrycznych Gitar, żeby było śmiesznie. To musi być coś innego, żeby chcieli obejrzeć materiał do końca. Pandemia sama w sobie nas mocno przytłacza, więc zamiast pogłębiać grobową atmosferę, staram się zrobić z lekcji show. I to im się podoba. Na koniec roku szkolnego napisali, że będzie im brakować mojego śpiewania.

Śpiewanie na chemii to element dodatkowy. A co z klasówkami? Robić je?

DŁ: Absolutnie nie! Na ich miejscu bym ściągał, bo trudno to kontrolować poprzez zdalne nauczanie. Zresztą zanim cokolwiek wymyślimy, to już na Brainly nasze zadanie rozwiązują tysiące osób. Robienie klasówek to oszukiwanie samego siebie. W zdalnej edukacji nie chodzi o to, jak oceniać, tylko  o to, jak uczyć. Teraz powiem coś, z czego jestem dumny. Zazwyczaj, gdy kończę jakiś dział, robię sprawdzian. W czasie pandemii to nie ma sensu. Gdy przyszło do podsumowania działu dotyczącego składników chemicznych w żywności, zaproponowałem uczniom nietypowe zadanie. Przez cztery dni w aplikacji, którą im udostępniłem, wpisywali wszystkie swoje posiłki. Podawali godziny i składniki. Aplikacja to przeliczała i w ten sposób mogli przeanalizować swoje nawyki żywieniowe. Skoro z lekcji wiedzą, czym jest białko czy tłuszcz i za co są odpowiedzialne w naszym organizmie, to mogą wyciągnąć wnioski, czy dobrze się odżywiają. Poprosiłem ich, by podsumowali swoje posiłki i zamieniając się w dietetyka, ocenili, co mogą zmienić w harmonogramie jedzenia, by jeść zdrowiej. Większość podeszła do zadania poważnie. Jedni pisali, że za mało piją wody, inni, że jedzą nieregularnie, jeszcze inni, że mają za dużo cukru w swojej diecie. Nagle sami sobie uświadomili, że nie potrzebują wizyty u lekarza, bo wystarczy aplikacja, obserwacja samego siebie i wiedza wyniesiona z lekcji. To jest istota edukacji. Gdyby lekcje odbywały się normalnie w szkole, nie byłoby na to czasu. A epidemia to był najlepszy moment, by przyjrzeć się sobie, bo i tak byliśmy zamknięci w domach, więc przynajmniej można było ten okres sensownie wykorzystać, a przy okazji zaliczyć jeden dział z chemii.

Czy to oznacza, że na koniec roku wystawił pan uczniom same piątki?

DŁ: Było ich bardzo dużo i nie mam z tym problemu. Zresztą przejście na zdalne nauczanie zacząłem od rozdania każdemu po piątce. Przed pandemią nie zdążyłem sprawdzić kartkówek, które zabrałem do domu. Termin mnie gonił, szkoła była już zamknięta, a uczniowie pytali, co z ocenami. I żona mi mówi: „Właśnie się dowiedzieli, że jeśli nie są pełnoletni, to nie mogą wyjść na dwór, a ty im będziesz sprawdzał kartkówki?”. A były wśród nich i puste kartki. Żona miała rację. Co ta jedynka czy dwójka zmieni w ich życiu? Na pewno im nie pomoże. A na początku epidemii wszyscy byliśmy zestresowani, nie wiedzieliśmy, co nas czeka. Po co im dowalać kolejną przykrą wiadomość? Dlatego wystawiłem od góry do dołu piątki. Napisałem, żeby potraktowali to jak prezent pandemiczny. I jeszcze poprosiłem, żeby poszli do rodziców i zapytali ich, czy są w stanie jakoś im pomóc. „Jeśli uważacie, że ta piątka jest dla was ważna, to byłoby mi miło, gdybyście porozmawiali z rodzicami o ich sytuacji” – tak napisałem. Niektórzy dziękowali za ocenę i pisali, że rozmawiali z mamą, tatą i wiedzą, że sytuacja jest dla nich bardzo stresująca, bo nie są pewni, czy utrzymają pracę. Dostałem też dwie wiadomości od rodziców. Zacytuję jedną: „Nie wiem, co pan napisał synowi, ale usiedliśmy przy stole, długo rozmawialiśmy i on płakał przy mnie. Dziękuję”. Tyle mogłem zrobić tą piątką. To był trudny czas i nie chciałem nikogo obarczać dodatkowymi problemami. Poza tym coraz mniej wierzę w oceny. Przecież w dniu klasówki ktoś może mieć gorszy moment, trudną sytuację w domu albo nie miał możliwości się nauczyć. Moim zadaniem jest przede wszystkim zaciekawić ucznia, a nie straszyć ocenami.

Przybyło panu lajków na koncie, odkąd wprowadzono zdalną edukację?

DŁ: Oczywiście. Na Facebooku w tym czasie polubiło mój profil wielu nauczycieli, bo udało mi się zorganizować dla nich kilka ważnych webinarów. Chciałem pokazać, jak uczyć zdalnie. Wielu z nich nigdy wcześniej tego nie robiło, a teraz tego od nich wymagano. Nie wiedzieli, jak do tego podejść, nie znali żadnych narzędzi. Z kolei na moje konto na YouTubie zaglądali przede wszystkim uczniowie, szczególnie w marcu i kwietniu. To wtedy strony rządowe zaczęły polecać Pana Belfra w programie „Zdalna Szkoła+” i umieszczały linki do moich lekcji. A że był to materiał rekomendowany przez Ministerstwo Edukacji Narodowej, bo wisiał w sieci już trzeci rok, to i nauczyciele tam zaglądali i polecali moje lekcje chemii swoim uczniom. Dlatego nie narzekam. Epidemia przysporzyła mi wielu nowych fanów.

* Dawid Łasiński jest nauczycielem chemii od 13 lat. Uczy w Zespole Szkół im gen. Dezyderego Chłapowskiego w Bolechowie pod Poznaniem. Jest współtwórcą portalu „Lekcje w sieci”. Od trzech lat prowadzi kanał edukacyjny w serwisie YouTube, w którym wciela się w postać Pana Belfra – nauczyciela z Internetów. Prowadzi tam liczne kursy dla uczniów i nauczycieli, webinary, a także warsztaty autorskie dotyczące nowoczesnych technologii w edukacji. Jego kanał subskrybuje 47 tys. fanów, a liczba wyświetleń zbliża się do dwóch milionów. Jako jeden z trzech najbardziej innowacyjnych nauczycieli w Polsce został zaproszony przez Microsoft na międzynarodową konferencję dla nauczycieli „Education Exchange” do Singapuru. W roku szkolnym 2019/2020 był jednym z finalistów konkursu Nauczyciel Roku 2019. Jest członkiem grupy Superbelfrzy RP. Posiada tytuł Microsoft Innovative Educator Expert.

Zdjęcie: archiwum prywatne

Podróże weryfikują sztukę


Jego prace krzyczą ze ścian budynków na całym świecie. Są tak charakterystyczne, że już dawno przestał je podpisywać. O mobilności, blokowiskach oraz przygodzie z Erasmusem+ rozmawiamy z dr. hab. Mariuszem Warasem z Akademii Sztuki w Szczecinie

Przyglądając się twoim pracom – monochromatycznym, kontrastowym, w których dominuje motyw zniszczenia – zastanawiam się, co w twej duszy gra?
Pełen skład orkiestrowy. Każdy artysta operuje własnym kodem, ma swój własny świat. Od wrażliwości, wykształcenia i gotowości poznawczej odbiorcy zależy, ile potrafi z tego przekazu odczytać.

Jesteś mężczyzną po czterdziestce, autorytetem wśród studentów, ze znanym nazwiskiem w branży, z sukcesami na koncie i muralami rozsianymi po całym świecie. Cofnijmy się o trzydzieści kilka lat do małego osiedla w Gdyni, gdzie dorastałeś. Kiedy zrozumiałeś, że twoje rysunki wyglądają lepiej niż obrazki rówieśników?

Od dziecka słyszałem, że mam talent plastyczny. Odziedziczyłem go po tacie. Pracował w stoczni i robił rysunki techniczne. Ja jestem
bardziej roztrzepany.

W twoich pracach dostrzegam rys techniczny, więc może jednak…
Wiem, do czego zmierzasz. Zauważasz w nich pewien system i schemat, ale musisz mi uwierzyć − mają zupełnie inną energię niż prace taty.

Tata pracował w gdyńskiej stoczni. Twoja gdańska pracownia mieści się na dawnych terenach stoczniowych w budynku WL4. Niedaleko pada jabłko od jabłoni. A jak wspominasz swoje dzieciństwo?Bardzo dobrze. Mieszkaliśmy na osiedlu dla stoczniowców. Życie toczyło się na blokowiskach. Bawiliśmy się wśród kontenerów, wokół były duże kominy, tory z wagonami, place budowy, lotnisko i port. Patrzyliśmy na przypływające i odpływające statki.

Życie wśród blokowisk ukształtowało cię jako artystę?
Baza wizualna na pewno ma swoje źródło w dzieciństwie, ale bodźce, jakie otrzymałem w życiu dorosłym, zwłaszcza podczas podróży – ukształtowały mnie na nowo. Dzisiaj tworzę na innym poziomie. Mniej lokalnym, bardziej globalnym.

Twoja praca wymaga ciągłego podróżowania. Świat zawsze cię pociągał?
Kiedyś nie. Oczy otworzyły mi się dopiero wtedy, gdy poszedłem do liceum plastycznego. Zrozumiałem, że poza moim podwórkiem istnieje coś większego.

Zachowałeś obrazki z dzieciństwa?
Jeden na pewno znajduje się pod stołem rodzinnym. Pomalowałem go kredkami. Moje „dzieło” po latach nabrało wartości sentymentalnej.

Co zmalowałeś?
Czerwono-zieloną ciężarówkę. To były czasy, gdy ilość kolorowych kredek była bardzo ograniczona. Miałem raptem sześć kolorów i wszystkie były takie mgliste, wyblakłe.

W twoich dzisiejszych pracach wciąż jest mało kolorów.
Kolor nie jest w kręgu moich zainteresowań. Zdecydowanie bliżej mi do grafika niż malarza. Lubię biel i czerń, bo dają największy kontrast.
Przez pewien czas − sam nie wiem dlaczego − używałem dużo turkusu. Czasami kolor wynika z myślenia użytkowego, bo np. pasuje do elewacji.

Tworzysz prace wielkoformatowe, korzystając z szablonów. Dlaczego postawiłeś na mural?
Lubię działać dużo i szybko. Siedzenie tygodniami przy jednej pracy nie wchodzi w grę. Duża ściana zajmuje mi maksymalnie trzy dni. Z obrazkami jest podobnie. Niektóre dzieła powstają miesiącami, ale nie jest to porównywalne do malowania np. martwej natury. Mam bazę obiektów, bibliotekę własnych prac i cały czas z niej korzystam, tworząc nowe.

Wybrałeś nietypową drogę zawodową. Nigdy nie miałeś momentów zwątpienia?
Moja mama długo twierdziła, że zajmuję się głupotami, które nie przynoszą zysku. I miała rację, bo w młodości głównie wyjeżdżałem na partyzanckie plenery, po których finansowo byłem w plecy. Rodzice liczyli, że skupię się na fotografii, która przynosiła
mi dochód. Bo do sztuki street artu trzeba było zawsze dokładać.

A jednak nie poddałeś się! Jesteś przykładem, że nie zawsze trzeba iść za głosem rozsądku. Czasami warto posłuchać intuicji. Wiele zmieniło się w twojej pracy na przestrzeni lat?
Kiedyś wszystkim zajmowałem się sam. Później street art zaczął się profesjonalizować. Zapraszano mnie na festiwale i oferowano zlecenia, gdzie przyjeżdżałem na gotowe i mogłem tworzyć. Dzisiaj jestem na trzecim etapie, czyli działam jak firma. Zatrudniam ludzi, mam więcej czasu na spotkania, rozmowy. Wciąż tworzę, ale wspomagam się również cudzymi rękoma.

W twojej profesji bardziej liczy się młodość i świeże spojrzenie czy doświadczenie?
Konieczny jest balans warsztatu − wynikający z talentu, doświadczenia oraz pewnej iskry. W mojej pracy nie boję się odkrywać procesu poszukiwań, co podkreśla unikatowość dzieła. Zużycie szablonu, przelanie farby i drobne błędy to smaczki, dzięki którym tworzy się nieplanowane i atrakcyjne napięcie. Po wielu latach w branży na pewno jestem bardziej świadomy. Potrafię ocenić, czy jestem z mojej pracy naprawdę zadowolony. Spójrz, za twoimi plecami są dwa obrazy. Najpierw powstał ten po lewej. Po tygodniu zrobiłem drugi.

Na pierwszy rzut oka niewiele się różnią.
Ten pierwszy był bardziej „ściśnięty”. Czułem, że muszę go poprawić.

Świadomość, która przychodzi z wiekiem, jest zatem twoją siłą. Co symbolizuje ta praca?
Destrukcję w przestrzeni. Znajduje się w jednej z paryskich galerii sztuki. Przedstawia katedrę Notre-Dame w płomieniach.

To autorska koncepcja czy ktoś narzucił schemat?
Narzucanie schematu to polska domena. Za granicą jest większa swoboda i ufa się artystom.

Są prace, których żałujesz?
Nie, bo zrobiłem ich tak dużo, że tych, których żałuję, po prostu nie pamiętam.

Skuteczna metoda – wymazać z pamięci.
Są prace, z których nie jestem dumny, ale wiem o nich tylko ja. Nie lubię niektórych obrazów. Bo obrazy to atrapa wielkich ścian. Bardzo trudno przełożyć energię muralu do małego formatu.

Rozwinąłeś się przez ostatnie lata. Część pracy manualnej zastąpiłeś maszyną i jak wspomniałeś – zatrudniasz ludzi. Czy magia tworzenia gdzieś nie uleciała?
Bynajmniej. Operuję technikami raczej graficznymi niż stricte malarskimi. Powtarzalność i maszynowość są po prostu wpisane w to medium. I chociaż inaczej rozkładają się akcenty, pozostaję odpowiedzialny za swoją twórczość. Ostatecznie i tak trzymam pieczę nad wszystkim. A to, że nie muszę ręcznie wycinać wzorów, tylko robi to za mnie maszyna, nad którą stoi zatrudniony przeze mnie pracownik, nie ma wpływu na ostateczny kształt dzieła

Dużo podróżujesz. W ramach programu Erasmus+ Szkolnictwo wyższe odwiedziłeś Hiszpanię. Jak było?
Skorzystałem z zaproszenia Uniwersytetu w Walencji. W ramach dwutygodniowego wyjazdu zrealizowałem cykl wykładów i warsztaty dla
20 studentów. Trwałym śladem tej podróży został mural na terenie kampusu.

Erasmus+ rozwija?
Bardzo! Poznałem wielu studentów i całą kadrę dydaktyczną. Do tego doszedł specyficzny klimat kampusu. Bo Erasmus+ to również intensywne życie towarzyskie.

Odczułeś różnice kulturowe?
Hiszpanie czasu nie liczą. W Polsce, gdy masz spóźnić się pięć minut, od razu dzwonisz. W Hiszpanii półtorej godziny spóźnienia to nic nadzwyczajnego. Gdy umówisz się w restauracji na obiad, najpierw czekasz 45 minut na kogoś, kto po tym czasie pisze, że się spóźni. Na koniec czekacie na kelnera, a później na rachunek. Obiad trwa trzy godziny i polega głównie na czekaniu.

Byłeś podirytowany czy się dostosowałeś?
Zaakceptowałem i cierpliwie swoje odczekiwałem. Pewnego razu, na krótko przed zajęciami, podjechałem do profesora, który miał za chwilę prowadzić zajęcia ze studentami. Zaproponował kawę. Kiedy dotarliśmy spóźnieni na zajęcia, na które czekało około 30 osób, profesor stwierdził, że chętnie napiłby się drugiej kawy. Powiesił kartkę na drzwiach, że zajęcia przesuwa na inną godzinę. Pełen luz − wszyscy uśmiechnięci rozeszli się po kampusie.

Bardzo pozytywnie – jeżeli nie możesz zmienić sytuacji, zmień nastawienie. Co ci dał Erasmus+?
Fantastyczne relacje! Z większością osób wciąż mam kontakt. W tej robocie, jak w każdej innej, mobilność jest najważniejsza. Można siedzieć latami w jednej pracowni, ale dopiero zmiana otoczenia daje energię do pracy. Podróże, poznawanie kultur, zawieranie przyjaźni − to poszerza horyzonty. Możesz spędzić pięć lat na uczelni i być głaskanym za swoją twórczość. Potem kończysz edukację, wychodzisz do ludzi i okazuje się, że świat wygląda inaczej. Podróże weryfikują sztukę w oczach innych.

Na czyich oczach zależy ci bardziej? Odbiorców czy środowiska artystycznego?
Na własnych. Ostatnio w Sankt Petersburgu pewien artysta przeszedł się po bloku, aby zapytać mieszkańców, co chcieliby zobaczyć na ścianie swojego budynku. Po tych rozmowach namalował dzban. Z kwiatami.

Ludzie lubią ładne obrazki. Twoje murale mówią o wiele więcej niż dzban z kwiatami, ale są zaprzeczeniem przyjemnej i kolorowej rzeczywistości.
Nie ma chyba nic złego w barwnym rzemiośle, chociaż ten trend, również w Polsce, powoli się przejada.

Nigdy nie zobaczymy eksplozji kolorów u Mariusza Warasa?
W projektach komercyjnych zawsze się trochę naginam, ale staram się robić to z głową.

Złe prace ciągną się za artystami przez lata?
Po wpisaniu nazwiska w wyszukiwarkę Google najczęściej wyskakują jako pierwsze.

Zawodowo odwiedziłeś już całą Europę i większość globu. Zdradź nam, gdzie pracuje się najlepiej na świecie?
Najlepiej czuję się w Kolumbii. Kolumbijczycy są bardzo podobni do Polaków.

A gdzie jeszcze nie byłeś, a bardzo chciałbyś polecieć?
Japonia i Afryka. W lipcu miałem jechać na badania naukowe do Kenii.

Ty to masz fajne życie!
Są też minusy. Kiedy wyjeżdżam, moja dziewczyna na mnie czeka, ale jakoś sobie radzimy.

Czujesz się człowiekiem sukcesu?
Jestem szczęśliwy, nabrałem dystansu. Kiedyś uczestniczyłem we wszystkich branżowych imprezach. Teraz podchodzę do nich selektywnie. Jestem bardziej świadomy jako człowiek i jako artysta. Nie mam potrzeby ścigania się ze światem. Dzisiaj nie zajmuję się wyłącznie własną pracą artystyczną. Jako wykładowca, animator i kurator dzielę się wiedzą, poszerzając jednocześnie pola własnego doświadczenia i sprawczości.

Rozmawiała Justyna Michalkiewicz-Waloszek – korespondentka FRSE
Zdjęcie: archiwum prywatne

Apetyt na życie!


Przyjaźnie, projekty, miliony zbiegów okoliczności i mnóstwo szczęścia przy wychodzeniu z opresji. O najbardziej niespodziewanych wydarzeniach podczas studiowania w stolicy Portugalii opowiada Natalia Brandys

Kiedy wróciłaś z Lizbony?
27 stycznia.

Czyli na szczęście przed pandemią i izolacją. Czy dotknęła cię depresja poerasmusowa?
Była i jest. Szczególnie teraz, gdy siedzę w domu, mam więcej czasu na rozmyś­lanie i wspominanie cudownych chwil spędzonych w Lizbonie. Aż łezka się w oku kręci. Mam chęć powrotu.

A jak u ciebie było z chęcią wyjazdu? Niektórzy idą na studia i od razu wiedzą, że pojadą na Erasmusa+. Wiele osób zgłasza jednak wnioski spontanicznie.
Kiedy poszłam na studia, dołączyłam do Erasmus Student Network, czyli organizacji zajmującej się erasmusowcami, ale nigdy nie planowałam sama skorzystać z programu. Tak naprawdę trochę współczułam tym studentom, że są daleko od domu, skazani na siebie. Dopiero później zaczęłam się do tego przekonywać, słyszałam tyle niesamowitych historii, i spontanicznie wysłałam zgłoszenie. Za pierwszym razem się nie dostałam, ponieważ mój opiekun roku nie wypełnił opinii i proces aplikacji przerwano. Postanowiłam aplikować w następnym semestrze, razem z Mateuszem i Anią, moimi znajomymi z dziennikarstwa. W efekcie razem pojechaliśmy do Lizbony. To była świetna decyzja!

Mówiłaś, że współczułaś erasmusowcom, a czy współczułaś sobie biurokracji, która czeka każdego, kto chce wyjechać na Erasmusa+? To największe wyzwanie dla stypendysty tego programu. Czy miałaś trudności z Learning Agreement, czyli porozumieniem o programie studiów?
Biurokracja jest straszna, na szczęście mieliśmy fajną koordynatorkę, która nami pokierowała, ale oczywiście nie obeszło się bez poprawek
w Learning Agreement. Mieliśmy nowy program nauczania, rocznik wyżej uczył się zupełnie innych przedmiotów niż my. Publiczne szkolnictwo wyższe w Portugalii obejmuje 13 uniwersytetów oraz 20 szkół zawodowych. Na jakiej uczelni studiowałaś i jaki to był kierunek?
Studiowałam Communication na Instituto Politécnico de Lisboa.

Zajęcia miałaś w języku angielskim?
Tak. Pod względem nauki angielskiego i wymiany kulturowej było świetnie, ponieważ we wszystkich zajęciach uczestniczyliśmy wspólnie z innymi eras­musowcami. Mieliś­my dużo przedmiotów do wyboru, a dodatkowo można było wybrać grupę z danego przedmiotu, na którą chce się uczęszczać. Zmieniłam na przykład poniedziałkową grupę z Video post-production na wtorkową. Dzięki temu miałam wolny poniedziałek i więcej czasu na podróże.

Czy korzystałaś z pomocy organizacji studenckich, do których sama należysz?
W Lizbonie jest ESN i ELL (Erasmus Life Lisboa). ESN to po prostu wolontariat dla studentów, a ELL to organizacja zatrudniająca pracowników. Wydarzenia, które organizowali, były na wysokim poziomie. I było ich bardzo dużo.

A jak oceniasz poziom nauczania dziennikarstwa na swojej lizbońskiej uczelni? Było więcej praktyki czy jednak teorii?
Było widać, że uczelnia przykłada dużą wagę do zajęć. Pracowaliśmy na najlepszych programach i mieliśmy dostęp do różnych sprzętów. Na przykład podczas zajęć z fotografii mogliśmy wypożyczyć aparaty, statywy, reflektory. Było studio fotograficzne, telewizyjne, mogliśmy pracować na green screenie [zielone tło wykorzystywane przy produkcjach filmowych – przyp. red.], a wykładowcy bardzo chętnie tłumaczyli nam nowe zagadnienia.

Studenckie życie, zwłaszcza za granicą, jest bogate w niespodziewane sytuacje. Czy spotkało cię coś nieprzyjemnego?
Ukruszył mi się ząb, przez co dostałam zapalenia, spuchła mi połowa twarzy, miałam wysoką gorączkę, więc wizyta u dentysty była nieunikniona. Na szczęście mój chłopak miał w Lizbonie koleżankę, która miała ciocię dentystkę, a ta znała angielski. Ale i tak na wszelki wypadek przed wizytą odpaliłam słowniczek i rozmówki „U dentysty”, żeby wiedzieć, jak po portugalsku jest leczenie kanałowe, plomba itd. Wizyta u dentysty bywa nieprzyjemna w Polsce,a co dopiero za granicą.

A jak wspominasz sesje?
Przez cały rok pracowaliśmy, robiliśmy dużo różnych projektów, na każde zajęcia trzeba było coś przygotować. Byliśmy oceniani w systemie punktowym od 0 do 20 (wcześniej nie spotkałam się z takim systemem oceniania) i dzięki temu na koniec semestru nie mieliśmy egzaminów, musieliśmy jedynie oddać projekty. Tylko z jednego przedmiotu zdawaliśmy test. Gdy moi koledzy z Polski uczyli się do sesji, ja miałam już wakacje. Ale z drugiej strony: ja przez cały rok pracowałam, a oni wtedy nie mieli zaliczeń.

Mieszkałaś w akademiku politechniki?
W Lizbonie jest bardzo trudno o akademik dla erasmusowców. Szukaliśmy mieszkania na włas­ną rękę i znaleźliśmy superlokum w dobrej lokalizacji. Byłam w pokoju razem z koleżanką z uczelni i płaciłyśmy po 250 euro, więc jak na Lizbonę to naprawdę dobra cena. Przeważnie płaci się od 300 do 400 euro za pokój.

Są zniżki studenckie na komunikację, jedzenie, kulturę?
Jeżeli doniesie się zaświadczenie,­ że jest się studentem, wyrobienie karty na komunikację miejską jest tańsze o połowę. Do muzeów też są zniżki, a z kartą ESN obowiązują ulgi na loty samolotami. Niestety, w Portugalii nie ma tak dużo ulg dla studentów jak w Polsce, przez co stypendium na pewno nie wystarczy na swobodne życie. W ostatnim tygodniu pobytu wszyscy mieli mało pieniędzy na koncie (mnie zostało 5 euro), więc kupowaliśmy puszki pomidorów w Pingo Doce za 80 eurocentów plus makaron i przez cały ten czas jedliśmy tylko to. Ostatniego dnia dostaliśmy od właściciela zwrot kaucji za mieszkanie i od razu poszliśmy do najdroższej restauracji na owoce morza.

Jednym z najpiękniejszych aspektów Erasmusa+ są podróże. Jakie ty masz wspomnienia z wyjazdów?
Nie korzystaliśmy z wycieczek organizowanych przez ESN i ELL, wszędzie jeździliśmy sami. Często mieliśmy tanie bilety na samolot. Dużą ekipą polecieliśmy do Malagi, ponieważ kupiliśmy bilety za 9 euro. Na miejscu wynajęliśmy samochód, pojechaliśmy na Gibraltar, przez Marbellę, i tam też się zatrzymaliśmy. A potem wylądowaliśmy w Grenadzie. Zamiast benzyny podczas tankowania wlaliśmy ropę i baliśmy się, że ten samochód nam się popsuje, po czym wjechaliśmy pod prąd i dostaliśmy mandat. Chcieliśmy podwieźć koleżankę pod hostel i wjechaliśmy na rynek, po którym nie mogą jeździć samochody, i nie mogliśmy z niego wyjechać. Okazało się też, że pomyliliśmy iberyjską Grenadę (hiszp. Granada) z karaibską i zamiast wynająć hostel w tej pierwszej, wylądowaliśmy w tej drugiej. Wycieczka, która miała być na studencką kieszeń, okazała się bardzo droga.

Czy teraz, z perspektywy czasu, polecasz wyjazd na Eras­musa+ właśnie do Lizbony? Co ci dały zagraniczne studia?
Na Erasmusa+ zawsze warto wyjechać. Choć wiadomo, że zdarzają się różne sytuacje. W Portugalii czasem trudno załatwia się różne formalności. Dla przykładu, gdy mój kolega zgubił kartę miejską, musiał stać w trzech różnych kolejkach, około godziny w każdej. Ale pobyt na Erasmusie+ wiele rekompensuje. To wyjazd, który pomaga odkryć siebie, na którym uczymy się stawiać czoła niespodziewanym sytuacjom, z czego nieraz wychodzimy silniejsi, odmienieni, dojrzalsi.

A ty jak się zmieniłaś?
Dojrzałam, już nie panikuję, gdy mam podjąć jakąś decyzję. Na miejscu trzeba było podejmować ich bardzo dużo, bez możliwości konsultacji z rodziną. Dla mnie to był naprawdę start w dorosłe życie. Musiałam zacząć brać odpowiedzialność za samą siebie.

*Tekst powstał na podstawie rozmowy Justyny Tylczyńskiej-Seligi zarejestrowanej podczas audycji z cyklu „Dajesz radę”, emitowanego od pon. do pt. o godz. 14.05 w Czwórce Polskiego Radia. Justyna, od lat związana z Polskim Radiem, to była stypendystka Erasmusa+, laureatka konkursu EDUinspiracje-Media 2016.

Zdjęcie: Szymon Łaszewski

Odwagi!


On – wykładowca akademicki, ona – jego studentka. On w jej wieku wyjechać nie miał śmiałości, dla niej zagraniczne stypendium było czymś naturalnym. Dziś oboje mówią stanowczo: warto jechać!

Erasmus+ kojarzy się przede wszystkim z przygodą studencką. Tymczasem wyjechać mogą zarówno studenci, jak i pracownicy naukowi. Co was przyciągnęło do programu?

dr Kamil Ławniczak z Wydziału Nauk Politycznych i Studiów Międzynarodowych Uniwersytetu Warszawskiego: Pierwszą funkcją, jaką przydzielono mi po zatrudnieniu na uczelni, było właśnie stanowisko koordynatora ds. programu Erasmus w Instytucie Europeistyki. Czułem się więc zobowiązany, by samemu wziąć udział w programie. Poza tym byłem ciekaw, jak to jest prowadzić zajęcia dla studentów z zagranicy, z inną perspektywą, doświadczeniem. I w języku angielskim. Chciałem zobaczyć, jak wygląda system nauczania w innych krajach.
Klaudia Durma, studentka V roku europeistyki na UW: Mnie też zastanawiało, jak studiuje się na uniwersytetach w innych krajach. Poza tym bardzo nas namawiano, by korzystać z programu. Wykładowcy wspominali, że za ich czasów nie było takich możliwości.

Gdy pan studiował, Erasmus jeszcze nie był tak popularny?
KŁ: Niektórzy korzystali z niego, ale ja nie miałem w sobie tej śmiałości, żeby wyjechać aż na pół roku. Studia doktoranckie, praca i udział w konferencjach międzynarodowych otworzyły mnie na to doświadczenie.
KD: Ja od dziecka wyjeżdżałam do Szwecji, komunikowanie się po angielsku było dla mnie naturalne. Na Erasmusa+ wybrałam jednak Bergen w Norwegii, w której nigdy nie byłam. Największy stres: dzień przyjazdu, lotnisko, obce miasto, w którym nie mam nikogo bliskiego. I perspektywa, że spędzę tam najbliższe pół roku. Ale na miejscu okazało się, że wszyscy inni erasmusowcy czują się dokładnie tak samo, i jakoś to poszło.

To zasadnicza różnica między waszymi wyjazdami, bo ten dla pracowników naukowych trwa niewiele ponad tydzień.
KŁ: Finansowanie wystarcza na mniej więcej siedem − dziewięć dni pobytu. Nie ma gotowego programu, wyjazd trzeba zaplanować samodzielnie. Podstawą jest oczywiście poprowadzenie zajęć dla studentów uniwersytetu, do którego się jedzie. Ja byłem w Kluż-Napoce w Rumunii. Nasze kraje leżą w zbliżonym regionie i są niemal równie długo w Unii Europejskiej. Dzięki rozmowom ze studentami mogłem więc porównać te dwie perspektywy. Ważną częścią wyjazdu są też spotkania naukowe, nawiązywanie kontaktów, wymiana doświadczeń. Na UW jestem zaangażowany w wydawanie czasopisma naukowego, więc w Rumunii spotkałem się m.in. z osobą, która tam zajmuje się taką publikacją.

Klaudio, co ciebie przyciągnęło do Norwegii?
KD: Jako studentkę prawa europejskiego, bo wówczas robiłam licencjat na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu, interesowało mnie to, że Norwegia w Unii Europejskiej nie jest, choć obowiązuje ją część prawodawstwa unijnego. Ciekawym doświadczeniem było też poznanie zupełnie innego systemu studiowania. Na przykład przedmioty są tam realizowane trzy razy w tygodniu przez miesiąc, potem jest egzamin, a następnie kolejne dwa przedmioty i znów egzamin. W Polsce mamy po prostu jedną sesję egzaminacyjną na semestr.

Jak oceniasz te różnice?
KD: Mam wrażenie, że więcej wiedzy przekazuje się na studiach w Polsce, ale w Norwegii robi się to w bardziej przystępny sposób. Tam jest więcej praktyki niż teorii. Przedmiot o prawach człowieka polegał na symulacji sprawy w trybunale, która odbywała się w prawdziwej sali sądowej w Bergen. Jeśli chodzi o egzaminy, wolę jednak formułę polską. W Norwegii na napisanie jednego eseju mieliśmy cztery godziny. W tym czasie studenci mogą się zrelaksować, pomyśleć, zrobić plan czy coś zjeść. To bardzo wygodne, ale lata nauki w Polsce przyzwyczaiły mnie już do szybkiej pracy w pełnym skupieniu. Potrzebuję motywacji w postaci upływającego czasu. Podoba mi się jednak, że w Norwegii studenci prawa mogą korzystać z kodeksów w trakcie egzaminu, co u nas zdarza się rzadko.

Co pan wyniósł z pobytu w Rumunii?
KŁ: To był mój pierwszy taki wyjazd, więc gdybym organizował go po raz drugi, pewnie umówiłbym więcej spotkań, ale te kluczowe odbyłem. Oprócz nowych doświadczeń dydaktycznych, o których mówiłem, dowiedziałem się, jak tam rozwiązuje się problemy czasopisma naukowego, wydawanego jednak – jak u nas – na peryferiach świata nauki, a nie w jego centrum na Zachodzie. Interesowało mnie, jak pozyskuje się recenzje, szuka autorów spoza kraju. Żałuję, że nie udało mi się nawiązać kontaktów z osobami, które prowadzą badania podobne do moich, ale na przeszkodzie stanęły kwestie organizacyjne. Jako jednostka uniwersytetu mamy kontrakt z innymi konkretnymi jednostkami i czasem trudno wyjść poza ten zasób.

Poza programem naukowym jest jeszcze czas wolny, życie towarzyskie?
KŁ: To dodatkowa atrakcja wyjazdów erasmusowych. Nie mówię, że jest to wycieczka turystyczna, ale ta nieformalna część też jest ważnym elementem. Jest sporo czasu na poznanie miasta, kultury, umówienie się z kimś nie tylko służbowo, ale i towarzysko.
KD: Do tej pory mam kontakt ze swoją współlokatorką, Australijką. Po zakończeniu Erasmusa+ byłam jeszcze przez dwa lata z chłopakiem, którego tam poznałam. Wielu moich znajomych z różnych krajów, którzy poznali się w Norwegii, odwiedza się do dziś. W czasie programu organizowaliśmy wypady do krajów sąsiednich i nie tylko. Na Erasmusa+ każdy przyjeżdża sam, więc łatwo nawiązać relacje i stworzyć grupę. Tak było w Bergen, a ta sieć kontaktów procentuje do dziś.

A kwestie formalne?
KŁ: W przypadku pracowników naukowych nie są skomplikowane. Problem w tym, że między ogłoszeniem rekrutacji a terminem składania dokumentów jest mało czasu na zorganizowanie wszystkiego. Mail napisany do koordynatora na innej uczelni przez wiele dni może pozostać bez odpowiedzi i szansa przepada. Tak było ze mną w tym roku – nie dostałem odpowiedzi na czas. Dlatego o wyjeździe warto pomyśleć jeszcze przed wakacjami, by jesienią, w momencie rekrutacji, mieć już wszystko załatwione. Jest jeszcze jedna kwestia: jeśli wyjeżdżamy w trakcie semestru, to musimy zadbać o to, co stanie się z naszymi zajęciami podczas naszej nieobecności. Trzeba znaleźć zastępstwo albo je odrobić.
KD: A studenci nie lubią odrabiania zajęć [śmiech]. W moim przypadku kwestie formalne okazały się dużo trudniejsze. Każdy wyjazd na Erasmusa+ wymaga podpisania tzw. Learning Agreement, porozumienia o programie studiów. Przed wyjazdem na uczelni powiedziano mi, że najważniejsze, by zgadzały się punkty ECTS. Miało być ich 30 i tyle zdobyłam. Zapewniano mnie, że nie będzie żadnego problemu, ale po powrocie okazało się, że punkty się zgadzają, ale nie zgadza się tematyka wszystkich zajęć. Musiałam nadrobić cały semestr i zdać w sumie 12 egzaminów.

Jakbyś pojechała na wakacje, a nie na studia…
KD: W pewnym sensie tak, choć nie jest to wina samego programu Erasmus+, tylko jego realizacji na konkretnym uniwersytecie. W Norwegii semestr letni zaczynał się 11 stycznia, czyli w momencie, gdy u nas trwał jeszcze semestr zimowy. Chcąc wyjechać na Erasmusa+,
egzaminy, które cały mój rok zdawał w lutym, musiałam zaliczyć przed świętami Bożego Narodzenia, samodzielnie poznając nieprzerobiony jeszcze na zajęciach materiał. Nikt z pozostałych erasmusowców czegoś takiego nie doświadczył. Podobnie jak problemów po powrocie. Na mojej uczelni, niestety, panował chaos organizacyjny, który spowodował sporo stresu.
KŁ: To nie powinno tak wyglądać. Student musi przede wszystkim zdobyć wymagane punkty ECTS i wybrać przedmioty, które nie będą z zupełnie innych dziedzin naukowych. Nie ma wymogu, by w stu procentach pokrywały się z programem polskich studiów, bo jest to właściwie niemożliwe. Zakładamy, że to wyjazd, który ma własne cele i osoba wracająca z niego na pewno nie powinna przeżywać z tego powodu stresu.

Dla wielu studentów problematyczna jest też wysokość stypendium.
KD: Dzięki dofinansowaniu z Funduszy Norweskich dostawałam 800 zamiast 500 euro miesięcznie. W połączeniu ze stypendium rektora, które wtedy miałam, pozwalało mi to żyć na dużo wyższym poziomie niż większości erasmusowców. Pokój w akademiku w Norwegii kosztował 3200 koron, czyli ok. 1800 zł. Łatwo policzyć, że z 500 euro stypendium na życie zostałoby niewiele. Od początku tłumaczono nam jednak, że pieniądze z Erasmusa+ mają tylko wyrównać różnice w kosztach utrzymania pomiędzy krajem, do którego wyjechaliśmy, a Polską.

To rozsądny argument.
KŁ: Ja nie musiałem niczego dokładać, cały wyjazd sfinansowałem z puli od uniwersytetu, łącznie z kosztami dojazdu, noclegu, wyżywienia. To działa na zasadzie ryczałtu, sami dysponujemy kwotą. W przeliczeniu było to jakieś 4 tys. zł.

Pojechalibyście znów?
KŁ: W każdym roku akademickim pracownik naukowy może odbyć nawet dwa takie wyjazdy. Ja już planuję kolejny.
KD: Też myślałam o ponownym wyjeździe na studiach magisterskich, w międzyczasie znalazłam jednak pracę, poszłam na praktyki.
Mimo wszystkich niedogodności po powrocie z Erasmusa+, uważam, że to było najlepsze, co mnie spotkało na studiach. Głupotą jest nie korzystać z możliwości, jakie daje program.

Rozmawiała Martyna Śmigiel – korespondentka FRSE
Zdjęcie: Szymon Łaszewski